Blog > Komentarze do wpisu

Północ - Południe czyli wesele w Nowym Orleanie

Jak już wspomniałam, byliśmy na weselu Elvisa. Wesele trwało 3 dni- w piątek odbył się rehearsal dinner (czyli obiad, po próbie ślubu, na którym wszyscy bliscy mają się poznać), w sobotę o 11 ślub w katedrze, o 13ej party, które trwało do 16ej. Potem wszyscy szli do pubu. Potem zapewne do kibelka (patrz wpis niżej). Następnego dnia miał się odbyć crawfish boil, ale nie wiem czy ktokolwiek się tam zjawił z powodu sraki.
Na wesele polecieliśmy niby jako goście, ale także jako nie goście. Mąż miał swój pierwszy gig - czyli robił zdjęcia. Był też profesjonalny fotograf, ale panna młoda chciała zdjęcia w kolorze B&W i mąż właśnie  takie robił (pokaże gdy już je upubliczni- moim zdaniem wyszło mu całkiem nieźle).
Wesele- zupełnie nie podobne do polskiego. Nie wspominam już nawet o tych wszystkich bridesmaids czy też tradycji dawania  malutkich prezentów gościom. 
Ślub odbył się w St. Louis Cathedral znajdującej się w najstarszej i najbardziej znanej dzielnicy Nowego Orleanu - French Quarter. Podobno St. Louis Cathedral jest najstarszą katedrą  amerykańską.



Ceremonia nie różniła się zbytnio od ślubu w polskim kościele. Za to po wyjściu z kościoła- na państwa młodych i wszystkich gości czekała orkiestra jazzowa. Orkiestra prowadziła nas dookoła Jackson Square (widoczny na zdjęciu park z pomnikiem) i do restauracji, w której odbyło się wesele.
Taka procesja z orkiestrą jazzową to moim zdaniem jest jednak lepsza niż nasze polskie 'bramy'.











Bardzo podobała mi się nie tylko muzyka i podrygujący państwo młodzi, ale także ta atmosfera bycia przez chwilę gwiazdą. Gwiazdami byli nie tylko państwo młodzi, ale my także. Nie spodziewałam się, że procesja jest aż taką atrakcją turystyczną. Już pod kościołem czekała na nas masa ludzi. Wszyscy robili zdjęcia i nagrywali pamiątkowe filmik. Ja też nagrałam jeden telefonem- ale powiedzmy sobie szczerze jest dość słaby. No ale przynajmniej możecie sobie wyobrazić jaką muzyką grała ta orkiestra.







Koledzy pana młodego szli w okularach słonecznych Elvisa. Pan młody zakupił pudełko tych okularów, przywiozłam jedną parę takich okularów- dla Franka.



Nie wiem czy wspomniałam, ale pan młody pochodzi z Nowego Orleanu. Jego rodzina to Nowo Orleańczycy z krwi i kości- babcia pochodzi z Francji. Sam pan młody nie mówi po francusku, ale podobno świetnie rozumie i pije dużo wina. Mama i siostra pana młodego rozmawia z babcią po francusku. Babcia oczywiście mówi po angielsku, ale czasem jej się nie chce. Komu by się chciało, w ogóle rozmawiać jeśli po 45 latach mieszkania  w Nowym Orleanie jej dom został kompletnie zniszczony przez Katrinę, a sama babcia mieszka teraz w Kalifornii- jak twierdzi- na wygnaniu. Babcia już nie chodzi, więc wszędzi jeździła na skuterku.
Pomimo tego, że w sumie znamy się z sąsiadem nie za dużo (oglądamy razem LOST, kosi nam trawę za butelkę piwa i od czasu do czasu robimy wspólne barbakiu na zapleczu), zostaliśmy bardzo mile przyjęci przez jego rodzinę. Jednak ta południowa gościnność to ja wam powiem prawdziwa jest. Pomimo tego, że znaliśmy tam może 2 osoby- co chwila ktoś do nas przychodził- opowiadał jakieś historie i upewniał się, że się dobrze bawimy. I rzeczywiście bawiliśmy się świetnie. Tyle historii z czasów Katriny to jeszcze nigdy wcześniej nie słyszałam. W sumie nie ma się co dziwić, ale mimo wszystko bardzo mnie to poruszyło.
Jeśli chodzi o moje wrażenia dotyczące Katriny i zniszczeń, to oczywiście French Quarter wygląda tak jakby został nietknięty (bo i prawie tak było). Natomiast wszystko poza FQ to już inna historia. Zniszczenia widać do tej pory. Ludzie, którzy nie bardzo wiedzą co ze sobą zrobić snują się po ulicach. Przykre.
Nowo orleańczycy mają teraz nowy temat do rozmowy i stwierdzili, że zwycięstwo w Super Bowl to znak od Boga i teraz można już tylko rozmawiać o pozytywach. Koniec użalania się nad zniszczeniami, które pozostawiła Katrina.

Z rodziną panny młodej zamieniłam może 2 zdania. O pierogach- bo oni z Pittsburgha pochodzą. Różnice pomiędzy rodzinami z pólnocy i południa były naprawdę widoczne. Jedni na luzie, na wszystko mają czas- podczas gdy ci z północy jak w zegareczku i z lekkim dystansem. Sama panna młoda bardzo te różnice podkreślała w swoim przemówieniu.
No ale wracając do orkiestry- to zaprowadziła nas ona do restauracji. Impreza trwała do 16ej. Orkiestra grała, ale w sumie tańczyli tylko państwo młodzi. Nie wiem za bardzo czy taki zwyczaj, czy innym już było słabo z powodu tajemniczego 'wirusa'.
Jedliśmy głównie krewetki. Była wołowina, kurczak i torty w amerykańskim stylu. Były także karczochy, bo pan młody jest od nich uzależniony i kazał je powplatać w bukiety kwiatów, które stały na stołach.



Oprócz orkiestry, podobało mi się także siedzenie na tych nowo orleańskich balkonach. Trochę obawiałam się, że się urwą od ciężaru tych wszystkich gości, którzy chcieli tam siedzieć. Te balkoniki mają niepowtarzalny klimat.

Generalnie, gdyby nie tajemniczy 'wirus' byłoby super. Ale i 'wirus' poszedł już trochę w niepamięć, bo dzisiaj dowiedziałam się, że Franek ma anginę i mam inne problemy na głowie.
Państwo młodzi polecieli na Jamajkę, a my zastanawiamy się gdzie upchać te wszystkie prezenty, które codziennie przynosi nam UPS...
czwartek, 25 lutego 2010, hjuston

Polecane wpisy

  • Mój wiecznie niepoznany świat

    Biorąc przykład z Tierralatiny postanowiłam zaznaczyć sobie gdzie już byłam. Wyszło mi jakieś niecałe 7%, więc w sumie nie ma co pokazywać (mogę wymienić znacz

  • Na walizkach przed podróżą

    Dzisiejsze wiadomości pisały o historii prawie, że jak z LOST-u tylko, że bez happy endu, a my właśnie siedzimy na walizkach przed podróżą... Strach się bać. Pr

  • Romantyczny weekend z wnusiem

    Teksańskich B&B ciąg dalszy. Pamiętacie mój wpis o Trois Estate i teksańskich guest (ghost) housach ? Postanowiliśmy wybrać się na romantyczny weekend we

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/02/25 22:06:07
narobilas mi smaka na wizyte w NO... i fajowe wesele... nie tylko fajna impreza, ale i super atrakcja kulturowa :)
-
2010/02/25 22:06:39
Tzn. kulturoznawcza mialo byc :)
-
aniabuzuk
2010/02/25 23:13:00
Ilekroc widze te katedre, to czuje sie jak w Disneylandzie. Zupelnie niekosciolowa budowla.
Jakby to wesele trwalo do 5 nad ranem, jak w Polsce, to dopiero bylby bal (zakladajac oczywiscie, ze goscie sie nie pochorowali).
-
2010/02/25 23:39:16
Bardzo fajny wpis Hjuston! Przypomnial mi moje wypady do NO. Jako turystka wlasnie mialam okazje ogladac kilka takich weselnych parad i bardzo mi sie to podobalo. Niesamowite wrazenie sprawila na mnie jedna, ktore odbywala sie po zmierzchu, bo goscie niesli jakies lampiony i wygladalo to pieknie. No i ta muzyka...Fajnie, ze mieliscie okazje w czyms takim uczestniczyc.

A jesli o Franka chodzi, to mu wspolczuje (Tobie tez), bo sama jako dziecko mialam czesto angine i wiem, jakie jest to..upierdliwe.
-
hjuston
2010/02/26 00:08:00
aniabuzuk- w srodku bardzo kosciolowa ;) jesli chodzi o to imprezowanie do rana to jakby sie goscie pochorowali to byloby jak na tym filmie wesele. widzialas?
-
2010/02/26 00:55:20
Hjuston, swietna relacja:) no az szkoda, ze sie tam nie bylo, nie pilo i nie bawilo:)))
to te krewetki wam stanely w gardle. ( a raczej wylecialy nikontrolowanie drugim koncem;) na bank krewetki.

a propos filmu wesele. Widzialam. OMG:))))))) az pijana bylam od samego ogladania!

biedny franus. podobno na angine pomagaja lody i popsicles - przynajmniej mi, no ale ja jestem od franka troche starsza;)
-
hjuston
2010/02/26 03:00:35
ania2000- moj maz tych krewetek nie jadl. on twierdzi, ze to mogla byc wolowina, bo ponoc byla krwista ;)
jesli chodzi o ten film wesele to jak my go kiedys ogladalismy to moj maz o malo nie zszedl od samego ogladania. troche sie zalamal. do tego jeszcze sie kiedys strul polskim bigosem i teraz jak slyszy bigos to mu sie przypomina. ostatnio robilam na obiad zrazy i mowie, ze beda beef rolls- a on ze strachem w oczach B I G O S?
-
2010/02/26 04:30:46
Orkiestra grala niezle. Nie wiem czy te katedre odnowili, bo nie pamietam zeby tak disnejowsko wygladala z zewnatrz 8 lat temu. Ale ja tam wtedy bylam polprzytomna, w ciazy i bardzo mnie mdlilo. A moze NO tak wplywa na niektorych, ze sie ludziom wymiotowac chce:)
Bardzo ladna masz torebke!
Franek to aniol - nawet kiedy jest chory ma wspanialy nastroj.
-
hjuston
2010/02/26 04:51:58
kasia- dzieki- jak juz wspomnialam na fejsbuku- torebka jest z banana republic i zostala kupiona na ebayu za jakies 5 dolarkow. uzywana, ale wyglada jak nowa.
-
Gość: ania k, *.cisco.com
2010/02/26 05:21:15
ja bylam w NO w 2000 roku i wspaniale wspominam to miasto. tyle unikalnego charakteru, historii, fenomenalne jedzenie. jak nie w ameryce ;-)

co do amerykanskich slubow to klasyk, impreza 4 godziny (taki jest standard w wedding halls) i idzie sie do domu, tance to takie bardziej symboliczne. nasz byl amerykanskim (w houston nota bene) ale z "polskim" akcentem, bo impreza (az) do 1 rano (na moje zyczenie) i wszyscy sie spili,wiec tancowali do bou (ale tylko nasi znajomi, starsza kadra o 22 sie zmyla). moja rodzina z polski narzekala, ze za malo jedzenia i ze wczesnie sie skonczylo ...
-
2010/02/26 15:57:37
No fajne takie wesele, ale polacy to sie chyba lepiej potrafia bawic. Wogole najlepiej to sie chyba bawia latynosi.
Twoj maz to wogole nie ma szczescia do polskich potraw, bigos, salatka jarzynowa... chyba tylko paczki lubi. Musisz go troche przyzwyczaic, bo co on bedzie jadl jak polecicie w odwiedziny.
A Franek to chyba nie taki chory skora zamkna sie sam w sypialni :)
-
thernity
2010/02/26 23:44:19
Fajne to wesele. I filimik tez, bo słychać muzykę, która mi się bardzo podoba. No i dodam jeszcze ze ta Twoja sukienka- super!
We Włoszech tez jest tradycja dawania gosciom małych podarunków. Są tu specjalne sklepy (hurtownie), w ktorych te podarunki panstwo młodzi wybierą i potem dają gosciom. I wesela też są którkie- max do 18:00 :)
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston