środa, 28 lutego 2007

Jestesmy w Christchurch. Niedlugo lecimy juz do Auckland. Christchurch nie zachwyca zbytnio. Po 3 tygodniach przebywania w miejscach gdzie na drodze mija cie jeden lub dwa samochody jakos tak dziwnie jest wrocic do miasta. Wczorajszy dzien zapowiadal sie wlasciwie na zmarnowany. Niespodziewanie udalo nam sie zalapac na pokaz slajdow Craig Potton-a - jednego z najbardziej znanych fotografow z Nowej Zelandii. Zdjecia przedstawialy jego ostatnia wyprawe na Morze Rossa- pingwiny, kry lodowe itd. Po pokazie zamienilismy z nim kilka zdan (okazalo sie, ze zona Craiga byla z pochodzenia Polka) i tak wlasciwie minal nam dzien. Koncze i pozdrawiam- lecimy do Auckland kupic jeszcze pare rzeczy przed powrotem do Hameryki (w tym kilka ciuszkow IceBreaker- jednego z lepszych produktow jakie ostatnio odkrylam- ale o icebreaker bedzie pozniej). Ostateczne przemyslenia sa takie- fajnie bylo ale sie skonczylo. 3 tygodnie to zdecydowanie za krotko aby zobaczyc cokolwiek innego niz to co zobacza te tysiace turystow, ktorzy tu przyjezdzaja. No nie ma rady- trzeba zaplanowac kolejny wyjazd. Na dluzej.


poniedziałek, 26 lutego 2007

Kochani, dzisiaj w przeciwienstwie do poprzedniego wpisu pisze do was ze wschodniego wybrzeza. jestesmy w kaikourze. pisze do was z kodak express gdzie na scianie wisza photos by magda. ciekawe, nie powiem. wczoraj takze latalismy helikopterem btw siorka- pilot leci wlasnie do jukonu i cholernie sie podniecal. ja na twoim miejscu bym sie przeprowadzila. moze i zimy dlugie, ale za to lato jakie dlugie... no ale do rzeczy- wczoraj ogladalismy wieloryby. z gory. beda zdjecia. aczkolwiek monsz przezywa, ze moze nie sa za ostre. wieloryby (sperm whale) mialy wielkosc ponad 20 metrow, ale z gory wygladaly jak rybki w akwarium. to miasteczko ma na tyle szczescia, ze te wieloryby siedza tu przez caly rok. wieczorem, podczas odplywu poszlismy na ogladanie fok. cala kolonia, mozna do nich podejsc na odleglosc nie mniej niz 10 metrow. my oczywiscie podchodzilismy troche blizej. dzisiaj jedziemy jeszcze raz do goracych zrodel, a jutro christchurch i potem lecimy juz do auckland. wracamy w sobote. wlasciciel sklepu zmienil plyte z roda stewarda, na boba m. bardzo dziwne gusta muzyczne maja tu w tej nowej zelandii.
jest tu masa niemcow. no i starszych ludzi. czlowiek ma problemy typu- jak klocic sie z babcia, ktora na przyklad razem ze swoim mezem rozlozyla sie na polowie naszego miejsca na polu kempingowym. takie mamy tu problemy. problemy mamy tez inne- na przyklad smierdzace skarpetki, czy poplamione spodnie, czy tez mewy kradnace sniadanie. mowia, ze wspolne podrozowanie sprawdza zwiazki. no chyba sie nam sprawdzilo. monsz troche sie wkurza gdy zle wybiore pole kempingowe. na przyklad ostatnio wybralam takie- niby mialo byc 5 metrow od plazy (no i bylo), ale bylo tez 2 metry od cmentarza (o czym nikt oczywiscie nie wspomnial w przewodniku).
odpowiadajac na pytania- oczywiscie, ze mozna jezdzic na rowerze w stanie nietrzezwym. w ogole stan nietrzezwy towarzyszy nam prawie kazdego wieczoru.
wujek- mysle, ze to dobry pomysl z przepiciem zwrotu podatkowego. ja kurde w tym roku musze doplacic.
pozdrawlaju czytajacych - narazie- buty na gazie

sobota, 24 lutego 2007

Kochani, no nie pisze bo po pierwsze nie ma czasu, a po drugie ten internet tutaj jakis taki kulawy. Jak juz sie czlowiek zabierze za ten internet to sie okazuje, ze jest tak wolny ze sie wszystkiego odechciewa. Na poczatku- przepraszam szanowna kolezanke Myshen82, ze nie zadzwonilam i sie nie spotkalysmy. Mam jednak wytlumaczenie- wszystko to wina naszego autka, ktore okazalo sie wolniejsze niz wykalkulowalismy i wyszlo nam na to, ze w Wellington bylismy tylko przejazdem. To znaczy przyjechalismy na czas- na prom. Zdazylismy se tylko kanapki kupic. Moze nastepnym razem. Bo nastepny raz na pewno bedzie.
Jestesmy teraz na lodowcach. Na zachonim wybrzezu Poludniowej Wyspy. Wczoraj karnelismy sie na nielza wycieczke helikopterem polaczona z ladowaniem na lodowcu. Mam zdjecia, bylo naprawde swietnie, ale nie bede sie tu za bardzo podniecac. A co wczesniej. Zaczne od tego, ze jestesmy zajebiscie pogryzieni przez tak zwane sand flies. Te meszki sa nawet gorsze o teksanskich skaczacych pajakow. Musze sie w nocy buzic na rapanie, tak swedzi. No ale wracajac do tematu wycieczki - zwiedzamy parki narodowe. Dwa dni temu oglaalismy Pancake Rocks, wczesniej zrobilismy sobie 2 dniowy trekking w Abel Tasman (ja chyba wole chodzic po gorach niz po plazy). Wczesniej spedzilismy caly dzien podrozujac rowerem od winiarni do winiarni w okolicach Malborough. Cuowna sprawa mowie wam. Czlowiek se jezdzi, ma takie specjalne sakwy na butelki i probuje caly dzien i kupuje te wina i wineczka. Taka winiarnie to chyba moglabym miec hehe. Wczesniej bylismy w ciekawym miescie- Napier. Niezle tam napiernicza. Napier znane jest z tego, ze jest tam masa budynkow Art Deco. W ogole cale miasto jest w takim stylu zbudowane. Byl akurat festiwal i byly tam setki starych samochoow i starych ludzi poprzebieranych w stroje z lat 40-tych. Rewelka. Kupulismy kilka dziel sztuki, bo mielismy jeszcze troche kasy z prezentow slubnych. Wczesnij bylismy 2 dni w gorach, gzie chodzilismy po wulkanach. Tzn teranach wulkanicznych, a nie wulkanach. Monsz dal mi niezly wycisk, bo prawde mowiac awno po gorach sie nie chodzilo wiec czlowiek mial prawo spuchnac. A wczesniej jeszcze poziwialismy te gejzery i inne takie smierdzace sprawy.
Samochod nam powoli zaczyna sie rozsypywac. Tu stolik sie rozpierdzielil, tu szafka sie niedomyka. Ale generalnie powiem wam ze wakacje w kamperwanie to rewelka. Mamy juz rozpracowane jaki sobie wypozyczymy nastepnym razem, wiec jakby ktos chcial porade to ja chetnie sluze. Najwazniejsze, zeby byl z kibelkiem- bo wtedy taki kibelek moze sluzyc jako przechowalnia.
I tym optymistycznym akcentem koncze- bo nie mam juz drobnych zeby wiecej wisiec na sieci. Za chwile idziemy na heli-hike czyli na lazenie po loowcu polaczone z lazeniem po lodowcu.
Pozdrawiam was wszystkich i ten tego. Narazie.


środa, 14 lutego 2007

Kochani, u mnie Walentynki juz sie koncza, a u was jeszcze sie nie zaczely. Wlasnie jestesmy na kolejnym polu kempingowym w Lake Taupo. Jest fantastycznie. Wypilismy cala butelke wina i zaraz idziemy na spacer. Wczoraj bylismy na koncerci i uczcie w wykonaniu lokalnych Maurysow. Nie powiem, bylo ciekawie. Dzisiaj caly dzien spedzilismy na ogladaniu gejzerow i innych cudow przyrody (glownie o zapachu zgnilych jajek). Jest fantastycznie. Kampervwan troche nam klekocze. Duzo pali i nie mamy klimy. Czlowiek w o ogole w tej Ameryce byl strasznie przyzwyczajony do luksusow. Na przyklad takich jak poduszki powietrzne. W tym naszym kampervanie nie mamy takiego luksusu. Koncze juz bo czas to pieniadz i mi sie internet konczy.
ps- myshen82 - podaj nr telefonu.

niedziela, 11 lutego 2007

Kochani, no wiec pisze do was z hotelu w Auckland. Przylecielismy wczoraj o 6 rano. Lecielismy 12 godzin z krainy sztucznych cyckow- czyli z Los Angeles. Takie loty do Los Angeles uswiadamiaja mi jakimi jestesmy wiesniaczkami cwaniaczkami w tym Texasie. (Nie ze uwazam, ze fajnie jest miec sztuczne cycki, ale widac roznice w nazwijmy to modzie). Nie mam zbyt duzo czasu bo zaraz przyjezdza po nas felek, ktory odwiezie nas do miejsca gdzie bedzie na nas czekal nasz campervan. Na pierwszy rzut oka Auckland wyglada troche jak taka mieszanka Portland, San Francisco, Anchorage AK i Austin TX. Strasznie duzo Azjatow. Strasznie. Wczoraj jedna taka z Japonii czy czegos w tym stylu wywalila sie na przejsciu dla pieszych i nie miala na sobie majtek. Utwierdza mnie to w przekonaniu, ze w Japonni wszyscy chodza bez majtek. Jedzenie super, wino jeszcze lepsze (wczorajszy wieczor spedzilismy popijajac biale winko i gapiac sie na ocean). Objadamy sie kiwi i passion fruit- to sie chyba po polsku nazywa marakuja, c'nie? Nie wiem, bo jak mieszkalam w Polsce to tego nie bylo. Qantas to swietne linie lotnicze. Dobre zarcie, troszcza sie jak 150. Filmow na zadanie tez byla masa- ale obejrzalam tylko jeden bo spalam prawie caly lot. Gdyby tylko lot nie byl taki dlugi. Maja tu w tej Nowej Zelandii niezle swiatla na ulicach. Jak jest zielone to wlacza sie jakis taki sygnal jak w grze komputerowej. Nagram, bo mamy dyktafon to wam puszcze. Czlowiek czuje sie jakby byl w pacmanie, albo innej rownie prymitywnej grze. Wczorajszy dzien spedzilismy w muzeum- czlowiek smieje sie z tych Amerykanow, ze nic sie nie znaja na geografii Europy czy swiata w ogole, ale przyznac sie musze ze moja znajomosc Polinezji, Mikronezji i innych tym podobnych Nezji jest dosc zalosna. Ale podszkole sie. Temperatura wynosi okolo 24 stopnie. Wczoraj padal deszcz, ale taki tam deszcz- jestem przeciez z Hjuston gdzie jak leje to zalewa od razu cale miasto. Dzisiaj jedziemy do Hell's Gate. No to narazie. Buty na gazie.


piątek, 09 lutego 2007
No więc kochani jestem po dwóch margaritach. Byliśmy się żegnać z przyjaciółmi. Z całą pewnością nie będę piła tak dobrych margarit przez najbliższe trzy tygodnie. Ale to nie ważne. Ważne jest to, że lecę tak jakby do przyszłości - bo wylatuję w piątek, a będę tam w niedzielę - gdy u was będzie jeszcze sobota. Czego nie załatwiłam przed wyjazdem zostanie niezałatwione- no coż taki lajf. Przekręcam domyślną kategorię na Nową Zelandię i ten tego stay tuned. 
czwartek, 08 lutego 2007
Żeby nie było, że na pożegnanie nie zafundowałam wam żadnego pikupa. To zdjęcie zostało zrobione na promie z Galveston do Port Bolivar. Byliśmy tam na polowaniu na ptaki.


środa, 07 lutego 2007
Jak się czegoś bardzo, bardzo chce to się dostanie. Czasem nawet w nadmiarze. Już jakiś czas temu chciałam sobie kupić książkę, która mi ktoś tam kiedyś zareklamował. Książkę do CSS. Ale wiecie jak to jest, jak się kupuje na amazonie za mniej niż $25 to trzeba płacić za shipping. Tak więc ja zazwyczaj czekam aż mi się uzbiera więcej tych książek i wtedy kupuję.  Tak było i teraz.
Kupiłam sobie książkę, a przysłali mi dwie. To znaczy właściwie trzy, ale dwie takie same. Przyszły dwie przesyłki- ta prawidłowa i ta ekstra. Zamówienie jest to samo i w środku były dokładnie te same papiery, te same numery, czyli że się po prostu rypneli. Sprawdziłam też wyciąg z karty kredytowej- za nic mnie nie skasowali dodatkowo. Teraz zastanawiam się co zrobić. Czy do nich napisać, podlizać się i  zaproponować zwrot książki (oczywiscie żądając kredytu za bycie uczciwym klientem)? Czy też ogłosić jakiś tam konkurs na blogusiu i książkę tę oddać jako nagrodę?
wtorek, 06 lutego 2007
Pakujemy się. Jeszcze tylko 3 dni i jak to mówi mój znajomy z Chicago- wypierdołka. Wszystko przygotowane. Mapy, kompasy, okulary przeciwsłoneczne, ręczniki i kuchenki turystyczne, ciepłe i lekkie ubrania, sandały, worki wodoszczelne, spodnie wodoodporne, namiot, filtry do wody itd itp.
Monsz załamany, że tak mało się znam na kompasach. Głupia nie jestem i szybko się nauczyłam, ale mając prawie 30 lat według niego znałam się powiedzmy szczerze kiepsko.
Włosy znowu podcięte żeby się szybciej suszyły, nogi wywoskowane, ubrania na samolot jeden i drugi przygotowane, rezerwacja na pierwszą noc w Auckland zrobiona. Chcieliśmy się zatrzymać w takim polecanym B&B, pani nas wyśmiała- cyt: ludzie, my byliśmy zabookowani już 6 miesięcy temu. Niezły tłoczek się zapowiada. No więc tą pierwszą noc przekimamy w czymś mało nowozelandzkim. Ale nie ma to znaczenia, bo po 13 godzinnym locie będziemy i tak mało przytomni... Nie cieszę się na ten lot. Myślę o DVT. Może warto kupić sobie te specjalne skarpety? Żeby chociaż filmy grali dobre...Ciekawe czy na wszystkich lotach Qantas grają Władce Pierścieni?
Monsz przygotował także aparaty i obiektywy, statywy, karty pamięci i chusteczki do czyszczenia szkiełek. Z ilości kart jakie "musimy" wziąć wychodzi na to, że będziemy robić jedno zdjęcie co 6 minut, przez 10 godzin dziennie, każdego dnia (jedno zdjęcie 6-7 MB). Nieźle się zapowiada. Kazałam mu złożyć "uroczystą przysięgę", że nasze wakcje nie będą się kręciły wokół statywu. Zobaczymy.
Komputera nie biorę. Mam natomiast dylemat- czy kategorię Nowa Zelandia umieścić na zupełnie osobnym blogu, czy też trzymać wszystko tutaj? Czekam na głosy w sprawie.
poniedziałek, 05 lutego 2007
No nie oglądam Superbowlu, bo pomimo tego, że wszyscy oglądają mam to gdzieś. Oglądam za to filmy na dvd. Otóż aniabuzuk namówiła mnie na zapisanie się do Netflixa. Jestem zachwycona tą instytucją. Netflix ma już prawie 7 lat, więc trzeba przyznać, że mam trochę opóźniony zapłon- no ale bądźmy szczerzy, po co płacić za coś co nie jest jeszcze doskonałe? A te kilka lat temu Netflix taki właśnie był. Teraz już jest doskonały, więc można się przyłączyć. Wszyscy się zapisują- sąsiad z Indii, koleżanka od szachów, Brazylijczyk z pracy. No wszyscy. Więc się zainteresowałam. Na blogu bezpopcornu zostało mi wytłumaczone, że warto i skończyło się na tym, że zainwestowałam czas i pieniądze.
No więc domyślam się, że są na tym świecie jeszcze tacy ludzie jak ja, którzy tak naprawdę nie wiedzą czy ten Netflix to jakaś kolejna szmiro-ściema, czy też nie. Dla was dedykuję więc ten wpis.
Netflix to internetowa wypożyczalnia dvd. Zakładasz sobie konto, budujesz profil i wybierasz filmy, które wrzucasz do wirtualnej kolejki. W profilu odpowiadasz na pytania, jakie filmy lubisz a jakich nie i na podstawie tego komputerek uruchamia sprytny algorytm i proponuje ci jakieś tam filmy. Jeśli, któryś oglądałeś to musisz go ocenić w skali od 1-5 (tzn. nie musisz, ale jeśli chcesz aby komputerek proponował ci coś z sensem to lepiej to zrób). Dzięki temu, filmy które zostaną ci zaproponowane będą zbliżone do tych, które lubisz. Trochę nie dowierzałam w działanie tego algorytmu, ale on rzeczywiście jak rzadko co w dzisiejszych czasach działa.
No więc wybierasz sobie te filmy, wrzucasz je do kolejki i czekasz 24h. Następnego dnia otwierasz skrzynkę na listy i czekają tam na ciebie dwa filmiki. Każdy w osobnej kopercie (która to koperta po otworzeniu staję się kopertą zwrotną). Oglądasz i odsyłasz. Oczywiśce wszystko jest już z góry opłacone. Ty musisz tylko wrzucić do skrzynki ( co w Ameryce oznacza wsadzić do swojej własnej skrzynki na listy, bo listonosz odbiera także ze skrzynki). Film dochodzi do Netflix tego samego dnia, bo maja te Netflixy w każdym większym mieście. I tego też dnia wysyłają do ciebie kolejny film z twojej kolejki.
Są różne opcje. Ja mam taką, że w tym samym czasie nie mogę mieć wiecej niż 2 płytki. Oczywiście nie mam ograniczeń ilościowych. Tak więc po szybkiej kalkulacji wychodzi, że się opłaca. Bo na przykład w Hollywood Video płaci się cztery dolarki za sztukę więc jeśli ktoś ogląda 2 dvd tygodniowo to mu wyjdzie $32 miesięcznie. A tak płaci sobie $14 miesięcznie i może obejrzeć więcej. Oprócz tego biblioteka jest dość bogata. Bo na przykład wypożyczyłam wczoraj Nic śmiesznego. Wypożyczyłam żeby Monsz mógł obejrzeć bo zbyt wiele polskich filmów nie widział. Właściwie widział tylko jeden- Wesele- i trochę się załamał. Nic smiesznego mu się bardzo podobało. Ja zasnęłam, jak zwykle, a on obejrzał do końca.
No ale żeby nie było tak że te plusy nam przysłaniają minusy to o minusach wspomnieć należy. Jedyny minus jaki mi przychodzi do głowy to taki, że jeśli dvd jest uszkodzone to nie można od razu wymienić. No ale niech Bóg ma nas w swojej opiece i niech te dvd będą w dobrym stanie.
Ostatnio modne jest posiadanie tak zwanych wirtualnych friendów. Można mieć na przykład takich friendów na flickr, czy też innych myspace-ach. Nie będę tu się rozpisywała nad sensem, czy też brakiem sensu posiadania takich friendów, ale dodam, że Netflix też ma taką opcję. Aniabuzuk jest moim friendem. Lonelystar też, ale z jakiegoś powodu jej nie widzę. Mogę natomiast zobaczyć jakie filmy aniabuzuk już obejrzała (oczywiście jeśli mam ochotę, na każdy mogę sobie kliknąć i dodać do kolejki). Mogę też jej coś zaproponować i zostawić notkę. I wreszcie możemy sobie sprawdzić jak bardzo bliskie są nasze gusta filmowe. Okazuje się, że mamy 74% similarity. Chętnie dowiedziałabym się jakie mam similarity z lonelystar, no ale coś cholera nie mogę jej zobaczyć. Dowiedziałam się też, że aniabuzuk uwielbia Ace ventura, podczas gdy mi się ten film kompletnie nie podobał. Jim Carrey mnie totalnie irytował zarówno w tym filmie, jak i w Masce.
Są też inne opcje związane z friendami, na przykład quizy z pytaniami jakie filmy lubią moi wirtualni przyjaciele. Nie mam jednak na to czasu, więc nie gram. Tym bardziej, że nie ma nagród.
Ważnym gadżetem jest też możliwość posiadania wielu profilów. Każdy członek rodziny może mieć własny profil i własny algorytm, tym samym nie może się zdarzyć, że komuś żona wykluczy z listy filmów proponowanych na przykład horrory.
Odesłałam już pierwszy film (The house of sand and fog- polecam) i teraz czekam na kolejny z kolejki. A w kolejce mam takie oto filmy: City of God , The Devil Wears Prada, Gandhi, The Guardian, Frida, Jackass: Number Two, Y Tu Mama Tambien, Hotel Rwanda, Kolya, All About My Mother, Microcosmos, Leonard Cohen: I'm Your Man, Delicatessen, Wallace & Gromit: Three Amazing Adventures, Pride and Prejudice, Giuliani Time, Sexmission, Kandahar, Happy Endings, Junebug.
Mówiąc krótko- polecam, polecam i jeszcze raz polecam. Jeśli jeszcze się nie zapisaliście (bo tak jak ja macie spóźniony zapłon) to zapiszcie się, bo to jest naprawdę dobry produkt.

ps- w Polsce też jest chyba coś podobnego. Nazywa się Netino. Ale o tym to wy musiecie się wypowiedzieć.

czwartek, 01 lutego 2007
Czekam aż mi ktoś z Bloxa usnie ten mój wpis spod spodu, bo coś się schrzaniło. Ale zanim oni tam naprawią to ja wklejam kopię, żeby można było komentować jakby ktoś chciał.
----------------------
Dzisiaj będzie o blogach amerykańskich. Zazwyczaj jest o jednym blogu, ale nie mogę się zdecydować. Mam swoje dwa ulubione (oprócz oczywiście mojego).
Pierwszy z nich pochodzi z największego polskiego miasta - z Chicago. A drugi też z nad Wielkich Jezior, z AA. (Z Ann Arbor, a nie z klubu Anonimowego Alkoholika). Oba blogi są bardzo różne. Ania na swoim opowiada o wydarzeniach nie tylko z Chicago, ale także generalnie ze Stanów. Opowiada dowcipnie, z jak to się mówi akcentami humorystycznymi. Czasem ją krew zalewa, czasem ma zły dzień, ale zawsze dobrze się czyta.
Myślę, że jakbym mieszkała w Chicago to co jakiś czas spotkałybyśmy się na cieście lub winku. Ba, może nawet wyskoczyłybyśmy sobie na mani pedi.
Natomiast jeśli chodzi o drugi blog. Blog Scarlett O'Hary, to chyba czytałabym go nawet gdyby był blogiem nie ze Stanów. Nie tylko dlatego, że spodobał mi się nick autorki (Przeminęło z Wiatrem, które to wspominał ostatnio Tomasz Olbratowski, widziałam z jakieś 20 razy), i nie tylko dlatego, że przygody bohaterki tak trochę przypominają mi moje początki w Stanach. (Pomimo tego, że ja zaczynałam w restauracji, a nie na uniwerku).
No ale, nie trzymajmy się takich drobiazgów. Blog Scarlett lubię, bo jak mało kto w dzisiejszych czasach, pisze z sensem. Jej posty trzymają się kupy. Są krótkie, ale mają rozwinięcie, zakończenie i koniec. (Czego mi czasem brakuje). Potrafi w dwóch zdaniach opowiedzieć zabawną historię. Do tego raz na jakiś czas można w tym blogu znaleźć coś po łacinie i muszę sobie sprawdzać po sieci, co autorka chciała nam powiedzieć. Cholernie mi się to podoba. Łaciny nie znam i nie żałuję- bardziej w życiu interesuje mnie SQL i CSS, no ale przecież nie można być ignorantem i udawać, że się wie jak się nie wie. Tak więc dziekuję ci Scarlett za rozrywki intelektualne.
Jednego mi tylko w tej Hameryce brakuje, a mianowicie dialogu z czytelnikiem. No ale jak to mi kiedyś jeden kolega powiedział cytuję: w życiu kochana, nie może być zawsze tak jak ty chcesz. Zakończę więc stwierdzeniem, że bez względu na to czy dialog będzie, czy nie będzie blog ten będę czytała nadal.
No to narazie- spadam na wirtualne winko do Chicago.

Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston