poniedziałek, 31 grudnia 2007
Jaki był ten rok? Przede wszystkim nie za gorący w porównaniu do poprzednich. Chodzi mi o temperaturę. Oby następny był podobny.
W życiu zawodowym- dostałam awans i podwyżkę. Zaczęłam pracować nad dość interesującym projektem, no ale w słabej firmie więc w sumie nie ma sie czym podniecać.
W połowie roku miałam podejrzenie o problem ze zdrowiem. To znaczy badania krwi były trochę nie tego, ale okazało się że dieta czyni cuda i po dwóch miesiącach niejedzenia głównie ryżu (tak tak okazuje się, że ryż wcale nie jest taki zdrowy na jaki wygląda) i innych tym podobnych, faszerowaniu się do znudzenia brokułami i innymi tym podobnymi wyniki się poprawiły. Po raz pierwszy w życiu, w tym roku miałam uczucie, że zaczynam się starzeć i sypać.
Tak więc życzę wam przede wszystkim zzzddddddeeeeerowia. Życzę wam też spełnienia marzeń w Nowym Roku, bo bez marzeń jest dość słabo.
A czego życzę sama sobie? Sama sobie życzę żeby wszystko poszło zgodnie z planem i żebym w lipcu poszła na roczny urlop i żebym pożegnała się z moją firmą. I życzę też sobie, żeby był to ostatni rok tego bloga. Żebym za rok o tej samej porze wiedziała już czy i gdzie się przenosimy.
A na zakończenie horoskop na 2008 ze sklepu magicznego (cokolwiek to jest).
piątek, 28 grudnia 2007

W dzisiejszym Houston Chronicle jest artykuł o nowej kampanii marketingowej, która ma wspomóc promocję miasta już na początku następnego roku. Wszystko oczywiście po to, by poprawić image Miasta Bagna. Znani i niekoniecznie lubiani Houstończycy (Beyoncé Knowles, Brian Ching, Denton Cooley i George H.W. Bush z żoną Barbarą ) będą wypowiadali się na temat naszego pięknego gniazdka. Reklamy mają uderzyć nawet w Wall Street Journal, a wszystko po to żebyście mięli wrażenie że przyjeżdżacie do miasta raju...

Osobiście wolałabym aby za te miliony naprawili nam drogi, bo moim zdaniem wstyd tu kogokolwiek przyjmować w takich warunkach. Moja kilkuminutowa droga do pracy to takie jakby poranne mdłości w samochodzie. A wszystko przez te dziury. No ale... Różnie ludzie mają różne potrzeby, a i różne (mniej lub bardziej luksusowe) samochody.

Wspomniane wyżej gwiazdy zostały podobno poproszone o nie używanie istniejących sloganów typu: "Space City: A Space of Infinite Possibilities". Space City nie za dobrze się ostatnio kojarzy - chodzi mi oczywiście o Lisę Nowak.

Generalnie Houston nie ma zbyt wiele sloganów. Oczywiście każdy zna- "Houston, we have a problem". czy też "Houston, It's Hot". Ostatnio dość popularne wydaje się powiedzenie "Houston It's worth it" (że się pozwolę pochwalić w książce z kampanii pod tym samym tytułem znajdują się trzy zdjęcia Mensza).

Czy znacie jakieś slogany z innych miast? "What happens in Vegas stays in Vegas" i "I serduszko NY" to chyba najbardziej popularne. A inne? Takie na przykład Chicago?

Bardzo jestem ciekawa co takiego wymyśli Dżordż Senior z Barbrą. Pożyjemy, zobaczymy...

środa, 26 grudnia 2007
Byliśmy w wigilię w teatrze na "Opowieści wigilijnej" . Był to mój pierwszy raz w teatrze w Stanach. Nie dlatego, że tak jak bohater Misia twierdzę, że w życiu bym nie poszła do teatru, ale ze względu na to, że nie czułam się na siłach oglądać coś tam w teatrze po angielsku (nie wiem skąd te opory bo na musicalu niby byłam i nie miałam żadnych problemów ze zrozumieniem). No ale przemogłam się i wcale nie było tak źle.
Alley Theatre w Houston gra tę sztukę do 29go grudnia. Polecam.
środa, 19 grudnia 2007

Mąż przemycił ze starego kontynentu dość sporo jedzenia. Głównie ciasta na święta - Christmas Pudding i Christmas Cake zrobione przez teściową. Przywiózł też kilka gadżetów kulinarnych, które niby mieliśmy dać znajomym w prezentach. Te gadżety to głównie mince pies, dżemiki i lemon curdy zrobione przez firmę Duchy Originals. Przywiózł też miniaturkowe Christmas Cakes. Każde zapakowane w malutki papierek i pudełeczko, z marcepanem i grubą wartwą lukru na wierzchu. Z wyglądu na prezent nadawało się jak najbardziej.

Sama bardzo lubię takie prezenty- ciasto domowej roboty od sąsiadów, miodzik różany od przyjaciółki, herbatki od mamy, a i kiełbasą bym nie pogardziła jakby kto dał... Tak więc zjadło się jedno dla spróbowania, potem mąż zjadł drugie dla towarzystwa, otworzyło się jeden i drugi słoiczek i pudełko, i plan oryginalnych prezentów dla znajomych rozszedł się jak ten zapach powideł i skórki cytrynowej po pokoju... Teraz właśnie siedzę sobie i jem kolejne ciasteczko. Mówię wam, niebo w gębie. Jak będziecie mieli kiedyś okazję spróbować Duchy Originals, i tym samym dać zarobić Księciu Karolowi to ja serdecznie polecam. Nie są to niestety produkty dość tanie (przynajmniej nie dla mnie, może dla autora bloga nabogato), dlatego właśnie świetnie nadają się na malutkie prezenciki. Szczególnie na takie, które kupuje się z zamiarem oddania, a potem zjada się je samemu.

No ale z drugiej strony wczoraj zrobiliśmy świetny interes na choince. Być może zaskoczę niektórych, ale w Targecie przy Galerii choinki i ozdoby świąteczne są już na przecenie. My choinki do wczoraj nie mieliśmy, bo nie było męża, a ja niby nie mogę dźwigać. Ale wczoraj wybraliśmy się na polowanie. Ze względów oczywistych pomimo tego, że żywa choinka pięknie pachnie (prawie jak te ciasteczka przywiezione przez męża), mamy choinkę sztuczną. No jakoś w tym Houston serce mi się kraja jak sobie pomyślę o żywej choince w te upały. Znaleźliśmy sobie taką, która nam się podobała, ale niestety kosztowała $300. No bądźmy szczerzy, 3 stówki to trochę przesada. No ale jak już wspomniałam od wczoraj wszystko było na przecenie. Myślę, że w Ameryce wszyscy już mają choinki od conajmniej miesiąca, tak więc właściwie jest już tak jakby po sezonie. Nasza choinka (ładny krzaczek) stała w kategorii "Expect more, pay less" co zawsze wydawało mi się wiodącym hasłem Targetu. Okazało się jednak, że to taki prank (ostatnio moje ulubione słowo). Expect more, pay less oznacza jednak - spodziewaj się, że zaplacisz $300, a naprawdę zapłacisz $206, ale dowiesz się o tym dopiero przy kasie. Do tego dowalono nam obniżkę w wysokości 75% i zapłaciliśmy $56 plus oczywiście sales tax. No takie interesy to ja naprawdę lubię w tej Ameryce robić. Lubię je tak bardzo,  że po przyjściu musiałam to uczcić. Ciasteczkiem.

Żeby choince nie było smutno dokupiliśmy jej bałwana. Mąż bardzo chciał najbardziej kiczowatego renifera, który kręci głową, no ale niestety były już wykupione. Zostały tylko bałwany dla bałwanów, więc wzieliśmy jednego. Takiego co to się świeci u ludzi przed domami. Z tym, że my walneliśmy go sobie w domu. Jest to chyba najbardziej syfiasty przedmiot jaki posiadam. Na szczęście nie kosztował $49, bo też był w kategorii Expect More, Pay Less i zapłaciliśmy za niego może z $15 czy jakoś tak. Bałwan będzie stał na właściwym miejscu czyli obok kaktusa saguaro (niektórzy wiedzą o jakim kaktusie mówię).

Ania swoim Kermitem zachęciła mnie do zakupu dekoracji, że tak to ujmę, nie za bardzo związanych z Bożym Narodzeniem, dlatego kupiłam także bombkę ze Spider Manem i drugą, z drużyną footballową Houston Texans. Wszystko oczywiście można nabyć w Targecie. Mają tam też bombki z Vaderem. Też uważam, że warto taką mieć. Może nawet na samym czubie zamiast gwiazdy czy aniołka.

Zdjęcia wszystkich omówionych przedmiotów zamieszczę być może jutro. No oczywiście z wyjątkiem ciasteczek Duchy Originals, bo tych do jutra już pewnie nie będzie w ogóle.


czwartek, 13 grudnia 2007
W dzisiejszym odcinku z cyklu "Czego to Amerykanie nie wożą na pickupach" porozmawiamy o Świętach. Nie, nie będzie o pickupach wiozących choinki, ani nawet o pickupach wiązących Mikołaja. Nie będzie nawet o pickupach wożących świąteczne prezenty. Będzie o Christmas Spirit auto moto.
To prawda, nie mam jeszcze w domu choinki i nawet nie skończyłam jeszcze świątecznych zakupów. Nie cieszę się nawet na jutrzejszy office Christmas lunch. Mikołaj, którego sąsiad wystawił sobie na ganek tak mnie dzisiaj wystraszył, że o mało zawału nie dostałam.
No jakoś nie czuję jeszcze tego Christmas Spirit.
Najbardziej jednak osłabiają mnie (tak bardziej przez łzy) amerykańskie zwyczaje zdobienia samochodów. Pojazdy udekorowane w wieńce (prawie, że pogrzebowe) snują się po ulicach Richmond i Kirby i mrugają do mojej mazduni "Merry kurka Christmas". O co w tym chodzi, bo doprawdy nie rozumiem?
Czy u was też tak stroją te samochody?








Wieńce wieńcami, widziałam je już kilka lat temu, ale reniferek to chyba jakaś tegoroczna moda. Czy znacie kogoś kto kupił sobie Reindeer Car Set za $12.99? Bo ja nie, i prawdę mówiąc nie chętnie przejechałabym się takim pojazdem.



Zdjęcia z Flickr, a na zakończenie, żeby nie było że jestem taka mało świąteczna moja ulubiona piosenka.
wtorek, 11 grudnia 2007

Kupujecie na Allegro albo na ebayu? Kiedyś miałam taki okres w życiu, że na ebayu kupowałam naprawdę sporo. Czasem udało się, upolować coś naprawdę super- na przykład różową torbę na laptopa firmy Lodis za $50. Potem trochę mi przeszło, ale teraz znowu mnie nachodzi. Ostatnio poluję na ebayu na nowe ubrania IO. Udało mi się kupić letnią wyjściową sukienkę z metkami w bardzo atrakcyjnej cenie.

Kupuję też trochę na allegro, bo niestety normalne sklepy online nie są w Polsce jeszcze zbytnio popularne. Wczoraj na przykład 'kupiłam' sobie świetne kozaczki Gino Rossi. Brązowe, na koturnie, nówki za 230 peelenów. Kupiłam je trochę tak na zapas, żeby mieć jak już się przeniesiemy na Stary Kontynent czyli miejmy nadzieję, że za rok. Wydawało mi się, że w tym roku raczej ich już sobie nie ponoszę bo po pierwsze u nas w grudniu jest 20C, a po drugie zanim by do mnie doszły to byłoby już lato. Ale kupiłam sobie. I nawet się ucieszyłam, że będę miała fajne, oryginalne buty prosto z Europy. I że nikt w pracy nie będzie miał podobnych. Krótka jednak była moja radość, bo dzisiaj dostałam email od niejakiej Ines, która sprzedała mi te buty. Email, na zabawne rozpoczęcie popołudnia wklejam wam poniżej:

Witam (*nie wiem czy zauważyliście, ale na allegro wszyscy zaczynaja od witam), najmocniej chciałam Panią przeprosić ale nie mogę butów już nikomu sprzedać ponieważ zostały uszkodzone w nieodwracalny sposób, w czasie gdy buty były wyjęte z kartonu i przygotowywane do zapakowania do wysyłki nieopatrznie mój mały synek zostaswił otwarte drzwi do pokoju podczs gdy ja wykonywałam służbową rozmowę telefoniczną, pies szczeniak wszedł do pokoju pogryzł cholewkę buta i całkowicie ją uszkodził. Od godziny ślęczę nad bucikami i poprostu płaczę, nigdy nie miałam takiej przykrej sytuacji. Niestety buty sa do wyrzucenia co mój małżonek właśnie uczynił widząc w jakim jestem stanie i natychmiast posadził mnie przed komputerem nakazując pisać do Pani i przepraszać Panią. Raz jeszcze najmocniej Przepraszam, Bardzo ale to Bardzo Proszę o wyrozumiałość i nie komentowanie tej transakcji, jest to przypadek losowy na który nie miałam wpływu i jest mi niezmiernie przykro. Serdecznie pozdrawiam

Oczywiście mnie również jest przykro. Szczególnie dlatego, że jeśli się ochłodzi to będę musiała założyć jakieś tam kozaczki, które będą podobne do każdych innych w moim biurze. No ale na poważnie to moim zdaniem jest to maksymalna ściema z tym psem. Myślę, że pani była bardzo rozczarowana faktem, że najwyższa cena za te super kozaczki wyniosła tylko 230 zł i postanowiła stworzyć historię o telefonicznej rozmowie służbowej (co mnie to obchodzi?) i o psie co pogryzł cholewkę.

Historia wyszła w sumie dość zabawna i dlatego nie postawie tej pani negatywa, ani nawet neutrala. Korci mnie aby mimo wszystko domagać się tych butów, ale obawiam się, że pani Ines mogłaby mi je jeszcze sama pogryźć...

Czy przydarzyło się wam kiedyś coś podobnego?


poniedziałek, 10 grudnia 2007

Wygląda na to, że Continental Airlines wprowadza nowy sposób na Check In na naszym lotnisku IAH. Pasażerowie nie muszą już iść do okienka w celu wydrukowania karty pokładowej, nie muszą już jej także drukować w domu. Teraz karta pokładowa może zostać wysłana do twojej komórki, którą to pokażesz panu strażnikowi i która to umożliwi ci wejście na pokład.

Na ekranie komórki ukaże się kod kreskowy, który będzie mógł być odczytany jak się można domyśleć za pomocą specjalnego skanera. Takich rozwiązań nie ma jeszcze w Stanach, ciekawa jestem jak w Europie? Może ktoś wie? Bo w Japonii to pewnie coś takiego mieli już 10 lat temu.

Linie Continental podobno ostatnio się znowu poprawiły. Mąż właśnie wyjechał na Stary Kontynent i twierdzi, że są już w końcu filmy na życzenie i wybór i ilość filmów jest porównywalny do Qantas-u (btw moich ulubionych linii lotniczych). Ja narazie się nigdzie nie wybieram. Najbliższa podróż planowana jest na luty / marzec. Miejmy nadzieję, że do tego czasu Continental tak się zmieni, że na pokładzie będzie na mnie czekało conajmniej spa.

Więcej o nowych kartach pokładowych TU

wtorek, 04 grudnia 2007

Ostatnio sporo pracuję. Bijemy się w pracy o "złotą patelnię" czyli o bonus. Bonus ma być całkiem niezły więc w sumie nie jest mi aż tak strasznie przykro gdy dość późno wracam do domu. (Dość późno czyli na przykład po 20-ej). Po takim dniu, dniu pełnym główkowania, modelowania i innych arkuszy kalkulacyjnych nie pozostaje nic innego jak walnąć się na sofę z herbatką rumiankową w ręku i obejrzeć coś nieskomplikowanego.

W związku z tym, że ostatnio jestem zauroczona Lukiem Wilsonem postanowiłam obejrzeć film, który Ania ostatnio skomentowała jako wielkie rozczarowanie- Idiocracy. No kto widział proszę państwa? Kto? Film Idiocracy ogląda się z lekkim obrzydzeniem, znudzeniem, wymuszonym uśmiechem ale mimo wszystko z zaciekawieniem. W skrócie powiem, że jest to takie pomieszanie 'Seksmisji' z 'Powrotem do przyszłości' czy tam przeszłości, i 'Hitchhikers guide to the galaxy'. Myślę, że można też dorzucić do tego 'A Night At The Roxbury' i 'Pan Kleks w kosmosie'. Zastanawiające jest to, że naprawdę takie filmy ludzie w ogóle robią...

Po obejrzeniu, oprócz smaku kapcia w buzi, pozostają pytania bez odpowiedzi. Czy Stany rzeczywiście czeka przyszłość, w której z kranu będzie leciało Gatorade, i każdy obywatel będzie grał w grę, w której wszyscy tylko i wyłacznie kopią się po tak zwanych jajach? Czy każde mieszkanie będzie wyposażone w fotel, który oprócz funkcji fotelowych będzie także spełniał funkcje toaletowe? Czy Starbucks kojarzył się będzie z miejscem rozpusty? Czy Georgia tak naprawdę jest częścią Florydy? I czy czekają nas katastrofy typu - the Garbage Avalanche of 2505? I am not sure. (Główny bohater tak się właśnie nazywał- Sure, Not).

Mąż podobnie jak ja oglądał ten film z lekkim obrzydzeniem, znudzeniem, wymuszonych uśmiechem ale mimo wszystko z zaciekawieniem. Stwierdził, że właściwie zrobił mi przysługę oglądając tak durny film i że Lukowi Wilsonowi daje nie mniej nie więcej a thumbs down. Ja w sumie uważam podobnie, ale mimo wszystko polecam.

-------------------------------------------

Tu można obejrzeć fragmenty.

Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston