wtorek, 27 listopada 2007

W prawie każdym zakładzie pracy zaczął się Open Enrollment. Jest to najbardziej znienawidzony przez panie z HR okres roku. Ja w HR na szczęście nie pracuję, ale kiedyś pracowałam więc wiem co mówię. Ściganie delikwentów i błaganie ich o zwrócenie papierków, ściganie spóźnialskich, wysłuchiwanie komantarzy w stylu- ale drogo, z roku na rok coraz drożej.

Rzeczywiście, jest coraz drożej. A w tym roku dodatkowo drożej jest dla palaczy. Przerażająca wydaje się myśl, że w przyszłości być może cena naszego ubezpieczenia zdrowotnego będzie zależała od chorób genetycznych jakie sprezentowali nam dziadkowie… Mam nadzieję, że gdy do tego dojdzie nie będę już mieszkała w tym strasznym kraju raju. Na szczęście nie interesują mnie zbytnio benefity od mojego pracodawcy. Zapisuję się jedynie na Flexible Spending i na Vision. Vision mam też niby u męża, ale chytrze wyliczyłam sobie, że w tym roku bardziej opłaca mi się mieć dwa ubezpieczenia i obkupić się w roczny zapas szkieł kontaktowych już na początku 2008. Nie będę tu opisywała detali, bo i kogo to obchodzi. No i nie o tym miało być.

Miało być o kuriozalnym świecie w którym żyjemy. Czy w Polsce też pracodawcy oferują takie benefity? Za jedyne $14 miesięcznie można sobie w pracy wykupić plan pod nazwą ‘Spotkaj się z prawnikiem’. Generalnie jest to taki plan dla biedoty. Ja nie mam zbyt dużego doświadczenia z prawnikami w Stanach i nie wydaje mi się że w najblizszym czasie będę musiała korzystać z takich usług, więc chyba w tym roku zrezygnuję z tej opcji. Raz kiedyś korzystałam z usług takiego jednego małego, który to skasował mnie prawie $1,000 za to że właściwie sama sobie cała tą sprawę załatwiłam. Po tym doświadczeniu nie mam zbyt dobrego zdania o amerykańskich prawnikach. Oczywiście ten mój prawnik nie był z tej samej półki co Michael Clayton , ani nawet Patty Hewes . Mój prawniczek był po prostu małym naciągaczem w dużym samochodzie.

Gdybym wtedy miała ten plan dla biedoty to pewnie cała impreza kosztowałaby mnie $14 * 12 miesięcy, a nie $1000. No ale jak to mówią co było a nie jest nie pisze się w rejestr. Co nam oferuje plan ‘Spotkaj się z prawnikiem’? ‘Randka z prawnikiem’ is offering employees the opportunity to purchase group legal coverage, including estate planning, identity theft, real estate legal issues, defense of civil lawsuits, family law, traffic offenses, legal document preparation, immigration assistance, and juvenile matters, among others. Cieszyć się ze wspaniałej oferty, czy może zapłakać nad czasami, w których żyjemy?

niedziela, 25 listopada 2007
Nie często zdarzają się okazje, że można się zupełnie za darmo przejechać na rowerze za jakieś 4 tysiące dolarów.
Taka okazja miała miejsce na naszym ulubionym rancho - Rocky Hill. Otóż firma Yeti akurat wczoraj miała tam pokaz swoich rowerów. W dość sporawej przyczepie przyjechała masa drogich rowerów, na których można było sobie pojeździć nie przez 10 - 15 minut, a przez kilka godzin. Zostawiało się tylko prawo jazdy, wybierało model i w błoto!
Po zakończonej jeździe, pan opiekun (nazwijmy go Manio) zajął się ich czyszczeniem, a szczęśliwy jeździec mógł wrócić do domu marząc o nowym rowerze. Pan Manio nie był nachalny, nie próbował nic sprzedać, nie poprosił nawet o email. Pan Manio reprezentował dobrą firmę.
Mnie niestety tam nie  było (pomimo tego, że opowiadam jakbym była i nie wiem co na tym rowerze robiła). Był za to mąż z kolegą i szaleli tam dobre kilka godzin.
Mój rowerek jak narazie kurzy się w garażu. I narazie, pomimo ochłodzenia na które tak czekałam rowerek pójdzie na jakiś czas w odstawku.
Data kolejnego demo w Texasie nie jest jak narazie znana, ale jak tylko będę coś na ten temat wiedziała to napiszę o tym. Przed faktem, a nie tak jak teraz po.

piątek, 23 listopada 2007
Pomimo spodziewanej katastrofy indyk udał się znakomicie, a i cała impreza również (nauczyłam się między innymi grać na Guitar Hero). TU za pomocą grabi wrzucamy indyka do oleju, a tu wyciągamy.
wtorek, 20 listopada 2007
I znowu zbliża się Święto Dziękczynienia. W pracy było podobnie jak rok temu. Pojedliśmy, popiliśmy i wróciliśmy do pracy. Tematem przewodnim by Cajun Deep Fried Chicken z Papas Chicken. Podobno hit. W tym roku zostaliśmy zaproszeni na tradycyjny texański obiad. Będzie nawet deep fried turkey (polecam zeszłoroczny wpis ), więc być może uda mi się nakręcić nawet jakiś filmik. Koleżanka, która nas zaprosiła jest Amerykanką, ale jej chłopak już że tak powiem trochę mniej. Ten właśnie chłopak ma się zająć przygotowaniem Deep Fried Turkey. Będzie to jego pierwszy tego typu indyk w życiu, więc zarówno my jak i on sam spodziewamy się katastrofy. No ale bądźmy dobrej myśli...
czwartek, 15 listopada 2007
Houston przez wielu nazwane jest the Energy Capital of the World. Wiadomo, mają tu swoje siedziby firmy takie jak BP, Exxon Mobil, Chevron, Conoco, Shell i wiele innych mniej znanych. Ropa cieknie nam z kranów i każdy Texańczyk ma ręce splamione ropą...
Poranek w Houston zaczyna się od kawy i podania ceny ropy naftowej. NPR od kilku dni prowadzi bardzo ciekawą audycję związaną z ceną ropy zbliżającą się do magicznych $100. Autorzy programu zastanawiają się nad tym czy cena ropy zmieni nawyki Amerykanów? Opowiadają o tym jaki wpływ będzie miała nie tylko nasze codzienne życie, ale także na dalsze badania odkrywcze (poszukiwania większych zapasów ropy ma się rozumieć), a także na wojsko amerykańskie, które podobno korzysta z usług jakichś pojazdów zużywających 2 galony benzyny na 1 milę!
Zakładając że za jakiś czas ta ropa za te prawie 100$ 'dotrze do stacji benzynowych', możemy się spodziewać, że ceny paliwa wzrosną jeszcze bardziej (czytelników z Europy proszę o darowanie sobie komentarzy w stylu- a u nas jest drożej- bo oczywiście wszyscy o tym wiedzą).
Czy Amerykanie ograniczą jazdę samochodem? Czy zacznie się wielkie wyzbywanie SUV?
No cóż, jak się pewnie spodziewaliście nie znam odpowiedzi na te jakże inteligentne pytania hehe, dlatego polecam poczytanie lub posłuchanie NPR, które ostatnio nie przynudza już o Katrinie.




środa, 14 listopada 2007
W galerii DeSantos na Richmon jest wystawa zdjęć Cary Barer The Book Project. Sąsiadka ma w domu dwa zdjęcia tej fotografki więc z temamtem byłam już zaznajomiona wcześniej.
W sobotę byliśmy w tejże galerii właśnie. Bardziej pooglądać niż cokolwiek kupić, bo ceny były raczej z kosmosu. Warto zobaczyć. Polecam jako pomysł na randkę.
Historie jak ta przypominają mi o tym, że jeszcze nigdy nie użądliła mnie pszczoła, ani osa...
piątek, 09 listopada 2007
Żyjąc w Texasie trzeba się nauczyć patrzeć na rzeczy w innej skali. W texańskiej skali. I nie chodzi tu o super size hamburgery czy też galonowe medium size napoje. Chodzi mi generalnie o jakość życia.
Nie oszukujmy się, Houston nie jest w pierwszej 100 najlepszych miejsc do mieszkania. Nie jest nawet najbardziej atrakcyjnym miejscem do mieszkania w Texasie. A mimo wszystko Texańczycy zachwalają jak nakręceni. Wszystko jest tu najlepsze i najpiekniejsze.
I tak parę razy nabrałam się już na to najlepsze i najpiękniejsze i spectacular view. Największe rozczarowania dotyczyły ścieżek rowerowych w okolicy Houston. Oczywiście w okolicy Austin, texańskie trasy rowerowe są całkiem niezłe z przewagą na niezłe. No ale do Austin mamy 3 godziny drogi.
Wszelkie przewodniki po wszystkim co mozliwe, bardzo często umieszczają różnego rodzaju systemy oceny. W moim przewodniku rowerowym ścieżki oceniane są na skali od 1 do 10 gdzie 10 ma się rozumieć jest równoważne z supcio.
Parę razy pojechaliśmy na wycieczkę, która miała być na przykład 9 albo 8, a trasy okazały się mówiąc krótko słabe. Na mojej skali nie dałabym im nawet 2.
Podobnie było z innymi nazwijmy to atrakcjami turystyczno - krajoznawczymi.
Tak więc z pewną nieśmiałością wybraliśmy się na wycieczkę w okolicy najbardziej syfiastych okolic Houston w celu obejrzenia zabytku. Na zabytki w Ameryce też oczywiście trzeba wziąć poprawkę, no ale o tym chyba większość wie.
Battleship TEXAS BB35 jest okrętem wojennym z historią. Podobno jest jedynym, ocalałym tej wielkosci okrętem który brał udział w dwóch wojnach światowych. A wielkość, jak się w Texasie można spodziewać mierzymy w skali super size.




Historię okrętu można sobie poczytać na Wikipedii. Ja z historii zawsze miałam tróję więc pewnie słabo opowiem. Pewnie połowy też juz nie pamietam.
No więc co mi się takiego podobało na tym stateczku? Przede wszystkim eksponaty. Texas został pięknie odrestaurowany. Chodząc po nim można sobie wyobrazić jak to było pomieszkać sobie na takim okręcie. Pomieszkać sobie wśród 1820 członków załogi.
Było tam wszystko co żołnierzowi na morzu może wydawać się potrzebne: lekarz, dentysta, fryzjer, piekarnia (piekąca codziennie 800 bochenków chleba), kantyna, izolatka, poczta i nawet always ice cold coca cola.















Każda kabina miała swoją krótką historię. A to, że lody w kantynie sprzedawano tylko przez ileś tam minut, a to że wszyscy podlizywali się listonoszowi, a to że po powrocie z lądu trzeba było się poprzecierać jakimiś płynami w kabinie wenerologicznej, a to że płynąc na Atlantyku w sklepiku sprzedawano czekoladę, a na Pacyfiku nie (z powodu temperatury) i inne takie. W głośnikach grała muzyczka z lat 40-tych.
Lubię tą Amerykę z tamtego okresu (lata 40-50).
No ale oczywiście na Texasie nie było generalnie zbyt różowo, bo Texas służył do czego innego. Bitwa o Iwa Jima była ponoć tą, w której Texas widział najwięcej akcji. Kto widział film, pamięta pewnie scenę kiedy to pokazują te amerykańskie okręty na morzu. Zrobuło to na mnie wrażenie.
No ale jak już wszpomniała z historii jestem kiepska, więc nie będę się tu za bardzo rozpisywać, bo pewnie zacznę zmyślać. Dodam tylko, że Texas miał być zatopiony tak jak inne tego typu okręty. Użyty jako cel w ćwiczeniach wojskowych i zatopiony. Texańczycy sprzeciwili się temu i przyciągnęli okręt tu gdzie się obecnie znajduje. Obecnie opiekują się nim wolontariusze.
Wracając do tematu - pomimo tego, że atrakcja ta miała być 'tylko kilka minut od downtown', a te kilka minut okazały się bardziej 20-30 minutami uważam, że jest to najbardziej interesujący zabytek czy też atrakcja turystyczna jaką do tej pory widziałam w Stanach (pomijam parki narodowe). Atrakcje turystyczne w Ameryce to bardzo często pewnego rodzaju żenujące szopki (typu gadający osioł w muzeum w Chicago). Battleship USS Texas na głowę bije na przykład takie NASA, i nawet Alcatraz.
Warto pójść także z dziećmi, bo dla nich pewnie będzie to także niezapomniane przeżycie.
Podsumowując - na skali od 1 do 10 dałabym temu Texasowi 10.





Polecam więcej zdjęć u Mensza (może doda więcej, bo narazie się trochę obija), a także w celu lepszej wczówki krótki filmik.
niedziela, 04 listopada 2007
Mąż zaczął uczyć się latać helikopterem. Ale nie takim prawdziwym, tylko takim zdalnie sterowanym. Byliśmy wczoraj w sklepie dla dużych chłopców i tam kupił sobie (chyba w prezencie na moje wczorajsze imieniny) właśnie taki helikopter.
Sklep był dość kuriozalny. Pełny wyrośnietych 50-letnich chłopców oglądających zdalnie sterowane helikoptery i inne pojazdy latające i pełzające. W sklepie można też było nabyć kolejki i tory, no generalnie wszystko o czym z pewnością marzy mały chłopiec.
Pomysł z helikopterem jest nawet w miarę interesujący (napiszę o nim już niedługo), zakładając że wszystko pójdzie zgodnie z planem i nie roztrzaska tego, jak i następnego helikoptera.
Póki co, po domu lata mi 'wielka mucha', która to raz co raz wali w meble, albo gwałtownie spada na podłogę.


piątek, 02 listopada 2007
Na wieczory takie jak dzisiejszy, kiedy to z pracy wraca się o 20.45 po tym jak szef powiedział, że powinnam być dumna ze swoich osiągnięć zawodowych (jakby to było tak naprawdę coś warte)  proponuję (sama sobie) filmik The Wendell Baker Story i butelkę wina z Chile. 
Jak to dobrze, że faceci lubią gotować obiady (a właściwie kolacje)...
03:07, hjuston , praca
Link Komentarze (7) »
czwartek, 01 listopada 2007
Kiedyś w wieku może 9-10 lat podczas wakacji u babci prowadziłam rejestr znajomych. Nie było to spowodowane chorobą psychiczną (chociaż może i tak), a deszczem. Po prostu, padało i nie było co robić więc postanowiłam spisać imiona i nazwiska wszystkich osób, które znam.
Listę tą prowadziłam tylko przez kilka dni, bo bardzo szybko się znudziłam. A może też lista nie była po prostu zbyt długa.
No cóż, jedni grali w państwa miasta, a inni robili rejestr znajomych...
Przydałaby mi się dzisiaj ta lista, bo staram się przypomnieć sobie imiona i nazwiska znajomych z dzieciństwa i ciężko mi idzie...
Chciałabym odnaleźć kilka osób (zobaczyć jak wygladają), z którymi korespondowałam kiedyś tam w przeszłości, ale chyba mi się to nie uda.
No ale do czego zmierzam? Zmierzam do tego, że pod wpływem Lonely Star zapisałam się do Naszej Klasy i przyłączyłam się do tak zwanych ludzi z klasą.
Rezultaty są następujące:
  • w klasie z ogólniaka jest już nas trochę,
  • w klasie z podstawówki jest moje zdjęcie, na którym wyglądam nawet w miarę proporcjonalnie,
  • Bożeeeeee jak ci chłopcy wcześnie łysieją!
  • odnalazłam sąsiada mojej babci, a właściwie jego żonę, chociaż szukałam siostry sąsiada (nieznana mi żona, która jak się okazuje zna moją mamę już zaprosiła mnie do siebie w odwiedziny),
  • odnalazłam siostry koleżankę z podwórka,
  • no i mnie także odnaleziono - na przykład dzisiaj odnalazła mnie dziewczyna, z którą ponoć puścił mnie kiedyś mój chłopak. Ciekawe czy wie, że ja wiem? Dzisiaj właściwie jest mi to wszystko jedno - mogę ją sobie nawet dodać do znajomych.
Niestety, imion koleżanek z dzieciństwa nie mogę sobie przypomnieć. Agata? Dorota? Na pewno była Karolina z Wałcza, ale nazwiska nie pamiętam.

A wy jakie macie doświadczenia z naszą klasą?

No ale czas już kończyć. Właśnie wróciłam z basenu, na którym są karaluchy i trochę chce mi się spać. Jakby kto pytał to na Halloween przebrałam się za łysego (czepek) w okularach.

Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston