czwartek, 28 stycznia 2010
Ogląda ktoś 'Parks and recreation'? Pierwszy sezon był dość słaby, ale śmiem stwierdzić, że drugi sezon jest śmieszniejszy niż The Office. O parkach podobnych z tego serialu myślę właściwie codziennie gdy trzeba się wybrać na spacerek. Na szczęście parków (tych normalnych i  placów zabaw z drzewami) mam w okolicy dość sporo. Są tu także  SPARKi. Odkąd Franek zaczął chodzić, mamy gdzie chodzić.
Gdy czuję, że dziecko rozpiera energia i musi się po prostu natychmiast wyszaleć- idę do parku, który mam praktycznie za rogiem. Niestety w parku tym czasem czyhają na nas pułapki (czytaj dzieci z problemowymi zabawkami, do których dosłownie przykleja się mój syn). Ostatnio jeden chłopak przyjechał do piaskownicy taką bryką:



Możecie sobie wyobrazić jakie sceny odstawiał ten mój Franek i jak bardzo musiałam go przekupywać chrupkami żebyśmy już sobie poszli. Takich łez jakie miał tego dnia wcześniej nie widziałam. Normalnie perły.
Dzieci, które przychodzą na plac zabaw z takimi zabawkami są trochę problemami, bo wiadomo że każdy by chciał sobie pojezdzić takim wozem (nawet ja), ale nie każdy lubi się dzielić (i w sumie nie każdy musi). Jak wytłumaczyć dziecku, że nie może stać przy tym samochodzie i trzaskać drzwiami i że lepiej jest się bawić piłeczką sreczką, którą ze sobą przynieśliśmy?
Na szczęście odkryłam plac zabaw, na którym wszyscy mają po równo.  Na tym placu zabaw dzieci bawią się nie tylko na zjeżdżalni i huśtawkach. Można tam także bawić się porozrzucanymi po placu zabawkami, które zostały podarowane albo przez dzieci, które już się nimi nie bawią, albo przez lokalnego sponsora. Zabawki te są w lepszym stanie niż te, które widzieliśmy w opisywanym przeze mnie kurniku.
Świetny pomysł, nieprawdaż? Dodam, że nikt tych zabawek nie kradnie.



Plac zabaw jest także ogrodzony więc nie wejdą tam na przykład psy i nie trzeba się martwić, że dziecko wybiegnie na ulicę.
W parku tym można między innymi pojeździć 'państwowym' samochodem. Co prawda nie jest to cadillac, ale  też fajny.



Plac zabaw nazywa się Breaswood Park i znajduje się w okolicach Holcombe i Morningside. Polecam.
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Wczoraj, a także w zeszłym tygodniu pojechaliśmy nad Zatokę w celu wygrzewania się na słońcu - bo u nas już przecież lato (chociaż w piątek ma być znowu zima).
Franek w Galveston bawił się fantastycznie, co widać na obrazkach pod spodem. Polował na mewy i tarzał się w brudnym piachu.








Galveston, jak już wspomniałam w poprzednich komciach, za bardzo się nie zmieniło. Widać sporo nowych budowli. Niektóre z nich wyglądają jak papierowe domki dla lalek Barbie.



Ale za to Port Bolivar (miasto, w które uderzył huragan Ike) wygląda jak po wojnie. Kompletnie nic tam nie ma. Nic nie ma, a przy wjeździe na prom Homeland Security sprawdza jakby się wjeżdżało do Białego Domu. No ludzieee. Jakiemu terroryście chciałoby się podkładać bomby na polach, na których nie ma już nic? To security to chyba zostało stworzone tylko po to by czymś zająć mieszkańców, którzy postanowili tam nadal mieszkać.
W każdym bądź razie wycieczka do Port Bolivar z małym dzieckiem to pomyłka. Na plaży syf. Ptaków nie ma. A dziecko chce się tarzać i wrzeszczy jak mu mówisz - Franiu- nie ruszaj tej puszki. Franiu- uważaj- szkło. Franio- to nie zabawka, to stara opona. Aż się spocić można...
Tak więc nie ma już w Port Bolivar tych wszystkich pięknych ptaków, które kiedyś oglądaliśmy. (Te poniżej to zdjęcia z przeszłości).



















Hurricane Club, w którym kupowałam sobie M&Msy jak byłam w ciąży także zniknął z powierzchni ziemi.



Teraz, właściciel sprzedaje papierosy z przyczepy kempingowej, a dookoła jest masa śmieci, w których pływają szczudłonogie (to też zdjęcie z przeszlości).



Jedyne zdjęcie, które zrobiliśmy reprezentuje co pozostało, a mianowicie balkony bez domów. Było tam ich sporo. Niektóre miały nawet anteny satelitarne.



Co ciekawe, latarnia morska wydawała się nie naruszona.



Port Bolivar był dla mnie miejscem, w którym zawsze świetnie spędzałam czas. Był egzotyczny, ze względu na te różowe warząchwy i tłumy szczudłonogich, które godzinami obserwowałam przez lornetkę. Tam, przy Hurricane Club II kanapki przywiezione z domu smakowały najlepiej i tam świetnie mi się spało na krzesełku turystycznym gdy byłam w ciąży.
Gdyby ktoś kiedyś zapytał się o najbardziej interesujące miejsce w okolicach Houston, to zdecydowanie poleciłabym Port Bolivar i High Island. Teraz w sumie też można te miejsca polecić, ale jako zupełnie inną ciekawostkę. Wielka szkoda.
niedziela, 24 stycznia 2010
W zeszłą niedzielę wybraliśmy się o 5 rano na maraton. Mąż chciał nakręcić filmik i porobić kilka zdjęć, a ja jak wiadomo- wstałam, bo lubię się poświęcać dla czytelników tego bloga. Może kiedyś poświęcę się tak bardzo, że sama pobiegnę. Ale wątpię trochę.
Mąż chciał wykorzystać okazję, że jest w domu Babcia i możemy wyjść sobie na randkę o 6ej rano bez Franka. Bardzo się starał żebyśmy się nie spóźnili. Obudził mnie o 5ej rano. Kanapki przygotował wieczorem. Rano wystarczało je tylko upiec w tosterze. Nawet moje ubrania były przygotowane! Wszystkie mapki były już wydrukowane i wiedział gdzie parkujemy, żebyśmy szybko mogli wydostać się z downtown i zaliczyć maraton w innym miejscu. Zadziwiający są ci mężczyźni jak im na czymś zależy ...
W downtown - na starcie byliśmy przed 6 rano. Co za atmosfera! Normalnie, aż żal człowiekowi, że sam nie biegnie.
Mąż złożył podanie o tak zwany Bridge Access - czyli o możliwość fotografowania z miejsca gdzie fotografują tylko fotografowie z gazet itd. Swoją drogą niesamowite jak łatwo było taki access zdobyć. Wydawałoby się, że w czasach gdzie każdy widzi w każdym terrorystę może nie być lekko. Poraz kolejny okazało się, że kto się pyta ten ma. No ale kiepsko się zapytał, bo myślał że mu nie dadzą dwóch wejściówek i wziął tylko jedną, tak więc ja oglądałam finish zza krat. No cóż- za rok będziemy mądrzejsi.
Miałam kibicować koleżance, no ale  biegła z ipodem w uszach i nawet nie słyszała jak ją wołałam. Bardzo mnie interesowało czego słuchała. Spodziewałam się, że jakiegoś e-trenera, który wrzeszczy jej do ucha - you can do it. Później powiedziała mi, że słuchała ebooka. Byłam trochę rozczarowana.
Start oglądaliśmy z oddali- tak aby widać było jak te tłumy na nas pędzą. W pierwszej grupie biegli zawodowcy i ci tak zwani lepsi. W kolejnej reszta. Na nagranym filmiku widać różnicę w czasie w jakim jedna i druga grupa pokonuje odległość od startu do nas.
Biegli grubi i chudzi, kobiety i mężczyźni, czarni i biali, młodzi i starzy, w szortach i w czapkach, a także w workach na śmieci. Przeważały zdecydowanie buty ASICS.
Co na przykład rzuciło mi się w oczy to to, że bardzo wiele kobiet miało kiepsko podtrzymany biust. Myślę, że po tych kilometrach bolały je nie tylko nogi.

Chevron 2010 Houston Marathon Part One from Phototainable on Vimeo.

Atmosfera była oczywiście gorąca (pomimo tego, że było dość zimno). Po starcie trzeba było się zbierać żeby szybko dojechać na Main Street i zobaczyć zawodowców poraz kolejny. Postaliśmy, pooglądaliśmy i wróciliśmy do downtown gdzie wszyscy czekali już na zwycięzców. W tym samym czasie kończył się także 5k Fun Run. Czy ktoś z was kiedyś brał w nim udział? Wyglądało to na całkiem niezłą zabawę. Niektórzy byli poprzebierani, inni biegli z innymi pod rękę- normalnie fun. Oczywiście podczas finishu jak zwykle prawie się poryczałam ze wzruszenia. No cóż- taka już moja uroda.

Chevron Houston Marathon 2010 Part 2 from Phototainable on Vimeo.


Może w przyszłości też uda mi się pobiec. Póki co mam inne plany jeśli chodzi o ćwiczenia. Po tym jak przeczytałam, że Aneta Kręglicka robi 1000 brzuszków dziennie, a Fiona Apple 200, postanowiłam wziąść się za swój kaloryfer czy jak to się mówi. Robię te brzuszki już przez 3 dni i dzisiaj na przykład ledwo się ruszam.
Z lekkim opóźnieniem, ale jak to mówią lepiej późno niż wcale- gratulacje dla tych, którym udało się ukończyć tegoroczny maraton.


PS- Polecam oglądanie filmików w wersji full screen bo na małym ekranie kiepsko widać.

piątek, 22 stycznia 2010
Od mojego ostatniego wyjścia do pubu wiele się zmieniło. Okazuje się, że serwowanie piwa w dzbanku jest soo last decade.
Teraz  (choć może rok temu także tylko, że nie miałam okazji przyuważyć) piwo serwuje się w takiej armacie.
Czy ktoś wie jak się to coś fachowo nazywa?

środa, 20 stycznia 2010
Kilka dni temu postanowiłam, że gdy Franek skończy 2 latka wyślę go na 2 dni w tygodniu do przedszkola. Tak po 2-3 godziny. W związku z tym, że mam tu przedszkole dosłownie za rogiem, pomyślałam sobie, że swoje poszukiwania zacznę od tego właśnie miejsca.
Wybrałyśmy się tam z Mamą czyli Babcią w zeszły czwartek. Drzwi były zamknięte na zasuwkę. Otworzyła je pani opiekunka, która szybko zaprowadziła nas do pani administracyjnej, która z kolei zaprowadziła nas do grupy 2 latków. Pani na moje oko ważyła jakies 500 kg - i nie, nie była to lekka nadwaga, ale był to klasyczny przypadek I serduszko McDonald's, co zresztą zostało później udowodnione. Do tego chodziła w rozwiązanych butach.
Pani wychowawczyni zaczęła od oprowadzania nas po pokoju / norze. Pokój był wielkości 3 metry na 4 i przeznaczony był dla 10 dzieci plus 2 panie wychowawczynie (a jedna z nich sama zajmowała 1/4 tego pokoju).  Jaka syfnia! No ludzieeee. Nasze przedszkola, do których chodziło się za komuny to był naprawdę penthouse, w porównaniu do tej stodoły. Brudno i ciasno, a te dzieci wyglądały jak kurczaki ściśnięte w klatce. Oczywiście można było klatkę otworzyć i kurczaki wypuścić na podwórko, no ale większą część dnia kurczaki spędzają w klatce (wiem, bo przecież mieszkam za rogiem).
Zabawki popsute i brudne. Cytuję moją mamę- takie ogryzki. Wiadomo, że nie każdy musi mieć ładne zabaweczki, no ale za coś się chyba płaci w tych przedszkolach?
Pani wychowawczyni mówi mi, że dzieci telewizji nie oglądają, ale raz w tygodniu puszczają im jakiś program. Później coś powiedziała o McDonald'sie i pomyślałam sobie, że może jej dobrze nie zrozumiałam i chodziło o to, że dzieci oglądają jakiś program o farmie Old McDonald'sa. Ale nie- pani potwierdziła moje obawy- raz w tygodniu dzieciom serwuje się jedzenie z Makusia. McNuggets to be exact. Podobno dzieci uwielbiają. No ludzieeeeee (poraz drugi)! Myślę, że pani '500 funtów' wyjada dzieciom te McNuggets, podobnie jak i kawałki bananów, które dzieci przynoszą sobie na lancz.
A skoro o tym mowa - powiedzcie mi czy to jest normalne, że dzieci jedzą podwieczorek na ręczniku papierowym, a nie na talerzyku? Bo mnie to jakoś poraziło po oczach. Wiadomo, że łatwiej sprzątnąć, ale przecież dziecko powinno się uczyć jeść na talerzu.
Dzieci nie wyglądały na nieszczęśliwe, ale jak pani otworzyła im zasuwę i pozwoliła wyjść z nory to pchały się jeden przez drugiego.
Kolejną 'atrakcją' były łóżeczka. Jak to moja mama mówi- takie plastikowe łopaty wielkości amerykańskiej poduszki. Normalnie pani przedszkolanka była w stanie wszystkie 10 łóżeczek wyciągnąć  z szafki  za jednym machnięciem ręki. Powiedziała nam też, że kocyki trzeba co jakiś czas prać. Naprawdę?
Jeśli chodzi o czystość to pomimo tego, że środki czystości stały na wyciągnięcie Frankowej ręki (no comments), to za czysto tam nie było. Pani sama przyznała, że odkaża zabawki raz na 2 tygodnie. Wydawało jej się to normalne.
Po wyjściu widziałyśmy jak kurczaki siedziały przy stole i dziubały podwieczorek. Każdy przynosi swoje jedzenie. To podobno normalne więc się nie dziwię, ale ja miałam w swoim komunistycznym przedszkolu kuchnię i stołówkę i bardzo lubiłam te stołówkowe obiady (oprócz zupy warzywnej, przy której się kiedyś porzygałam). Było 5 stolików, przy każdym 6 dzieci. Pani kucharka kładła na stole talerz z 6 pączkami i zawsze znalazł się taki, który polizał swojego palca i dotknął nim wszystkie kanapki wrzeszczą - ZAMAWIAM. U was też tak było?
Dzieci z tego przedszkola nie będą miały takiego wspomnienia, bo pewnie jak tylko wyłożą swoje kanapki, pani wychowawczyni odrywa połowę i zamiast zamawiam, wrzeszczy MOJE.
Pianina nie było (a my mieliśmy rytmikę i pianino i specjalną salę do rytmiki). Szatni też nie było, tylko wszystko wpychało się w takie schowki w tym malutkim pokoju. Boże- jakie to moje komunistyczne przedszkole było luksusowe! Mieliśmy nawet domofon, przez który rodzice wołali swoje dzieci gdy po nie przyszli.
Frankowi pewnie i tak by się podobało w tym kurniku (zresztą dzieciaki biegające po podwórku przedszkola też sprawiają wrażenie zadowolonych), ale mi po wyjściu z tego przedszkola trząsły się ręce.
Moja mama (która jest generalnie mało wybredna) stwierdziła, że w Polsce takie przedszkole zostałoby zamknięte przez sanepid.
Po wyjściu zaczął wrzeszczeć do nas jakiś facet w czarnym płaszczu stojący na parkingu. Hello! Hellllllllooooo! Udawałyśmy, że go nie widzimy. Ale on zbliża się w naszym kierunku. Podszedł i mówi tak- nie myślcie sobie, że jestem jakiś dziwny. Ja tak zawsze krzyczę do wszystkich dzieci. I poszedł.
I to wszystko dzieje się u mnie za rogiem ...
Mam nadzieję, że inne przedszkola będą lepsze i nikt nie będzie tam serwował Makusia.


------
Ciocia Halo podesłałą mi ostatnio link do strony, na której można sprawdzić przedszkolne przewinienia. Jakby ktoś nie znał tej strony to zapraszam TU.
poniedziałek, 18 stycznia 2010
69, 74, 73, 73, 75. To nie wygrane w lotto, a temperatura jaką będziemy mieć w Houston w tym tygodniu.
Na pożegnanie zimy wklejam tu przypomnienie śniegu, który mieliśmy okazję zobaczyć miesiąc temu. Wieczorem być może wkleję w końcu filmik z Lights in the Heights, bo mąż w końcu posklejał.

Think:Snow from Chase Rees on Vimeo.

No to lecę- a właściwie jadę- do Galveston, pokazać mamie 'plażę'.
sobota, 16 stycznia 2010
Ktoś wymienił mój blog w artykułach portalu Blog Roku w kategorii blogi emigracyjne, więc pomyślałam sobie że wezmę udział w tym konkursie.
Jeśli podoba wam się mój blog i chcielibyście na niego zagłosować to wyślijcie SMSa o treści D00146 na numer 7144. Koszt SMSa to 1,22 zł.  Dochód z SMSów zostanie przekazany na turnusy rehabilitacyjne dla osób niepełnosprawnych, a wygrany laptop zostałby  przeze mnie wysłany do Domu Dziecka w Małkowicach.
W kategorii tej jest wiele fajnych i ciekawych blogów (jak na przykład Hop around the Globe, który świetnie się czyta na iPhonie) no ale oczywiście nie wszystkim musie się podobać to samo, dlatego zapraszam was do głosowania na mój, który na pewno czytacie częściej niż inne.
Dziękuję ..
piątek, 15 stycznia 2010
Jak wspomniałam w poprzednich notkach, jest u nas obecnie Babcia Mamut. W związku z tym możemy sobie niby chodzić tu i tam. Dawno temu obiecałam publicznie na tym blogu, że o interesujących wydarzeniach będę informowała przed faktem, zamiast jak to było dotychczas - chwalić się, że byłam - po fakcie.
Planowałam, że skoro jest tu moja mama, to może wybrałybyśmy się razem na: Warszawę mojej Mamy, ale sama już nie wiem czy chce mi się iść na to przedstawienie, tym bardziej że będę bardzo zmęczona po sobotnim maratonie. W tym roku jak zwykle nie biegnę, ale jak zwykle idę kibicować. Ostatnio kibicowałam koleżance, której maraton rozwalił kolano. Mam nadzieję, że koleżanka, która biegnie w tym roku nie rozwali sobie kolana, bo do swojego wesela będzie miała mało czasu i może się nie zagoić. Tak więc idę kibicować. W fajnych czasach żyjemy, bo można sobie stać w jednym miejscu, palić fajki (jak ktoś pali) i sprawdzać na telefonie jak daleko jest ten nasz biegnący znajomy. Jak już będzie blisko to wyskakujemy zza krzaków i zaczynamy kibicować. Jeśli widać, że znajomy wolno się przemieszcza to wiadomo, że pewnie rozwalił sobie kolano.
Idę na start o 7ej rano, bo i tak wcześnie wstanę.

Natomiast w następnym tygodniu w Rice University grają film, którego nie powinno się przegapić - Haynesville . Też idę. Seans jest już sold out - ale być może w lutym będzie kolejny. Więcej informacji TU. Polecam.


Haynesville Movie Trailer from Gregory Kallenberg on Vimeo.

piątek, 08 stycznia 2010
Na szczęście rury nam nie popękały i prąd też jest.
Nadejście 'zimy' zmusiło mnie do dokładniejszego opatulenia mojego synka co spowodowało, że przestał się wreszcie budzić w nocy. Śpi od 7ej do 6ej bez budzenia się w ogóle. WRESZCIE!
Dziś zimowa wyprzedaż w REI więc idę zakupić dziecięce zimowe ubrania na następną zimę. A wieczorem spotkanie Book Clubu i pożegnanie jednej koleżanki, która wyprowadza się do Szwecji.


poniedziałek, 04 stycznia 2010
No coż, stało się. Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek to nastąpi, ale nastąpiło. Kupiliśmy sobie Wii. Nie to, że nagle mam czas na takie pierdoły, ale chodziło głównie o to, abyśmy mogli robić coś z moją mamą wieczorami. Coś, przy czym niekonieczna jest znajomość języka angielskiego i przy czym można porozumiewać się na migi. Karty (kanasta), w które gra moja mama nie wydały się zbytnio interesujące dla mojego męża. A szachy, w które gramy wszyscy nie wydały się interesujące dla wszystkich pozostałych, bo wiadomo kto zawsze wygrywa. Ja (niech żyje skromność hehe). A Wii widzieliśmy kiedyś u znajomych i w sumie nawet nam się spodobało. Myślę, że Wii jest zdecydowanie lepsze od na przykład Guitar Hero , które także miałam okazję kiedyś wypróbować.
Wii moim zdaniem świetnie nadaje się na ratowanie umierających imprez. Jak już robi się nudnawo, to można podłączyć i zabawa zaczyna się od nowa. Jak będę kiedyś robiła imprezę naszego Boob (sorry Book) Clubu to możemy podłączyć Wii Fit i kręcić wspólnie hula hopem, albo ćwiczyć aerobik. Tego Fit jeszcze nie wypróbowałam, ale myślę że niedługo wypróbuję to dam wam znać czy będzie fajnie.
No więc w wieczory, w które moja mama nie uczy się angielskiego na Rosetta Stone, i w które wypijemy sobie troszeczkę tego czy tamtego, wyciągamy ukrytą za kolumną konsolę i gramy. Konsola jest ukryta, bo Franek nie ma pojęcia że ją mamy. Myślę, że gdyby wiedział to by pewnie oszalał. Gramy w kręgle, strzelanie, golfa i tenisa. Tenis moim zdaniem jest idealny do nabawienia się RSI, bez pracowania przy komputerze. Nieźle się trzeba namachać, a i tak nie wiele z tego wychodzi. Strzelanie nie podoba mi się za bardzo, bo mylą mi się kursory. Nigdy nie wiem czy jestem niebieski czy czerwony. Kręgle są spoko, ale piłka trochę mi zjeżdża na lewo. Za to golf podoba mi się bardzo. Szkoda tylko, że nie można posiedzieć w jakimś wirtualnym samochodziku byłoby zupełnie luksusowo. Nie głupia gra ten golf. Kiedyś wydawał mi się bardzo nudny, ale to pewnie dlatego, że nie znałam zasad itd. Oczywiście raczej nie wybiorę się na prawdziwe pole golfowe, ale tak na Wii mogę sobie pograć.
Graliśmy już parę razy. Jest bardzo fajnie, bo moja mama i mój mąż nie mają żadnych problemów z porozumiewaniem się. Generalnie przegrywam we wszystko, ale myślę że jak podłączymy to Fit to będę mistrzynią hula hop, bo przecież mam niezłą wprawę . Natomiast jeśli chodzi o kręgle to mistrzynią jest moja mama. Na początku nie bardzo wiedziała jak używać tego pilota, ale jak już załapała to miała strike za strike'm i bije swoje własne rekordy. Myślę, że znalazła w tym Wii jakiś glitch.
Panie i panowie, przedstawiam wam królową parkietu - Mamut.


Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston