piątek, 27 lutego 2009
Rodeo tuż tuż. Przybyli dziś do Houston Trail Riders. Wybrałyśmy się z Matyldą na czaty do Memorial Parku. Trail Riders tam właśnie koczują.
Pogody kochani nie można nie skomentować, bo mamy dzisiaj 28 stopni i Franek na spacer poszedł w samych gatkach (zdjęcie poniżej). Ale nie martwcie się, jutro nam się ponoć ochłodzi ...
Tłumy (głównie policji i TV) czekały na jeźdźców. Czekały chińskie dzieci przebrane za cowgirls i panowie z security w kowbojskich kapeluszach w meleksach lub quadach.
My przywitaliśmy grupę z Luizjany i jeszcze jakąś, która wyglądała dokładnie tak samo jak ta pierwsza. Nawet trochę machałyśmy, bo głupio było nie odmachać chłopcu na koniu. W sumie to nawet trochę się wzruszyłam. Szczególnie gdy panie krzyczały 'it is good to be back'. Mam nadzieję, że nie jestem znowu w ciąży, bo w sumie normalny człowiek chyba by się po czymś takim nie wzruszył, c'nie?
Gdybyśmy były bez wózków to pewnie walnęłybyśmy się w rowie i strzeliły po piwku. Atmosfera była bardzo sprzyjająca. Ale że byłyśmy z dziećmi to trochę nam nie wypadało.
Tak więc kowboje (nie wiedzieć czemu głównie pochodzenia afrykańsko-amerykańskiego i azjatyckiego) już są. Jutro parada i właściwie rodeo 2009 można uznać za rozpoczęte.
Muszę przyznać, że fajnie jest mieszkać koło Memorial Parku.
















czwartek, 26 lutego 2009
Parę dni temu Joanna ogłosiła się na komciach, że potrzebuje kilku chętnych, którzy mają ochotę sprawdzić swój poziom języka polskiego, a przy okazji pomóc jej zostać egzaminatorem sprawdzającym znajomość języka polskiego wśród amerykańskich szpiegów (i nie tylko).
Okazuje się, że nie można na was liczyć drodzy czytelnicy, bo jedynie fajny_nosorozec okazał się rzeczywiście fajny i odezwał się. Zgodnie z powiedzeniem: umiesz liczyć, licz na siebie, odezwałam się i ja, bo czas leciał, chętnych nie było widać i trzeba było Joannie pomóc. 
Wczoraj, w godzinach wieczornym zasiadłam przed telefonem i połączyłam się z Joanna i panią z tajnej agencji. Egzamin jak można się domyślić, odbywał się w języku polskim. Przedstawienie się, kilka scenek i parę innych zadań, których nie będę zdradzała na wypadek jakby ktoś jeszcze zdecydował się podjąć wezwanie.
Test generalnie sprawdza umiejętność prowadzenia sensownej rozmowy i zasób słownictwa. 
No cóż- wyniki nie były zadowalające, pomimo tego, że Asia twierdzi iż większość native speakerów jest właśnie na podobnym poziomie. Na najwyższym poziomie są ponoć tylko ludzie pokroju profesora Miodka. 
W sumie mój wynik nie zaskoczył mnie tak bardzo. Z ustnych egzaminów na polskim zawsze byłam słaba. Pisanie szło mi o wiele lepiej. Podobno wypowiedzi zaczynam od środka, często zdarza mi się, że zapominam o co mnie w ogóle pytają. Mam trudności z wypowiadaniem się.  Powtarzam się itd. Generalnie ADHD z języka polskiego. 
No i do tego stres. Bo oczywiście chce się wypaść dobrze i dostać "piątkę". 
Jakoś po angielsku chyba wychodzi mi lepiej. Choć też nie tak jakbym chciała. Miałam kilka prezentacji w pracy, uczyłam sporą grupę obsługi pewnego programu, prowadziłam telekonferencje i nigdy nie czułam, że brakuje mi słów. Owszem, pociły mi się trochę plecy, ale jakoś szło.
A wczoraj nie wiedziałam jak jest po polsku 'GATE'. No chyba, że nie 'peron'? 

Chętnie zapisałabym się do polskich Toastmastersów. W Houston niestety nie ma, ale może możnaby założyć?
niedziela, 22 lutego 2009
Pamiętacie moją zeszłoroczną historię o dziewczynce z ciasteczkami? Muszę przyznać, że poruszyła mnie TA oto wiadomość. Nie chodzi mi oczywiście o 'zdewastowaną' dziewczynkę, ale oto, że rzeczywiście wzrasta przestępczość.
Parę tygodni temu na ulicy w okolicach pracy męża była strzelanina. Facet chciał obrabować jakąś restaurację, ale właściciel go ubiegł i o mało nie postrzelił. Właściciel bardzo się wkurzył, a że też miał strzelbę- wyleciał aż na ulicę i zaczął strzelać na oślep. Pracownikom pobliskich instytucji zalecono UWAGA bycie ostrożnym. Może to akurat nie jest zbyt dobrym przykładem, bo akurat w tej okolicy strzelaniny zdarzają się dość często. No ale w związku z tym wydarzenim była jakaś tam pogadanka, podczas której pan policjant dał wszystkim do zrozumienia, że przestępczość (w tym głównie włamania) w Houston wzrasta.
Za jakiś czas, w bogatej dzielnicy River Oaks porwano kobietę. Kobieta była zupełnie przypadkowa, kto wie- może nawet nie była bogata tylko pracowała tam na przykład na tak zwanych domkach. Porwano ją ponoć dla okupu. Na szczęście udało jej się uciec. Zamknęli ją do bagażnika, ale ponoć zobaczyła jakąś klamkę z napisem 'emergency exit' i tak się jej udało. I tu taka nauczka dla nas, że trzeba się zacząć uczyć wyskakiwać z samochodu w biegu. Może kiedyś w WIRED w rubryce How To  napiszą jak to robić,  ale nie w marcowym numerze, bo w tym piszą o 'How to survive falling through ice'. Też ciekawe.
No ale wracając do tematu, bo kręcę się trochę jak coś tam w przeręblu... Ostatnio byłam w moim ulubionym REI i przyuważyłam, że mają strażnika. Nigdy wcześniej nie mieli. Dodatkowo, wszystkie przymierzalnie (oprócz tej dla niepełnosprawnych) zostały przeniesione w głąb sklepu. Ludzie ponoć zaczęli kraść. 
Przedwczoraj obrabowano komis koło mnie. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że ktoś wjechał do tego komisu przez ścianę (pewnie pod wpływem Jeremiego Clarksona).
Dzisiaj na West Gray (pojechałam po patelnię do naleśników) przyuważyłam, że też mają strażników. Strażnicy podróżują w takich samochodzikach na prąd. Wyglądają trochę (te pojazdy) jak takie SMARTy, ale o połowę mniejsze. Nie wiem jak ci grubi strażnicy się tam mieszczą? W ogóle to amerykańscy strażnicy są dość zabawni. Amerykański strażnik to albo kobieta, albo dziadek, albo pan z ekstremalną nadwagą. Często też, taki strażnik Teksasu nie nosi broni. Zastanawia mnie często ich ewentualna skuteczność. 
Podsumowując- na wypadek ewentualnego włamania czas chyba zaopatrzyć się w panic button. Na wypadek ewentualnego porwania dla okupu-  zaszyć sobie w buty jakiegoś czipa z gps-em i może nawet, tak jak ten pan z restauracji- kupić sobie spluwę. 
A w ogóle to najlepiej się zamknąć w domu i przeczekać tą recesję.
czwartek, 19 lutego 2009
Jeśli ktoś z hjustońskiej Polonii zastanawia się kim była ta świnia, która wykupiła ostatnie pączki z polskiego sklepu, to byłam to ja. To znaczy była to matyldazhouston, ale że byłyśmy razem, to prawie tak jakbym to była ja.
Po długiej nieobecności postanowiłam wybrać się do polskiego sklepu w celu zakupienia pączków, które to uwielbia mój mąż. Po moim dość negatywnym doświadczeniu sprzed kilku lat, muszę przyznać, że trochę się w tym sklepie zmieniło. Na plus oczywiście.
Tak zwany staff pięknie się uśmiecha i życzy miłego dnia. Panowie pięknie pachną (nie żeby wcześniej było odwrotnie, po prostu wcześniej nie zwróciłam na to uwagi). No i przede wszystkim jest co kupować. Nie chodzi mi tu o pierogi, polędwicę sopocką, makrelę, delicje, Twój Styl, Elle i kabanosy, ale przede wszystkim o herbatki hipp, kaszki dla dzieci i co najważniejsze CHRUPKI KUKURYDZIANE, za którymi szaleje mój Franio Banio. No po prostu mają wszystko co trzeba.
Walka o pączki była zacięta. Jedna baba chciała nas wykiwać i wepchać się bez kolejki. Głupia była, bo my i tak już te pączki miałyśmy w koszyku więc nie było się po co pchać. No ale wepchała się. Tak więc żeby było na nasze, zablokowałyśmy ją z Matyldą wózkami. Wózek (albo nawet dwa), podobnie jak i parasolkę warto ze sobą mieć. Tak na wszelki wypadek- jakby trzeba było kogoś przyblokować.
Kupiłyśmy 16 pączków. Ja 12, a  Matylda 4. Matylda chciała więcej, ale że już nie było musiałyśmy się podzielić tym co zdobyłyśmy. Przyjechałyśmy do mnie- zjadłyśmy po 2 (bo się odchudzamy) i 6 zostawiłyśmy dla mężów.
Tak więc pomimo tego, że na stronie Forum Polonia jest napisane Pączki for All- dla państwa za nami jednak nie starczyło. Miały być później. Za jakieś 4 godziny, czyli jeśli zaraz pojedziecie to pewnie będą.
No ale wracając do polskiego sklepu- pan ze staffu pomógł mi z torbami, więc muszę przyznać, że Customer Service mają dobry. 
No i te chrupki kukurydziane...



PS- fajny_nosorożec- jak już się w końcu spotkamy to pożyczę Ci Twój Styl i Elle (tylko najpierw obiecałam Matyldzie).
poniedziałek, 16 lutego 2009
Gdyby nie to, że właśnie zabuliliśmy kilka tysiaków za property taxes pewnie by mnie to nie ruszyło i posprzątałabym z uśmiechem przez łzy. Ale, że właśnie zabuliliśmy i że niby płacimy także za wywóz śmieci to akurat mnie to ruszyło.
Wydawało mi się, że oprócz ogólnie wiadomych minusów, recesja ma także swoje plusy. Zauważyłam przynajmniej dwa. Pierwszy jest taki, że straciło pracę sporo dobrze wykształconych osób i być może te osoby będą teraz pracowały w instytucjach rządowych. Dla nich może akurat nie jest to plus, ale dla mnie i dla was z pewnością tak. Drugi plus jest taki, że ludzie pracujący w usługach będą się bardziej starać. Teoretycznie powinni być bardziej konkretni i dobrze wykonywać swoje obowiązki. Dzięki recesji być może tak zwany customer service będzie na wyższym poziomie. 
Tak wyglądał dzisiaj mój dziedziniec (hehe). śmieciarz przyjechał po śmieci ze śmietnika (po recycling przyjeżdża inna grupa) i pierdyknął w recycling. Sprawdził czy ktoś go widział i zwiał. Widziała go sąsiadka- wzięła aparat zorka pięć i zrobiła kilka zdjęć.
No cóż- jak widać moja teoria dotycząca tego, że ludzie pracujący w usługach będą się bardziej starać jest chyba trochę wydumana. Pan śmieciarz się raczej nie przejmuje.

A propos śmieci- czy nie kręcą was amerykańskie śmieciarki? Ja mogłabym godzinami oglądać jak te widły podnoszą kubły.



Przepis na poniższego kurczaka jest stworzony przeze mnie. Robię tego kuraka conajmniej raz na 2 tygodnie, bo jest tak dobry. Tak jak wspomniałam u Ani- można oczywiście spróbować z krewetkami. Myślę, że też będzie wyśmienite.
Dodam, że gdy byłam w ciąży to byłam uzależniona od pomidorów i pikantnego jedzenia i jadłam tą potrawę na okrągło. Jadłam ją także jak karmiłam Franka.
Nie dodaję w ogóle soli. 

Potrzebujemy (na 3-4 porcje):
- dwie piersi z kurczaka,
- jedna czerwona cebula, 
- jedna czerwona papryka,
- 2 puszki pomidorów,
- pół pęczka kolendry,
- 2 zielone cukinie,
- limonka,
- puszka chick peas czy tam ciecieżycy jak kto woli,
- chipotle chile pepper (ja używam TEGO),
- oliwa z oliwek do smażenia


Wszystko przyrządzam w wysokim garnku - non stick. Nie wiem czy coś się może przykleić, ale tak już po prostu robię.
Kurczaka kroimy w kostkę i wrzucamy na rozgrzaną oliwę. Dodaję chipotle chile pepper. Zawsze sypię na oko. Generalnie zawsze jest pikantne. Jeśli ktoś nie lubi pikantnego to lepiej niech sobie odpuści hehe. Żartuję- chipotle chile pepper świetnie się rozprowadza w ostatniej fazie, tak więc lepiej najpierw dać mało i potem dodać jeśli nie jest zbyt pikantne. 
Smażymy tego kurczaka przez kilka minut. Dodajemy pokrojoną w paseczki cebulę i paprykę. Smażymy, aż będą miękkie. Wrzucamy pomidory i chick peas. Gotujemy na małym ogniu przez jakieś 20-30 minut. Dodajemy sok z połowy limonki i poszatkowaną kolendrę. Wrzucamy pokrojoną w kostkę cukinię i gotujemy przez kolejne 10 minut- tak aby cukinia była nadal chrupiąca. 
Sprawdzamy czy jest odpowiednio pikantne. 
Podajemy z makaronem.

Niestety mąż nie chciał zrobić zdjęcia, bo był bardzo głodny i wolał jeść niż szukać lampy błyskowej. W związku z tym umieszczam inne zdjęcie. Trochę nie na temat, ale też smaczne. 
Walentynkowy tuńczyk w pieprzu- w wykonaniu męża. Zdjęcie zrobiłam sama.


środa, 11 lutego 2009
Wczoraj oglądaliśmy Billa Gatesa na konferencji TED. Pomimo tego, że używam MAC-a, a nie peceta, to muszę przyznać, że lubię Billa. Cenię go za to co robi i do tego uważam, że jest dość zabawny (w przeciwieństwie do Steve J., który mnie drażni). 
Tegoroczna konferencja jest już na iTunes (jeszcze nie w całości), więc jeśli ktoś jest zainteresowany to można sobie obejrzeć (i w między czasie pokręcić Hula Hopem). 
Bill Gates podczas swojego wystąpienia mówił o malarii (dla urozmaicenia wypuścił kilka komarów z komentarzem: "Not only poor people should experience this") i o tym co zrobić aby w Stanach było więcej dobrych nauczycieli. Bill Gates to swego rodzaju patriota. Podoba mi się, że próbuje coś zrobić aby Stany Zjednoczone nie były tak bardzo w tyle z nauką. Aby mózgi z Azji nie dominowały lokalnych rynków pracy. Statystyki, które podał były dość przerażające- chodzi mi przede wszystkim o odsetek osób, które ukończyły high school; o odsetek mniejszości narodowych z ukończonym high school itd. 
No ale gdzie tu Houston? Otóż okazuje się, że Bill Gates spędził trochę czasu w Houston gdzie podglądał KIPP. Nie słyszałam wcześniej o KIPPie, a wy? Odsyłam do Wikipedii
Billowi zależy na rozmnożeniu wyjątkowych nauczycieli. Proponuje co zrobić aby ich wiedza i sposób nauczania nie był dostępny tylko i wyłącznie dla dzieci z bogatszych rodzin. Zależy mu na tym aby wprowadzono programy dzięki którym ucznowie będą mogli łatwiej nadrabiać zaległości (poprzez na przykład oglądaniu zaległych lekcji na dvd). 
Mówiąc krótko ciekawa prezentacji. Zapraszam do obejrzenia (jak zwykle każdy u siebie). 
poniedziałek, 09 lutego 2009
Dawno już nie było pickupów. Powodem nie jest masowe wyginięcie, a to że po prostu, nie wypada mi już szaleć na ulicach i gonić je, (te pickupy) gdy na tylnym siedzeniu siedzi Franek. 
Mam jednak taką cichą nadzieję, że w tym roku uda mi się złapać faceta dostarczającego pickupem arbuzy. Upoluję go choćbym była z Frankiem.

Dzisiejszy pickup został przysłany przez znaną i lubianą Anię z Szikagowa. Trudno domyśleć się co ten facet tam wiezie. Ale biorąco pod uwagę fakt, że jest to zapakowane w folię, musi być chyba dość drogie. Biorąc pod uwagę takie okrągłe kształty, stawiam na meble ze sklepu Cantoni. Ale może się mylę i jest to po prostu zafoliowana czerwna rura.




wtorek, 03 lutego 2009
No cóż. Niestety nie da się tego dłużej ukrywać. Mam w domu mrówki. Faraonki. Chyba. Nie mamy ich zawsze. Pokazują się tylko wtedy kiedy wilgotność powietrza na zewnątrz spada poniżej 50%. 
Przez pewien czas ukrywałam to przed mężem, bo mój mąż jest wielkim przeciwnikiem wszelkiego rodzaju pryskania i różnych chemikaliów. Tak więc jak zobaczyłam gdzieś jakąś mrówkę to czekałam aż wyjdzie do pracy (mąż, nie mrówka) i psik psik RAIDem. No było tak może ze 4 razy. Raz nawet zatrudniłam do tego swoją własną Mamę. Mrówek było zazwyczaj może 5 czy 10 i zawsze koło zlewu. Wchodziły przez jakąś dziurę w ścianie (czy tam w oknie) z zewnątrz.
O mrówkach w poprzednich domach, i w pracy, i w Houston generalnie pisałam już chyba z 10 razy. Ale powoli zaczynam odczuwać objawy choroby psychicznej i w końcu muszę coś z nimi zrobić.
Parę tygodni temu mąż przyuważył te mrówki. To znaczy wiedział, że od czasu do czasu się pojawiają, ale tak na prawdę nigdy ich nie widział (moja w tym zasługa). Tym razem nie zdążyłam. Metoda męża (naturalna), czyli śmierć przez uduszenie dziecięcym pudrem podziałała świetnie. Także na mój język. Opary pudrowe na swoim języku czułam przez cały dzień. (BTW - Z powodu tych oparów obecnie nie używa się pudru do pudrowania dziecięcych pupek). 
Mąż nie chce pryskać bo boi się, że jak Franek zacznie raczkować to będzie nam zlizywał truciznę. Tym bardziej, że nasuchał się o jakiś płytkach z arszenikiem, które niby się gdzieś tam wbija i twierdzi, że te mrówki nam ten arszenik poroznoszą po domu. W plecakach.
Ja, jak już wiecie, nie mam takich oporów. Pryskam bardzo chętnie. Pryskałabym więcej, ale muszę oszczędzać na truciźnie, żeby się nie wydało, że pryskam.

No i nie było tych mrówek przez parę tygodni. Aż się za nimi stęskniłam. Aż tu nagle dzisiaj znowu mąż przyuważył procesję. Tym razem mrówki (z 15 ich było) ominęły wypryskany przeze mnie teren przy zlewie i podążyły w stronę sufitu. Nikt nie wie skąd przychodzą i dokąd zmierzają, bo na tym suficie idą od krawędzi do krawędzi. I znikają.
Jednym słowem mrówki mnie wykiwały, bo jak ja je tam teraz popryskam? Normalnie, technicznie się chyba nie da. No chyba, że truciznę naładuję do jakiegoś pistoletu na wodę i będę strzelać z oddali.
Aż mnie ścisnęło w klatce piersiowej. Poczułam się taka biedna i bezradna. 

Na szczęście mąż jednak chyba się zmienił. Kto wie? Być może on też w tajemnicy walczył z tymi mrówkami i też mu nie wyszło? Być może sam też pryskał? 
Mąż zmienił się, bo nagle zaproponował żebyśmy zadzwonili po Bug Mena. Kolega mu ponoć poradził takiego jednego. 
Nie pytałam się o szczegóły, bo nei chciałam aby się rozmyślił, ale na mój prosty blond rozumek oznacza to chyba, że jednak o tych mrówkach wiedział i myślał. 
I tu zakończę wstęp i zacznę w końcu dochodzić do konkretów. Otóż ten Bug Men prosze ja was, to ponoć jakiś taki facet, który ma ten robaczy biznes już przez ponad 20 lat. Jest to tak zwany biznes z ojca na syna, bo syn już też się wkręcił w te robaki. 
I taki biznes warto wspierać w tych ciężkich czasach. Trzeba dać chłopakom zarobić. Tym bardziej, że polecam ich także BBB.
Przyznam jednak, że tak ostatecznie do wyboru Bug Mena przekonały mnie kartki świąteczne, jakie co roku robacza rodzina publikuje na swojej stronie. Wspaniały pomysł. Jak zwykle nie mój.
(Proszę zwrócić uwagę, że w miarę upływu czasu syn rzeczywiście rośnie).

1990



1992



1994



2006




Miejmy nadzieję, że już niedługo mrówki faraonki będą już tylko koszmarnym wspomnieniem. 
poniedziałek, 02 lutego 2009
Kocham Amerykę głównie dlatego, że zaskauje. Kocham, to może zbyt mocne słowo, ale jestem po dwóch piwach i tak właśnie czuję. Przypomnę, że po 15 miesiącach abstynencji (9 ciąża i 6 karmienie) - od piwa głowa się kiwa. I tak mi się właśnie teraz kiwa.



Myślę, że Super Bowl Party u moich sąsiadów to chyba najlepsze Super Bowl party na jakim do tej pory byłam. A byłam na trzech czy czterech. 
Gra się jeszcze nie zaczęła, a ja już mam prawie łzy w oczach ze wzruszenia. Otóż po przyjściu okazało się, że Pani Gospodni wzięła sobie tę imprezę naprawdę do serca. 
Nie tylko pies miał odpowiedni kostium. 



Były też ukłony w stronę Pana Domu (wspomnianego w poprzednim wpisie)- czyli raki (bo Pan Domu jest z Luizjany i tak tam się je). 
Jadłam te raki już parę razy, ale przyznam że nie jestem fanką. Tak jakoś za dużo dłubania i za mało mięsa. Wolę już chyba krewetki. 





Tak więc po tym jak uświadomiłam sobie, że jednak nie jestem fanką raków i że w sumie obciachem jest jeść tylko i wyłącznie kukurydzę (kukurydza była fantastyczna) trochę się zdołowałam. Bałam się, że znowu będę musiała skoczyc do domu na małe conieco - czyli na zraziki wołowe, które ugotowałam wcześniej. Ale po chwili przyszła siostra Pani Domu, bo dowiedziała się, że jestem z Polski i powiedziała, że koniecznie muszę iść na górę ocenić pierogi. Jakie pierogi? Pierogi na Super Bowl Party? Ale idę. 
Pani Domu pięknie wystroiła cały dom. Wszędzie ukłony w stronę Pana Domu - czyli nowoorleańskie fasolki w kolorach Steelersów i inne Steelersowkie gadżety. Zaczynając na maskotkach, a kończąc na talerzykach i M&Msach. 
Te wszystkie gadżety są oczywiście raczej bezużyteczne i raczej śmieszą niż powalają, ale przyznam, że naprawdę Pani Domu się bardzo wysiliła. No i te ukłony w stronę Luizjany też mi się bardzo podobały. 
Ale wracając do pierogów. Okazuje się bowiem, że pierogi to jedna z bardziej popularnych potraw w Pittsburghu i że ponoć mają tam nawet the Great Pierogi Race, o którym warto poczytać na Wikipedii i pooglądać na YouTube. Być może niektórzy o tym słyszeli, ja na ten przykład nie i Jalapeno Hannah, Cheese Chester, Sauerkraut Saul i Oliver Onion do tej pory nic mi nie mówili.
Anyways- u sąsiadów były dwa nadzienia. Ruskie i ruski Tex - Mex czyli z jalapeno. Ojojoj to jalapenio to po prostu rewelka. Że też ja wcześniej na to nie wpadłam. 
Pierogi były pierwszej klasy. Ponoć przysłane UPS-em, prostu z Pittsburgha. Gdybym tylko wiedziała o tej ich tradycji to bym im zrobiła parę innych nadzień. 
Tak więc wzruszyłam się bardzo. Nie wiem tylko czy to kwestia tych dwóch piw czy naprawdę tych pierogów.




No to tego- wracam na imprezę, bo musiałam przyjść do domu nakramić i uśpić Franka i posiedzieć 30 minut i teraz się zmieniamy z mężem. 
Gooooooooooo Steelers !!!!!!!!!
niedziela, 01 lutego 2009
Znam wielu Amerykaninów i na wielu amerykańskich imprezach już byłam. Wydawało mi się, że już kiedyś o tym pisałam, ale nie mogę tego znaleźć więc napiszę jeszcze raz. Otóż nie wydaje mi się, żeby gościnność była najmocniejszą stroną Ameryki. Na palcach jednej ręki mogę policzyć imprezy, na których czułam się jak w Polsce.
Generalnie na amerykańskich imprezach jest podobnie jak u państwa Wolańskich z filmu Kogel Mogel. Siedzi się przy paluszkach czyli przy chipsach i salsie. Ewentualnie przy barbakiu z Mruczusiem. Akurat jeśli chodzi o barbakiu to lubię, ale lubię także jak się takie imprezy zaczynają na czas. Czyli jak ktoś ci mówi, że zaprasza na 15.00 to wiadomo, że w okolicach 15.30 czy też 16.00 (jak już się zejdą wszyscy spóźnialscy) będzie się jeść. Zdarzyło mi się kiedyś iść na takie barbakiu gdzie siedzieliśmy przy chipsach ze 3 godziny. Czipsy się skończyły, a jedzenia dalej nie było. Byłam tak głodna, że aż musiałam się urwać i iść coś zjeść. 
Nie lubię też imprez typu zapraszamy na 17.00 co oznacza, że o 17 zaczynamy przygotowywać strawę. Lubię konkrety. Sama z reguły zapraszam na gotowę, bo zakładam, że nie każdy ma czas oglądać jak gotuję. No chyba, że jest to jakaś większa impreza połączona z piciem winka w fajnym towarzystwie. Bo w nudnym to nie ma co marnować czasu.
Tak więc idziemy dzisiaj na imprezę. To znaczy idziemy- ot po prostu, zakładam moje różowe crocsy i  wychodzimy z naszego garażu do garażu sąsiadów. Sąsiadów mam naprawdę złotych. I dosłownie i w przenośni. Opowiadałam o nich ostatnio Anibuzuk i naprawdę napisałabym o nich więcej, ale wiadomo jak jest. Sąsiedzi są księgowymi, w tym sąsiad od pół roku jest bezrobotny. Z własnej woli. Nie jest to bezrobocie w stylu Odd Todda. Sąsiad bardziej uprawia bezrobocie w stylu Willa Freemana z filmu About a Boy. Na przykład ostatnio trenuje jazdę na skuterze hulajnodze w stroju Elvisa. Szukuje się ponoć do jakiejś tam parady. Żyje generalnie bezstresowo. 
Tak więc sąsiedzi zorganizowali imprezkę. 50 kg raków (sąsiad pochodzi z Luizjany) już za chwileczkę będzie się gotowało na drajwłeju. Nie wiem za bardzo kto gra, wiem za to ile kupek zrobił dzisiaj mój synek. Wiem, że na pewno  grają Steelersi, bo za nich mamy niby kibicować, bo sąsiadka pochodzi z Pittsburgha. W sumie wszystko mi jedno kto wygra.
Wysysanie raczych mózgów nie jest moim ulubionym zajęciem, ale myślę, że garażowa impreza będzie całkiem udana. 
Acha, oglądamy oczywiście na 'bunny ears TV'. Teoretycznie poraz ostatni w życiu.







Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston