Blog > Komentarze do wpisu

Nikaragua



Zacznę od tego, że przyleciałam za darmo. Bilet z Houston kosztuje $700 ale na szczęście miałam jakieś tam punkty i dzięki temu udało mi się zaoszczędzić. Lot trwał 2h 30 minut. Wrażenia po przylocie do Nikaragui to przede wszystkim dość sprawna obsługa. Przyjaźni panowie z immigration- wiza za 5$.
Oczywiście na zewnątrz czekały dzikie tlumy i krzyczały- taxi gringa, taxi. Amanda (moja przyjaciółka, z którą pracowałam na Alasce, a z którą później mieszkałam w Nowym Meksyku) czekała na mnie wraz z koleżanką Lucy i jej tatą. Tato Lucy sporo podróżował do Moskwy, na nauki (wiadomo jakie).
Managua właściwie niczym nie zachwyca. Trochę śmierdzi. Przypomina bardziej Indie niż Meksyk, z tą różnicą, że samochody są o wiele lepsze i widać stacje benzynowe Texaco i Shell. Pierwszą noc spędziłyśmy w domu rodziców Lucy. Bardzo przemiła rodzina. Traktują Amandę jak córkę, pomimo tego, że gringa? Mnie wlaściwie też powitali z otwartymi ramionami.
Zarówno na przywitanie jak i na dobranoc i na dzień dobry musiałam obcałować cała rodzinę. Tzn mamę Lucy, Lucy i jej 2 siostry. Mały (7 letni) siostrzeniec Lucy jest chyba najmilszym małym chłopcem jakiego w życiu spotkałam. We wszystkim chce pomóc. Sam zmywa naczynia po całej rodzinie, przychodzi i pyta się czy chcemy wodę (a gdy juz ja nam przyniesie my musimy ją wylewać bo jest to woda ze studni- zaryzykowanie oznacza srakę). Lucy to ponoć bardzo ciekawa osoba- wierzy w reinkarnację i twierdzi, że jest już blisko osiagnięcia nirwany- tzn chyba tak jej się wydaje. W ogóle wierzy w te wszystkie energie itd. Z wykształcenia jest leśniczym. Rozumie angielski ale odpowiada po hiszpańsku, wiec raczej konwersacja do lekkich nie należy, bo mój hiszpański ogranicza się do ?zimne piwo poproszę".
Spałyśmy na materacach w jakimś tam pokoju. Oczywiście nie ma mowy o klimatyzacji. Tylko wiatrak, który odpędza komary. Ale to wystarczylo, w końcu nikt o luksusach nie marzył. Materac trochę śmierdział pleśnią, ale dzięki temu chyba dość szybko zasnęłam.
Amanda walczy z pasożytami, wiec trochę wymiotowała itd. Nie lekkie jest życie w takich warunkach- ale o tym później. Następnego ranka szybki prysznic i śniadanie. Na śniadanie jajecznica i fasola, a także jakiś ser przypominający oscypek. Dość niedobry. Okropnie słony. Idziemy się przejść po okolicznej wiosce. Oczywiście wszyscy do nas coś tam krzyczą. Amanda mało tlumaczy pomimo tego, że świetnie mówi po hiszpańsku. No ale w końcu ma srakę, więc nie mogę jej tak ze wszystkim męczyć. Idziemy obejżeć lokalne jeziorko. Powalający widok. W ogóle o piękne widoki chyba w tej Nikaragui nie trudno. Wszystko esktremalnie zielone. Dookoła te wulkany, palmy?
Potem, Lucy odwozi nas na środek autostrady skąd mamy zlapać autobus do Granady. No i tak czekamy na tym rozkopanym hajłeju. Robotnicy coś tam asfaltują, ale Amanda twierdzi że oni kompletnie nie wiedzą co robią. Hajłej przypominał mi trochę Kair. Każdy jeździ jak chce. Wlaściwie było to normalne, że jedziesz sobie prawą stroną ulicy ale nagle zmieniasz sobie zupełnie bez powodu pas i jedziesz pod prąd. I nikogo to nie dziwi. I ci z naprzeciwka też zmieniają pas i nagle ruch jest lewostronny. Muszę przyznać, że Amanda nieźle się wtopiła w ten ruch. Wyprzedza na trzeciego czy też nawet czwartego, trąbi co chwila na jakichś głupków. Byłam pod wrażeniem.
Temperaturę odczytuje się w C, waga jest w kg, ale od zeszłego tygodnia benzynę kupuje się w galonach, a nie w litrach. Ale nie na wszystkich stacjach, bo na niektórych jeszcze się nie pokapowali, że trzeba zmienić.
Nikaragua nie zmieniała czasu na letni, ale w zeszłym miesiącu prezydent zadecydował, że bedą zmieniać. Z czasem mieliśmy trochę problemów gdyż ja nie wziełam ze sobą zegarka, a Amandy wskazywał jakąś godzinę z kosmosu. No ale wracam do naszej wycieczki. Złapałyśmy ten autobus. Dokładnie taki sam jak w Meksyku. Stary, szkolny autobus z USA. Jedzie się dobrze, bo mamy miejsca siedzące. Co chwila ktoś sprzedaje jakieś bzdety. My nic nie kupujemy, bo Amanda ma już srakę, a ja obawiam się, że mogłabym załapać.
Co mnie naprawdę zaskoszyło to muzyka. Otóż, wszystkie zachodnie piosenki znanych wykonawców takich jak M. Jackson czy też UB40, czy też inny Phil Collins śpiewane są po hiszpańsku. Normalnie podkład ten sam, tylko że śpiewają po hiszpańsku. I są to oczywiście przeboje. Ale najbardziej zaskoczyła mnie piosenka, która słyszałam zza płotu u sąsiadów Lucy. Otóż była to Arka. Nie wiem czy słowa były takie same jak w polskiej wersji (bo oczywiście kompletnie nic nie rozumiałam), ale muzyka była identiko. W ogóle papieża widać wszędzie. Więcej naszego, niż tego nowego. Prawie w każdym restauranie jest to zdjęcie papieża wypuszczającego gołebia. A potem gdzieś tam w kącie jest zdjęcie tego nowego waderka. W Granadzie idziemy na rynek gdzie w temeperaturze 32 stopni C sprzedają mięsa bez jakichkolwiek lodówek. Śmierdzi. Zachodzimy do pulperii (to nowe słowo, którego się nauczyłam ? oznacza ono ? sklep typu dziupla)- kupujemy niezbędny towar typu rum itd. Potem wsiadamy do kolejnego autobusu i jedziemy przez kolejną godzinę do portu, gdzie przesiadamy się na prom i płyniemy przez kolejną godzinę na wyspę Ometepe. Wyspa położona jest pomiędzy dwoma wulkanami, z czego jeden jest nadal aktywny. Musicie sobie zobaczyć na mapie jak to dokładnie wygląda, kiedyś to jezioro Nicaragua było częścią Pacyfiku. Lawa utworzyła mierzeję która połączyła się z częścią lądu i teraz jest tam właśnie jezioro. Ponoć jest tam kilka gatunków ryb, które w przeszłości były rybami słonowodnymi, a teraz są słodkowodne. Np rekin. Tam, porywa nas jakiś facet, który oferuje nam dojazd do hotelu, do którego chcemy się udać- cena 15$. Stawka właściwie była dość uczciwa tymbardziej, że wg LP powinnyśmy były zaplacić 20$. Następnego dnia ten sam facio, zupełnie przypadkowo podwozi nas parę km za darmo, wiec właściwie można powiedzieć, że nie oszukał nas. Przyjechałyśmy niby do najlepszego hotelu na wyspie, który okazał się totalną pomyłką. 30$ za domek z klimatyzacją, której nie dało się wyłączyć. I tak musiałyśmy spać z poduszkami na głowach żeby nas nie przewiało. Tzn można było wyłączyć tą klimę, ale wtedy można też było się udusić.
W ogóle jakieś takie okropne muszki tam latały ? tak jakby wyobrazić sobie pruszący snieg tyle tylko, że te płatki śniegu to te meszki. I tak siedzi się na plaży otoczonym przez te muszki. I ja tu nic nie marudzę- ale tych muszek były naprawdę miliony.
Przyjechałyśmy do tego hotelu niby dla powalających widoków jeziora Nicaragua i wulkanu Concepción. No żeby mnie powaliło to nie powiem, ale miło spedziłyśmy czas. Coś tam zjadlyśmy, polaziłyśmy tu i tam, wypiłyśmy trochę tego rumu z kolą, czyli nica libre, pogadałyśmy o życiu i poszłyśmy spać. Rum oczywiście nie był zbyt dobrym pomysłem na srakę Amandy, choć wydawałoby się że taki rum to może te pasożyty wytruć.
Następnego dnia po śniadaniu postanowiłyśmy, że do następnego miejsca dojdziemy na piechotę. Jakieś 14 km. No więc tak szłyśmy przez te wioski. Najpierw nie było drogi. Mijałyśmy kobiety piorące ubrania w strumyku, świnie, krowy, dzieci z maczetami? Krowy w Nikaragui są bardzo chude. Jest to dość zaskakujące, gdyż tej trawy jest tam naprawdę dużo. Wlaściwie to nigdzie nie widziałam więcej zieleni niż właśnie tam. No i chyba muszą mieć jakieś pasożyty te krowy skoro sa takie chude. Jest to trochę przerażające gdyż ponoć eksport wołowiny jest dość spory. Mam ekstremalnie pogryzione nogi przez komary. Właściwie wygladają one jak posiniaczone. Myślę, że na każdej nodze mam z 50 pogryzień. Zrobię później zdjęcie. No więc po iluś tam godzinach dochodzimy do tej naszej miejscowości. Nie powiem żeby było lekko. Upał około 32 stopni, leje się z nas, woda się kończy. Koszulka przepocona na maxa. (Kupiłam sobie taką koszulkę, która dość szybko schnie no i tak jakoś wyszło że w niej przyleciałam, potem w niej spałam, a potem chodziłam w niej jeszcze jeden dzień i jedną noc. Właściwie był to rekord mojego życia jeśli chodzi o nie zmienianie ubrania w ekstremalnych warunkach). Po drodze zostajemy ostrzeżone przez jednego lokalsa, abyśmy za nic nie wchodziły do jeziora, do którego idziemy gdyż legenda głosi, ze po wejściu zmienia się płeć. Chyba nie chciałabym obudzić się następnego dnia z jajkami. Niewygodnie by się chodziło. W ogóle wszyscy głeboko wierzą tu w czarną magię i różne folklorystyczne legendy. Np. na farmie, na której pracuje Amanda dość sporo mówi się o tak zwanej Moneky women, cokolwiek to jest ma na celu przerażanie ludzi. No i ponoć jakieś rytuały trzeba odprawiać aby ją odpędzić. Amanda w swojej chałupce ma zdjęcie Świętego Michała, który ponoć może ją odpędzić. Taa? Nie będę się rozpisywać o pobycie w tej miejscowości gdyż nie bardzo chce mi się wierzyć, że komuś chce się to czytać. Opiszę za to, co w ogóle robi tutaj moja koleżanka Amanda. Tak wiec pracuje ona na farmie- ale nie fizycznie. Farma należy do jakiegoś gościa ze wschodniego wybrzeża, który ma około 70 lat i wierzy w siłe feministycznej liderki. Nigdy nie był żonaty. Ma jakaś tam filozofię, że jeśli pomoże się kobiecie wybić z bagna, w którym się znajduje, to stanie się ona bardzo siną liderką. A tym liderem musi być, aby w pełni oddać się projektowi, nad którym ma pracować. No więc Amanda zajmuje się kilkoma projektami: znajdowaniem zbytu dla 50% produktów z tej wlaśnie farmy (jest to farma organiczna). Druga połowa produktów należy do kobiet, które tam pracują. Mają tam banany, mango, kukurydzę, aloes, różne zioła, papryczki chili i inne owoce które widziałam po raz pierwszy w życiu, a których nazwy już nie pamiętam. Kolejny projekt- mój ulubiony- to kuchenki na słońce. Mają tam jakieś takie kuchenki ? a właśiciwe blaty z piekarnikiem, które po wystawieniu na słońce nagrzewają się do temperatury 375F (190C). Można sobie na tym blacie smażyć jajka czy też fasolę, a w środku coś tam podgrzewać w garnkach. Ponoć nie jest drogo coś takiego zrobić, ale żeby to zrobić należy znaleźć 15 kobiet, które zechcą się zorganizować. No i te kobiety wlaśnie budują te kuchenki same. Mają tutaj trochę tych kuchenek. Porobiłam zdjecia. Jest jeszcze kolejny projekt, a mianowicie uświadamianie lokalnych kobiet o przemocy w rodzinie i środkach antykoncepcyjnych. Takie tam buntowanie mówiąc krótko. Tak więc Amanda nieźle zapierdziela. Mieszka sobie na tej farmie wśrod bananowców i liści aloesu. Ma jakąś tam szopę, bo domem to tego nazwać nie można. Jeden pokój, w którym jest lóżko, lodówka, zlew, biurko i łazinka. Ekstremalnie syfiasta, z masą pająków na ścianie. Gdy brałam prysznic musiałam zdjąć szkła kontaktowe bo gdybym tak widziała te wszystkie pająki to chyba dostałabym ataku serca. A tak jak się nie widzi to i człowiekowi nie żal. Jest jeszcze pięterko, a właściwie taka antresola? no i ja tam spałam. Moneky women nie odwiedziła nas tej nocy. Zapewne dlatego, że Amanda miała zdjęcie tego Świętego Michała. Następnego dnia podróżowałyśmy po okolicy, a kolejnego trzeba już było się zbierać? Zdjęcia z wycieczki można sobie zobaczyć tutaj.
środa, 31 maja 2006, hjuston

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2009/01/26 22:29:13
No nawet jakbym miala kontakty i je zdjela, to nie wyrobilabym, zeby wziac prysznic z pajakami.
-
2009/08/15 02:03:56
oczywiscie rekord nie zmieniania ubran zostal pobity gdy odkrylam icebrekaera
houston.blox.pl/2007/03/I-dont-stink.html
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston