niedziela, 31 grudnia 2006
No jestem już. Z jakąś tam grypą. Nie wiem jak nam dzisiaj wyjdzie ten Sylwester...
Święta minęły dość szybko. Oprócz świąt mieliśmy do załatwienia parę spraw i przez to nie było czasu na kompletnie nic. Nie bardzo chce mi się cokolwiek opisywać bo nie najlepiej się czuję, więc opiszę w skrócie.
Tematem przewodnim naszych świąt było wino co to się ostało z naszego ślubu. Ostało się kilkadziesiąt butelek, które mogły być wypite tylko w naszej obecności (przykazanie teściowej).  Reszta wiecie - jak wszędzie- rodzina i jedzenie. No to jedliśmy- hitem było risotto z suszonymi grzybami uzbieranymi przez moja mamę. Brzmi mało polsko, no ale lepsze to niż nic. Sąsiadka zrobiła barszcz. I tak sobie jedlismy i pilismy. Jednym z prezentów był zestaw do gry w pokera, więc w drugi dzień świąt graliśmy w pokera. Graliśmy do 2ej w nocy. Było nas 11 osób i wypiliśmy około 20 butelek Rose. Myślę, że poker zostanie wszczepiony w nasze życie towarzyskie. Oczywiście nie na pieniądze...
Jeśli chodzi o prezenty to było tego trochę: przeważały ramki do zdjęć i książki kucharskie. Od męża dostałam takie tam rzeczy z tego oto sklepiku. (Jak faceci znajdują tak świetne strony?). Od szwagierek kurtkę z nowo zapoznanej marki Bench. Czy w Polsce też jest ten Bench popularny? Charakteruzuje się tym, że ma dziury na kciuki w rękawach. Reszty nie będę wymieniać, bo mi się nie chce.
W drugi dzień świąt dowiedzieliśmy się także, że jedno ze zdjęć Mensza zostało wybrane przez lokalny portal na Photo of the Year. Mieliśmy więc kolejny powód do świętowania i otworzenia kolejnej butelki  wina...
A teraz wracam do łóżka, bo trzeba się wykurować przed sylwestrem.
W Nowym Roku życzę wam przede wszystkim zdrowia!
czwartek, 21 grudnia 2006
Wczorajszy wieczór spędziłam na pakowaniu. Zabieram ze sobą kilka prezentów- trzeba było je starannie zapakować. Nowy statyw dla Mensza, bo stary jak twierdzi jest za krótki. (Tak więc będę niedługo sprzedać statyw jakby ktoś był zainteresowany- używany tylko kilka razy). Ale to potem, potem... Swoje prezenty też muszę wziąć, ale nie mogę zaglądać co to jest. Jeden to myślę, że biżuteria (bo małe i wcześniej coś mi Monsz się trochę wygadał), a drugi nie mam pojęcia bo pudełko wielkie. Jak mnie zapytają czy wizę coś co ktoś kazał mi ze sobą zabrać to co mam im odpowiedzieć?
Wiele problemów wiąże się z takim pakowaniem. Wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi. Czy można wziąć na pokład szkła kontaktowe? (Bo lecę w okularach, ale później chcę sobie zmienić). Czy jechać w czerwonych kozakach czy może w kowbojkach? Wolałabym w kowbojkach, ale ciężko się je zdejmuje. Jak będę szła do wucetu to będę musiała je założyć i potem co? Będę prosić sąsiada żeby mi je ściągnął? Albo pozwolę aby cały samolot się na mnie lampił jak się z nimi męczę? Chyba jednak polecę w czerwonych, chociaż wolałabym w kowbojkach... Czy wchodzić przez bramkę dla EU czy dla reszty? Czy pokazywać drugi paszport, czy też udawać że nie wiem o co chodzi? Czy mam brać laptoka? Chciałabym, ale z drugiej strony może lepiej odpocząć od tego internetu. Czy z książek tylko przewodnik po Nowej Zelandii? Wolałabym też coś innego ale jak wezmę coś innego to nigdy nie ustalę trasy wycieczki. Czy jeść w domu, czy na lotnisku? Czy brać kurtkę przeciwwiatrową czy tylko mojego nowego polarka?
W poprzedniej pracy podróżowałam non stop. Właściwie to żyłam na walizkach. Jakoś to pakowanie miałam obcykane. Potrafiłam w małą torbę zapakować ubrań na tydzień, miałam osobną kosmetyczkę z kosmetykami na podróż. Nie musiał się człowiek zastanawiać czy mam brać te cienie, czy tamte- wszystko małam po dwa i z głowy. Teraz mam wszystko pomieszane i znowu trzeba segregować. Kto ma czas na takie bzdury? Tak to jest jak człowiek wychodzi z wprawy. I jeszcze rano siorka do mnie zadzwoniła, że w Londynie mgła i że ponoć nic nie ląduje. No ja mam nadzieję, że do jutra ta sytuacja się zmieni.
Idę jeszcze do pracy na 3 godziny. Chce mi się jak 150. Mamy tu konsultantów, którzy mają nam niby pomagać, a którzy schrzanili mi wczoraj pół dnia. No to tego. Narazie. Wesołych Świąt i przeczytania już niedługo...


W dzisiejszym odcinku czwartkowej serii proponuję wam odwiedzenie Kuby. Ale nie chodzi mi o Kubę krainę gorącą, tylko Kubę, sąsiada z blogu obok. Kuba proszę ja was rozpruwa nam usługi na czynniki pierwsze. Zawstydza i wychwala.
Lubię czytać ten jego blog, pomaga mi wyobrazić sobie jak to się szybko wszystko zmienia w Polsce. Proponowałabym bym Kubie aby napisał coś o usługach dla kobiet, bo nas, babeczki, motoryzacja zniechęca.
Zapisałam się do RSS Customer Service i wam też polecam.

wtorek, 19 grudnia 2006
W czwartek lecę do Anglii gdzie spędzę moje drugie święta. A tak było rok temu...
Święta w angielskim wykonaniu są zupełnie inne niż  nasze. Takie jakieś bardziej współczesne, ale też rodzinne. Wigilii na przykład w ogóle nie obchodzą. To znaczy obchodzą ale jakoś  tak bardziej po świecku. Żadnej uroczystej kolacji z 13 daniami, prezenty dopiero 25-go- brakuje tej naszej polskiej magii.
No więc Małgośka (aka teściowa) naprawdę bardzo się starała. Chciała abym czuła się chociaż trochę po polsku. Przygotowała więc kolację wigilijną podczas, której tylko ja dostałam symboliczny wigilijny prezent (Misię – dziewczynę dla naszego innego misia Rudolfa).
Po "kolacji wigilijnej" poszliśmy na  śpiewanie kolęd do pobliskiego hotelu, w którym to spotykała się okoliczna starszyzna. Hotel bardzo sympatyczny. Na powitanie kieliszek grzanego wina i kawałek tak zwanego mince pie, czyli taka mała tarta z jakimiś dżemikami z suszonych owoców o intensywnym, orzeźwiającym smaku. (dodane: dowiedziałam się wtedy, że mój Monsz ma nałóg- jest uzależniony od tych ciasteczek).
W środku hotelu chórek złożony z pięciu siedemdziesięcioletnich babć i pana wodzireja  śpiewają kolędy.  Taaaa. No próbowały te kolędy pięknie śpiewać, ale przyznam, że chyba wolę je w wykonaniu Boney M. Oczywiście bardzo mi się podobało, chociaż myślę że po dwóch kieliszkach wina wszystkim podobało się jednakowo.
Pierwszy dzień świąt minął nam głównie na jedzeniu i rozpakowywaniu coraz to liczniejszych prezentów. Do jedzenia mieliśmy oczywiście indyka i ten sławny Christmas Pudding, czyli jakaś  taka babka z suszonych owoców,  które były moczone przez tydzień w Brandy czy coś w tym stylu. Bardzo ciekawa potrawa, nie powiem.  Z innych ciekawych potraw bardzo mi też odpowiadała zgnieciona pietruszka.
Drugi dzień  Świąt to tak zwany Boxing Day. (Nazwa pochodzi stąd, że tego dnia, w odległej przeszłości dawano robotnikom pudełka z jakimś jedzeniem, czy też z prezentami). Tego dnia zjechała się tu cała rodzina.  To znaczy ciotki i wujkowie z kuzynostwem. Do jedzenia przyrządziliśmy co następuje: pieczoną  wołowinę z grzybami w cieście, kiełbaski zawijane w boczek,  śliwki suszone w boczku (polecam- sama zrobiłam i bardzo mi smakowaly), znowu tą rozpirzoną pietruszkę, indyka i inne szynki na zimno, ziemniaki z anchois i pieczonymi warzywami, kanapki z pastą z  krabów ‚ krewetki, kawałki łososia w jakimś sosie majonezowo-musztardowym (nic specjalnego), sałatka z pomidorów itp itd. Lepiej już przestanę, bo ktoś mi tu zaraz napisze, że zmyślam.
Kuzyn i jego dziewczyna pracują  w biznesie winnym, więc przywieźli sporo dobrego wina. No i zaczeliśmy biesiadowanie. Najpierw trzeba było się wszystkim przedstawić i pociągnąć tak zwanego Christmas Crackera. Z instytucją Christmas crackera spotkałam się już w Houston, na kolacji u koleżanki Szkotki. Co za bzdura. Ciągnie się takiego wielkiego cukierka z dwóch stron, to znaczy ty z jednej i ten kto siedzi obok ciebie z drugiej. Trzeba mieć skrzyżowane ręce. Potem ten kraker wybucha, odrywają się oba końce i albo sie ma kawałek z niespodzianką w środku,  albo jak się możecie domyśleć się go nie ma. Potem ze środka (jeśli się oczywiście zdobyło kawałek ze środkiem) wyciąga się prezent niespodziankę i  żarcik. Żarcik jest kompletnie denny. Natomiast jeśli chodzi o prezencik to też lepiej nie mowić. Ja mam teorię, że firmy które robią te krakersy zbierają ten szajs przez cały rok, a potem sprzedają go za grube pieniądze. Na przykład plastikowy bryloczek do kluczy, miniaturowa taśma klejąca, plastikowy zegareczek w kształcie serdzuszka, papierowa ryba itd. Jakość poniżej straganowej. Oczywiście są też krakersy luksusowe, ale zawsze istnieje ryzyko, że na przykład facet wyciągnie pierścionek, a kobieta na przykład spinki do mankietów. Tak więc zadowolić wszystkich się nie da. Generalnie prezenciki porównywalne są do tych, które wyciąga się z jajka z niespodzianką, tyle że gorsze.  A tak w ogóle to pomysł na krakersy wydaje mi się conajmniej nieekologiczny. Oprócz żarcika i prezencika wyciąga się  koronę z bibuły, którą  to trzeba nosić przez Bóg wie jak długo. Dwa dni przed Świętami znalazłam w gazecie artykuł pod tytułem- jak długo należy nosić  koronę z krakersa, ale niestety nie doczytałam więc nie wiem. Wiem natomiast ( z tej samej gazety), że ktoś ukradł pingwina z Zoo i że ten pingwin bez mamy nie przeżyje nawet tygodnia, więc lepiej żeby złodziej go oddał.
No ale wracam do świąt. Po krakersach znowu prezenty. Jedni dostali lepsze, drudzy gorsze. Jak zwykle w takiej sytuacji z pomocą przychodzi Body Shop. Jeżli kogoś się za bardzo nie zna, zawsze można mu kupić jakiś  tam  żel pod prysznic czy inny balsamik- każda dziewczyna się  z tego "ucieszy". Ja dostałam trochę takich właśnie prezentów z Body Shopu, bo przecież jeszcze mnie za bardzo nie znają. BTW wiadomością  grudnia była informacja, że właścicielka Body Shop-u, Anita Roddick, oddaje połowę swojego bogactwa dla instytucji charytatywnych gdyż znudziło  jej się być bogatą.
Po prezentach zaczeliśmy grać (dodam iż wszyscy byli już lekko wstawieni, bo jak wyżej nadmieniłam wina mieliśmy pod dostatkiem). Było nas 14 osób i wszyscy graliśmy przy jednym stole. Pierwsza grą był Balderdash czyli losowanie jakiegoś terminu i pisanie definicji. Wygrywa ten komu uda się nabrać na swoją definicję  najwiekszą liczbę osób lub też kto odgadnie prawidłowo definicję innych. Kolejna gra polegała na napisaniu jak najwięcej imion znanych osób, a potem losowaniu tych imion i próbowaniu opisania tej osoby tak, aby twoja grupa odgadła o kim się mówi. Tutaj rzeczywiście było widać że wypiliśmy trochę za dużo wina gdyż na przykład jeden 60-letni wujek nie zrozumiał  za bardzo zasad i wrzucił do kapelusza ze 20 imion swoich kolegów ze szkoły. Ja w związku z tym, że byłam dość  wolna w opisywaniu na czas podjęłam się próby ustalenia punktacji. Oczywiście sama też  za dużo wypiłam  i trochę mi te punkty wpisywały się nie do tej kolumny co trzeba- raz dodałam trochę do właściwej drużyny ,  potem do niewłaściwiej , ale na koniec tak jakoś mi wyszło zupełnie przypadkiem że był remis i wszyscy byli zadowoleni (oprócz takiego jednego, który głośno krzyczał ¨rubbish, rubbish¨  co po naszemu chyba można w przenośni przetłumaczyć na nie mniej ni więcej jak: sędzia kalosz.
Generalnie śmiechu było jak to sie mówi po pachy i stwierdzam, że nie tacy ci Anglicy straszni…

poniedziałek, 18 grudnia 2006
Pisałam już wcześniej, że czasem zdarza się iż nasz sąsiedni klub strasznie hałasuje i że zdarza się to najczęściej w nocy. Z tego też powodu nauczyłam się w tej Ameryce spać z zatyczkami w uszach. Gdy mam przeczucie, że będzie głośno wkładam je sobie do uszu i cześć - idę spać. Mąż czasem też wkłada. Jego wypadają w nocy i walają się potem gdzieś na prześcieradle, a moje proszę ja was każdego ranka stoją na baczność w drugim kącie łóżka, na takiej malutkiej półeczce. Wynikałoby z tego, że budzę się, wyjmuję je, ładnie ustawiam jeden obok drugiego i wracam na swoje miejsce. Problem jest tylko taki, że nic z tego nie pamiętam, a robię to za każdym razem.
Czy wy też robicie jakieś takie rzeczy w nocy?
Ja na przykład gadam. Mamroczę pod nosem. A jeśli jestem zmęczona i mąż idze spać trochę później niż ja, ale przy tym mnie obudzi to potrafię go ponoć nieźle sprać poduszką.
niedziela, 17 grudnia 2006
Otóż prosze ja was siedzę sobie tutaj w Houston, popijam margaritę, a tu nie z tego i owego dostaję telefon, że właśnie dzisiaj zostałam zupełnie bez mojej wiedzy matką chrzestną.
Ja nie żartuję.
Jak już wiecie Monsz pojechał na święta wcześniej. Pojechał wcześniej gdyż miał powód. A mianowicie jego najlepszy kolega poprosił aby był ojcem chrzestnym jego córki. Córka ma już prawie rok. Dokładnie 26-go skończy rok. Czujemy się trochę winni tego w jaki sposób przyszła na świat, gdyż w zeszłym roku pozwoliliśmy jej matce aby poszła z nami na 10 kilometrowy spacer do New Forest. Poszła. Nie marudziła, w końcu to twarda kobieta. Pracuje dla Angielskiej Armii - co prawda jako dentystka, ale szkolenie przeszła, więc nie jest lalusiem. Na drugi zabrali ją do szpitala i urodziła. Wywołaliśmy jak to się mówi wilka z lasu.
Dziecko oczywiście jest zdrowe- teraz akurat ma jakiś tam katarek, ale generalnie jest zdrowe. Tak więc Monsz miał być chrzestnym. Zagmatwana to była trochę historia gdyż koleżanka pochodzi z Rumunii. Tam dorastała, ale szkołe i studia skończyła w Anglii. Tak więc rumuńskie tradycje stara się podtrzymywać. Było tam kilka jakichś takich dziwnych obyczajów, które nie są u nas praktykowane, a które miały być częścią chrzcin. Po pierwsze ojciec chrzestny musi przekłuć dziecku uszy, a także musi być pierwszym, który obetnie jej włosy. Kolega nie ufał Menszowi aż tak bardzo aby pozwolić mu przekłuć uszy, tak więc podobno uszy zostały przekłute wcześniej. Natomiast Monsz obciął ten pierwszy pąk włosów. Wiedzieliśmy, że bedzie tam jeszcze jeden przyjaciel i prawdę mówiąc ze względu na jakąś jak mi się początkowo wydawało tajemnicę, nie pytaliśmy się kto będzie matką chrzestną. Ja nawet tak sobie myslałam, że skoro to inan tradycja, to może to dziecko będzie miało dwóch ojców chrzestnych? W końcu rodzice mają jakieś tam wojskowe tradycje, więc może woleliby aby w razie czego ich dzieckiem zajęło się dwóch facetów, a nie facet i babka. Tak więc nie wnikałam.
Monsz właśnie do mnie zadzwonił i powiadomił mnie, że zostałam matką chrzestną...W Rumunii podobno zostaje się taką matką z urzędu. Nie wiem natomiast co się robi gdy na rodzica chrzestnego weźmie się kawalera?
Tak więc zaraz muszę iść do sklepu coś jej kupić na urodziny, bo w końcu to moja chrześniaczka.
Nie mam czasu aby coś z sensem napisać pomimo tego, że w sumie mam nawet o czym. Nadrabiam zaległości we wszystkim co miało być zrobione, a jeszcze nie jest. Poszłam wczoraj poczytać do parku, bo rozumiecie wczoraj znowu było 26 stopni. Potem poszłam pobiegać, ale coś nie w formie jestem, więc było to bardziej chodzenie niż bieganie.
Potem nadrabiałam sprawy domowo - biurowe jak na przykład załatwienie Menszowi EZpass żeby mógł jeździć płatną autostradą do pracy i nie musiał stać w korkach. A potem umówiłam się z koleżanką na margaritę.
A dzisiaj znowu gorąco...

piątek, 15 grudnia 2006
Nie gotuję, nie sprzątam (bo nie brudzę), ale myję się (narazie) i owszem. Plany na najbliższe 4 dni: maseczki, fryzjer, kupno tego i owego, paznokcie, czytanie książek, pakowanie, babski wieczór i umieranie z tęsknoty...


czwartek, 14 grudnia 2006
Pamiętacie historię z Wiewiórą? Otóż po 3 miesiącach (dokładnie po 3) dostałam dzisiaj pierwszy numer Dwell. 3 miesiące! No comments...
środa, 13 grudnia 2006

Dostałam właśnie oficjalne zaproszenie na Sylwestra. Sylwester będzie odbywał się w temacie Bad Taste. Każdy jest za coś tam odpowiedzialny i ja wybrałam sobie muzykę. Tak więc zadecydowałam, że muzyka będzie także Bad Taste. Prosiłabym o wszelkie sugestie. Narazie myślę sobie tak: Scorpions, Lambada, White Snakes, Paula Abdul, Technotronic, Milli Vanilli. Może ktoś ma pomysł jak powinnam się ubrać? Myślę sobie, że legginsy (niby teraz znowu są trendy, ale mnie jakoś skręca na myśl o legginsach), jakaś frotka na rękę może... Sugestie mile widziane.


Kilka lat temu gdy mieszkałam w Nowym Meksyku zostałam zaproszona na święta do rodziców mojej wspólokatorki. Koleżanka wyjechała do nich kilka dni wcześniej, a ja miałam dojechać później. Miałam też odebrać jakiegoś tajemniczego kolegę kuzynki mojej wspólokatorki, z którym to razem miałam dojechać.
Kolega kuzynki przyjeżdżał na te święta z odległego Texasu. Z Laredo. Kolega pokłócił się właśnie z żoną, więc kuzynka wspólokatorki z nieznanych mi powodów zaprosiła go na te Boże Narodzenie. Nie znałam tego człowieka, ale poznałam go.
W przededniu wyjazdu do rodziców koleżanki, Albuquerque zostało zaatakowane przez jakąś burzę śnieżną- drogi zostały zasypane i wiadomo było, że podczas świąt nikt ich nie będzie odsnieżał. Następnego dnia miałam odebrać tajemniczego kolegę, który spędził dwa dni w autobusie i nic nie wiedział o warunkach pogodowych. Ja już wiedziałam, że raczej nigdzie się nie wybierzemy i święta będę musiała spędzić z nieznanym mi człowiekiem. Oczywiście nie było czasu na jakiekolwiek przyrządzanie świątecznych potraw i ubiranie choinki. Spędziliśmy więc święta przy  tostach z resztkami z lodówki i butelce wina.
Kolega łudził się jeszcze trochę, że byc może ktoś po niego przyjedzie i go przewiezie przez tą śnieżycę, ale później uwierzył że nie ma szans i postanowił zadzwonić do żony w celu pogodzenia się.
Tak więc minęły moje najdziwniejsze święta, spędzone z nieznajomą osobą przy kanapkach. Zawsze wydawało mi się, że były to dość słabe święta, ale przecież święta tego kolegi były jeszcze słabsze, bo najpierw spędził dwa dni w autobusie, potem dowiedział się, że nigdzie nie jedzie i będzie jadł tosty, a potem wsiadł do autobusu i się wrócił. Tak więc miał gorzej.
Czy ktoś z was też ma za sobą takie święta- nie święta?
poniedziałek, 11 grudnia 2006



Czuję się trochę jakbym była już po Sylwestrze, a przecież do Sylwestra jeszcze dwa tygodnie.Wybraliśmy się wczoraj na imprezę urodzinową do Heights. Heights jest jedną ze starszych dzielnic Houston zamieszkałą głównie przez artystów i młodych ludzi. Heights znane jest z tego, że jest to tak zwane "dry community" co oznacza, że nie można tam zakupić alkoholu. Ale można go pić. I tak na imprezie, na którą zostaliśmy zaproszeni alkohol był. Nawet w sporych ilościach. Na obrazku powyżej można zobaczyć jak się taki alkohol spożywa. Podobno jest to metoda bardzo popularna wśród amerykańskich studentów. Nie wiem, nie znam się, nie studiowałam w Stanach. Miałam natomiast okazję zapoznać się z górą lodową dwa lata temu, także podczas Lights in the Heights.
Tak więc przybyliśmy do znajomych około godziny 18-ej. Impreza była oczywiscie imprezą urodzinową, ale połączona była z corocznym Lights in the Heights, które odbywało się dwie przecznice dalej. Tak więc wszyscy łączyli przyjemne z pożytecznym i po spróbowaniu kilku szotów zjeżdżających ze szczytu góry lodowej prosto do ust, wybierali się na spacer podczas, którego można było w przyśpieszonym tempie wszczepić sobie Christmas Spirit.
Czym więc jest Lights in the Heights? Jest to coroczna impreza organizowana przez wolontariuszy mająca na celu wprowadzenie nas w ten przedświąteczny okres. Wprowadzenie w typowym dla Texasu stylu. Pełną gębą.
Każdego roku wybierane są dwie ulice, które są zamknięte dla ruchu na odcinku jakiegoś kilometra każda. Na tych ulicach mieszkańcy każdego domu biorą udział w zawodach. Kto się najlepiej pokaże.
I tak jedni pokazują się poprzez lampki na domach, drudzy poprzez śpiewanie kolęd na ganku, a jeszcze inni zatrudniają zespoły, które zabawiają przechodniów.
Spacerując po ulicach minęliśmy dom na ganku którego kobieta przebrana za Merlin Monroe śpiewała kolędy. Była trochę gruba i właściwie nie podobna do Merlin, ale oczywiście nikomu to nie przeszkadzało. Śpiewała non stop do godziny 22-ej - bo do tej godziny trwała impreza. W kolejnym domu dzieci w czapkach Mikołaja śpiewały kolędy, w następnym grał jakiś zespół rokowy. Byli dość głośni i trochę zagłuszali dźwięki, do których poruszały się tancerki brzucha na ganku domu po drugiej stronie ulicy. Parę domów dalej ktoś rozdawał gorącą czekoladę (było tylko kilka stopni C). Obok tato wystawił organy i kazał swojemu ośmioletniemu synowi grać tak żeby sąsiedzi popękali z zazdrości. W kolejnym domu pijane Mikołaje darły sie jak stare kalesony. Dalej trzech gości z Luizjany grało kolędy w stylu Zydeco. (Tu postaliśmy najdłużej i nawet zakupiliśmy cedeka). Kilka domów dalej ktoś wystawił starą "orkiestrę- wszystko w jednym " (czyżby miało to jakiś związek z moim snem?). Czy ktoś wie jak się to coś nazywa? Dla ułatwienia tutaj można posłuchać jak to coś gra. Właściciel tego potwora chyba mnie trochę pogonił gdy próbowałam sfilmować ten jego instrument. Nie przejęłam się, bo byłam już po szklaneczce grzanego wina, które nabyłam w poprzednim domu. Dalej jakiś harleyowiec wystawił kolekcję swoich motorów. Ktoś tam miał maszynę do robienia sztucznego śniegu, podczas gdy jego sąsiad zrobił jakąś iluminację sztucznego śniegu ze światła.
I tak sobie chodziliśmy przez ponad dwie godziny. Na ulicy wolonatriusze co jeden metr poukładali świeczki w papierowych workach, dookoła machały do nas nadmuchane tandetne bałwany. Miałam trochę wrażenie, że jestem w Polsce na cmentarzu podczas świeta zmarłych. Tylko, że atmosfera była o wiele bardziej skoczna, bo co kilka metrów można było zobaczyć starsze panie na szpilkach tańczące do piosenki Peanut Butter, albo Zydeco Twist. Przy domku z Peanut Butter było więcej ludzi, bo rozdawali jedzenie. Wokalista w gajereku z muszką i w białych trampkach śpiewający tą piosenkę The Marathons, co jakiś czas maczał palec w słoiku z Peanut Butter i dawał go do oblizania tym staryszym paniom w futrach. Ja się nie załapałam- nie lubię Peanut Butter.
Ciężko było cokolwiek sfotografować. Monsz nie wziął statywu więc musiał symulować z lens baby, a ja próbowalam coś tam sfilmować tym moim małym aparacikiem, ale wyszło mi to jak wyszło czyli dość żałośnie i w ogóle nie oddaje atmosfery.
Gdy byłam tam poraz pierwszy te dwa lata temu, to wydawało mi się to wszystko jakieś takie dość normalne. No po prostu masa ludzi na ulicach z oświetlonymi domkami.
W tym roku atmosfera była zupełnie inna i kompletnie zgadzam się z organizatorami, że aby uwierzyć w magię tego wieczoru i przenieść się na chwilkę w czasie, trzeba tam po prostu być i przeżyć. Nie koniecznie wypijając magiczny napój pod nazwą Blue Shoe, który zjechał do moich ust z góry lodowej.
Podczas takich właśnie wieczorów nie żałuję, że jestem w Houston.

sobota, 09 grudnia 2006
Ilu z was słyszało o tak zwanym kodzie dziesiątkowym? Nie piszę tu o kodzie dziesiątkowym znanym wszystkim z lekcji matematyki i życia codziennego, ale o kodzie używanym przez amerykańskie służby mundurowe, kierowców, dyspozytorów i innych policjantów używających radio.
Kod ten, używany jest po to aby skrócić czas wiszenia na radio. Najbardziej znanym skrótem jest 10-4 (czytaj: ten four). Oznacza to: OK, zrozumiałem. 10-4 używane jest coraz częściej w języku codziennym. Często słyszę 10-4 gdy rozmawiam z kimś w pracy. Ja do niego: zrób to i to, a on do mnie 10-4. Czasem otrzymuję krótki email, w którym nie ma nic poza 10-4. 10-4 nie jest oczywiście jedynym terminem z tego kodu. Są też inne ten-y:
  • 10-1 - słabo odbiera,
  • 10-2 - słyszę cię dobrze,
  • 10-6 - jestem zajęta,
  • 10-9 - proszę powtórzyć
10-4 jest jak już wspomniałam najbardziej popularne.
Wydawałoby się, że znając ten kod można z zamkniętymi oczyma poruszać się po dywanie usłanym z CB radio, one way pager-ów i innych Nexteli. Nic bardziej błędnego. Otóż w zeszłym roku, podczas akcji ratunkowych związanych z Katriną kod dziesiątkowy okazał się narzędziem zbędnym, a wręcz szkodliwym. Okazało się bowiem, że co dla jednych na południu oznacza jestem w niebzpieczeństwie, dla innych, tych z pólnocy oznacza - idę na kawę. Get closer to the mike- nie oznacza wcale jak mi się początkowo wydawało- stań bliżej Mike-a. Oznacza bowiem: mów bliżej mikrofonu... Pamiętam, że gdy poraz pierwszy używałam radio w poprzedniej pracy zastanawiałam się o co im chodzi z tym Mike-iem...
Język kierowców i dyspozytorów ma w sobie coś fascynującego. Zawsze zastanawiałam się ile czasu zajmuje im opanowanie tych kodów? Pamiętam, że kiedyś odbyłam podróż 18 - wheelerem z Chicago do San Diego. CB radio, którego używał znajomy kierowca było jak tajemnicze pudełko, dzięki którem można się porozumieć nawet z kosmitami. Kierowcy rozumieli się świetnie. W niezrozumiałym dla mnie języku opowiadali sobie o warunkach na drogach, o miejscach gdzie mieli się spotkać na lunch czy też śniadanie, a także o policjantach czających się w krzaczorach.
Przez to radio i za pomocą tych kodów znajomy kierowca, który jechał tylko do LA zorganizował nam przesiadkę do innego 18 wheelera, który miał nas zabrać do San Diego. Przesiadka ta okazałą się jednak totalnym niewypałem. Kierowca (65 letni starszy pan), który nas zabrał chyba też pochodził z Chicago. Nie mówił w ogóle po angielsku, w ogóle bał się wszystkiego co było po angielsku. Najgorsze z tego wszystkiego było to, że słuchał sobie na cały regulator ... kawałów Masztalskiego. I tak moja pierwsza podróż do Kalifornii miała w podkładzie dźwiękowym Masztalskiego, a nie jak sobie wyobrażałam - Red Hot Chili Peppers.
Być może gdybym wcześniej znała ten język kierowców, to mój pierwszy wjazd do Kalifornii okazałby się bardziej spektakularny i przede wszystkim z lepszym podkładem dźwiękowym...

czwartek, 07 grudnia 2006

Co byście zrobili jakbym wam nagle powiedziała, że jestem szalenie utalentowana muzycznie? Pewnie byście skisli. No to wam powiem. Zatrudniono mnie w charakterze członka orkiestry. Miałam grać na ... uwaga – klarnecie. Poszliśmy z Menszem na mój debiutancki koncert. Bardzo się bałam, że wyjdzie iż grać nie umiem. Orkiestra była nie byle jaka, a i wszystko odbywało się w w filharmonii, a nie na jakiejś imprezie weselnej. Nie myślcie sobie. Nie jestem jakimś tam grajkiem ulicznym, tylko poważnym muzykiem.

No więc poszliśmy na mój pierwszy koncert. Posadziłam Mensza na krześle, kazałam pilnować różowej torebki, a sama pobiegłam na górę gdzie miała się odbyć próba generalna.
Ustawili mnie z tyło obok pana z trąbą. Z trąbą! Ucieszyłam się nawet, bo wiedziałam że pan trąba zagłuszy mój fałsz i nikt się nigdy nie dowie jak naprawdę gram.
Niestety nie dowiedziałam się jak wypadłam, bo się obudziłam.

23:33, hjuston , sny
Link Komentarze (18) »
I znowu czwartek. W dzisiejszym odcinku chciałabym przedstawić kolejny blog, na który od czasu do czasu zaglądam. Jest to blog na stronach Polityki- Bye Bye Poland.
Wsadziłam sobie ten blog do mojego czytnika RSS i czytam. I z każdym postem obiecuję sobie, że to ostatni raz, że więcej już nie będę tego czytała tego narzekania i wybrzydzania, że szkoda czasu, nerwów itd. Ale czytam, bo łudzę się, że może pani Kasia Zielonka pojawi się poraz kolejny. Podobały mi się jej teksty. Były mało napuszone. Ale Pani Kasia Zielonka zniknęła gdzieś bez śladu i nie pisze (no chyba, że pisze pod innym pseudo i ja jeszcze nie rozszyfrowałam pod którym). Zniknęła, a ja za każdym razem jak przeczytam kolejny tekst doznaję głębokiego rozczarowania. Bo reszta tekstów może i jest niezła stylowo, językowo itepe, ale niestety jakoś taka trochę odpychająca.
Czasem myślę sobie, że to życie Polaków w Londynie (niektóre teksty są spoza Londynu) musi być szalenie ciekawe. Zastanawiam się nad tym dość często. Przecież sooner or later będziemy się tam przeprowadzać. Tak więc chciałam się dowiedzieć jacy są ci Polacy w Londynie?
Polacy jak widać po wpisach i komentarzach dzielą się tam bowiem na English Wannabes- to ci, którzy wstydzą się za rodaków, którzy uważają się za lepszych, mniej śmierdzących, a którym mimo wszystko słoma z butów wychodzi. I tych gorszych, śmierdzących, załamanych, nie znających języka, w "obsikanych spodniach".
No ale na szczęście są jeszcze tacy zupełnie normalni jak pani Kasia Zielonka. Mam nadzieję, że takich jak ona jest tam więcej.
Czasem czytanie tego bloga przypomina mi opowieści o Polakach w Chicago, czy też w Detroit. Czy ktoś widzi podbieństwo?
Zajrzyjcie, oceńcie i zagłosujcie...


 
1 , 2
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston