środa, 31 stycznia 2007
Monsz jak przystało na porządnego obywatela, każdego ranka czyta sobie BBC. Wczoraj wpadł mu w ręce artykuł o naszej sławnej bieliźnie koniakowskiej. Zafascynowało go. Spędził przed komputerem jakieś 20 minut i od razu miał lepszy humor.
Historia Koniakowa przypomina mi film pt Kinky Boots. Widzieliście? Chociaż prawdę mówiąc gdyby ktoś użył Koniaków zamiast Northampton, historia mogłaby być zabawniejsza. (Szczególnie z włączeniem w akcję kościoła i samego Ojca Świętego).
Monsz nie potrafił się wypowiedzieć czy mu się ta bielizna podoba- twierdził, że nie o to tu chodzi (rozumiem, że chodzi tylko o oglądanie tych panienek). Ja na dzień dzisiejszy stwierdzam, że bielizna nie bardzo, ale te koszulki to i owszem. Na upały w Houston jak najbardziej.
Dlatego też zwracam się z tym pytaniem do was drodzy czytelnicy. Co sądzicie o koronkach z Koniakowa? Kto z was ma? I czy warto?

Właśnie wróciłam z koncertu. Grały Kropy. Zydeco Dots. Muzyka Zydeco pochodzi z Luizjany i opiera się głównie na akordeonie i tarce do prania. Zydeco osobiście lubię. Nawet może i bardziej niż reggae czy też Kylie Minogue.
W każdym bądź razie dzisiaj w jednym z pubów grały te Kropy. Proszę sobie wejść na ich stronę i posłuchać o czym mówię.
Zespół, który reklamuje się jako THE HOTTEST PARTY IN TEXAS, ma chyba jedną z najgorszych stron internetowych ze wszystkich możliwych na świecie. Szczególnie chodzi mi o te żółwie, aligatory i raki. Wyobrażacie sobie spotkanie 50 letnich członków zespołu i walkę o to kto będzie żółwiem, a kto krokodylem?
Koncert był rzeczywiście HOT. Tyle tylko, że byliśmy tam najmłodszą publicznością. Reszta około 50-tki. Dosłownie nas troje w wieku około 30 i reszta powyżej 45. Przyznam, że jakoś optymistycznie się doładowałam. Taki koncert daje człowiekowi nadziej na to, że po 30-tce jeszcze nie wszystko stracone i że można się świetnie bawić. Tak przynajmniej bawiły się panie, fanki Kropek.
Kropek było pięć. W każdej z nich inna krew. 3 kropki czarne i dwie białe. Wokal i akordeon (czyli jedna czarna kropka) ubrany był w rozciągnięte spodnie, słomkowy kowbojski kapelusz i hawajską koszulę. Luz na maksa. Biała kropka- czyli gitara- trochę podobny do Zbigniewa Wodeckiego (to znaczy taka jego lepsza wersja), grał w przyciemnionych okularach i popijał piwo. Kolejna czarna kropka grała na basie. Kolejna białą kropa grała na tarce. Taka tarka to porządny instrument. Myśle, że gdybym urodziłą się w Luizjanie to może i mogłabym mieć szanse na zostanie sławną Tarką. Miałabym swój zespół- Kropeczki i zarabiałabym kupę szmalu. Aczkolwiek kropy nie wyglądały na zespół zarabiający kupę szmalu- nawet pomimo tego, że reklamują się jako THE HOTTEST PARTY IN TEXAS. Taka tarka mnie rozczula. Pan, który z wyglądu przypominał misia nieźle na niej zasuwał. 50-letnie panie piszczały i z pewnością zostawiły mu swoje numery telefonów.
Natomiast pan wokal wyglądał trochę jakby był na haju. Przez prawie dwie godziny śpiewał tylko i wyłącznie z zamkniętymi oczyma. Śpiewał o miłości, upale i Południu. Na akordeonie miał wydrukowane swoje imię- Ray Ray- co początkowo błędnie przeczytałam jako Gay Day.
Koncert był imprezą wolną od dymu. Nikt nie przypalał (oprócz Ray Ray-a oczywiście). Wszyscy siedzieli przy stołach, pili piwo i skakali na krzesłach (głównie ci po pięćdziesiątce). No mówię wam, na takie koncerty to można chodzić.
Koncert odbył się w Brudnej Kaczce (myślę, że jest to świetna nazwa na pub w Polsce). Zapowiadała pani cowgirl w dżinsowych spodenkach , kowbojkach i pasku z cekinami. Włosy oczywiście w kolorze blond. Powiem wam kochani, że pomimo tego całego kiczu to darze dużym szacunkiem te panie kowbojki.
Myślę, że tą głodną myślą zakończę te dzisiejsze wywody i udam się na spoczynek. Bo skoro dochodze do takich wniosków oznaczać to może tylko jedno- trochę mi to południowe słońce walnęło do czuba...
05:38, hjuston , art
Link Komentarze (7) »
wtorek, 30 stycznia 2007
Wczoraj prawie cały dzień spędziłam na nie swoim blogu. Ania poruszyła bardzo ciekawy temat dotyczący bałaganu. Zaczęło się na Noblu, a skończyło na moich zrzutkach i nagrywaniu filmików o 10 wieczorem (trzeba poczytać komentarze). Porozstawiane po całym domu kubki mojej siostry, trzaskanie drzwiami, pozostawiane papierki od cukierków itd itp. Wiele bym teraz oddała aby móc się cofnąć w czasie i pozbierać te kubki za moją siostrą.
No ale nie będziemy się tu rozczulać. Porozmawiajmy o konkretach.
Co doprowadza was do białej gorączki w waszych domownikach? Jakie mają zwyczaje, które was osłabiają, a za którymi z pewnością będziecie tęsknili?
Zacznę od siebie. Mnie na ten przykład (oczywiście oprócz pozostawianych papierków od cukierków) osłabia jak mój Monsz, który znany jest z tego, że rano trzeba go ściągać z łóżka dźwigiem, popisuje się jak uda mu się wstać przede mną. Przynosi mi wtedy szlafrok i mnie w niego zakopuje, odkręca prysznic i wrzeszczy- woda leci, idź się kąpać. A jak już się kapię to wlewa do miski zimną wodę i oblewa mnie nią z góry. Oczywiście taka zabawa nie działa w drugą stronę, bo smiesznie jest tylko wtedy gdy ja piszczę.
W przeszłości, nie wyrabiałam jak moja siostra ubierała moje ubrania bez pozwolenia, szczególnie wtedy gdy ja sobie zaplanowałam to coś założyć. Moja mama też nie była lepsza. Jak przyjeżdżałam do domu na weekend mówiła: śpij sobie ile chcesz, a nastepnie z samego rana zaczynała coś pichcić o 7 rano. Talerze brzdękały i o 7.30 krzyczała- wstawaj, śniadanie na stole! Albo szła po bułki,w drewniakach i jak wracała to zawsze tupała na klatce (ja miałam pokój przy drzwiach wejściowych). Ale teraz chętnie bym posłuchała tych drewniaków. Ba, nawet sama bym je bez pozwolenia ubrała i poszła o 6 rano po bułki, a potem bym wrzeszczała – śniadanie na stole!
poniedziałek, 29 stycznia 2007
Tematy wucetowe okazują się bardzo chwytliwe, dlatego poraz kolejny (i zapewne nie ostatni)  dzielę się z wami moimi spostrzeżeniami z tej właśnie branży .
Każda z nas wiedziała, że panowie lubią nie tylko skakać z kwiatka na kwiatek, ale lubią je także podlewać. Ale żeby aż do tego stopnia?
Pisuary te, w cenie zaledwie $7k - $10k można nabyć TU.
Myślę jednak, że zarówna forma jak i kolor nie sprawiłyby aby bardziej taki pisuar chciało mi się sprzątać.





-----------------------------------------------------
wspaniała mozaika pochodzi z Wired
niedziela, 28 stycznia 2007
Wczoraj spotkaliśmy się u koleżanki Szkotki na tak zwanym Burns Supper. Było nas ze 40 osób. Jedliśmy haggis i tańczyliśmy szkockie tańce. Muszę przyznać, że z roku na rok idzie mi coraz lepiej. (Aczkolwiek po wypiciu znacznej ilości whisky nikt nie jest w stanie ocenić kto tańczy źle, a kto lepiej).
Dzisiaj strasznie bolą mnie pośladki (od tańczenia).
Było to już trzecia tego typu impreza w Houston. Przypomina mi to tylko o tym jak ja tu już długo mieszkam...
Czas szybko płynie. Niedługo wszyscy poumieramy.
A skoro o śmierci mowa. Czy pamiętacie naszą palmę? Otóż palma już zaczęła odżywać ALE przyszedł mróz i zapomnieliśmy jej okryć, trochę się jej dostało i raczej już chyba nie odżyje.

---------------------------------
zdjęcia tutaj .
czwartek, 25 stycznia 2007



Dostałam na gwiazdkę i potrzebowałam całego miesiąca aby przetestować, żeby wam nie wciskać chały.
Torba zdała egzamin. Moja jest w limitowanej edycji, w kolorze czerwono-czarnym, ale niestety nie moge jej znaleźć na stronie, dlatego też wklejam inną.
Torba zrobiona jest z pasów samolotowych (ale nie startowych*). Jest nie tylko oryginalna, ale cholernie praktyczna i przede wszystkim solidna. Co prawda nie bardzo nadaje się na elegankie wyjścia, ale jak najbardziej na zakupy czy też w inne luźne miejsca.
Więcej można zobaczyć TU.


*- przyznam sama , że jest to dość kiepski żart
wtorek, 23 stycznia 2007
Różne zakłady pracy mają różne benefity dla swoich pracowników. Monsz mi ostatnio powiedział, że jego firma zakupiła na jego piętro iJoy dla pracowników. Jak się człowiek zmęczy, to może się zapisać na 15 minut reraksu na takim właśnie fotelu. Razem z kolegą postanowili, że któregoś wieczoru muszą się zakraść i zaciągnąć ten fotel do swojego biura, postawić za biurko i udawać, że nic się nie stało. (Oczywiście należy zamykać drzwi na klucz, żeby ktoś inny nie wpadł na podobny pomysł). Pomimo tego, że podoba mi się ten pomysł i pewnie nawet trochę zazdroszczę, bo w mojej pracy to niedługo będziemy musieli zacząć przynosić własny papier toaletowy, uważam że jest to pewnego rodzaju kuriozum. No ale nie o takich kuriozach słyszy się od znajomych z Polski.
U mojej siorki w pracy (na uniwerku) maja inny reraks. Otóż codziennie przysyłane jest do wszystkich pracowników pytanie. Emailem. Kto zgadnie odpowiedź jako pierwszy dostaje za darmo lunch. Całkiem fajny pomysł.
Pytanai są różne. Będziemy co ciekawsze umieszczać na tym blogusiu (bo oczywiście siostra codziennie mi te pytania przysyła).
Dzisiejsze pytanie brzmiało: In a diner when a waitress calls out "drag one through Georgia," what is she calling for? No więc chodzi o kolę z syropem czekoladowym. Pytanie to skłoniło mnie do dyskusji z moją siorką w godzinach pracy na temat "Kulinarne dziwolągi, czyli nieapetyczne kombinacje". Tak więc siedziałyśmy sobie, co prawda nie na ijoy-ach i wymieniłyśmy kilka nieapetycznych emaili.
Jak dla mnie szczytem jest root beer float. Czyli gałka lodów waniliowych w szklance root beer. Można też zrobić to z kolą. Cena takiego drinku to około $5. Wspomnieć też należy o plackach z gałką słonego masła, czy też PBJ sandwich, czyli kanapce z masłem orzechowym i dżemem. A na nas krzywo się patrzą jak jemy jajka z keczupem...
Miss.take wspomniał ostatnio o chili z bitą śmietaną. Mój Monsz je frytki z vinegretem. Do tego pije herbatę z mlekiem! Rok temu twierdził, że inaczej herbaty wypić się nie da. Ale zrobiłam mu raz z cytryną i miodem i bardzo mu smakowało.
Kto zna jakieś ciekawe dziwolągi kulinarne?
poniedziałek, 22 stycznia 2007
Znowu zaczeliśmy chodzić na wykłady do muzeum. Wykłady organizowane są przez Rice Design Alliance. Chodzimy, bo lubimy posłuchać o mieście, w którym mieszkamy, o tym jakie są plany dotyczące środków transportu, jakie rozwiązania stosują inne duże miasta, co stracimy jak się w końcu stąd wyprowadzimy, dlaczego burmistrz miasta Hjuston uważa, że Houston jest lepsze niż Tokio itd itp.
Czasem też można obejrzeć ciekawe filmy, których nie można obejrzeć nigdzie indziej w Houston, na przykład: The End of Suburbia, czy też The Power of Nightmares. Wykładów było dość sporo. Na tyle dużo, że postanowiliśmy zostać członkami stowarzyszenia w celu obniżenia kosztów.
Bieżący temat brzmi: Design Goes Mainstream. Generalnie chodzi o "ładne" rzeczy zaprojektowane dla mas. Przedmioty domowego użytku, czy też inne, jak na przykład ipody, które masowo wkradły się w nasze życie, a które są w jakiś tam sposób specjalnie zaprojektowane aby się wyróżniać. Na wykłady ma przyjechać ktoś z Ikei, ktoś od Nike i myślałam, że może być ciekawie i warto pójść posłuchać co też mają do powiedzenia firmy, które projektują dla mas.
Pierwszy wykład zaprezentowany był przez Suzanne Trocme z magazynu Wallpaper*. Suzanne, podobnie jak Anna Patrycy, tak trochę niepewnie próbowała nas przekonać, że Wallpaper jest magazynem dla mas. Po chwili dodała, że nakład tego miesięcznika wynosi około 170 tysięcy na całym świecie (niezła mi masa). Po czym dodała, że tak właściwie to ONI, czyli Wallpaper, tworzą pewnego rodzaju subkulturę. Na koniec przypomniała, że to wszystko jest projektowane dla mas. Często i gęsto używała słów takich jak: design, lifestyle, chic, fashion, sexy, glamorous.
Być może za 10 lat rzeczywiście te wszystkie buty za $5 tysięcy i nożyki z widelcami bez których cytuję: "nie można żyć" będą rzeczywiście dostępne dla wszystkich. Obecnie, moim skromnym zdaniem, są one dostępny dla 0.0000001% ludzi na świecie.
Byłam rozczarowana wykładem. Tym, że kobieta przyleciała z Europy po to aby opowiadać o takich pierdołach. Ale przyznam, że zapewniła mi swego rodzaju rozrywkę, pomimo tego że z wykładu wyszłam dość osłabiona. W końcu nie często można posłuchać o pierdołach w takim stylu.
Na koniec Suzanne puściła nam pokaz slajdów z ostatniego numeru Wallpaper i przez 20 minut musieliśmy oglądać wszystkie "ładne" zdjęcia z komentarzami typu: o jakie ładne buty, o jakie fantastyczne włoskie biurko, jaki świetny dom w Japonii, o tu zdjęcie studia tego i tego- znacie go, prawda? Nie, nie znamy i nie śpieszy nam się aby go poznać.
Owszem, było tam jedno zdjęcie, a właściwie rysunek, które nawet mi się podobało. W kategorii Wydarzenia z ostatniej dekady, przy roku 2005 był rysunek JP2. Biała twarz, bez jakichkolwiek rysów i czarne szaty. Wyglądał trochę jak postać z bloga Inżyniera Luzaka.
Spodziewałam się, że na tym wykładzie będzie mowa o przedmiotach, które pomimo tego, że zostały zaprojektowane przez tych wszystkich designerów, i oprócz tego, że były ładne i kolorowe były także na tyle dobre (czytaj: funkcjonalne), że przeszły do użytku masowego.
Wallpaper* moim zdaniem jest dość odległe od tej myśli.
W związku z tym, że za nie dowiedziałam się zbyt wiele o tych właśnie przedmiotach, zapraszam was do podzielenia się ze mną przedmiotami, które niedawno odkryliście, a które oprócz tego, że są ładne i może na pierwszy rzut oka zbędne, w rzeczywistości powinny pojawić się w każdym domu.
Moim pierwszym produktem (odkrytym w roku 2006) jest skrobaczka do misek. Moja jest niebieska. Silikonowa. OMG- fucking genius! Wyskrob miskę i wyliż skrobaczkę! Do tego jaka śliczna! Świetna w dotyku! Dostępna dla mas.
Można nią wyskrobać dosłownie wszystko i dosłownie co do milimetra.
Do czasu zanim wylizywaczka pojawiłą się w moim życiu marnowałam strasznie dużo jedzenia, które pozostawało w miskach używanych do przygotowania ciasta, sałatki czy też innego bigosu. Teraz nie marnuję nic. Polecam. Myślę, że wylizywaczka powinna znaleźć się, w każdym domu.
A wy jakie zbędne niezbędne rzeczy niedawno odkryliście?

czwartek, 18 stycznia 2007
Proszę zwrócić uwagę na zabezpieczenia (czyli ich brak). Dodam, że pan posuwał ze 120 km/h.


Dzisiaj poraz ostatni będzie znowu o jedzeniu.
Ci, którzy mnie znają wiedzą jak ważna jest dla mnie kuchnia meksykańska, a przede wszystkim burrito. O tym jak bardzo lubię burrito pisałam dawno temu. Polecam.
Burrito blog jest jednym z tych blogów podczas czytania, których pluję sobie w twarz i krzyczę - dlaczego to nie ty zaczęłaś pisać  takiego świetnego bloga?
Czy blog o pierogach, czy też innych polskich pączkach też  osiągnąłby taki sukces?

środa, 17 stycznia 2007
Monsz mi zakomunikował, że podczas naszej wycieczki (już za 23 dni) też będę musiała robić za kierowcę. Zakomunikowałam mu, że skoro mu życie nie miłe to owszem, mogę tym kierowcą tego kampervana  być.
Obawiam się może nie tyle rozmiaru tego pojazdu (w końcu raz już jechałam przez dwa dni do Hjuston z przyczepką U-Haul), a bardziej tego zmieniania biegów lewą ręką.
Zaczęłam więc poważne przygotowywania do usprawnienia lewej (co wcale nie znaczy, że gorszej) części mego ciała.
Czytałam ostatnio w Wired, że mycie zębów lewą ręką, a także branie prysznica z zamknietymi oczyma pomaga otworzyć nowe ścieżki neuronowe.
Obawiam się tylko, że zanim opanuję sztukę lewej ręki wybiję sobie pod tym prysznicem wszystkie zęby...
Polecam wam w ogóle to ćwiczenie gdyż podobno usprawnia ono orientację przestrzenną.
A teraz pytanie do szanownych czytalników- czy ktoś z was jeździł po lewej stronie drogi? I jeśli tak to jak tam jest?
wtorek, 16 stycznia 2007
Miał być taki luzik. Szef w Las Vegas na Celine Dion. Do pracy miałam nie iść bo miał być lód na drogach. A tu na odwrót. W pracy taki zapierdziel. Szef w swoim out of office message-u zostawił informację - w razie emergency skontaktuj się z hjuston i każdy z dziwnego powodu ma jakieś emergency. Konsultanci, z którymi muszę pracować doprowadzają mnie do białej gorączki. Ale co tam. Już niedługo. 2 miesiące i szukam nowej pracy.
Idę zaraz do pracy. Zaparkuję se na parterze na wypadek jakby ten desz zaczął padać i zmroziło nam ulice. Na wszelki wypadek, żebym nikomu nie walnęła auta jak będę się ześlizgiwać z drugiego piętra.
Jak jest zimno lepiej się śpi. Tak więc jestem wypoczęta. Stary wyrobił się w ekspresowym tempie i o 7.30 nie było go już w domu. Włączyłam sobie Kylie (przeboje z lat 80-tych) i trochę się pokiwałam tu i tam.
Tańczymy ostatnio dość sporo. Razem i osobno.
Zastanawiam się ilu z was tańczy jak was nikt nie widzi?


poniedziałek, 15 stycznia 2007
Weekend dobiega końca. Właśnie upiekłam dwa serniki i teraz czas na relaks. Na relaks zarobiliśmy bo trzeba było rano wstać aby iść na ten maraton. Wzruszyłam się chyba na tym maratonie. Trzeba coś ze sobą zrobić, aczkolwiek nie wiem czy akurat w takim maratonie chciałabym biec. Raczej bym nie chciała, bo nie cierpię biegać. Może MS 150 w 2008?
Relaksować się będziemy przy filmie A Scanner Darkly. A skoro o filmach to powiem, że w piątek wybraliśmy się ze znajomymi do kina na Volver. Przed kinem jak zwykle do znajomego baru na margaritę i tamalesy. Bar ten zaczyna się robić coraz bardziej niebezpieczny gdyż rzeczywiście im bardziej zna cię barman tym mniej mu się reka trzęsie przy polewaniu tequili. Tak więc barman był szczodry. Wypiłam 1.5 margarity. Połówkę dopił mi kolega, bo szkoda mu było żeby się zmarnowało. On the rocks oczywiście. Nie pijam tych mrożonych, bo od nich boli głowa. Tak więc już trochę wstawieni pojechaliśmy do kina. Vlover był wyprzedany, bo tak się jakoś złożyło, że teraz nagle wszyscy chodzą do tego kina, bo mają je niedługo rozwalić (na apartamenty). Zaprosiliśmy więc wszystkich do siebie. Mieliśmy oglądać Iluzjonistę, ale oczywiście nie było, więc wypożyczyliśmy The Black Dahlia, bo ze Scarlett Johansson, w której to podobnie jak w Kylie Minogue kocha się mój Monsz. Los nam jednak nie sprzyjał, bo w pudełku nie było dvd z The Black Dahlia. W pudełku było dvd z jakimś koszmarnym filmem pt: The Last Kiss. Było nas dość sporo. Miejsc siedzących mieliśmy tylko 8 więc dla reszty trzeba było zaoferować miejsca leżące. BTW - pytanie do mieszkańców tego kontynentu- czy nie jesteście zachwyceni pompko-suszarkami do materaców dmuchanych? Nadmuchaliśmy qeen size materac i reszta mogła sobie leżeć. Taka atmosfera sprzyja zaśnięciu, więc zasnęłam i filmu nie obejrzałam. Ale wiem od Mensza, że była to niezła szmira. Tak więc nie polecam.
Wczoraj w ramach odreagowania wybraliśmy się do kina na Blood Diamond. Ludzie, trzymajcie mnie. Co za film. Kto nie widział niech czym prędzej idzie do kina. 2 godziny jak na szpilkach. Wychodzi się z kina z satysfakcją, że nie ma się pierścionka z diamentem i wiadomo na 100%, że Diamonds are not girls best friends...
Tak więc dzisiaj czas na relaks. Ten tydzień zapowiada się całkiem luzacko. Jutro i we wtorek nie będzie mojego szefa w pracy. Proszę ja was szefuńcio leci do Las Vegas na koncert UWAGA- Celine Dion! Leci se na 4 dni. Ma już bilety i będzie siedział w 4 rzędzie.
A w ogóle być może we wtorek i środę nie będę musiała iść do pracy bo oczekujemy tutaj lodu na drogach i marznącego deszczu . Dodam, że wczoraj było 25C.
No to życzę wam miłego tygodnia. I nie pracujcie zbyt ciężko.
niedziela, 14 stycznia 2007
Jutro maraton. Nie kochani, uprzedzam pytania- nie biegnę. Maraton hjustoński jest maraton kwalifikującym do maratonu bostońskiego. Biorą w nim udział tysiące osób (w zeszłym roku 15 tysięcy przy publiczności 200 tysięcy). W tym roku biegnie jeden z moich kolegów. To znaczy on tylko robi tak zwany half marathon- 13 mil. Przez pół roku trenował ze swoją dziewczyną, która jednak nie będzie biegła z powodu kontuzji.
Tak więc jutro o 7 rano wstajemy i idziemy z grupką osób kibicować. Kolega raczej nie wygra. Robi to dla własnej satysfakcji. O zwycięztwo raczej w tym maratonie nie chodzi. Chociaż może jakby jadł owsiankę to by miał większe szanse. Podobno owsianka pomaga. Ale nie chciał mnie słuchać z tą owsianką... Dbamy teraz o jego formę. Wczoraj na przykład nie mógł pić z dużo piwa. Bo wiadomo, od piwa głowa się kiwa.
A po biegu idziemy na wielkie śniadanie. Bo my, kibice na pewno bardzo się zmęczymy...
Problem jest tylko taki, że podobno ma starsznie padać. W wypadku deszczu raczej nie pójdziemy i będziemy koledze machać w szlafrokach z balkonu. A o tym jak mu idzie będziemy sobie mogli sprawdzić oczywiście w Internecie, na stronie maratonu gdzie będzie można odczytywać wyniki w realu. Zawodnicy mają bowiem jakieś nadajniki w butach, które to wysyłają tajemnicze sygnały w kosmos, a które to potem są wysłane z tego kosmosu do internetu hehe.
Powiedziałabym wam jak ma na nazwisko kolega abyście mogli sobie sprawdzić jak mu poszło, ale nie będę mu tu robić darmowej reklamy.
W 2006 zwycięzcą był David Cheruiyot z Kenii, a zwyciezczynią Firaya Sultanova-Zhdanova z Rosji. Nie znam tych ludzi i pewnie raczej nie poznam. Tak wam podaje, żeby nie było że nie studiowałam.
W tym roku po raz pierwszy podobno do biegu zostaną dopuszczeni sportowcy na wózkach.
No co wam mogę powiedzieć na zakończenie? Może tak jak Rysiu z Misia- też byłam kiedyś czarna i też świetnie biegałam. No to tego - powodzenia Rysiu (bo kolega ma tak właśnie na imię). Wszystkie Ryśki to fajne chłopaki- bez względu na to czy maraton zwycieżą czy też nie.

dodane po fakcie: zdjęcia
piątek, 12 stycznia 2007
Nie zdarza mi się tu polecać muzyki, ale dzisiaj zrobię wyjątek. Pisałam już o utworze Wild Cat zespołu Ratatat, który chyba był dla mnie utworem roku 2006. Teraz Wild Cat poszło w odstawku zakochałam się bowiem w zespole Beirut. Nie tylko dlatego, że grają niby muzykę cygańsko -wschodnio - europejską i nie tylko dla tego, że są z Nowego Meksyku, a ja do Nowego Meksyku mam sentyment...
Polecam i proszę napisać czy się wam podobało. Tutaj możecie się zapisać do Podcastu i posłuchać ich live z Seattle (BTW jestem też live z zespołem Ratatat).

06:04, hjuston , art
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston