czwartek, 30 listopada 2006
Otwieram nowy cykl. Każdego czwartku będę opisywać blogi, które odwiedzam.
Tak więc blogi strzeżcie się, bo nadchodzę.
Zaczynam od jednego z najlepszych blogów na bloxie, a mianowicie lonegunman.
Jeśli chodzi o grafikę to powiedzmy sobie szczerze- poprzedni pasek z kurą był lepszy. Widać natomiast, że chłopak się stara. Zmienia, modyfikuje. Ale nie doceniam tego gdyż wiem, że robi to wszystko wtedy kiedy powinien pracować.
Czytam go na bieżąco. Czytam go każdego dnia. Czytam po znajomości, bo znam go prawie, że od małego.
Czytam posty o kosmitach- są szaleni interesujące. O Thorgalu też. Polecam wszystkim także czytanie komantarzy, są szaleni interesujące, i do tego napisane w świetnym stylu. Dowcipnie, elokwentnie i z poczuciem wyjątkowego smaku (jest to bardzo rzadko spotykane na bloxie).

Zapraszam was więc do odwiedzenia tego świetnego bloga i ocenienia: 5 - bomba - 1 załamka. Komentarze mile widziane. Szczególnie te pozytywne. Zastanawia mnie jedynie fakt skąd autor bierze te wszystkie jakże interesujące informacje? Nie zapomnijcie dodać tego bloga do ulubionych!

poniedziałek, 27 listopada 2006
Zainstalowałam sobie nowy program do przeglądania statystyk. Poprzednio używałam Stat4u, ale jakoś miałam po prostu ochtę na wypróbowanie czegoś innego i wymieniłam stat4u na Countomat. Nie jestem w stanie jeszcze się wypowiedzieć czy jest to serwis lepszy, czy gorszy. Narazie nie narzekam i na dzień dzisiajszy countomat podoba mi się bardziej.
Przeglądałam ostatnio keywords dzięki, którym niektórzy trafiają na mój blog. Orócz takich oczywistych typu Houston, emigracja i kowbojki, trafiło się kilka rarytasików. Oto one:
Rebekka Guoleifsdottir, amway, ostatnie huragany, efekt cieplarniany, spinki do koszuli, bekanie, wnętrze samolotu zdjęcia (terrorysta?), skaczące pająki, wykorzystanie bakterii przez cz (?), gumniaki, co to jest efekt cieplarniany (ktoś nie wiedział?), Jezus Królem, przepis na bardzo dobry makowiec, lody domowej roboty, plażowicze, jak umarł łowca krokodyli, konie zabawkowe, mycie głowy i masaż praca, czy lubisz na bosaka chodzić po górach (nie lubię), chciałbym się obudzić następnego ranka, ugryzła mnie meszka, jak budować szklarnie, proszek mango, kroki do foxtrota, fajne ubrania na siłownie (ktoś musiał się bardzo rozczarować, bo ja właśnie pisałam o tym, że na siłowni wyglądamy z Menszem bardzo niefajnie, jak zdjąć ubrania ze zdjęć (zboczeniec), inne nazwy koloru brązowego (sraczkowaty?), "wrzuciłes list do skrzynki" i moje ulubione - zachecam przyjaciela do przeczytania pana kleksa -list i ... sex z krową (pozostawię to bez komentarza)...
Ciekawe jakie keywordy kierują ludzi na blog Gumniaka?
18:39, hjuston , wired
Link Komentarze (9) »
niedziela, 26 listopada 2006
Czy często myślicie o śmierci?
Ja czasem myślę. Głównie o tym gdzie i jak chcę być pochowana. Nie bardzo mogę rozmawiać na ten temat z Menszem, bo on się wkurza jak rozmawiamy o śmierci. Nawet jak chcę mu powiedzieć, że życzę sobie abym była skremowana. Tak więc piszę to tu i teraz , na oczach 150 unikalnych gości mojego bloga dziennie. Jakby ktoś chciał mnie gdzieś kiedyś pochować to proszę się sprzeciwić i nalegać, że przecież chciałam aby mnie skremowano.
Mój pierwszy chłopak powiedział mi kiedyś, że jakby mnie skremowano to nasypałby mnie do solniczki i powoli zjadłby moje prochy. Wtedy, te 14 lat temu  wydawało mi się to dość romantyczne, ale potem, jak trochę podrosłam to już mniej...
Czytałam ostatnio w gazecie o firmie Vidston, która podobnie jak pracownicy łódzkich szpitali robi kasę na umarłych. Za jedyne $1999 można sobie zakupić proszę ja was panel, który jest wodoodporny, i który ładuje się bateriami słonecznymi. No ale co można robić z takim oto panelem na cmenatrzu? Otóż panel ten to taki telewizorek, na którym można sobie obejrzeć 10 minutowy filmik, czy też pokaz slajdów o zmarłym.
Do panela można podłączyć słuchawki żeby nie obudzić sąsiadów. I tak się stoi, ogląda i rozmyśla.
Pierwsze panele można będzie zakupić już w grudniu.
Co byście chcieli zostawić po sobie w takim panelu?
sobota, 25 listopada 2006
Tutaj klasycznie. Monsz jedzie jutro na rowery. Ja zostaję bo muszę coś tam przygotować do pracy.


piątek, 24 listopada 2006
No więc zgodnie z podejrzeniami Suvki zakup biletu do NZ używając naszych mil okazał się praktycznie niemożliwy. To znaczy mieli niby jakieś miejsca ale w kwietniu, albo tak że trzeba było lecieć na cały miesiąc a nie trzy tygodnie, albo jeszcze inaczej.
Tak więc zakupiliśmy dzisiaj te bilety i lecimy w lutym. Na trzy tygodnie. Mile przeznaczymy na jakieś inne wyjazdy, które też pewnie okażą się niwykonalne.
Teraz tylko muszę wymyślić jakiś excuse aby mnie w pracy puścili na taki długi okres...

Czarny Piątek - tak nazwę dostało szaleństwo zakupów jakie będzie miało miejsce jutro. Zniżki i zniżeczki. Kalkulatorek za złotóweczkę, czy też dzimsy za dwa dolarki będą czyhały na nas za każdym rogiem.
Sklepy będą otwarte już od godziny 5ej. Będzie można nabyć aparat half price, czy też kupić ipod z $20 gift card.
Komu by się chciało stać w tłumie z setkami śpiących i wkurzonych ludzi aby kupić wymarzonego Tickle me Elmo, czy też Nintendo Wii? Zbliżają się jednak święta i brat chce ipoda, a siostra gpsa. Trzeba kurde iść.
Ja nie idę, aczkolwiek BestBuy kusi. Mam do zakupienia parę rzeczy, ale na szczęscie interesujące mnie zniżki obowiązują także online...
Jeśli ktoś z was się wybiera to proszę się podzielić "zdobyczami" na blogusiu.
Tak jak obiecałam, przepis na lemon curd. Czy ktoś może wie jak się to tłumaczy na polski?
  • 3 duże cytryny,
  • 1/3 kostki masła,
  • 3 jajka
  • 1 szklanka cukru

Zetrzeć skórkę z cytryn (tylko z żółtej części). Wycisnąć sok z cytryn i przepuścić przez sitko.
Sok z cytryny wlać do garna. Dodać masło i cukier. Czekać aż masło się rozpuści, dodać startą skórkę. Następnie zmniejszyć ogień na najmniejszy z możliwych płomieni. Tak żeby już mniej nie było można. Dodać jajka. Mieszać przez 10 minut do momentu aż cała mikstura zacznie tężeć. Jajka nie mogą się ściąć, bo inaczej całą potrawę diabli wzięli.
Po 10 minutach wszystko wlać do słoika i zakręcić. Taki lemon curd może być przechowywany w lodówce do trzech tygodni.
Ja go używam do tostów, placków, gofrów z twarożkiem, a także do naleśników.

środa, 22 listopada 2006
Zbliża się  Święto Dziękczynienia.  Ani mnie ono grzeje, ani ziębi. Lubię je przede wszystkim dlatego, że mam wolne. 
Z okazji tego święta mieliśmy dziś w pracy Thanksgiving Lunch. Ja zostałam zaproszona na dwa lancze, na dwóch różnych piętrach. Wybrałam piętro niżej gdyż tam pracują normalniejsi ludzie, którzy nie wpieprzają chipsów przez cały dzień. Pomyslałam, że tam będzie lepsze jedzenie. Każdy miał coś przynieść. Ja poszłam do WholeFoods i kupiłam jakąś tam sałatkę. Przyznam się szczerze, że zatkało mnie to, że ludzie rzeczywiście zrobili masę rzeczy i było to wbrew moim wcześniejszym doswiadczeniom z tego typu imprezami po prostu dobre.
Nie pracuję z ludźmi, którzy mnie zaprosili. Znałam tam ze 3 dziewczyny i to one chyba wciągneły mnie na listę. Tak więc o innych uczestnikach lanczu nie wiedziałam nic.
Przed posiłkiem każdy musiał powiedzieć za co jest wdzięczny i zrobiło się kurde dość osobiście. Kilka osób dziękowało za pracę, bo byli bez pracy; komuś matka wyzdrowiała. Jedna kobieta ma kuzyna w Iraku i aż się rozpłakała jak zaczęła o nim mówić. Ktoś tam jeszcze pochodzi z Nowego Orleanu i w Houston znalazł drugi dom i nową pracę. Pomyślałam sobie, że ludzie tyle czasu szukają dobrej pracy, a mi przyszło to tak łatwo, bo ściągnęli mnie skądś indziej. Ja chyba właśnie byłam wdzięczna za to.
Jakieś 50% ludzi, którzy się tam znajdowali było rasy afro amerykańskiej. Zapytali się najpierw czy nikt nie ma nic przeciwko aby ktoś tam napomknął Boga. I tak za każdym razem jak tylko któryś z nich wymienił za co jest wdzięczny kończył krótkim - God is great. Na co reszta odpowiadała - yeah, aha- czy też coś w tym stylu (to znaczy tylko ci czarni odpowiadali). Bardzo mi się to podobało. Było tak jakoś rodzinnie.
Potem wszyscy usiedliśmy i zaczeliśmy gadać. O tym kto ma jakie plany i kto jak będzie przyrządzał indyka. Oczywiście w Texasie większość smaży.
Na prawdziwym amerykańskim obiedzie ze smażonym z deep fried turkey byłam tylko raz w życiu. Było to w Nowym Meksyku, i smażony indyk trafił mi się fuksem. Otóż deep fried turkey jest bardziej popularny w południowych Stanach, a rodzice koleżanki u której byłam pochodzą właśnie z Texasu. Tak więc udało mi się. Znam więc wszystkie sekreciki smażenia tego ptaszora. Wiem, że najpierw trzeba wlać do garnka wodę, zanużyć indyka i sprawdzić ile wody zostanie wyparte. Wiecie, tak żeby później nie wylał się na nas gorący olej. Niby oczywiste, ale gdyby nikt mi o tym nie powiedział to pewnie nalałabym tego oleju tak ze 3/4 objętości naczynia. No i najlepiej jest smażyć go w ogródku, albo w garażu- gdzieś gdzie ma się pod ręką gaśnicę. Byle nie w domu. Tutaj można sobie obejrzeć jak ten proces wygląda. Co prawda pan nie wygląda mi na rodowitego Texańczyka, no ale coż, nie znalazłam lepszego filmiku.
Po indyku rozmawialiśmy na kolejny, jakże przewidywalny temat. Ile trzeba biegać aby zrzucić wszystkie kilogramy, które nam przybędą podczas świąt.
Mi raczej nic nie przybędzie, bo jedziemy na rowery.
No to tego- God is great...


poniedziałek, 20 listopada 2006
Korzystając z okazji, że jest to mój własny blog zamierzam się zareklamować. Zapraszam tych wszystkich, którzy mieszkają w Stanach i którzy chcieliby zakupić kartki bożonarodzeniowe w języku polskim do odwiedzenia naszego sklepiku. Zdjęcia zrobione przez Mensza, oprawa tekstowa i obsługa sklepiku - Hjuston. Jakby ktoś jednak wolał kartki po angielsku, to też zapraszam. Pozdrawlaju i spadaju, bo jutro trzeba iść do pracy.
sobota, 18 listopada 2006
Wstałam, ale chyba zaraz idę znowu spać. Byłam wczoraj na Bondzie. Plan był dość prosty. Idziemy najpierw na tamales i margarity, a potem do kina. Film grali co 30 minut, ale niestety nie w kinie, do którego zazwyczaj chodzimy. Zazwyczaj chodzimy do kina, w którym grają tak zwane filmy niekasowe. Wczoraj jednak trzeba było udać się do jednego z kin Regal Entertainment.
Wypiliśmy po 3 margarity. Barman już nas dobrze zna, więc nasze margarity mają wyższą zawartość cukru w cukrze.
Wypatrzyliśmy sobie seans o godzinie 21.30. Jakoś tam dojechaliśmy. Tłoki straszne. W końcu w kinie, w którym są 24 sale kinowe musi być dużo ludzi. Co mnie przede wszystkim uderza to ilość tych nastolatków wijących się pomiędzy popcornem, a grami komputerowymi. Zapomniałam, że nastolatki w ogóle istnieją. Do kina, do którego zazwyczaj chodzimy nie można wejść jeśli nie ma się ukończonych 18 lat. A tu takie tłumy. Jezu. Wszędzie ich pełno. Ostatni raz w tym właśnie kinie byłam chyba ba Gwiezdnych Wojnach, więc przez ten czas miałam prawo zapomnieć o istnieniu nastolatków...
Jacy byliśmy naiwni myśląc, że dostaniemy bilety na nasz seans. Wszystko sprzedane. Wszystko i na wszystko. Na Borata też. Jedyny seans, który miał jeszcze bilety był o godzinie 23.00. O tej porze nastolatki muszą chyba być już w domu- pomyślałam. Ale gdzie tam.
Musieliśmy gdzieś przekoczować przez te dwie godziny, a nie chciało nam się wracać do baru. Czułam się trochę jakbym była na stacji kolejowej i czekała na pociąg. Z tą różnicą, że wokół mnie znajdowały się setki nastolatków.
Postanowiliśmy pójść na bilard. Przy innych stołach przeklęte nastolatki. Se grają i piją kolę. Na ścianach jakieś płaskie telewizory w jakichś takich ramach imitujących stare obrazy. A w telewizji Jackass i inne show w stylu Mad TV. Faceci wypili po jeszcze jednej ricie, a ja jechałam na drPepperze, bo trzeba było zainwestować w coś co nie pozwoli mi zasnąć. Barman wydawał się strasznie zabiegany, a przecież serwował tylko kolę i pepsi...Drinki alkoholwe to rzadkość w takim lokalu.
W końcu wybiła 22.30 i poszliśmy na salę. Razem z nami setki nastolatków i ich popcorny.
DrPepper okazał się zbędny, bo film trzymał w napięciu aż do końca.
No cóż mogę wam powiedzieć na temat tego nowego Bonda? Na początku byłam sceptyczna. Zgadzałam się z opinią, że Daniel Craig przypomina bardziej Putina i agenta KGB niż 007. Szybko zmieniłam zdanie. Moim zdaniem Craig był fantastyczny. Nie tylko w początkowych scenach na budowie gdzie można było zaobserwować elementy parkour, ale i później gdy z zimną krwią skręcał karki tym czy tamtym. Scena z defiblyratorem podobała mi się chyba najbardziej, scena z torturowaniem Bonda najmniej.
Tak jak zapowiadano - mniej gadżetów, więcej krwi i więcej tej tak zwanej miłości.
Polecam, bo moim zdaniem był to jeden z lepszych Bondów.

piątek, 17 listopada 2006
czwartek, 16 listopada 2006
Zen Garden, które wspomniałam w poprzednim poście jest rzeczywiście powalający. No ale jeśli ktoś chce być Feng Shui to może warto nabyć? Czytelniczka tego bloga- Thernity, jest w trakcie remontu. Jest bardzo zmęczona i wkurzona. Może powinniśmy się złożyć i jej taki ogród zakupić żeby się dziewczyna wyluzowała?
Niestety Zen Garden, jest tylko jedną z bzdur, których ostatnio doświadczyłam.
Otóż mamy co tydzień serię krótkich wykładów związanych z HR. Przez ostatnie 4 tygodnie słuchaliśmy krótkich wykładzików na temat Leadership. W związku ze zbliżającymi się świętami, wykłady były związane z Mikołajem.
Dzisiejszy temat: Słuchaj Elfów (bo dobrze ci radzą). Elfy podpowiadają Mikołajowi co ma zrobić, aby być dobrym szefem. Elfy napisały do niego list. Napisały go tak, aby szef mógł się domyśleć co ma zrobić aby jego pracownicy byli szczęśliwsi. List goes like this:
Dear Santa………
Thank you for being such a great boss.
  • We like it when you stop to chat with each of us to see how things are going,
  • It’s great when you ask us about the problems, challenges, and obstacles that we face in getting our job done
  • You really listen, showing that our feelings are important
  • We like it when you occasionally work next to us
  • We like when you ask us what you can do to make things easier and better for us and then you DO them
Thank you, Santa, for making the effort to see things through our eyes… for walking in these smaller, yet none-the-less important shoes. Your feet may not fit in them, but your heart does.
Signed…… The Elves


Kobieta która to czytała w ogóle się nie zająknęła. Nie lała. Była bardzo poważna. W końcu to poważny temat. Zastanawiam się tylko dlaczego jako metafory użyto Santę, a nie na przykład indyka?
(Pozdrawiam was z domu z lanczu- jem właśnie kanapkie z indykiem).

środa, 15 listopada 2006

Dawno, dawno tem obiecałam Menszowi, że zabiorę go na masaż do spa, do którego chodzę na zabiegi upiększające. (To znaczy takie tam zabiegi- chodzi o wosk).
W zeszłym tygodniu mięliśmy lekki zapierdzielek tu i tam, więc zrobiłam mu niespodziankę i zarezerwowałam masaż dla par. Uprzedzam od razu złośliwe pytania od Gumniaka- chodziło o masaż reraksacyjny (szwedzki), a nie jakiś tam erekcyjny.
Pojechaliśmy. Ja byłam tam na masażu wcześniej. Gdy dostałam amerykańskie obywatelstwo pracownicy z poprzedniej pracy wykupili mi tam taki pakiet w prezencie. Był tam także masaż. No ale nie wspominałam go za dobrze, bo kobieta (Amerykanka) która mnie masowała gadała przez 50 minut. To znaczy opowiadała mi o tym jak jej się podobało życie na Węgrzech podczas komunizmu. Kobieta ta już tam nie pracuje.

No ale wracam do rzeczy. No więc przyjechaliśmy. Monsz chichrał już przy wejściu, bo muzyka taka była bardzo zen- cokolwiek to znaczy. Potem sobie usiedliśmy i czekamy. Trzeba było się czymś zająć. Na stoliku leżała tacka z piaskiemi, kamyczkami i małymi grabkami (tak zwany zen garden). Można było sobie pograbić. Podobno bardzo relaksuje. Monsz grabił, ale nie wyglądał na spokojniejszego.
Potem nas zamknęli w pokoju i kazali zdjąć ubrania i położyć się na łóżkach. Każdy na swoim oczywiście. Mnie masowała taka jedna, która kiedyś robiła mi wosk. Nie lubiłam jej, bo wydawała mi się taką jakąś babką, która ma problem z tym że się starzeje i nie lubiła młodszych dziewczyn. No ale, myślę sobie, lepiej żeby masowała mnie niż Mensza, bo pamiętam jaki dała mi wykład na temat owłosionych facetów. Na temat tego jak to ją brzydzą włosy na klacie i plecach i nogach i w ogóle. Że te wszystkie wosy trzeba zamiatać, i że tak się z tych facetów sypie. Mój Monsz nie powiem- włosy ma. I ja mu nie każę depilować na klacie, bo wolę puchatka niż łysego kurczaka. W każdym bądź razie Jędza masowała mnie.
No nie powiem, ręce miała dość sprawne. Musiałam się pilnować żeby nie przysnąć. Nie chciałam zasnąć z dwóch powodów: po pierwsze jak się płaci to lepiej pamiętać, a po drugie bałam się że zacznie ze mnie kapać. Ślina znaczy się. Bo ja mam taki życiowy problem, że jak śpię to dość często leci mi ślina (czy ktoś z was też tak ma?). Bałam się, że będę tam leżała z głową w dół i im tam nakapię. No więc zreraksowaliśmy się jak 150. Monsz po masażu był jakiś taki cholernie wolny. Ja też nie lepsza. Na koniec przynieśli nam szampana żebyśmy byli jeszcze bardziej senni.
To wszystko wydarzyło się w zeszłym tygodniu. A wczoraj przyszła do Mensza karta z salonu spa o następującej treści: X. – thanks so much for visiting X Spa. It was a plesure meeting you, and I hope to see you again soon! Podpisane- Shelly.
Ja takiej kartki nie dostałam. Ba, nie byłam nawet uwzględniona na tej jego kartce. Po prostu skandal.
Jak myślicie czemu?

  • Czy dlatego, że być może nie miałam dokładnie ogolonych nóg i pani Jędza stwierdziła, że jestem tak samo włochata jak ci wszyscy faceci?
  • Czy być może Shelly łudzi się, że poderwie mi Mensza?
  • Czy być może jednak przysnęłam tam na tym łóżku, a nie pamiętam, i nakapałam im strasznie tą śliną z buzi i kwas z mojego żółądka wypalił im dziurę w karpecie...

Proszę o głosy.


Po 10 latach przyszedł czas na zmiany. Przez 10 lat miałam zawsze długie włosy. Dzisiaj postanowiłam je ściąć. No i tego, ściełam. Nie wiem jeszcze co mam o tym myśleć.
Wyglądam chyba bardziej zaczepnie. Tak mi się przynajmniej wydaje.
Zobaczymy co na to Monsz...
poniedziałek, 13 listopada 2006

Moje biuro znajduje się obok biura mojego szefa. Po drugiej stronie znajduje się pokój konferencyjny. W biurze siedzę sama. Tylko ja i mój ipod. Nie mamy okna i chyba od tego zaczynamy jeszcze bardziej ślepnąć. Na biurku dwa monitorki i se pracuję. Przynajmniej jestem w tym biurze sama. I tak jak siedzę sobie w tym biurze to na mojej godzinie 10 PM jest takie inne biuro, w którym siedzą pindzie. Trzy pindzie w biurze wielkości mojego. Amerykanki. No więc problem jest taki, że one strasznie bekają. Nie tak niewinnie. Tylko wiecie jak. No tak jak bekały chłopaki z ogólniaka jak się przed nami popisywali. Czasem potrafią się tak zbekać, że aż mi się zbiera ... Ostatnio zaczynam się tym tak przejmować, bo zależy mi na tym aby mój szef nie myślał sobie, że to ja. Bo to przecież nie ja. I teraz pytanie do was- czy należy interweniować czy też udawać, że się nie słyszy? Dodam, że tego nie da się nie usłyszeć bo się strasznie niesie po korytarzu.  Nie chcę wyjść na lalusia, ale z drugiej strony w końcu jesteśmy karfa w pracy...

 
1 , 2
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston