czwartek, 31 stycznia 2008

Dla tych, którym marzy się bardziej 'ciekawa' praca niż ślęczenie w papierach, sprzedawanie pierduł czy też studiowanie nauk scisłych mam wspaniałą wiadomość. Otóż przez wszystkich znany i nie przez wszystkich lubiany P Diddy poszukuje Personal Assistant.

Prominent celebrity hip-hop mogul is seeking a top-notch, professional and outgoing Personal Assistant to coordinate business, social and personal affairs. This role involves handling business and personal tasks.

It is imperative that the Assistant has the sophistication to communicate effectively with people at all levels of management and handle highly confidential matters. The casting call in Houston is scheduled for Thursday, Feb. 14 from 6 to 9 p.m. at Level Nightclub and Lounge (412 Main).

Niestety, zanim się tą pracę dostanie, trzeba się zbłaźnić w jakimś reality show i pokonać setki innych, dyspozycyjnych 24/7, bardziej przebojowych i młodszych konkurentów.

Gdybym nie była ostatnio taka, no wiecie- senna i mało przebojowa to może i bym poszła. NOT.

piątek, 25 stycznia 2008
W związku z popularnością portalu nasza klasa (o którym wcześniej pisałam TU), zastanawiam się czy mamy już tłumaczenie angielskiego 'faceslam'? No bo chyba nie 'policzek'? Policzek jakoś tak głupio brzmi, a trzasnąć w twarz w sumie jeszcze gorzej. Może 'zatrzasnąć drzwi przed nosem'? Ale to tez raczej zupełnie bez sensu, bo co to ma do listy znajomych?


Faceslam (za wired)
v. To ignore or deny a friendship request on Facebook or any other social networking site. While faceslamming is an effective way to keep so-called trophy friendships in check, the related practice of defriending — removing somebody from an established list of acquaintances — is the ultimate snub.
czwartek, 24 stycznia 2008
Ten miesiąc owocuje w wiadomości z kosmosu. BBC pokazało piękne zdjęcia z Marsa, na których to niby widać ludzką postać (?). A do naszego, texańskiego Stephenville zawitało UFO.
Ponad 200 mieszkańców twierdzi, ze widziało nad miastem coś cyt: 'nie z tej ziemi'. Pojazd ten krążył nad miastem przez jakiś czas. Jeden facet chciał go nawet ustrzelić strzelbą, której używał do polowania na sarny czy tam inne jelenie. Ktoś inny wyciągnął z szuflady wideo z przeszłości, na którym to widać niby kolejny obiekt latający. Tak więc dowodów jest masa.
Oczywiście rząd jak zwykle chce wszystko zataić. Najlepszym na to dowodem jest fakt, że początkowo Air Force przyznało się że nie odbywało żadnych ćwiczeń tego dnia w tym rejonie. Ale następnego dnia powiedziali, że im się pomyliło, że to jednak byli oni, a nie żadne UFO i ze sprawa jest zamknięta. POMYLIŁO IM SIĘ?! Ciekawe kto im w to uwierzy.
Zainteresowanych odsyłam do Stephenville (polecam także video).
poniedziałek, 21 stycznia 2008
Pokazywaliśmy sobie kiedyś tam, co nosimy w torebkach. W podobnym temacie znalazłam ostatnio w sieci dość interesującą, choć niektórzy zapewne powiedzą, że zupełnie zbyteczną stronkę. fridgewatcher.com to projekt, który ma na celu pokazanie zawartości lodówek z różnych stron świata.
Polski jeszcze nie ma, więc może któryś z czytelników uratowałby nasz honor i wysłał zdjęcie lodówki niekoniecznie z musztardą i wódeczką?
Póki co, przedstawiam swoja lodówkę. Z lokalnych produktów nie widać w niej zbyt wiele, z wyjątkiem oczywiście tortillas, salsy brzoskwiniowej (w drzwiczkach) i wołowiny.
Z tak zwanych perełek mam kwiaty hibiskusa w syropie, o których pisałam kiedyś na kiwi kampervan. (Dodam, że można już w końcu tego hibiskusa kupić w Whole Foods na Kirby).
Zapraszam innych blogowiczów, z innych rejonów, do pokazania swoich spiżarni (oczywiście u siebie na blogach, albo na innych flickrach) i podlinkowania się w komentarzach.






niedziela, 20 stycznia 2008
Nie mamy w Houston zbyt wiele starych budynków. Te które mamy lubimy rozwalać w proch i pył
Więcej TU.
sobota, 19 stycznia 2008
Pokazałam wam ostatnio jak wygląda moje miasto nocą (sorry Dominik, ale nie chcialo mi się jeszcze nagrać tego downtown, a i szyba nadal nie wyczyszczona). W mojej okolicy jest masa nie tylko barów i gay barów (w których ostatnio imprezą przewodnią jest Gay Idol- cokolwiek to jest), ale także restauracji.
Mamy świetną restaurację francuską, dobre i nie drogie sushi, restaurację śródziemnomorską, hinduską, wietnamską i parę tak zwanych up scale. Generalnie spokojnie można iść na kolację na piechotę.
Otóż okazało się niedawno, że wszystko co piękne szybko się kończy i trzeba się mieć na baczności. Mamy bowiem na lower Westheimer rabusiów. Takich prawdziwych jak z westernu. No może nie na czarnych rumakach, ale za to w czarnym pickupie. Rabusie ci czekają pod restauracjami na klientów, po czym podchodzą do nich ze spluwką i żądają pieniędzy, komórek i zegarków i złotych zębów ... Zainteresowanych odsyłam TU.
Tak więc może na jakiś czas lower Westheimer musi iść w odstawku i czas odświeżyć kubki smakowe w innych restauracjach. Tym samym, przedstawię tu kilka moich ulubionych houstońskich restauracji i wspomnę te, które należy omijać (o jednej pisałam kiedyś tu).
Dzisiaj restauracja wietnamska.
Wczoraj, wybraliśmy się do Vietopia (5176 Buffalo Speedway). Vietopia jest moim zeszłorocznym odkryciem i lubię ja coraz bardziej. Byłam tam kiedys parę lat temu, ale jakoś wtedy nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Olbrzymia sala, masa stolików i jedzenie w przystępnej cenie. Jeśli ma się ochotę spotkać ze znajomymi w miejscu, w którym można spokojnie porozmawiać to Vietopia nadaje się do tego w 100%. Jeśli chodzi o jedzenie to owszem, jest na karcie dań parę nietrafionych pozycji, ale jest też kilka takich za które można dać się pociać. Na przykład: chicken mango rolls, Vietnamese hot and sour soup (przepis na bardzo podobną zupę znalazłam tutaj) czy też coconut curry. Dla nie pijących alkoholu polecam lemoniadę. Serwis trochę ślamazarny, ale właściwie nie ma za bardzo na co narzekać. Ceny przystępne. Chodzimy tam czasem, więc polecam.
Może ktoś lokalny zna inną wietnamską perełkę?
piątek, 18 stycznia 2008
Na piątkowy poranek proponuję TO (6 minut, ale warto- bezpieczne w pracy) i trochę historii TU.
czwartek, 17 stycznia 2008
Taki scenariusz...
Idziesz sobie na basen na 19.30. Na basen w YMCA przynosi się swoje kłódki. Albo na szyfr, albo normalne. Ja mam na przykład normalną, bo taką dostałam w poprzedniej pracy. Nie przynosi się za to swoich ręczników, tylko używa się basenowe. No więc bierzesz taki ręcznik i zawijasz sobie w niego ten kluczyk od kłódki. Ręcznik kładziesz na ławce i idziesz popływać. Robisz tak zawsze. Nigdy nie masz żadnych problemów.
Wychodzisz po 30 minutach pływania żabką i z deską (z deską robi dobrze na pośladki) i patrzysz - nie ma ręcznika! Pół biedy z ręcznikiem, ale nie ma też twojego kluczyka do szafki. A w szafce są przecież nie tylko ubrania i kremik do smarowania brzucha, ale także kluczyk do samochodu, prawo jazdy z adresem i klucze od domu. No i majtki. Dla niektórych być może bardziej wartościowe są takie majtki, niż ten kluczyk do domu.
Pan ratownik łapie się za głowę i mówi: aaaa bo jak pływałaś to przyszli sprzątacze i zwinęli ręczniki. Myśleli, że już ich nikt nie używa.
Ale tak się składa, że tylko twój zwinęli. Inne zostawili. Przypadek? Jak mówi Lonegunman- nie ma przypadków, są tylko znaki.
Ratownik radzi iść na korytarz i dowiedzieć się u pani w recepcji.
Idziesz. I co kurde robisz? Pytasz się najpierw kto sprzątnął twój ręcznik. Ten, ten czy tamten mały? Okazuję się, że pan z czarną czupryną, który nie mówi w ogóle po angielsku. Ty akurat nie mówisz po hiszpańsku. Wołaja więc tłumacza, który też ledwo mówi po angielsku, ale zdołał powiedzieć że to tego drugiego pierwszy dzień w pracy. Opadają ci ręce, bo już wiesz że nie bedzie lekko.
Zimno ci się zaczyna robić, bo na zewnatrz jest parę stopni, ty stoisz cała mokra. W czepku. W ręczniku i w stroju. I myślisz sobie, że akurat teraz jesteś w takim punkcie swojego życia, że nie bardzo możesz sobie pozwolić na chorobę czy też jakieś antybiotyki. I nie chodzi tylko o ciebie.
Generalnie w życiu nie panikujesz, ale tym razem zaczynasz normalnie panikować. Ze względu na wizję tego co powyżej właśnie.
W między czasie pan tłumacz poszedł do pralni i wrócił z tej pralni. Stwierdził, że ten pierwszy szukał kluczyka, ale nie znalazł. Nie wierzysz mu, bo w sumie jakby tobie któs kazał szukać kluczyka w milionach ręczników, które są już i tak w pralce to pewnie poszedłbyś w kąt podłubać w nosie i wróciłbyś po 15 minutach i powiedział, że też nie znalazłeś.
Panikujesz trochę bardziej, bo robi ci się coraz zimniej, bo jakiś kretyn stoi w drzwiach i wrzeszczy coś do kolegi i tym samym wpuszcza zimne powietrze.
Panikujesz jeszcze bardziej gdy okazuje się, że ostatnia deska ratunku, pan Gerwazy czyli woźny poszedł już do domu, ale nawet jakby był to i tak nie poszedłby przeciąć ci kłódki bo faceci nie wchodzą do babskiej przebieralni. Chyba, że jak nikogo nie ma, ale przecież nie będziesz czekać aż się wszystkie babki wysuszą.
I co wtedy robisz?
a. zaczynasz ryczeć
b. robisz awanturę
c. zaczynasz przeklinać (po polsku) pod nosem
d. czekasz na koleżankę, która jeszcze pływa, żeby ta zadzwoniła do męża (bo przecież ty nie mozesz bo twój telefon siedzi zamknięty w szafce), żeby z kolei ten poszedł do Home Depot i kupił piłę czy inny sekator i żeby przyjechał i ci go dał (bo przecież faceci nie mogą wejść do babskiej przebieralni). Następnie sama rozpierniczasz zamek.
Co robisz?
poniedziałek, 14 stycznia 2008




Czekałam na ten film kilka miesięcy. Wczoraj wybrałam się do kina. Dawno nie byłam w kinie, na kawałku na którym była pełna sala. Jak można się spodziewać po tytule, jest rzeczywiście "trochę" krwi. Osobiście takiego filmu o ropie jeszcze nie widziałam. Zresztą nie pamiętam aby widziała też jakikolwiek inny (oprócz Dynastii, która oczywiście o ropie nie była, ale sam Blake Carrington był przecież właścicielem jakichś tam pól).
Polecam szczególnie dla miłośników amerykańskiej historii, opowieści o gorączce złota w Kalifornii i innych tego typu westerno podobnych filmów.
"There will be blood" jest trochę przydługawy, ale moim zdaniem naprawdę warto.
TU można zobaczyć kawałki filmu.
niedziela, 13 stycznia 2008
Specjalnie dla Mamuta, żeby zobaczył, że w Houston jednak mamy drzewa i to takie całkiem całkiem. Filmik nagrany w Texas Medical Center (o TMC pisałam kiedyś TU ). Generalnie 95% budynków, które widać na filmiku to część centrum medycznego (być może nawet widać mniej niż połowę). Oczywiście szpitale rozsiane są po całym mieście. Tu jednak jest ich największe skupisko. Niestety, nie za bardzo te budynki widać, bo tak jakoś słońce po oczach świeciło. No cóż, trudno...



piątek, 11 stycznia 2008
Tytuł jest trochę mylący, bo akcja rozgrywa się dokładnie w samo południe. Przedstawiam swoja okolicę. Muzyka dobrana celowo.
Oczywiście można darować sobie komentarze typu- ale masz brudną szybę czy też ale ci samochód klekocze (to nie samochód tylko gorillapod, a szyba że brudna to wiem, ta z tyłu jest jeszcze brudniejsza). Filmik nie jest zbyt wyraźny (może to z powodu tej szyby?), a początek trochę przydługawy. Następny będzie lepszy. Może. Zapraszam innych do pokazania swoich okolic.



środa, 09 stycznia 2008
No zupełnie nic się nie dzieje. Owszem, mamy skoki temperatur (od 0 do 26 w przeciagu jednego weekendu na przykład). Owszem, ludzie w Houston nadal się zabijają. Ostatnio złapali jakiegś gościa, który w garnku gotował ucho i inne części swojej dziewczyny i miał zamiar je zjeść. Owszem, zaczynam już czytać o Rodeo Houston (bo przyjeżdża Ania z Chicago i trzeba coś pani w tym mieście pokazać). No i owszem- ostatnio sporo czytam. Niestety głównie książki tematyczne i pierdoły, więc o pierdołach będzie ten wpis.
Koleżanka Sylwia właśnie wróciła z podróży do coraz bardziej dla mnie egzotycznego kraju raju. Parę tygodni temu przysłała mi smsa o takiej treści: "... ogólnie nic nam nie umyka jak nas tu nie ma". Przyznam, że pocieszyła mnie taka wiadomość. Głównie dlatego, że okazuje się że jednak jeszcze przez dwa lata będę tu pewnie kiblowała. Sylwia przywiozła masę polskich magazynów. Głównie tematycznych, na ten sam temat co te moje książki, i także te z kategorii pierdoły maksymalne czyli mój do niedawna ulubiony magazyn ELLE.
Elle nie czytam już od dawna, kłopotliwe jest kupowanie tego magazynu jak mieszka się w Houston. Ania z Windy City co miesiąc przysyła mi za to Twój Styl. No ale o Elle miało być.
Czytałam sobie w niedzielę tą Elle właśnie. Przyznam, że od czasu kiedy w Elle zabrakło Wojciecha Manna to tak na prawdę nie ma co czytać. Felietonów Manna nie ma, ale są za to felietony Zuzy, które czytałam zawsze z nadzieją, że
może tym razem będą lepsze. A guzik. Są zawsze takie same. W każdym felietonie autorka nie może się powstrzymać żeby przypomnieć wszystkim, że kiedyś mieszkała w Stanach i z tego powodu jest bardzo cool. Takie przynajmniej sprawia wrażenie. Felietony te były kiedyś po drugiej stronie rubryczki Wojciecha Manna. I pomimo tego, że nie znam całej historii i nie wiem dlaczego przestał pisać dla Elle, mam cichą nadzieję, że być może się po prostu obraził że musi dzielić kartkę z tą panią właśnie. Bo powiedzmy sobie szczerze- style pisania tych dwóch osobników są conajmniej różne.
Taki na przykład Wojciech Mann też był przez jakiś czas w Stanach i zawsze opowiada o tym z klasą. Bez wywyższania się, bez robienia niepotrzebnej afery itepe. Do końca życia będę chyba pamiętała jego radiowe opowieści o upojeniu alkoholowym na granicy z Meksykiem czy też parę innych. Do końca życia będę też pamiętała jak na 1go kwietnia mój były chłopak nabrał mnie, że Wojtek Mann jest jego wujkiem. Jezu, jak ja się cieszyłam, że go poznam!
Oczywiście pan Wojtek nie jest aktywistą (Zuza jest) więc być może to właśnie tłumaczy ten jego odmienny styl. No więc podsumowując - moim zdaniem Elle bez pana Wojtka jest po prostu słabe.
Tak więc czytam sobie ten magazyn w sobotnie popołudnie. Reraksuję się, bo dzień miałam dość aktywny, jak na aktywistkę przystało. Wstałam o 7 rano, bo stary jechał z kolegami na rowery. Poszłam na zakupy do Central Market i stwierdziłam że od teraz na zakupy chodzę tylko w weekendy o 9 rano bo nie ma ludzi i jest conajmniej luksusowo. Poszłam z Sylwia do Memorial Parku- pochodziłyśmy, jak stare babcie posiedziałyśmy na ławce i wróciłam. Ugotowałam zupę pomidorową (ostatnio jem bardzo dużo pomidorów), potrawkę z kurczaka, zarzuciłam zrazy wołowe zawijane (które btw okazały się hitem kulinarnym). No i siedzę sobie na sofie i czytam Elle. Pokryweczka z garnka pyka, po domu rozchodzi się smak zrazików a ja przerzucam strony i nic nie znajduję. Pani Zuza napisała coś o tym jak to na Face Book zapisała się do grupy "Bitch please... I'm from Poland". Nudy. Artykuły o modzie- nudy. O networking- nudy. Normalnie nudy jak flaki z olejem.
Aż tu nagle intrygujący tytuł SPORNO. Nie chodziło o spieranie się w związkach.
Chodzi o cyt: "Najbardziej dochodowe słowo roku. Powstało ze spotkania "sportu" i "porno". Określa nową estetykę (?): gwiazdy sportu pozujące do reklam jak do zdjęć erotycznych". Czyli sportowcy (rozumiem, że wykluczamy NRDowskie pływaczki) pokazujący swoje "piekne" ciała. Artykuł przedstawił coś co podobno jest teraz bardzo na czasie w Europie (chyba już od kilku lat, ale my tu w USA jesteśmy trochę zacofani), a mianowicie kalendarze z Bogami Stadionu (do klikania na linki zapraszam w domu, a nie w pracy) czyli z gołymi członkami francuskiej drużyny rugby.
Rugby fajna rzecz, a gracze jeszcze fajniejsi. Wygląda na to, że Francuzi musieli coś wymyślić aby wepchnąć tego naszego polskiego hydraulika do szamba. Przyznam szczerze, że dawno nic mnie tak nie rozbawiło jak ten kalendarz. Zaczynam nawet rozumieć o co chodzi z tymi kalendarzami z gołymi babami. Chociaż może to nie to samo, bo ja taki kalendarz powieśiłabym sobie tak trochę dla tak zwanych jaj (te jaja trochę dwuznacznie mi tutaj wyszły, ale chodzi mi o te prawdziwe jaja czyli o żart czy też jak kto woli prank). Zastanawiam się czy nie walnąć sobie takiego w pracy na ścianie?
Czy w Polsce szefowie mają nadal kalendarze z gołymi babami? Jeśli tak to każdej pani, którą to razi proponuję zakup kalendarza z Bogami Stadionu. Na Amazonie oczywiście są. Tak, na dobre rozpoczęcie dnia.
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston