czwartek, 25 lutego 2010
Jak już wspomniałam, byliśmy na weselu Elvisa. Wesele trwało 3 dni- w piątek odbył się rehearsal dinner (czyli obiad, po próbie ślubu, na którym wszyscy bliscy mają się poznać), w sobotę o 11 ślub w katedrze, o 13ej party, które trwało do 16ej. Potem wszyscy szli do pubu. Potem zapewne do kibelka (patrz wpis niżej). Następnego dnia miał się odbyć crawfish boil, ale nie wiem czy ktokolwiek się tam zjawił z powodu sraki.
Na wesele polecieliśmy niby jako goście, ale także jako nie goście. Mąż miał swój pierwszy gig - czyli robił zdjęcia. Był też profesjonalny fotograf, ale panna młoda chciała zdjęcia w kolorze B&W i mąż właśnie  takie robił (pokaże gdy już je upubliczni- moim zdaniem wyszło mu całkiem nieźle).
Wesele- zupełnie nie podobne do polskiego. Nie wspominam już nawet o tych wszystkich bridesmaids czy też tradycji dawania  malutkich prezentów gościom. 
Ślub odbył się w St. Louis Cathedral znajdującej się w najstarszej i najbardziej znanej dzielnicy Nowego Orleanu - French Quarter. Podobno St. Louis Cathedral jest najstarszą katedrą  amerykańską.



Ceremonia nie różniła się zbytnio od ślubu w polskim kościele. Za to po wyjściu z kościoła- na państwa młodych i wszystkich gości czekała orkiestra jazzowa. Orkiestra prowadziła nas dookoła Jackson Square (widoczny na zdjęciu park z pomnikiem) i do restauracji, w której odbyło się wesele.
Taka procesja z orkiestrą jazzową to moim zdaniem jest jednak lepsza niż nasze polskie 'bramy'.











Bardzo podobała mi się nie tylko muzyka i podrygujący państwo młodzi, ale także ta atmosfera bycia przez chwilę gwiazdą. Gwiazdami byli nie tylko państwo młodzi, ale my także. Nie spodziewałam się, że procesja jest aż taką atrakcją turystyczną. Już pod kościołem czekała na nas masa ludzi. Wszyscy robili zdjęcia i nagrywali pamiątkowe filmik. Ja też nagrałam jeden telefonem- ale powiedzmy sobie szczerze jest dość słaby. No ale przynajmniej możecie sobie wyobrazić jaką muzyką grała ta orkiestra.







Koledzy pana młodego szli w okularach słonecznych Elvisa. Pan młody zakupił pudełko tych okularów, przywiozłam jedną parę takich okularów- dla Franka.



Nie wiem czy wspomniałam, ale pan młody pochodzi z Nowego Orleanu. Jego rodzina to Nowo Orleańczycy z krwi i kości- babcia pochodzi z Francji. Sam pan młody nie mówi po francusku, ale podobno świetnie rozumie i pije dużo wina. Mama i siostra pana młodego rozmawia z babcią po francusku. Babcia oczywiście mówi po angielsku, ale czasem jej się nie chce. Komu by się chciało, w ogóle rozmawiać jeśli po 45 latach mieszkania  w Nowym Orleanie jej dom został kompletnie zniszczony przez Katrinę, a sama babcia mieszka teraz w Kalifornii- jak twierdzi- na wygnaniu. Babcia już nie chodzi, więc wszędzi jeździła na skuterku.
Pomimo tego, że w sumie znamy się z sąsiadem nie za dużo (oglądamy razem LOST, kosi nam trawę za butelkę piwa i od czasu do czasu robimy wspólne barbakiu na zapleczu), zostaliśmy bardzo mile przyjęci przez jego rodzinę. Jednak ta południowa gościnność to ja wam powiem prawdziwa jest. Pomimo tego, że znaliśmy tam może 2 osoby- co chwila ktoś do nas przychodził- opowiadał jakieś historie i upewniał się, że się dobrze bawimy. I rzeczywiście bawiliśmy się świetnie. Tyle historii z czasów Katriny to jeszcze nigdy wcześniej nie słyszałam. W sumie nie ma się co dziwić, ale mimo wszystko bardzo mnie to poruszyło.
Jeśli chodzi o moje wrażenia dotyczące Katriny i zniszczeń, to oczywiście French Quarter wygląda tak jakby został nietknięty (bo i prawie tak było). Natomiast wszystko poza FQ to już inna historia. Zniszczenia widać do tej pory. Ludzie, którzy nie bardzo wiedzą co ze sobą zrobić snują się po ulicach. Przykre.
Nowo orleańczycy mają teraz nowy temat do rozmowy i stwierdzili, że zwycięstwo w Super Bowl to znak od Boga i teraz można już tylko rozmawiać o pozytywach. Koniec użalania się nad zniszczeniami, które pozostawiła Katrina.

Z rodziną panny młodej zamieniłam może 2 zdania. O pierogach- bo oni z Pittsburgha pochodzą. Różnice pomiędzy rodzinami z pólnocy i południa były naprawdę widoczne. Jedni na luzie, na wszystko mają czas- podczas gdy ci z północy jak w zegareczku i z lekkim dystansem. Sama panna młoda bardzo te różnice podkreślała w swoim przemówieniu.
No ale wracając do orkiestry- to zaprowadziła nas ona do restauracji. Impreza trwała do 16ej. Orkiestra grała, ale w sumie tańczyli tylko państwo młodzi. Nie wiem za bardzo czy taki zwyczaj, czy innym już było słabo z powodu tajemniczego 'wirusa'.
Jedliśmy głównie krewetki. Była wołowina, kurczak i torty w amerykańskim stylu. Były także karczochy, bo pan młody jest od nich uzależniony i kazał je powplatać w bukiety kwiatów, które stały na stołach.



Oprócz orkiestry, podobało mi się także siedzenie na tych nowo orleańskich balkonach. Trochę obawiałam się, że się urwą od ciężaru tych wszystkich gości, którzy chcieli tam siedzieć. Te balkoniki mają niepowtarzalny klimat.

Generalnie, gdyby nie tajemniczy 'wirus' byłoby super. Ale i 'wirus' poszedł już trochę w niepamięć, bo dzisiaj dowiedziałam się, że Franek ma anginę i mam inne problemy na głowie.
Państwo młodzi polecieli na Jamajkę, a my zastanawiamy się gdzie upchać te wszystkie prezenty, które codziennie przynosi nam UPS...
poniedziałek, 22 lutego 2010
Wróciliśmy. Teraz jest już trochę lepiej, ale było znacznie gorzej. Po powrocie do Houston zostaliśmy zaatakowanie przez jakiś wirus, albo po prostu zatruliśmy się czymś na weselu (bigos?). Moje zatrucie, którego miałam okazję doświadczyć gdy byłam  kiedyś w Indiach to pikuś w porównaniu z tym co przeszliśmy wczoraj w nocy. Nie będę się wdawała w szczegóły, ale z pewnością przez tą noc schudłam kilka kilo.
Podobne objawy (E K S T R E M A L N E  rozwolnienie i wymioty) miało więcej osób - w tym panna młoda, więc może czymś (krewetki itp.) się ztruliśmy? Ale z drugiej strony może to jednak wirus?
Pozostaje mi być wdzięczną za to, że lecieliśmy, a nie jechaliśmy , bo gdybyśmy zostali zaatakowani przez kibelek w czasie podróży autem przez bagna, byłoby nie za ciekawie...
No i teraz mam nadzieję, że wirusek nie dopadnie Franka i obu babć, które już w środę wracają za ocean.
A o samym weselu napiszę jak już dojdę do siebie.
środa, 17 lutego 2010
Po 7 latach mieszkania bez kablówki kupiliśmy ją sobie. Mamy ją dopiero jeden dzień ale już zaczynamy żałować. Chociaż może nie żałować a obawiać się jak teraz zmieni się nasze życie.
Oficjalnie, kupiliśmy ją niby dlatego, że teraz rugby leci podobno na BBC America i mąż będzie mógł oglądać 'za darmo', a nie za $15 za mecz. A nieoficjalnie to chcieliśmy obniżyć zyski Apple poprzez niekupowanie The Office, Parks and Recreation, Lost i Top Gear na  iTunes i oglądaniu ich na Apple TV.
Od czasu kiedy ostatni raz miałam kablówkę wiele się zmieniło. Przede wszystkim wszyscy mają teraz DVR i nikt nie ogląda reklam, które są doslownie co 2 minuty. Normalnie załamałam się gdy wczoraj oglądaliśmy LOST. Te reklamy strasznie muszą niektórym pożerać czas.
Nie mamy podpisanej umowy więc teoretycznie za pół roku (gdy skończy się nam promocja) będziemy się mogli wypisać. Myślę, że do tego czasu będziemy już jednak uzależnieni od 1000 programów i od szybszego interku, który dostaliśmy w zestawie.
Poza tym nic ciekawego. Przyleciała teściowa i robię teraz za tłumacza, bo moja mama nie mówi po angielsku, a teściowa po polsku. No ale jest niby lżej, bo babcie chodzą razem na spacery i mogę sobie poleżeć na kanapie.
Niedługo lecimy także na 3 dniową wyprawę do NO i poraz pierwszy od 19 miesięcy spędzę noc i dzień bez Franka. Oczywiście trochę się obawiam, no ale prędzej czy później taki dzień musiał nastąpić. Lecimy na ślub Elvisa. Elvis, jak już kiedyś wspomniałam pochodzi z NO, więc ślub będzie w takowych klimatach*. Cała impreza będzie trwała trzy dni: rehearsal dinner w piątek, ślub w sobotę, crawfish boil w niedzielę. Myślę, że jeśli wytrzymam nerwowo rozłąkę z Frankiem to będzie bardzo ciekawie.
A poza tym był tłusty czwartek i Mardi Gras. Podobno w Port Bolivar była niezła impreza i jeździły tam takie oto pojazdy.



Jeśli chodzi o pączki, to owszem zjadłam kilka. Wybrałam się do polskiego sklepu w celu zakupienia 36 sztuk! Pani Krysia/Ala nie wiedziała czy może mi sprzedać aż tyle, no ale przecież nie kupowałam ich tyle dla siebie.
Poza tym jestem chora. Zaraziło mnie moje dziecko, które z kolei zaraziło się od innego. Wszyscy już zdrowi tylko ja jeszcze kaszlę jak stary dziad.




*The second line parade is a jazz band tradition in new orleans during mardi gras but has been adopted by locals to celebrate life, including weddings.  guests follow the bride and groom, who are generally carrying parasols, swinging to the jazz band waving handkerchiefs in the air.  the parade will be around the quarter from the cathedral and end at muriels.

Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston