sobota, 29 listopada 2008
Wczorajsze Święto Dziękczynienia minęło. Spędziliśmy je ze znajomymi. W związku z tym, że znajomy pochodzi ze Szwecji, tematem przewodnim wczorajszego wieczoru były wspominki Astrid Lindgren. BTW Astrid Lindgren jest jakoś mało popularna w Anglii, bo mój mąż nie wiedział kim jest Pipi, nie mówiąc już o Dzieciach z Bulerbyn, czy też Emilu. Ciekawe ...
Indyk (tym razem pieczony, a nie smażony) wyszedł pierwszorzędnie. Czekoladowe ciasto z pecanami (czy pecans mają jakąś polską nazwę?) i burbonem zakupione w Picnicu też zostanie w mej pamięci na jakiś czas... 
Na Black Friday postanowiłam zostać w łóżku. Jakoś nie oddczuwałam potrzeby zakupu kalkulatorka za złotówkę (czy ktoś jeszcze pamięta ten spam z Millerem po akcji promocyjnej Media Marktu?). Kupiłam jedynie dwie piżamy z VS, bo akurat piżamy tak jakoś ostatnio kolekcjonuję.
No i święta, święta i po świętach... Chociaż w sumie zostały jeszcze dwa dni relaksu. I tak się relaksujemy przy filmach. Wczoraj obejrzałam długo wyczekiwany przeze mnie Tropic Thunder. Przeczytałam gdzieś w jakiejś gazecie, że film jest bardzo niepoprawny politycznie i że baaaaardzo śmieszny.No i jakoś się nastawiłam, że będzie to komedia roku. 
Jezzuuuuu jakie dno. Stwierdzam, że Ben Stiller (btw- TT to jego film) mnie nie tylko nie śmieszy, a wręcz drażni. Ben moim zdaniem bardzo próbuje być śmieszny, a w sumie wychodzi mu to jakoś tak dość kulawo. Ben Stiller w każdym filmie jest taki samy. Taki chłop bez jaj. Ofiara losu z nieproporcjonalnie dużą głową. Owszem, Meet the Fockers było nawet zabawne, ale to chyba tylko i wyłącznie dzięki de Niro. Bo jak teraz sobie przypomnę tego Bena Stillera to też wychodzi na moje. Że taki właśnie chłop bez jaj.
Podsumowując (bo nie warto tracić czasu na takie byle co)- Tropic Thunder to zmarnowane 2 godziny. Jedyne na czym można się było ewentualnie uśmiechnąć pod wąsem, to końcowa scena z Tomem Cruisem. 
W kolejce na Netflixie mam jeszcze Wallego. Też się nastawiłam, więc trochę boję się go oglądać.

PS- Ania- Nie rozumiem jak mógł ci się podobać Tropic Thunder, a nie podobać Death at a funeral?
czwartek, 27 listopada 2008
Koleżance ponad 3 miesiące temu umarł pies. Wczoraj na Facebooku dowiedziałam się, że jutro odbędzie się pogrzeb tegoż właśnie pieska. 
Pozostaje więc pytanie- gdzie znajdował się pies przez ostatnie 3 miesiące? 
wtorek, 25 listopada 2008
Dowodem na to, że w Stanach naprawdę zaczyna się robić biedniej, jest artykuł, który ostatno czytałam będąc u fryzjera. Artykuł był o dawaniu napiwków w czasie recesji. O tym, że teraz wszyscy mają szczuplejsze portfele i że trzeba się liczyć z każdym groszem.
Każdy wie, że masy Amerykanów żyją z napiwków. Sama kiedyś z takowych żyłam. Za czasów kelnerskich znaczy się. O napiwkach można mieć różne zdanie. Jednym ręcę się trzęsą jak muszą coś komuś dać, inni bez problemu dają po 50%, albo nawet i więcej. Osobiście daję i raczej nie żałuję, bo mam do spłacenia dług wdzięczności (za te wszystkie napiwki, które sama kiedyś dostałam).
Artykuł wyliczał pomysły na tipy nie gotówkowe. Najpopularniejsze są ponoć dżemiki i ciasteczka własnej roboty. Oczywiście pięknie zapakowane. Można także dawać ozdoby choinkowe. Myślę, że niedługo wystarczy po prostu Thank you card.
Ciekawe co by powiedziała fryzjerka gdyby za zrobione pasemka dostała ode mnie słoiczek grzybków?
poniedziałek, 24 listopada 2008
Pamiętam, że gdy w 2002 roku na stacji benzynowej Texaco na Alasce widziałam unleaded za $1.40 to wydawało mi się to strasznie drogo. Nie tak dawno, bo parę tygodni temu, sąsiad przesiadał się na skuter.Wszyscy się wtedy zastanawialiśmy ile ta ropa pójdzie jeszcze w górę.
Dzisiaj, po raz pierwszy od jakiegoś tam czasu przejechałam się po mieście o 7.30 rano. Te tłumy jadące do pracy i zatrzymujące się po kawę w Starbucksie jakoś mnie wzruszyły. Wzruszyło mnie także poranne słuchanie NPR. Tak dawno tego nie robiłam. 
Nie myślcie sobie, że wracam do pracy. Nie, nic z tego. Tak po prostu jechałam sobie głodna na badanie krwi.
No ale do czego zmierzam- zmierzam do tego, że na rogu Kirby i Richmond benzyna kosztuje już $1.70 za galon.
Ciekawe ile jeszcze spadnie i czy wróci do ceny z 2002 roku?
czwartek, 13 listopada 2008
Gumniak pisał ostatnio na swoim blogu o Długim i Czarnym. W komciach po krótce, opowiedziałam mu o naszych hjustońskich balonach i poradziłam zakup pewnego balona. Czy w innych miastach też mają te bzdury? Przyznam szczerze, że bywało się tu i tam, ale poza Texasem nigdzie czegoś równie beznadziejnego nie widziałam.
No ale o co chodzi? Chodzi o AGD-sy, czyli Attention Getting Devices. A dokładniej o balony, które mają przykuć uwagę przejeżdżających potencjalnych klientów i spowodować, że zatrzymają się oni w sklepie, który ma takiego dyndającego balona na dachu. Nie chodzi tu o baloniki na druciku, a o balony wysokie na dodatkowe piętro, albo może i wyższe.
Balony są bardzo kiczowate i prawdę mówiąc zastanawiam się jakim trzeba być kretynem, żeby taki 'balon małpa' namówił go do zatrzymania się u dealera i zakupienia na przykład samochodu.
Balony wyglądają mniej więcej tak:










Otóż okazuje się, że władze mojego miasta mają podobne do mojego zdanie na temat tych kretyńskich balonów. Że szpecą i że podobnie jak rozebrane panie na billboardach- rozpraszają kierowców i są przyczyną wypadków. W to drugie akurat trudno jest mi uwierzyć, ale niech będzie. 
I tak być może już niedługo, balony orły i małpy olbrzymy będą już tylko koszmarnym wspomnieniem, bo miasto planuje zakazac ich wywieszanie ... 

PS- Houston Press najwidoczniej zniesmaczone tym, że członkowie zarządu miasta nie mają się już czym zajmować, proponuje aby podobne balony zostały umieszczone w miejscach takich jak Lakewood Church czy też w centrum egezkucyjnym The Wall Unit, Huntsville TX



środa, 12 listopada 2008
Jakoś dopiero po przeczytaniu tej wiadomości, doszło do mnie, że i ja będę teraz jedną z tych która będzie wchodziła na pokład samolotu jako pierwsza (i blokowała przejście hehe). 
Osobne przejścia dla rodzin to w sumie nie głupi pomysł choć prawdę mówiąc uważam siebie za 'expert traveler' i myślę, że nawet jakbym miałą dziecko, fotelik i 4 torby to i tak przeszłabym przez security szybciej niż nie jeden pan w gajerku i z laptopem. Jak na razie przejścia te można wypróbować tylko na Hobby, ale już niedługo będą także na IAH i na każdym amerykańskim lotnisku. Może uda mi się je jeszcze w tym roku wypróbować, byle nie w okresie Thanksgiving.
PS- Skoro jestem przy lotniskach i Thanksgiving- zawsze w tym okresie myśle 'Happy Hank's Giving' (King of the Hill). 
sobota, 08 listopada 2008
Ania pisała ostatnio u siebie na blogu, że w czasach recesji każdy chce wydusić z każdego ostatni grosz. Też to dzisiaj zauważyłam. Nie chodzi o karty kredytowe, na które jestem naciągana na każdym kroku, a o rzecz tak podstawową jaką jest prąd. 
Listopad w Houston jest bardzo przyjemnym miesiącem. Przyjemnym, szczególnie dlatego że nie używa się już tak często klimatyzacji i rachunki za prąd powinny być teoretycznie bardzo niskie (dodam, że oczywiście nie używamy jeszcze ogrzewania). 
Dzień zapowiadał się fantastycznie. Przyszedł rachunek za prąd. Ucieszyłam się, bo spodziewałam się zobaczyć bardzo małą kwotę. O mało z krzesła nie spadłam po otworzeniu koperty. Był to najwyższy rachunek jaki w tym roku dostałam. Wyższy od tych z lipca i sierpnia kiedy to A/C pracuje na wysokich obrotach. Tak się zagotowałam, że mało co musiałabym znowu włączyć klimę...

Ostatnio sporo dzwonię po ludziach. Głównie po to, żeby się gdzieś umawiać (do fryzjera albo do lekarza), albo o coś wykłócać. Wykłócam się głównie o kasę- czyli o to, że ktoś mi gdzieś coś źle policzył. Zazwyczaj mam rację. Ostatnio na przykład gdzieś komuś zjadło się zero z numeru mojego ubezpieczenia zdrowotnego i przez 'pomyłkę' (czytaj: niedokładność) przysłano mi rachunek na parę tysiaków. Odruchowo więc sięgam już po telefon, nakładam na twarz maskę 'kobiety suki' i jestem gotowa do walki o swoje.
Tym razem okazało się jednak, że wina po trochu leży po mojej stronie. Nie wiem czy w waszych stanach też tak jest, że dostawca(y) prądu ma kilka ofert. Zazwyczaj jest opcja variable rate i fixed rate. Aby dostać 'fixed rate', która jest zazwyczaj niższa, należy zadeklarować, że będzie się klientem danego dostawcy (my tu w Texasie mamy ich kilku) przez rok. Stała cena za kwh może okazać się korzystna, ale może się też okazać, że na przykład po 3 miesiącach chcesz zmienić dostawcę, bo ten drugi ma lepszą ofertę. W takim przypadku musisz zapłacić karę za zerwanie umowy. Wiadomo - jak wszędzie. 
Nigdy wcześniej nie miałam 'fixed rate' i dobrze na tym wychodziłam. Ale w tym roku przyszła kryska na matyska. Tym, którzy się nie zabezpieczyli (czyli mi), po huraganie podniesiono cenę prawie o 100%. 
Właściwie, mogłam się tego spodziewać, ale tak jakoś nie przyszło mi to do głowy. Zwalam na hormony, no bo chyba nie na kolor włosów.
wtorek, 04 listopada 2008
Wystarczy tylko wstać z samego rana i oddać głos (wiadomo na kogo). Za otrzymaną w zamian za głos naklejkę można zaraz potem napić się darmowej kawy w Starbucksie.


Następnie można udać się do Krispy Kreme gdzie za tą samą naklejkę można dostać pączka w patriotycznych kolorach.



A pod wieczór można się wybrać na randkę do Ben & Jerry's gdzie za tą samą naklejkę można zjeść loda.


Moja mama nie była jeszcze nigdy w Starbucksie, więc może jest okazja aby się przejść. Mam tylko nadzieję, że nie wyprałam jeszcze swojej naklejki, która chyba nadal siedzi w kieszeni w spodniach ...


Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston