piątek, 30 marca 2007
My tu gadu gadu, a czas leci. Proszę państwa- jutro- czyli u was już dzisiaj, moja Mama, zwana wam jako Mamut idzie na emeryturę. Moja Mama jest nauczycielką. Nauczycielem specjalnym w tak zwanym nauczaniu integracyjnym.
Mamut jest najlepszym nauczycielem na świecie (pomimo tego, że gdy zanim została nauczycielem specjalnym i gdy przychodziła do mojej klasy na zastępstwo to nigdy mnie nie brała do tablicy gdy znałam rozwiązanie- pewnie nie chciała, żeby ją ktoś oskarżył o korupcję).
Życzę wam wszystkim zarówno takich Mam jak i takich nauczycieli.
No ale co ja się tu będę rozczulać - stio lat stio lat!
czwartek, 29 marca 2007

Starzejemy się. Nikt nie zaprzeczy. Zaczynamy się także powoli sypać. Ze względu na to, że jestem przezorna- chodzę sobie raz do roku na tak zwany przegląd. Z reguły jestem zdrowa, więc wymyślam sobie jakiś tam problem i przy okazji zażyczam sobie badania krwi, ogląd znamion na skórze (bo trochę mam) i skierowania do jakichś egzotycznych specjalistów. Tym razem miałam jakiś tam problem zdrowotny, o którym nie będę tutaj wspominała, ale miałam też tak zwany problem wydumany. A mianowicie chciałam się zaszczepić przeciwko żółtaczce. (Jesteście zaszepieni?) Gdy mieszkałam w Polsce tak jakoś zawsze mi wyszło, że jak miałam okazję się zaszczepić to nie mogłam bo ta ostatnia szczepionka, która powinno się wziąć po 6 miesiącach była mi zawsze nie na rękę. To znaczy nie było mnie już wtedy w Polsce, bo byłam na wakacjach w Stanach. Tak więc żyłam sobie bez tej szczepionki dobre kilka lat.

wtorek, 27 marca 2007
Żebyście nie myśleli, że zapomniałam o mojej kolekcji pickupów.


niedziela, 25 marca 2007
Dajecie czy nie dajecie?
Napiwki w Stanach są dość poważnym problemem. Bo napiwki niby wypada zostawiać, a żal.
Ja do napiwków mam jakiś tam sentyment. W sumie przez trzy sezony były moim głównym wynagrodzeniem. Nie powiem, dostawałam całkiem niezłe i to nawet w porównaniu z amerykańskimi koleżankami i kolegami. Dlatego też czuję jakiś taki dług wdzięczności do w sumie nie bardzo wiadomo kogo. No i z tego powodu nie szczypię się zupełnie jeśli chodzi o zostawianie napiwków. Zostawiam około 15%.
W zależności od tego w jakim jestem humorze stosuję dwie różne metody, aby taki napiwek wyliczyć. Jeśli jestem w dobry humorze i powiedzmy, że rachunek wynosi $28. Liczę sobie wtedy tak: do pierwszej cyfry dodaję 1, potem dzielę to na pół i dodaję te dwie liczby do siebie. Wyszło mi $4.5. Jeśli jestem w gorszym humorze to liczę sobie tak: pierwsza cyfra z rachuneczku plus jeden plus centy z kosmosu. Czyli na przykład $3 plus 60 centów. Centy z kosmosu zazwyczaj są w okolicach 60.
Kiedyś sporo podróżowałam służbowo. Wtedy nigdy nie miałam oporów w zostawianiu 18% czy też nawet 20%. Za wszystko płaciła korporacja i od dolarka w tą czy w tą nie zbiednieli. Zresztą, rozliczałam czasem rachunki innych i moje napiwki miały się nijak do tego co zostawiali inni.
Jeśli chodzi o chodzenie do restauracji to mam jeszcze kilka innych skrętek, których osoby chodzące tam ze mną po prostu nie mogą znieść. Ale o tym kiedy indziej.
Wracając jednak do napiwków. Jeśli idę na mani-pedi to też zostawiam. Wspieram koreańską inicjatywę. Jeśli idę do fryzjera to zostawiam- bo muszę i podobno wypada. Wolałabym nie zostawiać i w sumie zostawiam trochę z żalem. Jeśli idę na wosk to też zostawiam, bo mają automatycznie doliczone 18%. Skurczysynki. Zostawiam taxówkarzom. Ale tylko 10%. Zostawiam, bo zazwyczaj są mili. Zostawiam chłopcom od pizzy, bo wydaje mi się że wypada.
Komu zatem nie daję? Nie zostawiam w lodziarniach. Ani w Sturbucksie. Nie zostawiam w hotelach. Pomimo tego, że kiedyś mi wytłumaczono, że jeśli się podróżuje biznesowo to należy zostawić codziennie $5. Ludzie trzymajcie mnie! Nie! Stanowczo! Ostentacyjnie! Po moim trupie! Czyli po prostu nie.
Nie daję kierowcom z shuttle busu z parkingu The Parking Spot przy lotnisku. Chodźby mi nawet te torby zanieśli do samego okienka. Nie daję. Uważam, że jeśli pomagają tylko i wyłącznie za pieniądze to niech się wypchają. Monsz na przykład zawsze daje. Tzn generalnie próbuje nie dopuścić aby taki facet dorwał się do naszych toreb, ale jak się dorwie to mu zawsze da. Widzicie, z tymi facetami z shuttle busów jest taki problem. Oni się zawsze wyrywają aby wyrwać ci te torby. I wiadomo o co chodzi. O kasę chodzi. Bo z jakiego innego powodu taki wielki facet leciałby na złamany pysk, aby wyrwać torbę innemu wielkiem facetowi?
Ostatnio przydarzyła się nam taka właśnie historia. Wróciliśmy do Houston. Mieliśmy 3 wielkie torby - 20 kg każda.I jak to zazwyczaj bywa jak się wraca do kraju, mieliśmy także zero dolarków. Facet wyrwał się, wyrwał torby, spocił się strasznie, a ja mu na to: dziękuję. Na to on się odwrócił i głośno powiedział: czy jesteśmy pewni, że to rzeczywiście wszystko i czy o czymś nie zapomnieliśmy? Ja na bezczelnego- tak to wszystko, dziękujemy. Facet normalnie się wkurzył.
Jeśli nie mamy drobnych i "trzeba nie dać" Monsz zazwyczaj wysyłą mnie. Bo nie mam oporów w udawaniu tak zwanego głupa. Nie będę przecież dawać napiwka chłopcu, który wskaże mi drogę do pokoju w hotelu?
Zauważyłam, że ci którzy żyją z napiwków, podchodzą do nich bardzo emocjonalnie. Amerykańscy kelnerzy i kelnerki oceniają, dyskutują, obgadują. Jedna dziewczyna, z którą kiedyś pracowałam dostała kiedyś $2 zamiast $5. Wzięła te dwa dolary i pobiegła za klientami. Złapała ich jak już wsiedli do samochodu. Otworzyłą drzwi i wrzuciła im te 2$ na siedzenie. Powiedziała, że tyle to ona nie chce. Najgorsze w tym wszystkim było to, że reszta tak zwanego staff-u była z niej cholernie dumna. Dziewczyna ta była bohaterką.
Amerykanie nie lubią klientów z Europy. Bo ci zostawiają słabe napiwki. No cóż. Tak już mamy...

piątek, 23 marca 2007
Jakie znacie największe bzdury w sieci? Dowody na to, że są na świecie większe czubki niż my tu na bloxie?
Ja ostatnio odkryłam twitter... Chyba się starzeję, bo w sumie bardziej mnie to śmieszy niż podnieca.
środa, 21 marca 2007
Przyszłam do domu. Dość późno, nie powiem. Na obiado-kolację zjadłam kanapki. Sushi jak to sobie obiecałam było wczoraj, ale jakoś tak trochę podchodziło mi pod gardło więc nie ma się ze czego cieszyć. Wstawiłam kosz do garażu. Zazwyczaj robi to monsz, ale że go nie ma przez cały tydzień, to ktoś się musiał tym koszem zaoopiekować.
Pewnie znowu zakosiłam kosz sąsiadów, bo ja tam tych koszy nie rozróżniam. Starzy znajomi pewnie pamiętają historię ze śmietnikiem. Nowi chyba nie. Chętnie przedstawię.
Otóż rok temu zwędziliśmy sąsiadom śmietnik. Przypadkowo. Po prostu. Został tylko jeden więc zabraliśmy ten, który został.
Sąsiedzi byli bardzo przywiązani do swojego śmietnika, więc po kilku dniach napisali mejla, że zaginął i że tęsknią. Napisali tego mejla do wszystkich sąsiadów. Oczywiście dla nas śmietnik to śmietnik, kto by się martwił śmietnikiem. Mejla się skasowało i nie zawracaliśmy sobie tym tak zwanej gitary. Po paru dniach kolejny emaile. Wszyscy sąsiedzi się tłumaczą, że nie mają, że nie widzieli, że jak sąsiad chce to może przyjść i sprawdzić. Że Henry kupił sobie nowy śmietnik i że on ma swój zaznaczony i że przysięga, że to jest jego śmietnik.
Po paru dniach i wyeliminowaniu wszystkich sąsiadów, wiadomo było, że śmietnik z pewnością siedzi w naszym garażu. I tęskni pewnie.
No a że się akurat nudziliśmy nagraliśmy krótki filmik, który wysłaliśmy do właściciela śmietnika i zażądaliśmy okupu...
Na wszelki wypadek już się zastanawiam co nagramy tym razem...

wtorek, 20 marca 2007
No to wszystko jasne. Receptą na "bycie piękną" jest siatkówka.
To ja mam przerąbane, bo do siatkówki to mam dwie lewe ręce. Zresztą do koszykówki też. A wy jakieś sporty uprawiacie?
Któż z nas nie używał, albo nie słyszał o Gnutelli czy też innym Napsterze. Słyszeli wszyscy. Pisałam ostatnio o Netflixie, do którego namówiła mnie aniabuzuk. (BTW, z Netflixa jestem nadal zadowolona- własnie czekam na film o Janie Pawle 2). Ostatnio, wpadł mi w ręce artykuł o fajnym pomyśle, który nawet kiedyś miałam w głowie, ale z pewnością każdy może powiedzieć to samo. Otóż jest to po prostu wymiana muzyki. Bo jak się okazuje barter jest legalny we wszystkich 50 stanach.
Zasada jest prosta. Tworzysz sobie konto- takie jak na allegro na przykład i ogłaszasz się ze swoją płytoteką. Tworzysz sobie dwie listy- Want i Have. Wysyłasz komuś płytę, płacisz jakąś tam opłatę z transakcję (około $1.5) i możesz zażyczyć sobie płytę z cudzej Have listy. I czekasz, aż do ciebie przyjdzie.
Jest kilka takich serwisów. Lala ma chyba największy zbiór- bo około 1.8 miliona tytułów.




Jak wszystko, usługa ta ma swoje plusy i minusy. Plusy takie, że można zdobyć płytę za niewielką sumę i to legalnie. A głównym minusem jest oczywiście czekanie na listonosza. No ale jeśli potrafimy być cierpliwi, i możemy poczekać dwa dni, to może warto spróbować?
Ja chyba spróbuję.
poniedziałek, 19 marca 2007

Tydzień zapowiada się dość gorąco. Głównie ze względu na to, że mam niezły zapierdziel papierkowy. W życiu prywatnym znaczy się. Rozliczyłam podatki. Wypełniłam zaległe papiery do immigration, no i zakładam działalność gospodarczą. Złożyłam więc podanie o numer podatkowy, idę do County Clerk’a zarejestrować business i zaczynam się już martwić i trząść jak w następnym roku będę się musiała rozliczać. Wczorajsze popołudnie spędziłam na tworzeniu kont i generalnie na ustawianiu programu do księgowości. Vendors, customers, inventory itd. ... Całe szczęście, że się trochę tej księgowości liznęło w pracy, bo inaczej to osiwieć można by było. To znaczy i tak można. Dzisiejszy wieczór spędzam na wykładzie na podobny temat właśnie. Tak więc jeśli ktoś kiedyś chciałby otworzyć jakiś tam biznesik to chętnie podzielę się „linkami z ulubionych”. Oczywiście „co stan to obyczaj” i niektóre rzeczy są inne, ale podstawy są wszędzie takie same.

niedziela, 18 marca 2007
Wstałam. Ale zaraz idę spowrotem spać. Monsz leci dzisiaj do San Diego na "wycieczkę" z pracy, więc wstałam żeby mu zrobić herbatkę i tosta z lemon curd.
Boli mnie lewe ucho. Tak jakbym na czymś spała, na przykład na guziku od poduszki, tyle tylko że ja nie śpię na poduszkach więc w sumie jest to niemożliwe. Zastanawiam się natomiast czy możliwe jest, że w nocy wlazł mi tam pająk. Pająk skaczący, o który pisałam tu kiedyś (kurcze nieźle, na moim googlu jak się wpisze "skaczące pająki" to hjuston jest na pierwszym miejscu, u was też?). Wiosna rozpoczęła się na dobre i skaczące pająki wylazły ze szpar. Pewnie są nieco wkurzone.
No więc myślę, że mógł to być pająk, bo widzę właśnie, że mam ugryzienie pająkowe na prawej nodze. Skurczysynek, pewnie potem po tej nodze wlazł mi do ucha.
Może tam jeszcze siedzi?
poniedziałek, 12 marca 2007
Monsz nie mówi po polsku. Ale bardzo mu zależy żeby się nauczyć. Ksiąźki nie wchodzą w grę, bo wiadomo jak to jest z książkami. Nigdy się do nich nie zagląda.
Kolega Francuz, którego dziewczyna jest Amerykanką zareklamował nam Rosettę. Bedąc ostatnio na naszym wspaniałym lotnisku IAH przyuważyłam gościa, który sprzedawał cedeki z Rosettą. Podobnie jak Anna Patrycy, z pewną nieśmiałością zażądaliśmy od pana aby pokazał nam wersję demo. Pan pokazał wersję arabskiego (pan był Arabem). Wyglądało to demo znakomicie, no ale poprosiłam pana aby zademonstrował nam wersję polskiego, bo wiadomo jak to jest z reklamami. Nie widziałam jeszcze tak dobrego programu do nauki języka.
Podobno metoda ta działa w taki sam sposób, w jaki dzieci uczą się pierwszego języka. Poprzez zapamiętywanie znaczenia tego co widzą na obrazku. Na stronie Rosetty można sobie zobaczyć demo (trzeba się chyba zalogować). Nie owijając w bawełnę, dokonałąm zakupu. Polish Level 1.
Uczymy się razem, to znaczy ja oglądam- bo jestem zachwycona programem. Jedynym minusem jest cena, ale z drugiej strony sa szkołę też trzeba by zapłacić, więc w sumie wychodzi podobnie.

Na stronie ABC kursy- można przeczytać o programi Rosetta trochę więcej:

cyt: "Sam materiał językowy skonstruowany jest w oparciu o obrazy, dźwięki i (z rzadka) materiał video. Może to stanowić duże zaskoczenie dla użytkownika, wymaga też zapomnienia o analitycznym podejściu do języka. Przykładowo, system prezentuje obraz chłopca, wypisuje i wymawia słowo "chłopiec" w docelowym języku. Wydawałoby się, że w ten sposób nie jest możliwe zaprezentowanie bardziej skomplikowanych konstrukcji językowych, ale Rosetta radzi sobie z tym w sposób iście genialny! Prezentuje obok siebie obrazy, na których uchwycone są aktywności lub cechy różniące się pojedynczymi szczegółami, oraz podpisy, np. "chłopiec jeszcze nie skoczył i nie będzie skakał" oraz "chłopiec jeszcze nie skoczył ale będzie skakał". W takim kontekście nie stanowi problemu zrozumienie podpisów pod obrazami, nawet w nieobecności jakichkolwiek tłumaczeń".

Moja mama za miesiąc idzie na emeryturę. Myślę, że w prezencie dostanie Rosettę Stone- English- Level 1 and 2. Natomiast jeśli chodzi o Mensza- to idzie mu całkiem nieźle. Po dwóch lekcjach był w stanie powiedzieć następujące zdanie: Małpa skoczyła na konia. Biegnie przez ulicę i goni za chłopcem, który był pod stołem. Koń skacze przez samolot, podczas gdy mężczyzna i kobieta tanczą na ulicy.
Minusem tego wszystkiego jest to, że teraz mówi do mnie pani małpo...

piątek, 09 marca 2007
Wkładałam sobie szkła kontaktowe i porysowałam sobie oko. Dlatego też dzisiaj nie będę się produkowała.
wtorek, 06 marca 2007



Jak nadminiłam wcześniej odkryłam Icebreaker. Czym Icebreaker różni się od innych firm produkujących ubrania? Różni się wieloma rzeczami. Przede wszystkim nie zawiera sztucznych materiałów, jest w 100% naturalny i rzeczywiście, tak jak się reklamuje- nie śmierdzi- nawet po tygodniu noszenia. Mówię o tym proszę państwa z doświadczenia.
Monsz przeżywał ten Icebreaker jeszcze przed naszym wyjazdem. Nie bardzo wiedziałam o co mu chodzi, a nie chciało mi się za bardzo wdawać w lekturę. No ale kazał kupić, bo miał mi się przydać podczas naszej wyprawy na Tongariro Corssing. Że niby szybko schnie, i że jak się człowiek zmoczy to nie jest mu zimno. Chodzi mi o zmoczenie od deszczu i potu.
Kupiłam. Tanie to coś nie było, ale w sumie jak tak sobie policzyć to właściwie wychodzi że się opłaca. Bo rozchodzi się o to, że stu procentowa wełna z owiec Merino utrzymuje te owce w odpowiedniej temperaturze zarówno zimą jak i latem. Skoro więc owce są OK, dlaczego człowiek miałby nie być?
I rzeczywiście tak jest. Zasada jest jedna- nie używamy dezodorantów (bo blokują włókna).
Zrobiliśmy z Menszem eksperyment- nosiliśmy koszulki (bo potem oprócz tej bluzy z długim rękawem kupiliśmy sobie także koszulki z krótkim i na ramiączkach i jeszcze kamizelkę) do momentu aż dojdzie się do wniosku że trzeba zmienić bo zaczyna się robić powiedzmy niewygodnie. No i gdyby nie to, że człowiekowi od czasu do czasu robiły się plamy to chyba w ogóle byśmy ich nie zmieniali. Każdego wieczoru specjalna dwuosobowa komisja do spraw potu sprawdzała czy koszulka nadaje się do powtórnego założenia dnia następnego (nie spaliśmy w nich).
Rekord nie zmieniania wynosi 196 dni. Dzień i noc. Sam ŚP Sir Peter Blake nie zmieniał ubrania przez 80 dni. A Sir Peter Blake raczej by nam nie ściemniał. W końcu tytuł Sira do czegoś zobowiązuje (pominę tu fakt, że Elthon John to też Sir i że sprytnie wykręca się od płacenia podatków i że może ten tytuł tak naprawdę nic nie znaczy).
Tak więc jak się tak policzy ile by trzeba było mieć koszulek na takie 80 dni to wyjdzie, że się opłaca. Ale nie namawiam nikogo do próby pobicia tego rekordu.
Wełna w tej Nowej Zelandii to czysty biznes. Wszędzie widać ogłoszenia typu 100% wełny, Merino wool, wełniane rękawiczki itd itp. Nawet sprzedają jeszcze kawałki wełny ze sławnego Shreka. (Shrek to owca, która się ukrywała w jaskini w górach przez 6 lat. Shrek tak zarósł, że gdy go w końcu odnaleźli w 2004 roku to nie mogli uwierzyć, że tak można wyglądać).
Gdy byliśmy mali każdy z nas miał jakieś wełniane sweterki i bluzeczki. Ale nikt ich nie lubił, bo "gryzły". Icebreaker nie "gryzie".
Icebreaker sprzedaje także skarpetki. Monsz zakupił sobie parę, ale nie zapisałam się do komisji wąchającej.


poniedziałek, 05 marca 2007
Dopiero mam czas przejrzeć te wszystkie blogi i widzę, że sporo osób uległo manii "5 top secret rzeczy o sobie". Widziałam podobne posty na 4 blogach, które czytam i tylko jeden boxblox się buntuje. Postanowiłam więc ulec spóźnionej fali (bo nie było mnie w domu)i podzielić się z wami sekretami o sobie (przepisuje z komentarza jaki zostawiłam u Lonelystar):

1. W młodości zbierałam wyżute gumy do żucia. Wyżute nie tylko przeze mnie. Mialam wielką kulę, trzymałam ją w szufladzie, ale jak mama się dowiedziała to mi ją kazała wyrzucić i dlatego nie pobiłam rekordu. A mogłam być sławna!

2. Także w młodości - tej drugiej- każdej środy i piątku chodziłam na rehabilitacje dla dzieci z wadami postawy. Potrafiłam robić 50 brzuszków w ciągu minuty. Każdego lata jezdziłam na obozy dla takich właśnie dzieci- do 2 po poludniu wycisk, a potem dopiero normalna laba. Skoliozę mam do dzisiaj. Drugiego stopnia. Ale platfusa podobno nie mam. Teraz jestem fizycznym cieniakiem. A mój były mi zawsze mówił, że biegam jak Borat.

3. Jak na obiad mam ryż to zawsze zostawiam sobie trochę na drugi dzień. Żebym mogła sobie zjeść z mlekiem. Zazwyczaj jem w tym samym czasie kanapkę z ogórkiem czy czymś w tym stylu.

4. Wyobrażam sobie, że mam laser i mogę tym laserem ścinać co tylko mi się podoba. Szczególnie podczas jazdy pociagiem. Obcinam wtedy drzewa. Ale to chyba rodzinne, bo moja mama obcina te drzewa w wyobraźni nożyczkami (wiadomo, za czasów mamy nie było laserow).

5. Miałam w życiu taki okres, że dość sporo liczyłam. Tzn tak jak się liczy owce 1,2,3,4,5,6 itd. Potrafilam ogladać sobie film i liczyć karwa sekundy.

Zapraszam do podzielenia się waszymi sekretami.

Blog o Nowej Zelandii został dzisiaj otwarty. Zapraszam.
 
1 , 2
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston