środa, 28 stycznia 2009
Po rekordowych zyskach, przyszedł czas na mniej przyjemne wieści ...
Shell ogłosi swoje wyniki jutro, Exxon i Chevron w piątek, a BP (still cooking) we wtorek. Będzie ciekawie.
Nie minęły jeszcze nawet 2 godziny od czasu kiedy koleżanka opowiedziała mi swoją historię dotyczącą 'włamywaczy', a już mogłam jej doświadczyć na własnej skórze.
Siedzę w domu, a dokładniej stoję w kuchni, bo gotuję kurczaka w pomidorach i nagle słyszę niezły hałas. Tak jakby ktoś mi bramkę taranował. Już miałam lecieć po potato gun, ale najpierw zajrzałam przez okno i nikogo nie widzę, a i bramka cała. Na wszelki wypadek włączyłam alarm i poleciałam po telefon. Czatuję na pięterku, z którego to widzę drzwi wejściowe. Czekam na włamywacza. Czekałam z 5 minut i nic. Wróciłam więc do garów i zaglądam przez okno w kuchni. I co widzę? Skurczysynka z Center Pointu buszującego po naszym, że się tak wyrażę dziedzińcu. Jakby nie mógł dzwonkiem zadzwonić. Przecież już kurde działa (see- comments). Okazuje się jednak, że przez ww płot można przeskoczyć. Nawet bez drabiny i Meksykanina...
Ale o co chodzi? Otóż koleżanka opowiedziała mi dzisiaj, że dostali list od prądowników, w którym żądają, aby udostępnić pracownikom Center Pointu dostęp do liczników. Bo nie będą nam już wystawiać szacunkowych rachunków. 
Jeśli się nie udostępni, to albo odetną prąd, albo coś tam albo coś tam.
Koleżanka też uświadczyła takiego włamywacza i prawie, że schowała się do szafy. Z dzieckiem  w brzuchu.
Niestety pracownicy Center Pointu (ci, co dobrze skaczą przez płot) nie afiszują się za bardzo tym gdzie pracują. I rozumiecie sami, jeśli ktoś ma słaby wzrok i nie dowidzi minimalnego logo Center Point na czapce, to może trochę spanikować i polecieć po tą strzelbę. Szczególnie jeśli taki pseudo włamywacz wygląda trochę jak zbir. Zresztą czapkę z napisem Center Point pewnie można kupić na ebayu, tak jak i historyczne uniformy UPS-u.
Teraz przypominam sobie, że też dostałam ostatnio jakiś list od Gexy, ale nie czytałam i wywaliłam. Nie mam czasu na czytanie jakichś treli moreli.
Tak więc jeśli usłyszycie, że wam się włamują do domu- nie obawiajcie się- to Center Point szuka liczników (BTW nasze są po zewnętrznej stronie płota).

Nie mam psa, ale myślę, że powieszę sobie na bramce tabliczkę 'be aware of dog'. Nie będą mi się szlajać po 'gościńcu'...

ps- ciekawe czy w ogłoszeniach o pracę jest napisane o tym, że trzeba umieć skakać przez płot?
wtorek, 27 stycznia 2009
Jak wiadomo w Ameryce można umrzeć nie tylko z głodu z powodu recesji. Można umrzeć także z przyczyn naturalnych. A bardziej dokładnie z powodu siły wyższej czy też jak to sie tutaj mówi- act of God. 
Wpadł mi ostatnio w ręcę artykuł przedstawiający mapę US na tle śmierci z powodu siły wyższej.
Wiadome jest, że tu w Ameryce, mamy właściwie wszystkie narzędzia, którymi Pan Bóg może sobie na nas eksperymentowć. Mamy huragany, powodzie, susze, trzęsienia ziemi, lawiny, wulkany, tsunami, pożary czy też lawiny błotne. Wydawałoby się, że Kalifornia jest chyba najbardziej zagrożona i że na nich Pan Bóg najwięcej eksperymentuje. No bo mają tam i te błoto i pożary i tsunami i lawiny też mają. No i wszyscy czekają na Big One. A wszystko pewnie dlatego, że gubernator Arni w przeszłości, grał w filmach. Wiecie w jakich. 
Pomimo tego, że bardzo bym chciała mieszkać w Kalifornii, myślę że nie wyrobiłabym nerwowo czekając na to trzęsienie ziemi. A godzina X pewnie się zbliża, bo i ponoć dno Pacyfiku zaczyna się trząść coraz częściej. 
No więc wydawałoby się, że w takiej Kalifornii umiera najwięcej ludzi, bo i stan jest przecież najbardziej zagęszczony. A jednak ... Okazuje się, że najwięcej ludzi umiera na Południu i w okolicach Wielkich Równin. I nie z powodu huraganów, tylko z powodu upałów. Niestety, artykuł nie mówi nic o wieku ofiar, a jak wiadomo na południu mieszka sporo starszych ludzi, którzy to na starość emigrują jak te ptaki. Emigrują szczególnie do Texasu (bo tu jest tanio i ponoć tutejsza pogoda dobrze robi na reumatyzm). Wiadomo, że starsi ludzie nie za dobrze znoszą te upały. No ale żeby nasi znajomi z Północy nie zaczęli zacierać rąk zbyt wcześnie, dodam, że zdarzają się wyjątki od reguły, bo czasem fale gorąca zbierają żniwo na północy kraju (chodzi mi o zabójcze upały w Chicago). 
Prawie tyle samo osób umiera z powodu ekstremalnych zim. 4% mniej to ofiary powodzi. 11% to ofiary tornado i tyle samo zmarło na wskutek ... porażenia piorunem. Przyznam, że ten piorun to mnie akurat zaskoczył. Czyżby Amerykanie nie wiedzieli jak się zachować w czasie burzy? 
Trzęsienia ziemi, huragany i pożary stanowią 5% z 20 tysięcy badanych śmierci*.
A to jeszcze nie wszystko. Jest jeszcze przecież superwulkan, który też może za jakiś czas ( 20 lat albo 200 tysięcy lat) wybuchnąć, zmieść z powierzchni 1/3 Stanów Zjednoczonych i rozwiązać problem globalnego ocieplenia.
Mówiąc krótko, jest się czego bać

Na zakończenie przypomnę, że podczas burzy nie należy stawać pod drzewem. Lepiej jest położyć się plackiem na plecaku. A w ogóle to najlepiej nie wychodzić z domu.

*- 20 tysięcy w ciągu 30 lat.
wtorek, 20 stycznia 2009
Dzisiaj poraz pierwszy żałuję, że nie mam telewizji. Bardzo chętnie obejrzałabym inaugurację. Mniej chętnie pwrót GWB do Texasu. 
Owszem, mogę sobie obejrzeć w interku (i tak pewnie zrobię), ale o wiele wygodniej byłoby się rozłożyć na kanapie i patrzeć jak GWB wywozi prezenty z Białego Domu. BTW czy ktoś wie co się z nimi stanie? Czy on zabiera te wszystkie gifty ze sobą? Mógłby w sumie wspomóc amerykańską gospodarkę i sprzedać je na ebayu. Pewnie znaleźliby się chętni.
W przeciwieństwie co do niektórych Polaków na obczyźnie (nie będę wytykać palcem), jestem na fali ogólnonarodowej podniety i uważam, że jest czym się podniecać i chwila jest rzeczywiście historyczna. Może nie użyłabym takiego samego porównania jak Will Smith, który rozpędził się aż do stwierdzenia, że chwila jest historyczna, bo oto poraz pierwszy NA TEJ PLANECIE, czarny człowiek będzie rządził mocarstwem. Generalnie chodzi mi o to odwołanie do planety i Ameryki jako pępka świata. Prawie jak te nieszczęsne mistrzostwa świata w baseballu, w których nie bierze udziału żadne inne państwo oprócz ju es and ej. No ale uważam, że chwila jest rzeczywiście historyczna.
Czy mam jakieś oczekiwania? Nie oczekuję cudu. Chciałabym jednak, aby dzięki Obamie, (choć może bardziej dzięki temu, że został wybrany przez amerykański naród), posiadanie amerykańskiego paszportu przestało być obciachem (albo żeby choć trochę się ten obciach zmniejszył).  Taki jest ten mój dream.
Czy coś się zmieni?  Zobaczymy. Być może już niedługo wszyscy amerykańscy mężczyźni zaczną naśladować prezydenta i zakładać koszulkę z krótkim rękawem pod koszulę. (Sorry dziewczyny, ale nie mogłam tego pominąć). 
Jedno na pewno się nie zmieni. Nie zmieni się jeden z gorszych zwyczajów amerykańskich, czyli double booking. Zauważyliście, że Amerykanie często umawiają się na 2 imprezy w tym samym czasie? Przychodzą na imprezę i już na wstępie zaznaczają, że oni tylko na chwilkę, bo zaraz idą do kogoś tam, bo są double albo triple booked. Moim zdaniem jest to chamstwo pospolite. Brak szacunku dla gospodarza, który przygotował obiad czy tam kolację. Tak więc nie zmieni się ten zwyczaj, bowiem sam Obama daje zły przykład>  Dziś wieczorem idzie  na 10 imprez. Taaaa.....

Today is exciting day. No ale jutro także. Zaczyna się bowiem nowy sezon LOST. 
poniedziałek, 19 stycznia 2009
Dzisiaj w cyklu Kura Domowa przepis J. Oliver'a na zapiekankę z łososiem. BTW - Jamie nieźle się ostatnio spasł, c'nie? To już nie ten chudy chłopaczek, który w swych programach pomyka na skuterku... Ten jego nowy image przypomina mi o tym, że wszyscy się starzejemy. Tylko Gordon mimo upływającego czasu nadal jest (jakby to Ania K powiedziała) niezłym ciachem. 
No ale wracając do tematu. Potrzebujemy:
  • 2 filety z łososia (obojętnie jakiego, ja użyłam sockeye, ale może być nawet z puszki),
  • sól i pieprz,
  • 1 por,
  • oliwa z oliwek,
  • 3 gałązki zielonego selera,
  • 75 ml śmietany (heavy cream), 
  • 1 kg ziemniaków, 
  • trochę masła,
  • trochę (50 ml) mleka

Posolonego i popieprzonego łososia pieczemy przez 10 minut w temperaturze 400F (wcześniej natłuszczamy go oliwą z oliwek). W tym samym czasie podsmażamy pokrojone na drobno selery i por. Smażymy tak, aby się nie przypaliły (por łatwo się przypala). Ziemniaki gotujemy na miękkie. 
Łososia należy pociąć na małe kawałki i włożyć do naczynia żaroodpornego. Dodajemy śmietanę, seler i por. Mieszamy.
Ziemniaki miksujemy z mlekiem i masłem na taką dość klejącą masę. Zalewamy tą masą łososia i warzywka (nie przykrywamy naczynia) i pieczemy przez 35 minut w temperaturze 375F.
Ja podałam z zielonym groszkiem (ale nie z mushy peas!)
Pycha.

niedziela, 18 stycznia 2009
Stary aktywował swojego bloga. Ponoć będą na nim kiedyś tam nawet zdjęcia Młodego. Póki co, przerobił jeden aparacik na podczerwień i pyka takie tam zdjęcia.
Zapraszam.


czwartek, 15 stycznia 2009
Chciałam przypomnieć moim znajomym z północy (chodzi mi o sorbeta, eveka, aniebuzuk, lonelystar i brudzię), że istnieją oczywiste powody dla których niektórzy mieszkają na południu. Ale żeby nie było tak, że kopię leżącego pragnę GORĄCO zaprosić do siebie na wygrzanie się ('wyrzyganie się' właściwie zawiera te same literki). 
U nas też jest zimno, ale nie aż tak. Wczoraj w nocy musieliśmy włączyć ogrzewanie. Było +2C. Musieliśmy naprawić jakąś tam zawleczkę w klimie (to znaczy w grzejniku) i wezwaliśmy na pomoc specjalistów. 
Nie tylko grzejnik mamy w domu zepsuty. Dzwonek do bramy też. Jak ktoś do nas przychodzi to musi albo zadzwonić telefonem, albo wrzeszczeć pod oknem, albo rzucać w okno kamieniami, bo wrzeszczenie czesto nie pomaga, bo jak siedzimy w innej części domu to i tak nie słychać.  Dobrą metodę ma pan z UPSu. Wali jakimś metalowym prętem w bramę. Bardzo dobrze słychać w domu. Właściwie teraz tak myślę, że zamiast naprawiać ten dzwonek, powinniśmy tam przywiązać jakiś pręt i napisać karteczkę, żeby walić tym prętem w bramę. Taniej by było, a jest przecież recesja i trzeba się liczyć z każdym dolarkiem. 
Znałam kiedyś kogoś (bez wymieniania nazwisk) kto naprawił  kapiący kran na sznurówkę. W ogóle by nie naprawiał, ale wkurzało go kapanie, więc przywiązał sznurówkę do kranika i kropelki wody już nie kapały, bo wsiąkały w sznurówkę. Walenie prętem w bramę byłoby naprawą w podobnym stylu.
No ale wracam do wywodu. Specjaliści od grzejnika przyjechali i zaparkowali nie tam gdzie trzeba. Wyszłam więc na ulicę żeby im zwrócić uwagę i tak jakoś się zapomniałam, że zatrzasnęła mi się bramka. Klucz, razem z Frankiem został oczywiście w środku. Bramkę mamy wysoką więc o przeskoczeniu nie było mowy. Nawet pan fachowiec nie mógł, bo był z Meksyku i jak Pan Bóg rozdawał wzrost to on akurat stał w kolejce po sombrero. Generalnie załamałam się sama sobą, no ale cóż trzeba było wziąć sprawę w swoje ręce, tym bardziej że Franek mógł się jakoś odwiązać ze swojego krzesełka. Wspięłam się jakoś na ten płot (musiałam zdjąć różowe crocsy, bo one do wspinania się jednak nie nadają) i wtedy uświadomiłam sobie, że jednak bramka jest zarąbiście wysoka i że ja mam chyba lęk wysokości. Utknęłam i nie mogłam się dalej ruszyć. Na szczęście pan specjalista jak stał w kolejce po sombrero to akurat była wyprzedaż i jak ktoś kupił sombrero to dostawał też rozum. Pan specjalista przypomniał bowiem sobie, że ma drabinę. Poleciał więc do samochodu po drabinę i jakoś mi ją podał. Drabina była zarąbiście ciężka i o mało co nie wypadła mi z rąk. Załamałam się sobą poraz kolejny. No cóż, trzeba było jakoś się zebrać, udźwignąć tą drabinę stojąc na bosaka na płocie i przejść. Jakoś bycie matką chyba dodaje trochę odwagi, bo pomyślałam o Franku, który być może nagle zaczął raczkować i być może doczłapał się już do schodów i przeszłam... Brawo. Może nie jestem już tak bardzo out of shape
Czekam więc na tych od dzwonka. Boję się tylko, że przyjadą, zadzwonią i pojadą, bo nikt im nie otworzy.
Wracając do tej zimy i biednych studentów, o których pisała sorbet, to przypomniała mi się taka historia. Jak niektórzy wiedzą, wszystkie ferie i wakacje spędziłam na suwalszczyźnie. Ponoć tamtejsze wiejskie dzieci, jak chodziły do szkoły przez zaspy to bardzo często przychodziły na lekcje spóźnione. Od tego śniego kurczyły im się spodnie i maksymalnie rozciągały bawełniane kalesony.  I tak zazwyczaj (w tych kalesonach i spodniach po pachy) wpadały na lekcje. A jak już przyszły, to był już akurat koniec zajęć i trzeba było wracać do domu. Tak więc chwała ci sorbet za nie stresowanie studentów.


A po południu będzie znowu pięknie, więc idę biegać. W krótkim rękawku  hehe.
piątek, 09 stycznia 2009
Właściwie to wpis ten pewnie powinien znajdować się na głodnej małpie, no ale w związku z tym, że ten blog jest bardziej popularny umieszczam go tutaj.
Wszyscy zapewne wiedzą o jednej z durniejszych zasad podróżowania aeroplanem, czyli o płynach na pokładzie. Zasady są proste.  Na pokład samolotu nie można wziąć żadnego płynu, którego objętość przekracza 100 ml. Wyjątek od reguły stanowi między innymi mleko dla dziecka. 
Oczywiście wzięliśmy ze sobą za dużo rzeczy  (kto ze sobą nosi ten się nie prosi), ale na mleko i butelki mieliśmy taki oto patent. Kupiliśmy butelki z jednorazowymi wkładami. Tym samym zaoszczędziliśmy na miejscu w torbie. Mały Franek podczas 10 godzinnego lotu może zjeść 3 razy po 160 ml. No i zawsze trzeba mieć trochę na zapas, bo nigdy nie wiadomo czy nie będzie się stało 5 godzin na pasie startowym. Dlatego na wszelki wypadek wzięliśmy ze sobą litrową butelkę Similacu
Gdy opuszczaliśmy Houston nie było problemów. Butelkę zabrali i czymś tam zeskanowali i oddali.  Nawet nie trzeba było próbować. Za to w Anglii,  w kraju gdzie Customer Service sucks, zaczęły się niezłe schody. Najpierw nikt z security nawet nie zwrócił uwagi, że jest tam jakaś butelka, ale nagle ni stąd ni z owąd pojawiła się jakaś wiedźma i zaczęła się wypytywać co to jest. My, że mleko, a ona że czemu w takiej dziwnej butelce. My że to z Ameryki. A ona, że musi się zapytać supervisora. I przyszedł jakiś cieć i mówi do nas tak, że musimy wszystko poprzelewać w 100 ml butelki. My na to, że nie mamy, bo mamy jedną butelkę z wkładami. On na to, że albo chcemy to nasze mleko albo on je zabiera. No to ja panika, bo bałam się że Franek nie będzie miał co jeść. Mąż wkarwiony, bo sprawdzał na stronie BAA i był pewien, że 100 ml nie dotyczy mleka. Supervisor uparcie walczy. Wiedźma, która nas podkapowała zaczęła mieć wyrzuty sumienia i naciągać, że pewnie to nasze mleko jest na receptę i że powinniśmy już iść. Po fakcie pomyślałam, że pewnie sama jest matką i zrobiło jej się nas żal. Ale skurczysynek nadal nie popuszczał. Wiadomo, że na lotnisku nie można się za bardzo rzucać, ale mało brakowało a byśmy się pobili.
Pan cieć zaczyna rzucać takimi tekstami: to nie dlatego, że was nie lubię, ale dlatego że takie są przepisy. No to my znaną już metodą- proszę nam pokazać na piśmi i zawołać swego szefa. On że sam jest szefem. Mąż zaczął go spisywać.  Potem poszedł do apteki kupić te butelki. Następnie przelaliśmy wszystko do UWAGA 250 ml (a nie 100 ml)  butelek. Facet nic nie powiedział, tylko kazał nam się napić i mówi, że możemy iść. Cóż za bezsens! Dosłownie przelaliśmy litr do czterech 250 ml butelek. 
Wkurzeni na maxa, szybko podłączyliśmy interek i sprawdziliśmy kto miał rację. Oczywiście my. Wróciliśmy więc do ciecia i pokazaliśmy co znaleźliśmy. Pobladł i zaczął coś bełkotać, że wszyscy jesteśmy tylko ludźmi ale że i tak uważa, że powinniśmy byli poprzelewać do mniejszych butelek. 
W takiej sytuacji wypadałoby powiedzieć, że właściwie to i lepiej, bo skoro to mleko jest wybuchowe, to można teraz rozstawić je w 4 miejscach w samolocie, a nie w jednym. Oczywiście, za taki tekst pewnie by nas zamknęli i oglądalibyście nas w telewizji. Otrzymałabym pewnie przezwisko- Milky Mummy albo krowa, która dużo ryczy, a mało mleka daje. Ale powiedzcie, jaki sens jest marnować cudze pieniądze (Ania K- chętnie policzę stawki na godzine razy dni w roku) na takie pierdoły? Zamiast zająć się szukaniem prawdziwych terrorystów, zatrzymuje się rodziców z mlekiem. Normalnie aż się gotuję, a to przecież jeszcze nie menopauza. 
No i sam fakt, że ktoś tak niedouczony jak ten cieć, ma taką władzę. Tu dobijam do kolejnego wątka, w którym krytykuję to, że generalnie ludzie, którzy mają jakąś tam władzę, są niedouczeni i nikt ich nie sprawdza. Dodam jeszcze, że na pytania: co by było gdyby tych butelek nie było w aptece,  albo co będzie z następnymi rodzicami, którym to ostatnią paczkę butelek wykupiliśmy przed nosem, nie uzyskaliśmy odpowiedzi. Nie obchodzi ich kompletnie nic. To, że dziecko może nie chcieć jeść przez nowy smoczek, to że za szybko może z niego lecieć, to że butelka może być nie sterylna itd. 
Mąż stwierdził, że w ramach mojego postanowienia noworocznego (i nie tylko) doniesie na tego ciecia i na jego szefa. Na szefa za to, że nie sprawdza swoich pracowników i pozwala im na wydurnianie się na lotnisku i przelewanie mleka z butelki do butelki.
No i tak sobie myślę, że w sumie skoro mieszkam w Ameryce, wypadałoby kogoś chociaż raz posądzić. Ten cieć nadaje się jak najbardziej. Problemów z dowodami pewnie nie będzie, bo całe lotnisko jest pod kamerami. A jeśli się wygra, to z pewnością sprawa trafi do mediów i raz na zawsze będzie wiadomo jak to z tym mlekiem jest. A jeśli przyznaliby jakieś odszkodowanie, to zawsze można przeznaczyć je na mleko dla tych dzieci, które go nie mają.

Na zakończenie dla przypomnienia - Ja jestem kierownikiem tej szatni. Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobisz? 
Idę napić się whiskey. Przywieźliśmy dobrą z Anglii. Jakoś nam nie zabrali.
czwartek, 08 stycznia 2009
Kupiłam dzisiaj staremu iphone i bawię się (Ania, zadzwonię do Ciebie za jakąś godzinę jak pójdę z Frankiem na spacer). Kupiliśmy jednego, bo ja w sumie siedzę ciągle w domu i niby taki ajfon nie jest mi potrzebny. Ale coś tak czuję, że już niedługo pewnie będzie mi niezbędny. Fajny gadżet.
No ale nie o tym miało być, choć też w temacie Apple. Oglądał ktoś wczoraj keynote? Ja oglądałam i muszę przyznać, że już dawno nie dałam się tak nakręcić. Chodzi mi o nowe iPhoto i face recognition function. No i place recognition też. Ja pierdziu. Jak to się kiedyś mówiło. Aż się chce być paparazzi. 
Ciekawe czy będzie niedługo funkcja rozpoznawania ptaków? Załadowałoby się zdjęcia z wikipedii i człowiek nie musiałby się zastanawiać czy to kura czy bocian. Jeśli chodzi o iMovie, to też byłam pod wrażeniem, chociaż filmy raczej mnie tak bardzo nie kręcą. Nie czuje satysfakcji (w przeciwieństwie do Gumiaka) jeśli uda mi się zrobić jakiś fajny filmik. Ale wczoraj tak jakoś ścisnęło mnie w żołądku na myśl o tym, że mogłabym być 20 lat młodsza i bawić się w takim właśnie programie. Za moich czaów grało się w szachy, albo w Hero albo układało się jakieś algorytmy na Atari. Takie żeby komputer obliczył na przykład pole kwadratu. Pamiętam, że byłam wtedy z siebie bardzo dumna. 
No i Garage Band. Pomimo tego, że jestem raczej muzycznie nieuzdolniona, chętnie nauczyłabym się grać na gitarze. A za nauczyciela wybrałabym Stinga. Swoją drogą, świetny pomysł na dodatkowe revenue (tak, wiem że na youtube niektórzy uczą za darmo). No i co za wspaniałe narzędzie dla dzieci. Dajesz im taki program i niech tworzą, zamiast pić piwo w bramie.
Generalnie jestem zachwycona. Połknęłam haczyk i za miesiąc będę już miała to nowe iLife.
środa, 07 stycznia 2009
Jakby jeszcze ktoś nie wiedział- continental ma niezłą wyprzedaż biletów. Do Anglii można polecieć już za 420 dolarów. Jakby ktoś chciał lecieć do Polski, to może pewnie zarezerwować jakiś tam lot tanimi liniami z Lądka do Polszy. Aby uzyskać cenę $420 należy zarezerwować lot z wylotem w Pon, Wt, Śr lub Czw, i wracać w te same dni za tydzień, dwa, trzy itd. (wielokrotność 7 dni- albo tak żeby powrót wypadł na ww dni tygodnia). 
Zazwyczaj bilety kupuję na ostatnio chwilę i rzadko udaje mi się coś tam zaoszczędzić. Raz kiedyś zarezerwowaliśmy bilety na kilka miesięcy do przodu. Mieliśmy lecieć na własny ślub, ale tak się jakoś zdarzyło, że zarezerwowaliśmy powrót do domu na kilka dni przed ślubem. Musieliśmy sporo dopłacać i w sumie nic nie zaoszczędziliśmy. 
W tym roku mam zamiar zaoszczędzić, choć nie bardzo jeszcze wiem dokąd pojadę hehe. Postanowiliśmy, że tegoroczne wakacje zaplanujemy i zarezerwujemy w styczniu.
Jako że nie jestem ograniczona  2 tygodniowym limitem wakacyjnym, mam zamiar wybrać się gdzieś na dłużej. Na dzien dzisiejszy w czerwcu lecimy do Norwegii na wesele. 
Póki co ropa tanieje, więc teoretycznie bilety mogą być tańsze. Ciekawe jednak jak cenowo odbije się latanie na bio paliwie?
niedziela, 04 stycznia 2009
Do kraju tego gdzie na stole guacamole, a nie mushy peas
Tęskno mi Panie




piątek, 02 stycznia 2009
Do kraju tego gdzie green chillies sprzedają w większych torbach
 przez uszanowanie,
tęskno mi Panie.




Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston