piątek, 16 lipca 2010
Zrobię to szybko- tak jak powinno odrywać się plaster podczas depilacji woskiem.
W y p r o w a d z a m y  się z tego miasta.
Niektórzy już wiedzieli od jakiegoś czasu, inni dopiero od wczoraj, a od dzisiaj nie będę już musiała udawać na bloxie, że mam jakieś tam plany na jesień w Houston, bo nie mam. Tyle tytułem wstępu...
Czytelnicy tego bloga wiedzą, że z Houston mieliśmy taką love-hate relationship. Pierwszy raz postawiłam swoją nogę na houstońskiej ziemi w 1999 roku, kiedy to wraz ze swoim byłym wracaliśmy autobusem z Meksyku do Chicago. Pamiętam, że siedzieliśmy pod Church's chicken, patrzyliśmy na downtown i stwierdziliśmy, że Houston to najbardziej gówniane miasto i jakie to szczęście, że nigdy tam nie będziemy mieszkali.
O tym, że się myliłam dowiedziałam się w 2003 roku, kiedy to zaoferowano mi przeniesienie się  z Albuquerque (gdzie wtedy mieszkałam) do Houston.
Pamiętam jakby to było wczoraj. 11go września przyjechałam tu swoją mazdunią z małą przyczepką U Haul. Padało strasznie. Nigdy wcześniej nie widziałam takiego deszczu, za to później widziałam o wiele gorsze.
Przez te 7 lat przeżyłam tu wiele.  Jest wiele rzeczy, które bardzo tu lubiłam i wiele, które doprowadzały mnie  do szaleństwa. Najważniejszymi minusami, (których żadne plusy nie zdołają przysłonić) są oczywiście letnie temperatury i to że wszędzie stąd jest daleko. Że jak się jedzie 10 godzin samochodem to nadal jest się w Teksasie. No chyba, że jedzie się na wschód, to jest się w Luizjanie, ale ten stan nie kręci mnie zbytnio, jak i sama wschodnia część Stanów.
Ale żyje się tu, w Teksasie generalnie łatwo. Pomijając te upały, kiedy to przychodzi letnia deprecha... W porównaniu do innych stanów nie jest tu drogo. Jest właściwie bardzo tanio. Ludzie mieszkają w dużo za dużych domach, za śmieszne pieniądze (w porównaniu do innych stanów oczywiście). Można się łatwo przyzwyczaić i wsiąknąć w tą łatwiznę. I wydaje mi się, że tak trochę wsiąknęliśmy.
Życie z małym dzieckiem w Houston, praca w korporacji, upały i te odległości do interesujących miejsc w inncyh częściach USA nie sprzyjały chęci szukania przygód. Chociaż może i chęci były, ale ostatnio brakowało nam już energii. Pewnie, że można jeździć  na plażę i robić piknik w Memorial Parku,  ale to jednak nie to samo co piknik w lesie, w którym nie ma skaczących pająków,  czy też krótka wyprawa w góry. Po 7 latach mieszkania w Houston zobaczyliśmy co było do zobaczenia w okolicy i zaczęliśmy narzekać na nudę. Na hjustońską, upalną,  weekendową nudę... I na to, że mamy masę sprzętu turystycznego, którego nie mamy okazji na codzień używać.
I tak jakoś wyszło, że chyba ktoś słuchał tych naszych ostatnich narzekań, bo mężowi została przedstawiona oferta przeniesienia do Norwegii. Spodziewaliśmy się, że zostaniemy wysłani do Anglii, co przyznam szczerze, nie było mi ani na rękę, ani na nogę.
Po zeszłorocznych wakacjach w Norwegii stwierdziliśmy, że nie chcemy tam mieszkać, bo zbyt wiele rzeczy nas tam osłabiło (kto czytał ten wie). Chociaż muszę przyznać, że teraz mój mąż twierdzi, że to ja byłam bardziej osłabiona, i że jego właściwie nic tam nie zaskoczyło i wszystko bardzo mu się podobało (hmmmm).
W każdym bądź razie teraz patrzę na to życie w Norwegii bardziej pozytywnie.
Na co liczę? Będę bliżej rodziny i polskich przyjaciół. Będę mogła spać z otwartym oknem. Nie żebym miała już menopauzę, ale przede wszytkim mam nadzieję, że w końcu się ochłodzę. Kupiłam sobie poraz pierwszy od chyba 10 lat zimowa kurtkę (o taką)! (Trzeba być chyba szurniętym żeby się z tego cieszyć, no ale cieszę się). Pomimo tego, że życie jest tam bardziej toporne niż w Houston (czytaj nie ma na przykład apteki drive thru i jeździ się mniejszymi samochodami), wydaje się, że istnieje większa szansa na przeżycie jakiejś tam 'przygody', czy też nowego doświadczenia. Niekoniecznie tylko w weekend, bo i pracują tam jakoś krócej niż tutaj.
Tak więc lecimy niby na 2 lata z możliwością przedłużenia. Mój drugi gagatek (bo podobno będzie drugi chłopak) urodzi się już tam. Liczę na to, że będziemy spędzali sporo czasu na powietrzu i że Franek będzie miał okazję na przeżycie wielu przygód w norweskim przedszkolu.
Czego będzie mi brakowało najbardziej?
Tutejszych znajomych i przyjaciół (polskich, amerykańskich i innych), z którymi przeżyłam 7 lat. Będzie mi brakowało naszego Polskiego Klubu Książki (Book Club aka Boob Club i ostatnio Diaper Club), który założyłyśmy dzięki temu blogowi. Będzie mi brakowało telefonów do Ani z Chiacago wykonywanych podczas porannego spaceru podczas, ktorych żaliłam się, że spadają mi gacie (teraz będę się żaliła, że obcierają mnie kalosze).
Będzie mi brakowało Whole Foods i dobrego tex-mex. No ale zabiorę ze sobą zapas przypraw i dodatków na kilka miesięcy, więc jakoś to będzie. A później będę błagała tutejszych znajomych żeby zamiast opłatka na święta, przysłali mi tortillę.
Bardzo żałuję, że nie będzie mnie na otwarciu nowego Whole Foods na Waugh i że nie pójdę na basen do nowego Y w downtown.  I że nie zagłosuję na Billa White'a w listopadzie. No ale cóż, nie można mieć wszystkiego.
Jeśli będzie nam zbyt zimno i ciemno, to za 2 lata może tu wrócimy. Chociaż wygląda na to, że nudzić raczej się nie będziemy. Przyjaciel męża (ten, u którego byliśmy w Harstad, a który teraz ma metę w Oslo) już planuje częste wizyty. Znajomi, których poznaliśmy w Houston (ci, do których lecieliśmy do Norwegii na wesele), którym właśnie urodziła się córeczka też się cieszą, że spędzą z nami ich (jej) urlop macierzyński. Przyjaciółka z Polski już się cieszy, że loty ze Szczecina do Stavanger takie tanie i też planuje częste przyjazdy. Pewien Norweg z męża pracy już planuje zapisanie mojego męża do klubu żeglarskiego i wędkarskiego i obiecuje mu taaaaaaaaakie łososie. Mąż się cieszy, bo całe dzieciństwo i młodość spędził na wodzie i bardzo za żeglarstwem (na niebieskiej wodzie)  tęsknił. Ja cieszę się mniej, bo peniam- żeglarstwo mnie przeraża. A do tego fajny_nosorożec (tutejsza koleżanka) życzy nam, abyśmy nigdy nie musieli wracać już do Houston!
Jest mi trochę smutno, że kończy się moja 10 letnia przygoda z Ameryką, bo pomimo wielu niezrozumień był to mój dom. Ale podświadomie wiem, że jeszcze kiedyś spełnie swoje marzenie i pomieszkam przez kilka lat w północno - zachodniej części Stanów. Choćby miało to być na emeryturze.
Przed nami miesiąc zamykania różnych spraw. Zakupy, pakowanie, sprzedaż domu i innych rzeczy.  Mamy także zamiar wcisnąć w to wszystko krótkie wakacje w Oregonie. Mam nadzieję, że brzuch który coraz bardziej widać nie będzie mi aż tak bardzo przeszkadzał ...
Tak więc żegnajcie głośne klimatyzacje i dmuchawy do liści- akurat za wami tęsknić nie będę. Bye bye klapeczki!  Teraz będziemy spotykać się już tylko w saunie ...
Póki co założylam nowego bloga pod nazwą Ropa i Tran (a co?), którego mam nadzieję będę regularnie uaktualniała. Zapraszam do odwiedzenia we wrześniu i dziękuję za to, że przeżyliście ze mną w Houston tyle lat...

-----
a mieszkać będziemy TU- łagodniej mówiąc- jest tam 'inaczej' niż w Houston.
środa, 14 lipca 2010
Chciałam tej notce nadać tytuł 'śmierdzący fallusik', ale pomimo tego, że byłby to tytuł dość chwytliwy, byłby także dość obrzydliwy. Zostańmy więc przy Śmierdzielu.
Amorphophallus titanum czyli Dziwidło olbrzymie to według Wikipedii -  Roślina wieloletnia dorastająca do 7 m i będącą największym przedstawicielem rodziny obrazkowatych. Roślina wypuszcza z bulwy jeden duży liść w kształcie małego drzewka, który utrzymuje się przez okres 10-14 miesięcy, następnie zamiera. Roślina przechodzi w trwający 3 do 12 miesięcy okres uśpienia. Następnie rozpoczyna się kolejny cykl życia, w którym dziwidło olbrzymie wypuszcza kolejny liść, bądź kwiatostan- nigdy naraz.
Kwiatostan osiąga do 3 metrów wysokości. Zapach przypominający gnijące mięso, przyciąga owady zapylające kwiat. Amorphophallus titanum kwitnie po raz pierwszy w 8-10 roku życia. Po kwitnieniu następuje czas spoczynku trwający 12-18 miesięcy.
Mamy takiego dziwoląga w Natural Science Museum. Całe miasto przeżywa fakt, że już za momencik kwiatek zakwitnie i będziemy mogli poczuć jego zapaszek. O kwiatku pisze lokalna gazeta, są zdjęcia na flickr i jest nawet live webcam jakby komuś nie chciało się iść do muzeum. Muzeum, tak przy okazji, jest z tej okazji otwarte 24 godziny na dobę. Podobno są kolejki po bilety. Podobno.
Chciałabym wybrać się tam z moim synem, ale boję się, że w obecnym stanie mogłabym się tam po prostu porzygać.




czwartek, 08 lipca 2010
Jeszcze tylko 17 dni... Dla tych, którzy nie oglądali wcześniejszych sezonów- streszczenie (ze mną w roli Joan).


Personalize funny videos and birthday eCards at JibJab!
czwartek, 01 lipca 2010
Lonegunman napisał u siebie, że chyba będzie głosował na Kaczora. W sumie nie dziwię mu się, bo jak mówi moja kuzynka, która w pierwszej turze na Kaczora nie głosowała, jeśli zwycięży Komarek to nikt nie będzie vetował. A bez veto to co to za rządy?
Ja jeszcze nie wiem na kogo zagłosuję. Trochę mi się nie chce iść w ogóle, bo w polskim sklepie przy kościele, w którym się głosuje nie ma pączków. No nie robią w wakacje pączków, bo ludzie powyjeżdzali (tak mi powiedział jakiś nowy chłopaczek, który tam pracuje). Nawet mrożonych już nie było. Skandal normalnie.
Jakby były (te pączki) to może i bym zagłosowała, a tak to nie zagłosuję. I jeśli będzie taka sytuacja, że przeważyłby jeden głosik to wiecie kogo winić. Nie, nie mnie- tych którzy nie robią tych pączków, bo takich jak ja jest w Houston pewnie więcej.
środa, 30 czerwca 2010
Niektórzy jeszcze nie wiedzą, że mój mały Maniuś chodzi do przedszkola. Właściwie nie jest to przedszkole, a taki program - Mother's Day Out. Program organizowany jest przez kościół baptystyczny, który przyjmuje dzieci każdego wyznania.
Zajęcia odbywają się 2 razy w tygodniu od 9.30 do 14.30. Dzieci jedzą tam przyniesiony ze sobą lunch, a także śpią.
Po mojej przygodzie z kurnikiem, odwiedziłam jeszcze parę innych przedszkoli. Byłam nawet w Creme de la Creme, gdzie pani w recepcji zamiast good morning mówi bojour, i w którym 3 latki mają salę komputerową wypełnioną MACami, od której to nie można było oderwać mojego syna. Zawsze jednak coś mi nie pasowało.
Ten kościół też pewnie nie jest idealny, ale chodzą tam dzieci moich dwóch koleżanek, i zarówno dzieci jak i koleżanki wyglądają na zadowolone.
Franek też jest zadowolony. Płakał może ze 2 razy, a teraz jak tylko widzi, że pakuję mu lancz pyta się czy idziemy do dzieci. i zaczyna się cieszyć. Lubi swoją panią i jak tylko tam przyjdzie od razu gramoli się jej na kolana. Potem leci do wozu strażackiego i jeśli tylko ktoś inny ma na niego chrapkę to blokuje dostęp swoim ciałkiem i udaje, że nie widzi natręta. Wiem, bo go kiedyś obserwowałam przez chwilę.
Nie przeszkadza mi to, że jest to kościół baptystyczny. Dzieci się jeszcze nie modlą. Jedyny akcent religijny to temat dnia. I tak na przykład- ostatnio temat dnia był taki: Bóg stworzył żółwia. I dzieci kolorowały żółwia. Tydzień później: Bóg stworzył wieloryba i teraz Franek chodzi i wrzeszczy whale whale whale. Ryba to whale, delfin to whale i wieloryb to tez oczywiście whale tylko, że większy.
Generalnie jestem zadowolona. Mam sporo czasu dla siebie. Tydzień temu spotkałyśmy się z koleżankami (Kasią i Asią) na lanczu bez dzieci i było bardzo sympatycznie. Byłyśmy w Zelko i muszę przyznać, że mają tam chyba najlepsze fish tacos w mieście.
No to kończę, bo zostały mi jeszcze 2 godzinki i muszę zrobić fish pie.
Śniło mi się dzisiaj, że Franek musiał 'machać do matki z tarasu widokowego' w więzieniu. Ale, że to niby ja byłam w tym więzieniu. A za co do więzienia? No za ten mandat, który dostałam 3 miesiące temu...
Zdecydowałam się zapłacić stówkę za kurs bezpiecznej jazdy, dzięki któremu nie będę miała punktów karnych, a także podwyższonej raty za ubezpieczenie. Dodatkowo- po ukończeniu takiego kursu dostaje się zniżkę na ubezpieczenie. Zniżka obowiązuje przez okres 3 lat. Moża więc taki mandacik potraktować jako swego rodzaju inwestycję. Niezły bezsens. Zamiast kary- nagroda. Czy podobnie jest w innych stanach?
Kurs trwał 6 godzin. Można go było zrobić online, we własnym tempie. No i tak sobie właśnie zrobiłam. Codziennie (a właściwie raz na tydzień) po 6 minutek. Po prawie 3 miesiącach zorientowałam się, że zostały mi jeszcze tylko 3 tygodnie  i prawie 2/3 kursu. I że jeśli się nie sprężę to ktoś przyjdzie mnie zaaresztować za niezapłacony mandat.
Gdy robiłam ten kurs to chciałam trochę poprzewijać i czytać inne rzeczy na interku żeby nie marnować czasu, ale nie dało się. Nawet jeśli znało się odpowiedź, trzeba było czekać aż zakończy się lekcja  (6 czy 7 minut) i dopiero wtedy można było odpowiedzieć na pytanie. 15 minutowej przerwy także nie można było przewijać, więc w tym czasie prasowałam. Nie można było otwierać nowych okien w przeglądarce (dzięki Bogu, że mam iphona).
Ciekawe były niektóre pytania, a właściwie język w jakim był przeprowadzony ten test. Na przykład- jeśli była mowa o odległościach, od razu tłumaczono że ileś tam jardów albo stóp to taka, a taka część boiska footballowego. Jak widać bez porównania niektórzy nie daliby rady.
Poprosiłam męża aby usiadł przy mnie na końcowy egzamin i pomógł mi gdybym czegoś nie wiedziała. Powiedziałam, że jeśli nie zdam, to będzie mnie odwiedzał w kiciu i tam się urodzi jego dziecko. Obiecał, że pomoże. Na szczęście, pytania były tak łatwe, że obyło się bez pomocy.
Teraz tylko muszę zanieść certyfikacik do sądu (tak się to tylko groźnie nazywa- ponoć jest to tylko jakieś okienko w urzędzie) i w końcu będę mogła zamknąć tą 'ciemną stronę mego życia'...
Pozdrawiam- wasz pirat drogowy.
poniedziałek, 07 czerwca 2010
Po deszczu hjustońskie żaby wyłażą jak przysłowiowe robaki. Tym razem udało mi się nagrać ich odgłosy. Prawie jak owce, c'nie?
piątek, 28 maja 2010
Lonegunman napisał kiedyś na swoim blogu, że z wiekiem poczucie obciachu się zmniejsza. Uważam, że mądrość ta zasługuje na jakiegoś Nobla, bo i u siebie zaobserwowałam podobną przypadłość.
Taki na przykład pociąg w Hermann Parku - kiedyś uważałam, że to totalny obciach, a teraz chętnie zabieram Franka na przejażdżkę (zdjęcia pokazujące Hermann Park do obejrzenia TU).



Albo na przykład zakładanie obciachowego kapelusza. Kiedyś wolałabym się smażyć w słońcu, ale nic obciachowego nie założyłabym na głowę. A wczoraj na przykład założyłam bardzo obciachowy (dla kobiety) kapelusz mojego męża, który zupełnie nie pasuje do moich okularów w stylu inżyniera Mamonia.
Albo jeszcze taki Park Jurajski, który to dzisiaj można zobaczyć w hjustońskim ZOO. Normalnie wydawałoby się, że porażka. Jakieś bzdetne dinozaury w centrum miasta? No ale jak tylko się tam wejdzie i zobaczy jak dzieciom śmieją się buzie jak tylko dinozaur zrobi łuuuuuu to już człowiekowi zaczyna się podobać.
Tak, z wiekiem (i przy dzieciach) poczucie obciachu zdecydowanie się zmniejsza...

Poniżej zdjęcia- przygotowanie do wyjścia na spacer  w upale (temperatura o 9.15 rano wynosiła już 30C); ruszające się i plujące wodą dinozaury w dżungli;  no, a po wycieczce oczywiście lody.













Specjalne podziękowania dla Matyldy, która poraz kolejny zaprosiła nas na darmową wycieczkę do zoo.
wtorek, 25 maja 2010
To, że generalnie amerykańskie piwo to tak zwane siuśki pantery wiedzą wszyscy. Ale są wyjątki. Czasem trafiają się perełki stworzone przez malutkie firmy. Jakiś czas temu obejrzałam fim pt. Beer wars, film o rynku piwa w USA. Szokujący i świetny. Polecam obejrzenie tego filmu nie tylko wielbicielom piwa, warto.
Jakie jest wasze ulubione amerykańskie piwo? Generalnie, zazwyczaj pijemy Fat Tire, ja lubie także Purple Haze. Mój mąż twierdzi że to takie babskie piwo więc pewnie nie wszyscy je lubią. Dogfish Head znałam tylko z opakowania. Wiedziałam, że firma istnieje ale jakoś rowerek na opakowaniu FAT TIRE bardziej działał mi na zmysły. Po obejrzeniu wyżej wymienionego filmu zafascynowała mnie historia tej firmy (o Bożenku jak fajnie byłoby dla nich pracować) i postanowiliśmy zaryzykować, zakupić i spróbować. Ja niestety tylko parę łyczków, ale już wiem co będzie pierwszą rzeczą, która będę jadła / piła za te kilka miesięcy.
Na butelkę Dogfish Head będę czekała bardziej niż na sushi... Polecam tym, którzy jeszcze nie znają.
poniedziałek, 10 maja 2010
Ta parada jest jedną z moich ulubionych houstońskich imprezek, ale także dołuje mnie, bo przypomina mi ile to już razy na niej byłam i ile to już lat tu mieszkam. Choć przyznam, że nie byłam na ostatnich dwóch (z powodu ciąży i z powodu upału).
W tym roku bogowie byli łaskawi. Weekend był trochę chłodniejszy i dało się wyjść z dzieckiem na godzinę czy dwie. Widać, że impreza jest coraz bardziej popularna bo samochodów było o wiele więcej niż 3 lata temu.
Specjalne podziękowania dla Matyldy za możliwość zaparkowania na ich drivewayu.

































I moi ulubieńcy







piątek, 07 maja 2010
Słyszałam, że w Polsce znowu zima. A u nas prosze ja was, lato do zrzygania. Znowu pewnie będzie susza, bo od dwóch tygodni pogoda wygląda jak poniżej i nie zanosi się na szybkie zmiany.



Mój sklepik kwitnie choć przyznam, że pracuję coraz mniej.  Mam też ostatnio więcej czasu na czytanie nie tylko The 4-Hour Workweek, irs.gov czy też Fulfillment by Amazon. W końcu powróciły czasy, w których mogę sobie spokojnie usiąść i przeczytać Twój Styl.
W związku z tym, że pracuję mniej, mam sporo czasu na zajmowanie się moją plantacją pomidorów, która nie tylko kwitnie, ale także obradza. Myślę, że już niedługo otworzę kolejny biznes czyli fabrykę keczupu.
Jak widać, pomimo tych wszystkich minusów, są też pewne plusy związane z mieszkaniem w ciepłych krajach. Jednym z nich są pomidory pod koniec kwietnia.










A tu pierwsze papryki. Jeszcze malutkie, ale myślę że już za parę dni będę mogła otworzyć także fabrykę leczo.


niedziela, 02 maja 2010
Nadeszła znowu ta pora roku, w której w środku nocy budzą mnie żaby. Lubię te odgłosy. Żaby u nas w domu to w ogóle temat dość modny. Franek ma ostatnio na ich punkcie fisia. Ma kołdrę z żabami i bardzo ją lubi, ma buty z jakimś nietoperzem , na którego mówi żaba. Po drodze do parku też widzimy mnóstwo żab. Co prawda rozjechanych, ale żab. Mam też w planie zakup wielkiej naklejki na ścianę z żabą, bo figurki żaby do zabawy oczywiście już mamy.



Dla rozrywki (Boże żeby on tylko tych żab nie rozrywał) zaserwuję wam TU żabę w wykonaniu mojego synka. On tak mówi zawsze. Po prostu myśli, że tak się właśnie prawidłowo wymawia słowo żaba.
Najgorzej gdy w nocy przypomni mu się, że ma gdzieś tą kołdrę z żabą i chce aby mama mu ją podała i zaczyna wołać ŻABA. Naprawdę można się przestraszyć ...
niedziela, 25 kwietnia 2010
W przeciwieństwie do Ani rusza mnie to. Gdy przeczytałam o pomyśle przeniesienia centrali Continental do Chicago myślałam, że spadnę z krzesła. Po pierwsze, co to za pomysł aby łączyć się z taką (sorry Czikago) linią, a po drugie co to za pomysł aby przenosić się do miasta, w którym przez pół roku pada śnieg i co chwila odwołują loty?
Za liniami United nie przepadam. Nie mam zbyt miłych doświadczeń. Odwołali mi kiedyś lot w Denver i musiałam koczować bez płynu do soczewek przez całą noc. Poza tym- stewardessy mają takie brzydkie mundury ... (Fakt, że najbardziej dziadowskie mundury ma bez porównania Northwest,  a najmniej seksi zdecydowanie Southwest- chodzi mi o te szorty).
Continental też nie jest idealne (wypocone hamburgery na pokładzie i ten bzdurny system sadzania pasażerów, który powoduje że tak naprawdę zapakowanie samolotu trwa o wiele dłużej. No ale, żeby te drobne minusy nie przysłoniły nam plusów...
Continental jest przede wszystkim nasze. Nasze hjustońskie. Właśnie ten durny pomysł przeprowadzki do Czikago uświadomił mi, że chyba jestem lokalną patriotką, bo poruszyło mną to bardzo.
Continental w Houston to jeden z niewielu plusów mieszkania w tym mieście. Continental ze swoimi połączeniami do prawie każdego zakątka USA sprawiał, że mogliśmy szybko i tanio stąd uciec. Continental ma własny terminal międzynarodowy, na którym przyjemnie jest wylądować nie tylko dlatego, że zbyt długo nie czeka się na walizki, ale także dlatego, że wszystko działa na nim jakoś szybciej i sprawniej. Przyznacie sami mieszkańcy Houston, że terminal E w porównaniu do D to niebo i ziemia.
Jakiś czas temu, podobnie jak Ania, która marzyła że znajdzie pracę w United, ja marzyłam sobie że będę kiedyś pracowała dla Continental. Pracowałam w transporcie i jakaś taka miłość do tego transportu pozostała (dwie inne firmy, w których ciałam pracować to amazon.com i FED- chociaż FED trudno nazwać firmą). Codziennie przeglądałam oferty pracy, bo pracę w centrali można zawsze znaleźć.  Nie zdecydowałam się na wysłanie życiorysu, bo podobno słabo płacili, ale do tej pory mam taki jakiś żal, że nigdy tam nie pracowałam. Podobno Continental to świetna firma dla pracujących mam. Podobno ...
Dzięki temu, że mamy tu centralę możemy na przykład nabijać sobie mile nie tylko dzięki zużywaniu energii (Gexa oferuje 1 milę za 1 dolarka), ale także na przykład robiąc zakupy w Krogerze czy tam w Randalls.
Wiadomo, że nie wszyscy pracownicy przeprowadziliby się do Chicago. Niektóre stanowiska zostaną zlikwidowane, a inni po prostu nie będą chcieli się tam przenieść. Nie każdy lubi śnieg i chicagowską pizzę. Niektórzy bardziej od hot dogów cenią sobie dobry tex-mex, że o barbakiu już nie wspomnę ... Tak więc myślę, że jesli do tej fuzji dojdzie i Continental naprawdę przeniesie się do Chicago to być może Ania będzie miała spore szansę na znalezienie nowej pracy tam właśnie. No, ale nie żebym życzyła koleżance źle- wolałabym aby wszystko zostało na swoim miejscu czyli Continental Airlines w Space City.
środa, 21 kwietnia 2010
Od paru już lat jestem fanką Rebekki (pisałam o niej kiedyś TU). Polecam jej bloga nie tylko dla tych, którzy lubią popatrzeć na fajne zdjęcia. Rebekka pisze czasem o czymś interesującym. Na przykład można zapoznać się z panią. Weźcie obejrzyjcie sobie kilka ćwiczeń- tylko może nie w pracy, bo czy to w sumie nie jest taniec na rurze bez rury to ja nie wiem. Bożeeee jaki kaloryfer! Czy ona też, podobnie jak Aneta Kręglicka robi dziennie 1000 brzuszków?
Od paru dni wchodziłam na jej bloga z nadzieją, że w końcu umieści jakieś zdjęcia tych wulkanów, przez które mamy tyle problemów.
Dzisiaj w końcu wkleiła, więc pozwoliłam sobie je zalinkować.






Poza tym Rebekka trochę ostatnio dorabia i robi swetry. Postanowiłam, że w ramach pomocy biednym krajom zażyczę sobie taki sweter zrobiony przez Rebekkę na urodziny (czas oczekwiania 3 miesiące bo tylu jest chętnych). Nie wiem tylko kiedy będę go nosiła, bo jak wiadomo za chlodno to u nas nie jest.
Czy ktoś z waszych bliskich/ znajomych utknął gdzieś w podróży?


Więcej zdjęć na blogu.
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Zaczęła się pora deszczowa i jak się można spodziewać - pada. Na deszczową pogodę najlepsze są lancze z koleżankami i chili na obiad. Tak więc robię chili według przepisu Jamie'go.
Uwielbiam to chili i nieskromnie przyznam, że jestem mistrzuniem. Lubi je także Franek, który to od małego przyzwyczajany jest do pikantnego. Smak chili poznał zapewne wraz ze smakiem mleka matki.
Składniki poniżej. Gdyby była piękna pogoda, to napisałabym w skrócie, że wszystko trzeba wymieszać i zagotować. No ale przecież jest deszczowo i mam czas.
Najpierw podsmażamy przyprawy i cebulę. Smażymy, aż cebula będzie miękka. Zaparzamy kawę i wrzucamy do niej papryczki ancho. Niech się parzą przez 10 minut.
Następnie do smażonej mikstury dodajemy czosnek, liście laurowe  i cynamon (wiem, to też przyprawy), posiekane i wypestkowane papryczki chili i posiekane papryczki ancho, które wyjęliśmy z kawy.
Dolewamy 1/4 kubka zaparzonej kawy o smaku papryczek ancho i mieszamy. Wrzucamy pomidory i dolewamy resztę kawy. Jeśli komuś zostanie trochę kawy to można ją wypić (albo wylać hehe). Kawa z cukrem i z mlekiem o smaku ancho jest taka sobie. Ma niezłego kopa, ale myślę że w Starbuksie kiepsko by się sprzedawała.
Do  mikstury dodajemy cukier i pokrojone mięso i zaczynamy gotować na malutkim ogniu.





Chili gotuje się przez jakieś 3 godziny. Teoretycznie jak pada to można sobie siedzieć w domu i mieszać co jakiś czas. No ale jeśli się trochę przejaśni to już to chili jest trochę nie na rękę. Wtedy z pomocą przychodzi slowcooker. Przerzucamy, nastawiamy i spadamy do parku.
Po 3 godzinach (ja zazwyczaj robię to po 2, ale przepis mówi że po 3) wyciągamy mięso i ugniatamy je tłuczkiem do ziemniaków. Rozerwane na strzępy mięso wrzucamy spowrotem do chili i dodajemy paprykę i fasolę. Gotujemy przez 30 minut. W międzyczasie można trochę posolić tu i tam. Ja w ogóle używam bardzo mało soli więc się tą solą tak nie podniecam.
Jeśli dla kogoś takie chili jest za pikantne czy jako to moja mama mówi 'very spejsi' - dodajemy łyżkę śmietany.
Serwuję z pieczonymi ziemniakami.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 43
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston