piątek, 29 lutego 2008
"Texas is the only place in America where you can vote twice in the same election without going to jail. And it's the only place in America where you have GOT to vote twice in the same election if you really want Hillary to win this election on March 4"- Bill Clinton.


Pomimo tego, że musiałam stać dzisiaj w kolejce ponad godzinę (dwa razy) - spełniłam swój obywatelski obowiązek (ze złudną nadzieją, że być może mam jakiś tam wpływ na zmianę historii) i zagłosowałam we wcześniejszych wyborach.
No ale jak to mówią- nie mów hop, zanim nie przeskoczysz. Okazuje się bowiem, że ci, którzy głosują na demokratów, wybierają dwa razy.
Zgodnie z powiedzeniem- Everything is bigger in Texas - mamy tu i caucus i primary i kuku na muniu.
W sumie wychodzi na to, że nikt tak naprawdę się w tym nie orientuje. Nawet Hillary. Gdy zapytałam się o to szefa- popukał się w czoło. Państwo w kolejce też nie wiedzieli. Potwierdziłam wszystko u świetnie zorganizowanych pomocników Obamy, no i oczywiście w internecie.
Teraz tylko czekam do 4-go marca i umywam ręce.
wtorek, 26 lutego 2008


W dzisiejszym odcinku o houstońskich (i nie tylko) restauracjach przedstawię Hooters.
Hooters jest jedną z restauracji, która bardzo kojarzy mi się z Ameryką. Jeszcze do niedawna od czasu do czasu chodziłam tam z moją koleżanką, która niestety wyprowadziła się do Kalifornii. Siedziałyśmy sobie wtedy na ławce na powietrzu, wiatr wiał nam we włosach, pot kropelkami spływał po ramionach, a tłuste od chicken wings palce sięgały po kufel z piwem... To były piękne czasy.
Hooters jest miejscem, do którego się chodzi, ale o którym się nie mówi. Szczególnie w pracy. Znam bowiem takich, którzy mieli kłopoty za stołowanie się w Hooters podczas podróży służbowych.
Nie znam faceta, który nie lubiłby tam chodzić. Owszem, wszyscy narzekają na jak widać kiepskie menu, no ale nie oszukujmy się, panowie raczej nie przychodzą tam ze względu na chicken wings i club sandwitch. Panowie przychodzą tam ze względu na obsługę.



A obsługa The Hooters to panie w pomarańczowych szortach, białych obciasłych koszulkach, push up-ach i rajstopach serwujące panom (i nie tylko) frytki, piwo i kurczaka. Nie tylko panom, bo Hooters promuje się na family friendly restaurant, do której można przyjść już z 5 letnim synkiem.
W Hooters przeważa tak zwany styl cheerleaderki z drużyny Dallas Cowboys- czyli kobieta marzenie przeciętnego Amerykanina. Ale oczywiście nie będę wam tu mydlić oczu twierdząc, że w każdym Hooters pracują panie jak z obrazka powyżej. W wielu przypadkach możemy mówić o tak zwanych Cheerleader Wanna Bees, co kończy się na utlenionych żółtych włosach i rozmazanym makijażu.
Hooters, jak można się spodziewać ma wielu przeciwników. Większość uważa, że dysryminują nieładne dziewczęta i że nie zatrudniają facetów jako kelnerów. Na te i inne skargi, Hooters odpowiada:
Claims that Hooters exploits attractive women are as ridiculous as saying the NFL exploits men who are big and fast. Hooters Girls have the same right to use their natural female sex appeal to earn a living as do super models Cindy Crawford and Naomi Campbell. To Hooters, the women’s rights movement is important because it guarantees women have the right to choose their own careers, be it a Supreme Court Justice or Hooters Girl.
Osobiście nic do Hooters nie mam. Wydaje mi się, że będąc w Ameryce (czy też w Anglii bo podobno są już też i tam) warto zajrzeć i doświadczyć.

Więcej o Hooters do poczytania na Wikipedii.
poniedziałek, 25 lutego 2008
Piękna, wiosenna pogoda sprzyja imprezom towarzyskim na powietrzu. Z tego tez powodu wczoraj spotkaliśmy się ze znajomymi w parku na pikiniku połączonym z konsumpcją alkoholową (ja oczywiście tylko soczek) i grą w krokieta*.
Ja grałam w krokieta poraz pierwszy w życiu i muszę przyznać, że byłam zachwycona. Lubię takie imprezki: piękna pogoda, jedzonko, drinki, małe współzawodnictwo i kupa smiechu.
Generalnie muszę przyznać, że po przeprowadzeniu się do Houston granie w różnego rodzaju gry stało się częścią imprez towarzyskich. Dość często gramy w Monopol (niestety w wersji bez kart kredytowych i transakcji elektornicznych), Cranium i Wildcatter.
Wygląda na to, że krokiet, najprawdopodobniej w połączeniu z BARBAKIU też wejdzie nam w krew. Tym bardziej, że w tutejszych parkach nie trzeba martwić się o grilla, bo te akurat są na wyposażeniu.



*- Krokiet (z angielskiego croquet), gra sportowa uprawiana głównie w Anglii i Stanach Zjednoczonych. Polega na jak najszybszym przetoczeniu kuli krokietowej za pomocą drewnianego młotka z jednej linii końcowej boiska na drugą i z powrotem. Zawodnicy muszą przetoczyć kulę wg ustalonego porządku poprzez 6-7 bramek. (onet)


niedziela, 24 lutego 2008
Okazuje się, ze w Houston dobrze jest podkuć sobie buty w lutym. Niekoniecznie z powodu mrozów.
U męża w pracy panuje teraz jakiś obsesyjny konkurs na chodzenie. Cała grupa dostała krokomierze i przez miesiąc liczą kroki. Co tydzień odbywa się grupowe spisywanie liczników, a po miesiącu wiadomo będzie, która grupa najwięcej wychodziła. Nie wiedzą jeszcze co jest nagrodą, ale pewnie coś w stylu $50 gift certificate do sklepu z szynkami czy też do restauracji meksykańskiej. Żeby czasem nikt za dużo nie schudł.
Mąż jest jak w transie. Wszędzie chce chodzić, bo codziennie trzeba wychodzić conajmniej 10 tysięcy kroków. Oczywiście on chce więcej.
W Europie czy też w takim NY wiadomo- co to jest 10 tysięcy kroków? To dwugodzinny spacer, albo po prostu wybranie się na miasto. Ale w Houston chodzenie nie jest łatwą sprawą. Głównie ze względu na czas i na dojeżdżanie do i z pracy. Bo zanim się wróci trzeba już iść spać.
Tak wiec od tygodnia nasze życie podporządkowane zostało chodzeniu. W związku z tym, że przychodzę z pracy o jakąś godzinę wcześniej od męża - przygotowuję obiad, przebieram się w dresy i czekam aż przyjedzie żebyśmy mogli pójść. Pójść pochodzić. I tak już przez tydzień. Dodatkowo, na spotkania ze znajomymi wybieramy puby (ja na soczek oczywiście) w granicach tak zwanego walking distance. Z drobnego skoczenia do sklepu po chlebek robimy wyprawę (wiadomo- zawsze to dodatkowe 3 tysiące kroków). Tak więc chodzimy teraz wszędzie. Za chwilę na przykład idziemy do znajomych na wieczorną pizzę.
Oczywiście są w grupie ściemniacze. Podejrzewamy, że ci którzy generalnie ledwo się ruszają, a przynoszą po 130 tysięcy kroków być może przyczepiają krokomierze do obroży psa, który nabija im te kroki w ciągu dnia. Taka mam teorię. Są też tacy, którzy nie przynoszą za wiele. 2 - 3 tysiące dziennie. Tyle to akurat można wychodzić w biurze. Parę razy do sklepiku po batonika i spowrotem.
Poprzednio pracowałam w korporacji i tam też mieliśmy tego typu zawody. Tam przodowało Weight Watchers, czyli grupowe chudnięcie i liczenie kalorii. Każdy spisywał ile zjadł i ile może jeszcze zjeść, i wygrywała ta grupa która najwięcej schudła. Były jakieś specjalnie na tą okazję wydrukowane notesiki, formularze, kalkulatorki i inne pierdoły.
Ciekawe czy w innych firmach też macie takie zawody?
piątek, 22 lutego 2008
W 2006 roku pisałam o planie zainstalowania kamer wideo wzdłóż południowej granicy Stanów, w celu donoszenia na przekraczających granicę emigrantów (zapraszam do postu 1-800-HERO).
W 2008 roku dowiadujemy się, że Project 28 został właśnie zatwierdzony przez rząd Stanów Zjednoczonych i wirtualna granica z Meksykiem (na krótkim odcinku), stanie się rzeczywistością. Jak na razie bez możliwości donoszenia.
Na początku, granica ta będzie testowana tylko na 28 milowym kawałku Arizony, ale w przyszłości być może rozciągnie się na całą Arizonę i Teksas.
Osobiście, problem nielegalnych podróży Meksyków do USA ani mnie ziębi, ani grzeje. Powiem więcej, całe to HALO dotyczące nielegalnych emigrantów i próby wykurzenia ich z kraju, świetnie nadaje się na kolejny rozdział ksiązki o amerykańskiej hipokryzji. Na co to komu? Kto na tym bardziej straci?
Ale wracając do tych kamer... Czytając ten dzisiajszy artykuł zaczęłam się zastanawiać nad plusami i minusami CCTV w wielkich miastach. CCTV w Stanach nie jest zbyt popularne. Owszem, są kamery w bankach, na lotniskach i w innych takich. Ale nie jest to aż tak bardzo rozprzestrzenione jak na przykład w Anglii. Czy człowiek (z wyjątkiem tego nielegalnie przekraczającego granicę Meksykanina) czułby się bezpieczniej wiedząc, że wszędzie są kamery?
wtorek, 19 lutego 2008
Recall to słowo, które w Ameryce słyszy się w sumie dość często. Najczęściej słyszymy o wycofywaniu z rynku (zwróceniu do producenta) wadliwych części samochodowych, baterii w laptopach, czy (co mnie osobiście nie mieści się w głowie) leków. Ten ostatni sprawia, że moje zaufanie do amerykańskiego rynku farmaceutycznego spada właściwie z roku na rok.
Ostatnio słuchałam o wycofaniu jakiegoś płynu do czyszczenia szkieł kontaktowych (nie pamiętam marki, ale było to coś nie bardzo znanego). Jakiś koleś opowiadał o tym jak z dnia na dzień tracił wzrok, i w sumie nie był świadomy przyczyny. Ostatnio HEB zrobiło recall jakichś cukierków na Walentynki.
Generalnie, w Ameryce słowo recall słyszy się dość często.
My ostatnio dostaliśmy zawiadomienie z toyoty o recallu jakiejś tam części w elektryce samochodu męża. Taki recall to w sumie może jeszcze przejść, bo przynajmniej wiadomo, że producent stara się jakoś tam trafić do końcowego odbiorcy.
Ale takie cukierki czy płyn do kontaktów? Jak znaleźć wszystkich nieszczęsnych, którzy go kupili?
W Ameryce konsument musi się zatem troszczyć sam o siebie. Jeśli nie masz telewizji, nie czytasz gazet i przegapisz wiadomość o wycofaniu jakiegoś leku, zawsze możesz wejść na specjalną stronę poświęconą recalls.
W tym tygodniu dowiesz się na przykład o największym beef recall w historii Stanów. Mowa tu bowiem 143 milionach funtów wołowiny. I tu zaczyna się moje zdzwienie, bo recall sięga wołowiny przetworzonej na hamburgery czy inne kotlety aż w 2006 roku! Wiadomo, większość tejże wołowiny została już zjedzona. Ale okazuje się, że część tego zamrożonego mięsa z 2006 roku, wraz z duchami biednych krów czai się gdzieś w lodówkach dystrybutorów.
I to mnie dziwi. Dziwi mnie, że możliwa jest sprzedaż tak starego mięsa.
Z drugiej strony dziwię się mojemu zdziwieniu, bo w sumie nie takie rzeczy już w tej Ameryce widziałam. Dodatkowo, po przeczytaniu książki Fast Food Nation właściwie nie powinnam być zaskoczona.
Jeśli chodzi o przyczynę tego skandalu to chodziło o to, że krowy w rzeźni, były za słabe aby się poruszać (tych o słabych nerwach nie namawiam do klikania na ten link), tym samym było podejrzenie że mogły być chore. Stąd ten recall. W celu sprawdzenia tych 143 milionów funtów...
W sumie, pewnie nie ma się czym przejmować. W Anglii wszyscy jedzą wołowinę z chorych krów i jakoś żyją (taki tam wyolbrzymiony żarcik), ale mimo wszystko lubię mieć świadomość że kupuję jedzenie ze sprawdzonego miejsca. Chociaż z drugiej strony, gdy w zeszłym roku był recall szpinaku to Whole Foods także wycofało swój szpinak.
Tak sobie myślę, że kiedyś to były czasu... Człowiek jeździł sam po mleko do kuzynki (osobiście nadzorował dojenie). Jajka przywoził pan Czesiek- bo miał własny kurnik. Babcia za komuny wysyłała nam szyneczki własnej roboty. Dodam, że Babcia żadnych recalli nie robiła, chociaż kto tam wie jak tam z tą czystością było.
A teraz to aż żal patrzeć. Chociaż zważywszy na to, że nie można ufać płynom do czyszczenia kontaktów, może niedługo nie będzie się juz na nic patrzyło...
niedziela, 17 lutego 2008
W lutym, ulice niektórych części Houston zaatakowane zostają przez bandy ptaszorów. Chmary z downtow i ich odgłosy pokazywałam wam kiedyś TU, a dzisiaj pora na gromadę z okolic Kirby i West Alabama.
Lubie tą porę roku, bo zawsze jak widzę ptaszory siedzące na tych kablach, to przypomina mi się ta kreskówka.





czwartek, 14 lutego 2008

Czy macie w swoich miastach jakieś prawa, które wydają się wam kompletnie od czapy? My mamy. Jednym z najważniejszych jest chyba 'no zoning', czyli jak to się w chyba w Polsce nazywa - brak strefowania w zagospodarowaniu przestrzennym (nie wiem czy fachowo to nazwałam- jak ktoś wie to proszę poprawić). Generalnie polega to na tym, że można mieszkać sobie w sąsiedztwie kilku domów i na przykład parkingu, czy też baru i stacji benzynowej. Ja na przykład tak właśnie mieszkam. Otoczona barami. Houston jest ponoć jedynym z większych miast, które ma 'ten problem'. Może się zdarzyć, że mieszkasz sobie w jakiejś tam dzielnicy, w sąsiedztwie domu który został sprzedany komuś kto ma ochotę otworzyć tam rzeźnie czy inny klub nocny i teoretycznie nic na to nie możesz poradzić. Owszem, mieszkańcy się czasem bronią. Zdarzają się sytuacje, że w bogatych dzielnicach domków jednorodzinnych nagle ni z gruchy ni z pietruchy ktoś chce sobie wybudować Ashby high rise. A mieszkańcy boją się, że jak się taki high rise wybuduje, spadnie wartość ich rezydencji więc się buntują, protestują, podpisują petycje itd. Swoją drogą fascynuje mnie to, że sprawa Ashby high rise jest już tak bardzo publiczna.

Ale żeby nie było, że piszę nie na temat, wrócę do tematu przewodniego- czyli do wibratorów. Kolejnym prawem zupełnie od czapy jest zakaz sprzedawania wibratorów i tym podobnych seks-toysów. Niesamowite, prawda? Otóż do marca tego roku sprzedaż tego typu zabawek była w Texasie zabroniona (więcej w Forbsie). Trudno w to uwierzyć, a jednak. Dodam, że sklepów z gażetami dla dorosłych mamy masę, ale sprzedaje się w nich chyba tylko, że się tak wyrażę kostiumy i majtki z dziurami czy coś w tym stylu. Byłam kiedyś w takim sklepie w Houston i rzeczywiście ubrań (kostiumów) była tam masa. Zaczynając na majtkach stringach z trąbą dla facetów, a kończąc na kombinezonach z pończoch z dziurą w kroku dla kobiet (dla facetów pewnie też były). Byłam tam chyba po słomki peniski na wieczór panieński czy coś w tym stylu i pamietam że rzeczywiście rzucił mi się w oczy ten brak wibratorów. No ale byłam nowa, nie wiedziałam... Myślałam wtedy, że sklep w którym jestem, jest bardziej sklepem dla fetyszystów. I po 4 latach mieszkania w Houston dowiedziałam się dzisiaj, że rzeczywiście w Texasie jest prawo zabraniające sprzedaży tego typu rekwizytów. Podobne prawo obowiązuje w Alabamie i Mississippi, z tym że Mississippi chyba się w tym roku wykręci, albo już się wykręciło. Podobno chodziło o nieszerzenie niemoralności i takich tam bzdur. Oczywiście fakt, że nie można, nie oznacza że nikt nie sprzedaje. Podobno są miejsca, w których można kupić sobie wibrator, który w nazwie ma coś w stylu 'urządzenie do nauki zakładania prezerwatywy'. Dodam też, że oczywiście w Texasie można posiadać broń (w czym nikt problemu nie widzi),a także że podobno mamy tu w Houston najlepsze bary z gołymi paniami. Podobno najlepsze w Stanach. Zapewne jak się dobrze poszuka to znajdzie się takie, które są położone w sąsiedztwie domów czy szkół (ze względu na brak tych stref). Ech ta dwulicowa Ameryka...

Tak więc od marca tego roku każdy Texańczyk będzie mógł legalnie kupić sobie wibratorek, czy też inne kuleczki zabaweczki i trzymać przy łóżku obok pistoletu. Szkoda tylko, że prawo to nie obowiązuje od dzisiaj, bo pewnie właściciele pleasures stores w Houston mieliby rekordowe zyski w te Walentynki 2008.

poniedziałek, 11 lutego 2008
Poranek zaczął się dość niespodziewanie. Generalnie skorpionów w Houston nie ma. Wiadomo, zbyt mokro tu jest. Ale okazało się, że czasem są wyjątki od reguł i w butach trekkinogowych można znaleźć małego skorpiona.
Nie wiem skąd go przywlokłam. W każdym bądź razie byłam zmuszona wezwać grupę wspomagającą, która to złapała skurczybyka i 'usunęła'.
Dla tych, którzy odwiedzają mnie w kwietniu (nie będę tu wskazywała palcami, sami dobrze wiedzą o kim mówię), dodam że skorpion został znaleziony właśnie w tym pokoju, w którym będą spać. Na pocieszenie dodam, że teksańskie skorpiony są PONOĆ zupełnie bezpieczne.
No ale wracając do tematu. Wybraliśmy się wczoraj na wycieczkę krajoznawczo - podróżniczą do Anahuac National Wildlife Refuge i w inne miejsca w okolicach Port Bolivar. Pojechaliśmy na zwiad. Sprawdzić jak się sprawy mają po zeszłorocznym huraganie Humberto i czy ptaki zaczęły już budować gniazda. Żal mi tych ptaszorów, ale wygląda na to, że Humberto nie pozostawił im zbyt wiele drzew do budowania gniazd. Jest łyso i bardzie ciasno. Wygląda na to, że gniazda będą zbudowane dopiero za jakiś miesiąc więc może do tego czasu coś tam jeszcze wyrośnie. Chociaż wątpię. Te różowe narazie zbierają jakieś tam patyczki (właściwie bardziej wykradają z gniazda sąsiada), a te czarne (trochę orzeł trochę kaczka) zbudowały już swoje gniazda (zdjęcie najniżej).
Aligatory jak widać też już się wybudziły i można było zobaczyć masę małych skurczysynków. Podobnie z żółwiami. Żółw na żółwiu.
Niestety była też masa komarów, no ale w tym roku nie mam zamiaru dać im się tak bardzo i zainwestowałam we wdzianko antykomarowe w kolorze kamuflarzowym z jakimiś kurcze liśćmi poprzypinanymi zarówno do spodni jak i do bluzy. Strój jest bardzo obciachowy, ale musze przyznać że działa w 200% i właściwie co druga osoba ma taki sam więc można ten obciach jakoś przeżyć.
Więcej zdjęć mąż umieści u siebie w przeciągu tygodnia. Ja jeszcze dla przypomnienia wklejam relację z poprzedniego roku.














poniedziałek, 04 lutego 2008
Pamiętacie mój post o tablicach rejestracyjnych? Dzisiaj będzie w podobnych klimatach. Otóż od dzisiaj, texańczycy mogą głosować na nową, standardową tablice rejestracyjną. Wszystko przez to, że te granice takie nieszczelne i jest nas coraz więcej ... Żartuję.
Generalnie głosowanie online to fantastyczna sprawa. Ilu z was zagłosowało na Katyń? Ja jestem pod wrażeniem, tego że zagłosowało prawie 55 tysięcy Polaków i Katyń ma obecnie 85% głosów.
No ale wracając do tematu. Do wyboru mamy cztery nowe wzory plus obecny. Jeśli ktoś lubi obecny wzór może sobie na takowy zagłosować.
Nowe wzory wyglądają tak:









A stara, dla przypomnienia wygląda tak:



Osobiście, najbardziej podoba mi się ta stara. Nowe, moim zdaniem są lekko bezpłciowe. Chociaż jak widać ze statystyk, wiekszości najbardziej podoba się kandydatka nr 3.
Głosować (przez tydzień) można TU (dwa głosy na jeden nr IP).
sobota, 02 lutego 2008
Otóż jak donosi magazyn People, powinniśmy się zacząć szykować na wielki come back. NKOTB podobno planują powrót na scenę. Ciekawe czy obecne trzydziestolatki będą piszczały równie głośno jak kiedyś? 
Dla mnie NKOTB kojarzy się i zawsze będzie się kojarzył z moją siostrą, która wytapetowała sobie cały pokój w ich plakatach po czy postanowiła, że step by step przerzuca się na punk.
Link ten dedykuję więc mojej siostrze, największej fance tego zespołu jaką znam. 
piątek, 01 lutego 2008
Gdybym miała tysiąc dolców na zbyciu, to chetnie bym się wybrała na the UP Experience
No ale, nie mam, więc pozostaje mi tylko o wydarzeniu poinformować tych, którzy mają ...
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston