czwartek, 31 grudnia 2009
Święta, święta i po świętach. Minęły na spokojnie. Przyleciała moja mama (nie obyło się bez przygód w podróży) i nadrabiam zaległości w życiu.
Dziś na przykład poraz pierwszy udałam się do the Woodlands. Mieszkam tu już ponad 6 lat, a jakoś nigdy nie było okazji (czytaj: nie chciało mi się tak daleko jechać). Blogowa koleżanka Kasiah24 zaprosiła nas na ciasto i herbatkę, a później obwiozła po okolicy miejskim tramwajem na kółkach. Dla niewtajemniczonych dodam, że the Woodlands to sypialnia Houston. Mieszkają w niej rodziny, które pracują głównie w Houston, a które nie chcą mieszkać w mieście z powodów finansowych, albo ze względu na to, że w The Woodlands podobno są lepsze szkoły. The Woodlands, było dla mnie od zawsze idealnym miejscem, w którym możnaby nakręcić Revolutionary Road, albo the End of Suburbia. W The Woodlands ludzie jak to się mówi żyją sobie jak te pany. Za na przykład $375 tysięcy można kupić sobie TAKI dom. Za te pieniądze czegoś takiego nie kupi się w Inside the Loop (czyli w centrum Houston).
Mój poprzedni szef wyjeżdżał sobie czasem do the Woodlands na weekend. Nigdy nie mogłam zrozumieć dlaczego? Teraz już wiem. To miasto, to takie San Antonio bez Alamo tyle że położone 3 godziny bliżej od Houston. Mojej mamie podobało się bardzo (cytuję- dziecko, czemu wy się tutaj nie przeprowadziliście?), mi natomiast podobało się bardziej niż myślałam, że będzie mi się podobało - ale nadal nie przeprowadziłabym się tam. Ale myślę, że w jakiś weekend napewno się tam kiedyś wybiorę ponownie.
Nadrabiamy też zaległości w chodzeniu po znajomych. W Nowy Rok poraz pierwszy zobaczę na oczy naszą blogową koleżankę z Portland- Suvkę. Ci co czytają (czytali) to wiedzą o kogo chodzi.
Korzystają z okazji, że Babcia pilnuje Franka, wyciągnęłam też z garażu swoją Julcię. Po prawie dwóch latach nie wsiadania na rower górski spodziewałam się wypadków jakie zdarzały mi się w przeszłości.



Na szczęście jedynym wypadkiem, który mi się przydarzył był wjazd w psie gówno.
Byliśmy już kilka razy i mam nadzieję, że będziemy jeździć jak najczęściej- aż do końca lutego, kiedy to odlatuje Babcia.




No i chodzimy na randki. Dzisiaj na ten przykład byliśmy na Avator. Lonegunman twierdził, że jest to bezscenariuszowy zabójca dla pęcherza. Mnie się podobał, a w szczególności te latające meduzy. Oczywiście mało co się nie popłakałam.
Na randkach staram się wyglądać trendy. Pozwólcie państwo, że się przedstawię - Mamoniowa.



Planów na rok 2010 nie mam. Bardzo spodobało mi się określenie, które przeczytałam u Ewy777- planować, to rozśmieszać Pana Boga...
Wszystkim czytelnikom tego bloga życzę Szczęśliwego Nowego Roku. Oby był lepszy niż te poprzednie.
wtorek, 22 grudnia 2009
Dzisiaj w Houston było 19C, a ja kończę właśnie wypisywanie kartek na święta. Niezły mam refleks c'nie?
W tym roku dostaliśmy masę kartek zdjęciowych. Takich wiecie, zdjęcie szczęśliwej rodziny albo dziecka  (jak ktoś ma) i napis Wesołych Świąt. Wygląda na to, że są w modzie  te kartki i pewnie wysyłają je wszyscy ci, którzy wklejają zdjęcia swoich dzieci na naszej klasie. (Zaznaczę tu, że ja też wklejam, ale  już znacznie mniej, a stare zdjęcia kasuję).
Wracając do tych kartek to chyba dostałam tylko dwie kartki niedzieciowe, za które BTW jestem bardzo wdzięczna.
Z jednej strony nie ma się co dziwić, rodzice bardzo przeżywają, że urodziło im się dziecko więc produkują wszystko co możliwe z dziećmi. Wiem, bo sama też tak w tamtym roku robiłam. Ale z drugiej strony- ile można?
W związku z tym, że dostajemy też kartki od jakichś tam szefów z pracy starego, w sumie nie zdziwiła mnie kartka zdjęcie od nieznanej mi rodziny. Na kartce wydrukowane były życzenia dla naszej rodziny od tamtych ze zdjęcia. A na zdjęciu szczęśliwa rodzina w gaju oliwnym czy w innym raju. Zadzwonilłm więc do męża i mówię, że dostaliśmy kartkę od jakiśch jego znajomych z pracy, ale mąż stwierdził, że ich nie zna. Długo zastanawialiśmy się kim jest ta tajemnicza rodzina z kartki świątecznej. Dopiero po paru dniach olśniło mnie. Była to rodzina pani od rytmiki, tyle że na tym zdjęciu pani podobna była zupełnie do nikogo i miała inne nazwisko. Że też jej się tak chciało? Mnie tak bardzo z trudem przychodzi to wypisywanie kartek świątecznych...
Czy w Polsce kartki dzieciowe też są tak bardzo popularne?
W tym roku wysyłam zwykłe kartki i już. Do tego wysyłam je na 2 dni przed świętami. Na pewno nie dojdą.
środa, 09 grudnia 2009
Byłam, widziałam, zjadłam i mam.
Nigella Lawson promuje swoją książkę Nigella Christmas i jest w Houston. Wczoraj można było się z nią 'spotkać' w Leibman's Wine and Fine Food Deli, a dzisiaj była w Williams-Sonoma w Town&Country Village.



Pojechałam w sumie głównie dlatego, że nie mam ostatnio o czym pisać na bloga. Kolejka była sporawa, a byłam z niewyspanym dzieckiem. Na szczęście Franek zachowywał się bardzo grzecznie, pomimo tego, że w sklepie było wiele rzeczy, które chciał dotknąć- jak na przykład jakaś piramida z talerzy czy innych takich.
Koleżanki Asia i Magda były bardzo cierpliwe i nie przeszkadzało im to, że pomagały mi nie tylko taszczyć wózek, a także pozwalały Frankowi bawić się ich iphonem (kasiah24 - masz konkurencję).
Sklep WS jaki jest każdy wie. Pełno jest w nim pierdułek, które każdy chciałby mieć, a na które nikt nie ma albo kasy, albo miejsca w kuchni. Mają tam też masę tak zwanych pierduł jak na przykład elegancko zapakowane pudełka do popcornu. Z rzeczy bardziej sensownych był tam na przykład syfon. Co prawda kosztował 2 stówki, ale był. Chętnie dostałabym taki w prezencie.
No ale wracając do tematu to Amerykanie są bardzo przeczuleni jeśli chodzi o ewentualne wpychanie się w kolejkę. Przyszłam wcześniej ('przyszłem wcześniej, bo nie miałem co robić') i chciałam sprawdzić czy przypadkim koleżanki nie stoją już gdzieś bliżej. Już jakiś facet wyskoczył na mnie z paszczą, że kolejka to w tamtą stronę. Przypomniały mi się czasy z podstawówki kiedy stało się w kolejce po obiad i znajomi potrafili wpuścić (zazwyczaj za siebie oczywiście) cała klasę. I nikt nie podskoczył ... Taki facet to by w Polsce nie przetrwał.
No więc stałyśmy, zjadłyśmy po cisteczku, wypiłyśmy jakiś napój, kupiłyśmy książkę, która IMHO była overpriced (jak wszystko w tym sklepie tak na marginesie) i posłyśmy na lancz.
Nigella jak widać poniżej pięknie się uśmiecha. Zapytała się czy jesteśmy ze Skandynawii i nawet książki nie oddała do rąk własnych. Miała od tego pomocnika. Pomocnicy robili także zdjęcia i robili za ochronę (ochronę z patelnią).
No więc mam tą książkę, fajnie było i mam nadzieję, że docenicie fakt, że się dla was poświęcam.



tu dziewczyny i Franek stoją w kolejce






tu Nigella z Rudolfem



a tu się pięknie uśmiecha do mojego aparatu (szkoda, że nie do mnie). (Info dla znajomych- zdjęcie ze mną, a nie z moją ręką na fejsbuku).

Acha, zapomniałam jeszcze napisać o wrażeniach po zobaczeniu Bogini na własne oczy. No ładna jest rzeczywiście. Trochę przy kości i trochę biuściasta. Charakter pisma ma taki sobie ;)

piątek, 04 grudnia 2009
Na Facebooku napisałam, że nie będę kolejną osobą, która w swoim status update pisze: Snow in Houston!, ale na swoim blogusiu nie mam konkurencji więc sobie napisze. No więc pada śnieg. Oczywiście nie ma go tyle ile widzieliśmy TU, ale lepsze to niż nic.
Zakłady pracy już zamykają wrota. Mój mąż na przykład za chwilę będzie w domu, a nie ma jeszcze 13ej. Safety first, bo Teksańczycy nie mają doświadczenia w jeździe po lodzie, a takowy ma się utworzyć dziś wieczorem.
Na szczęście w zeszłym roku kupiłam Frankowi kombinezon na zimę, więc jeśli będziemy lepić bałwana to dziecko mi nie zamarznie.



zdjęcie z chron.com





Z innych wieści- Bill White będzie ubiegał się o fotel gubernatora. Może w końcu będziemy mieli gubernatora, którym można się pochwalić, a nie kogoś takiego jak TEN pan.
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston