poniedziałek, 31 marca 2008



Dzisiejszy wpis tak a propos krążących po bloxie dyskusji na temat Texasu. Texas - stolica większości firm znajdujących sie na liście Fortune 500. Drugi stan z najwyższym PKB. Nie wspominam już o liczbie milionerów...
Oczywiście, istnieje także druga strona medalu: najwyższa liczba zgonów osób bez ubezpieczenia zdrowotnego, stolica 3 najbiedniejszych hrabstw w USA. Drugi stan (po Kalifornii- przyznam, że nie wiedziałam), który ma najgłębszą przepaść pomiędzy biednymi i bogatymi. Tu także wykonuje się najwięcej wyroków kary śmierci.
Welcome to Texas!
Obejrzałam ostatnio szokującą, nazwijmy ją, wystawę fotograficzną online i chciałabym podzielić się nią z tymi, którym Texas kojarzy się tylko kowbojami i ropą naftową. Jeśli ktoś jeszcze nie widział tych zdjęć - proszę kliknąć TU (każde zdjęcie to krótki filmik).
Podobnie jak po obejrzeniu zdjęć z Katriny, na myśl przychodzi tylko jedno- czy Stany, w niektórych miejscach, rzeczywiscie różnią się tak bardzo od krajów tzw. 3-go świata?
piątek, 28 marca 2008
W następny weekend spodziewmy się szczególnych gości. Goście nie byle jacy, bo światowi - prosto z Czikago. Z Czikago, z kiełbasą żywiecką, albo krakowską- w zależności co rzucą w sklepie.
W zeszłym roku to my odwiedziliśmy państwa G., a w tym roku czas na rewizytę. Wizyty takie maja oczywiście swoje plusy (przede wszystkim chodzi o kiełbasę), ale mają także swoje pseudo minusy. Głównym minusem jest stres, który towarzyszy mi ostatnio, a który związany jest mówiąc krótko z jaskinią, czyli pokojem gościnnym. Pokój gościnny służy bowiem za tak zwaną graciarnię. Oprócz łóżka i łazienki (do której lubimy sobie z mężem chodzić)  znajdują się tam dziesiątki kartonów, light box, rowery, choinka i bałwan. A także tajemniczy mebel czyli kredens kuchenny z dziurami na dwa zlewy, z którego mieliśmy zamiar zrobić coś użytecznego, ale nie zrobiliśmy. 
Zastanawiam się więc jak to wszystko ogarnąć i zrobić z jaskini piękny pokój, w którym goście z Czikago będą się mogli zrelaksować bo dniu pełnym wrażeń. Może ArtDeco ma jakiś pomysł? 
Wpadłam ostatnio na pomysł zakupu parawanu. Postawię bawłana i choinkę na tajemniczy mebel na jedną stronę i zasłonię parawanem.
Parawan piękny, z Targetu (a Ania lubi Target). No ale nie mogę się jeszcze zdecydować, bo parawan wygląda na trochę maławy. Musiałabym chyba zakupić dwa.

Kolejnym 'problemem' jest to, że tak naprawdę nie bardzo mam pomysł czym można takich gości z Czikago zabawić? Co takiego mamy tutaj, czego oni tam nie mają? Owszem, mamy aligatory, więc pojedziemy do Brazos na aligatory i barbakiu. Ale co oprócz tego można tu pokazać? 
Szef w pracy proponuje rozrywki typowo amerykański typu wyjście do ... Gallerii. Ludzie trzymajcie mnie! 
Muzeum (jedno, drugie i dziesiąte) odpada, bo przecież goście z Czikago mają swoje muzeum i to lepsze. Rodeo już się skończyło. Tak więc co można tu robić, co można pokazać aby udowdnić, że Houston nie jest przeceż takie złe (hehehee eeehhhheeehee). Może ktoś ma jakiś ciekawy pomysł?
czwartek, 27 marca 2008
Okazuje się, że nie tylko ja mam termin na lipiec. 
Szkoda, że nie mieszkam w Oregonie. Może byłabym z tym panem / panią na tej samej sali porodowej... 
sobota, 22 marca 2008
Każdy ma jakiś tam talent. Jeden gra na pianinie, inny potrafi świetnie rysować, a ktoś tam jeszcze gotuje tak że spadają nam kapcie. Ja chyba takiego nie mam. Ale za to ma go moja Mama. Moja mama na ten przykład pięknie maluje jajka. Woskiem. Niestety w tym roku oglądam te jajka tylko przez Internet, ale mam nadzieję, że to już ostatni raz.




czwartek, 20 marca 2008
Parę miesięcy temu, kolega Guma (aka Milioner) poprosił mnie o pomoc w eksporcie pewnej zabaweczki dla swojego synka (przynajmniej tak twierdził). Zabaweczka wydawała mi się wtedy cholernie zaawansowanym technicznie dziełem. Zresztą zobaczcie sami. Guma miał nawet nakręcić podobny film, ale czekam już tyle miesięcy i zaczynam wątpić.
Nie wspomniałabym o tym, gdyby nie fakt, że ostatnio podobna zabaweczka nachodzi mnie po nocach. Jak już gdzieś tam wspomniałam, ostatnio bardzo dużo śnię. Niekoniecznie o Sawyerze z Zagubionych. Te sny należą do tych z gatunku tych bardziej creepy, ale mimo wszystko bardzo ekscytujących.
Czy słyszeliście już o BigDog (koniecznie obejrzyjcie filmik)? Po długim oglądaniu można odnieść wrażenie, że zabaweczka jest tak ludzka, że równie dobrze mogłoby to być na przykład dwóch facetów przykrytych jakiś płaszczem czy kocem.
Przydałby mi się taki wielki karaluch do noszenia zakupów. Albo do jeżdżenia po górach na przykład w takim Egipcie czy innym Grand Canyonie. Niestety, jak narazie karaluch planuje zadomowić się tylko u United States Army, Navy i Marines (więcej na stronie Boston Dynamic).




Myślę, że Guma może zacząć już zbierać na kolejny gwiazdkowy prezent dla 'dzieci'.
wtorek, 18 marca 2008
Jak już kiedyś wspomniałam, że nie mamy w domu telewizji. Tzn. telewizor mamy, ale nie podłączony do anteny. Nie oglądamy FOX NEWS, ale od czasu do czasu oglądamy amerykańskie seriale.
W piątki rozkładamy krzesła piknikowe, zasiadamy przed komputerem i oglądamy Zagubionych (przez Internet). Od czasu do czasu oglądamy też Kitchen Nightmares (także przez Internet) i Vicar of Dibley (z Netflixa).
Są jednak takie programy, które mąż lubi tak bardzo oglądać, że nie pożałowałby na wykupienie całego sezonu przez na przykład iTunes. Jednym z takich programów był Deadliest Catch. Nie wiem czy w Polsce leciał ten program. Z tego co wyszperałam, chyba raczej nie. Tu były już chyba ze 4 sezony. Zasady tego reality show są proste. Kilka drużyn rybackich na Morzu Beringa łowi kraby. Chodzi jednak o to, że łowią te kraby w niebezpiecznych warunkach (olbrzymie fale, lód, USCG). Mąż oglądał ten serial naprawdę bardzo namiętnie. Wydawało mi się, że chodzi o zaspokojenie jakichś tam potrzeb związanych z pochodzeniem znad morza, bo słyszy się, że ci znad morza czasem tak mają. Mąż jest znad morza.
Tak więc oglądaliśmy na początku razem. Ja głównie dlatego, że spodziewałam się zobaczyć trochę Alaski, a on z ww względów. Tak mi się przynajmniej wydawało.
Odcinki można streścić następująco: chłopcy z bardzo spektakularnymi płetwami, w niebezpiecznych warunkach zarzucają klatki pułapki, komuś odcina na przykład palec, albo ktoś wpada do wody, potem nadchodzą wielkie fale, albo lód i na koniec trzeba wyciągnąć kraby i policzyć ile się złowiło. Trzeba też było wykołować rybaków z przeciwnych drużyn i nie zdradzać im swoich sekretnych miejsc i tak dalej.
I tak w każdym odcinku. Przez cały sezon. Wrzucanie i wyciąganie klatek. Mierzenie krabów i zakładanie kombinezonów. Wszystko pod muzykę w stylu Bon Jovi.
Wystarczy obejrzeć ten oto fragment żeby poczuć klimat i uwierzyć mi na słowo, że każdy odcinek był dokładnie taki sam.
Mąż chciał abym razem z nim oglądała. Obiecał, że w zamian obejrzy ze mną jakiś słaby film- na przykład Click z Adamem Sandlerem. Zgodziłam się. Nie będę ukrywała, że serial znudził mi się już po drugim odcinku, ale mąż wciąż nalegał i cały czas twierdził, że serial mówiąc krótko jest zarąbisty. Twierdził też tak, gdy przyleciała moja siostra i została 'zaproszona' do wspólnego oglądania tego show.
Po kilku odcinkach odpadłam. Później, od czasu do czasu z drugiego pokoju dochodziły do mnie odgłosy obijających się o burtę fali i wrzaski chłopców z płetwami. W następnym tygodniu mąż wyjechał w delegację i zabrał ze sobą resztę odcinków, które obejrzał w samolocie. Gdy wrócił nie było już co oglądać. Odczułam ulgę.
Czas płynął, a po Deadliest Catch zostało tylko wspomnienie...
No ale jak to mówią, nie mów hop i nie ciesz się za szybko. W zeszłym tygodniu mąż odkrył nowy serial - Ax Men (tu można zobaczyć czołówkę) - tym razem o drwalach z mojej ulubionej części Stanów- Pacific Northwest. Mąż kusił pięknymi widokami z okolic Portland i akcją. Póki co zapowiada się interesująco hehe- ścinanie drzew, odcinanie palców, toczące się pnie, niebezpieczne maszyny, zła pogoda i generalnie 'życie pod wiatr'. W zeszłym tygodniu był pilot, w tym tygodniu zacznie się chyba w domu gorączka niedzielnej nocy...


poniedziałek, 17 marca 2008
Dzisiaj w cyklu z serii 'gdzie w Houston można dobrze zjeść' zaproponuję sposób na romantyczną i oryginalną randkę, bo przecież Walentynki już za niecały rok.
Rozmawialiśmy sobie ostatnio z dziewczynami i Wujkiem na moim innym blogu o instytucji tak zwanego Baby Shower. Co prawda notka ta nie będzie o Baby Shower, a o czymś go poprzedzającym, a mianowicie o Bachelorette Party, czy też raczej czymś bardziej spokojnym czyli Bridal Tea.
Otóż koleżanka wychodzi za mąż, i zgodnie z tradycją postanowiła urządzić imprezę. No ale w związku z tym, że nie wszyscy obecnie mogą spożywać alkohol, postanowiła urządzić Bridal Tea.
Czym jest Bridal Tea zapytają zapewne ci, którzy nie wiedzą. Bridal Tea to połączenie angielskiej High Tea z Bachelorette Party.
High Tea to właściwie po naszemu podwieczorek połączony z kolacją (wg Wikipedii). Tylko, że w odwrotnej kolejności. Najpierw kanapki, jakieś tam może jajko, zimne mięso i na zakończenie coś słodkiego. Oczywiście High Tea u angielskiej królowej jest być może bardziej wyrafinowana, no ale nie o angielskiej królowej będziemy tu dzisiaj rozmawiać.
Dodam jeszcze, że High Tea kojarzy mi się z moją ostatnią wycieczką do San Francisco podczas, której zapoznałam starszą panią z Włoch. Pani gderka narzekała na pracujace w angielskich restauracjach Polki, które ponoć nie wiedzą co to jest High Tea (dla przypomnienia pani gderki odsyłam do komiksu).
Czym jest Wieczór panieński chyba wszyscy wiedzą. Spotykają się psiapsiółki, dają w prezencie bieliznę i 'dobre rady' na udany związek. Czasem zaproszą pana 'policjanta', albo 'pizza boy-a' żeby im poskakał po pokoju w samych majtkach, albo i bez. No i oczywiście piszczą. Bez piszczenia się nie da.
Tak więc koleżanka zaprosiła mnie na Bridal Tea. Było nas kilka, w każdej inna krew. Jedna z Egiptu, druga z Australii, piąta z Albuquerque... Zaproszono nas do Kiran's (4100 Westheimer). Ach, co za lokal. Kto nie był, niech sie kiedyś wybierze, bo warto. Warto, chociażby dla tej herbaty.
Na początku podano nam Masala Chai. Ostatni raz taki chai piłam jak byłam w Indiach. Żaden chai ze Starbucks czy Whole Foods choćby nie wiem jak się starał, po prostu w niczym nie przypomina tego, który pija się w Indiach na ulicy. A ten przypomina.
Tak więc siedziałyśmy sobie i piłyśmy ten chai, a panowie kelnerzy tylko nam dolewali i przynosili zakąski. Na początek - samosy aloo (z ziemniakami, imbirem, red chilli i kolendrą), do tego czatnej z tamarynkiem i miętą.
I dolewka chai-u.
Później kebab z mango czatnej i jakiś tam wrap z baraniną.
I dolewka czaju.
Kolejna herbata- tym razem English Breakfast. Następnie kanapeczki z ogórkiem i łososiem z owocami granatu. A potem kochani, nie żartuję - przyszedł pan kelner z deserem i chyba się zebździł, bo nagle zaczęło trochę śmierdzieć.
A na deser jakieś tam ciastka. Ciastka w sumie nic specjalnego, lepsze umiem zrobić- ale nie jestem też fanką deserów, więc zbytnio mi to nie przeszkadzało.
I tak sobie siedziałyśmy, sączyłyśmy herbatkę przez kilka godzin, otwierałyśmy prezenty i radziłyśmy koleżance jak sobie wychować męża ...
Świetne miejsce na długie spotkania.
Polecam High Tea w Kiran's szczególnie jako miejsce na romantyczną i oryginalną randkę. Oczywiście taka randka wypali tylko wtedy jeśli się na nią idzie z kimś, z kim ma się o czym gadać - bo inaczej można się śmiertelnie wynudzić. No chyba, że pan kelner zafunduje nam rozrywkę z cyklu- zgadnij jaki to zapach?
poniedziałek, 10 marca 2008
Zaczyna się. Pamiętacie Wiewiórę? Dzisiaj będzie w podobnym klimacie, ale nie o Wiewiórze. Chociaż muszę tu nadmienić, że ostatnio Wiewióra przyszedł do nas z propozycja nie do odrzucenia, czyli zakupienia jakichś losów na loterie szkolną, w której to główną nagrodą była Toyota Highlander. Oczywiście nie wygraliśmy. Chociaż może wygraliśmy tylko Wiewióra zapomniał nam powiedzieć.
Zaczął się sezon rozwożenia wcześniej zamówionych Girls Scout cookies. Kto nie zna instytucji moze sobie oczywiście poczytać na Wikipedii. W skrócie napiszę, że chodzi o to aby dziewczynki scoutki sprzedały jak najwięcej ciasteczek. Teoretycznie zysk ze sprzedaży idzie na organizacje i finansowanie różnego rodzaju akcji związanych z działalnością tego ugrupowania.
Nie będę tu zastanawiała się nad tym czy rzeczywiście sprzedaż takich słodkosci w Ameryce to dobry pomysł. Wszyscy wiemy, że poraz kolejny zajeżdża tu trochę hipokryzją. Opowiem za to moja tegoroczną historię związaną z tymi ciasteczkami.
Ze dwa miesiace temu zastanawialiśmy się nad zmianą miejsca zamieszkania. W tym celu spotkaliśmy się z właścicielem obiektu, który nas zainteresował. Tak się akurat złożyło, że w tym samym czasie odwiedziła ich sąsiadka ze swoja córeczką, która akurat sprzedawała ciastka. Córka miała może 6 - 7 lat i widać było, że ma spore szanse aby w przyszłości zostać diamentem w Amway-u. Gdy tylko mnie zobaczyła, od razu przyleciała z szeroka ofertą: Thin Mints, Peanut Butter Sandwiches, Shortbread, Patties, Carmel de Lites i parę innych.
Nie pyta czy chcę, tylko ile. Cóż. Generalnie nie jestem zbyt asertywna więc myślę sobie, dla świetego spokoju wezmę paczkę. Nie zbankrutuję - bo cena wynosiła ni mniej ni więcej a "tree fiddy" ($3.50).
Dziewczynka wyciągneła jakiś specjalny arkusz, w którym sobie zanotowała moje imię i nazwisko, typ ciastek, liczbę pudełek (1) i email.
Przez chwilę zastanawiałam się czy nie podać jej emaila z błędem, miałabym spokój. Ale, że wtedy jeszcze myślałam iż być może będę mieszkała w tym miejscu, w którym się spotkaliśmy więc i tak by mnie znalazła i kazała zapłacić za te ciasteczka. Podałam jej więc poprawne informacje.
Zdecydowaliśmy sie jednak nie wprowadzać do tamtego miejsca i zakończyliśmy 'znajomosć' z panem sąsiadem harcerki. Dodam, że pan znajomy znał nasze nazwisko i nr telefonu, nie znał natomiast adresu.
O ciasteczkach zapomniałam. Mejla nigdy nie dostałam, więc pomyślałam sobie że pewnie harcerce się albo znudziło, albo umarła, albo coś w tym stylu.
Ale nic z tego. Dziewczynka pamietała o mnie bardzo dobrze, pewnie nawet za dobrze. A mnie sama władza Girl Scouts, (aka succubi) trochę przeraziła...
Siedzimy sobie w sobotę rano w domu. W piżamach ten tego. A tu nagle ding dong- dzwonek do drzwi. Myślę sobie, pewnie Wiewióra, bo musiałby to być ktoś z sąsiadów gdyż obcy nie znają kodu do bramy. No chyba, że znają.
Otwieram drzwi, a tam dziewczynka harcerka z mamusią, z paczką kurcze ciastek. Mama zażądała 'tree fiddy' i poszły.
Jak mnie znalazły, nie mam pojęcia. Widocznie Girl Scouts mają jakąś bazę danych z adresami wszystkim mieszkańców tego kraju. A kto wie, może i adresami wszystkich mieszkańców świata.
Niesamowite jest to, że ludziom (a może nadludziom), w ramach 'szlachetnego celu', chce sie tracić energię na odnalezienie kogoś tam, mieszkającego na drugim końcu miasta, w celu wyegzekwowania długu w wysokości 3 fiddy...
niedziela, 09 marca 2008
Jedyny plus ze zmiany czasu jest taki, że w końcu zegarek w samochodzie będzie wskazywał właściwy czas.
czwartek, 06 marca 2008

Nie jest tajemnicą, że Ameryka nie jest juz krajem rajem. Widzą o tym nie tylko użytkownicy forum, o którym pisze Ania, ale generalnie my wszyscy. Społeczeństwo.

Oczywiście mając dobrą pracę, nadal można się szybko wzbogacić i sporo zaoszczędzić. Ale równie dobrze można wzbogacić się w innych krajach. Forbes opublikował właśnie tegoroczną listę milionerów i bilionerów (miliarderów). Okazuje się, że w pierwszej dwudziestce jest już tylko 4 panów z ju es and ej (dla porównania- dwa lata temu było ich 10). Większość pochodzi z Chin, Indii i Rosji. Póki co- ci najbogatsi pochodzą jednak stąd. Pierwsze miejsce wśród tych z najbardziej wypchanymi portfelami zajmuje Warren Buffett. Następnie Carlos Slim, a tuż za nim Bill Gates. Wśród najbogatszych są też mieszkańcy Houston. Co oczywiście nie zaskakuje, biorąc pod uwagę auta i rezydencje jakie widzi się w dzielnicy River Oaks.

Ale nie o tym miał być dzisiajszy wpis. Otóż okazuje się, że nasz blogowy kolega znany wszystkim jako Gumniak czy też Lone Gunman być może za parę lat dołączy do grona tych najbogatszych. Guma napisał właśnie książkę, która jest już do kupienia w Empiku za jedyne 20 zł. Ja swoja kupiłam w Merlinie, ale jeszcze nie doszła, więc niestety nie mogę się wypowiedzieć co do treści. Mogę za to, wypowiedzieć się na temat okładki, która moim zdaniem jest kiepska i trochę kwadratowa. Być może dzięki tej książce portfel Gumy zostanie już niedługo wypchany złotówkami, za które Guma będzie mógł zakupić sobie nowy płaszcz i dywan. Bo dywan jak wiemy ma dość obciachowy. Życzę więc koledze Gumniakowi powodzenia i dużo pieniędzy hehe, żeby wiodło mu się jeszcze lepiej niż temu z bloga nabogato (ten chyba akurat umarł bo ostatnio coś nic nie pisze).

niedziela, 02 marca 2008
Rodeo zaczyna się już w poniedziałek. Z tego też powodu do Houston przybyli Trail Riders.







Więcej (bardziej interesujących) zdjęć można obejrzeć w Houston Chronicle
Można także obejrzeć krótki filmik, ale proponuję bez głosu, bo państwo aktorzy trochę pierniczą bez sensu.
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston