niedziela, 30 kwietnia 2006
Moja koleżanka kupiła sobie świnie do okruchów. Myślę, że też sobie kupię.


Dostałam w prezencie ipoda. 30GB z możliwością oglądania zdjęć i filmików. Podeszłam do niego z pewną nieśmiałością gdyż prawdę mówiać nie bardzo wierzyłam, że na tym ekraniku można cokolwiek zobaczyć. Ale jednak można. Jakość jest naprawdę zdumiewająco dobra. Tak więc polecam.
Póki co downloaduję sobie zasoby wszystkich mp3 jakie mam. Myślę, że może być tego z jakieś 20 GB.
Ostatnio słucham też róznych podcastów (które też mozna sobie zapisać na tym ipodzie i słuchać w samochodzie), a ostatnio uczyłam się: How To Video Podcast - by French Maid. Serdecznie polecam.


sobota, 29 kwietnia 2006
Chorować w ogóle nie jest przyjemnie, ale ostatnio tak jakoś myśl o chorowaniu w Hjuston wydaje mi się bardzo optymistyczna. Bowiem mamy tutaj TMC, czyli Texas Medical Center. TMC to takie miasteczko w mieście. Znajduje się tam 13 szpitali, w większości są to wysokie budynki na dachach których lądują codziennie helikoptery z organami gotowymi do różnych przeszczepów. Codziennie rano przejeżdżam tamtędy w drodze do pracy. Lubię tamtędy jeździć pomimo korków. Zawsze jest tam sporo ludzi, którzy do pracy idą na piechotę albo rowerem. Generalnie widzi się na ulicy masy ludzi co w Hjuston jest raczej rzadkością. Bedąc w TMC ma się wrażenie, że jest się w jakiejś grze komputerowej typu Doom. Budynki, otwierane drzwi, kolejka (tzn nasz tramwaj).
TMC oczywiście nie jest instytucją charytatywną, a wręcz przeciwnie- jest niezłym biznesem. Ma swoją misję, w której między innymi mówi  się o najwyższych standardach oferowanych usług zarówno dla pacjentów lokalnych jak i zagranicznych.
Może przytoczę tutaj trochę faktów.
TMC w liczbach:
-    13 szpitali (100 budynków),
-    5.2 miliony pacjentów w roku 2004,
-    10,456 pacjentów zagranicznych,
-    6,344 łóżek,
-    65,300 pracowników,
-    12,000 wolontariuszy (których praca generuje wpływy wielkości $15 milionów rocznie!),
-    11 szkół,
-    22,000 studentów,
-    TMC zajmuje 800 akrów,
-    18 mil dróg,
-    44,188 miejsc parkingowych
Robi wrażenie, co?
Oczywiście ktoś powiedziałby – e szpital jak szpital i tak nikt się tobą nie interesuje. A ja nadal będę przystawać przy swoim, że jak chorować to tylko tutaj.
Kilka miesięcy temu miałam okazję przekonać się o jakości serwisu w jednym ze szpitali (szpitalu Św. Łukasza, btw znajdującego się w pierwszej 20 miejsc w których najlepiej pracować w Stanach). Spędziliśmy tam jeden dzień. Nie będę za bardzo wchodzić w detale, powiem tylko że byłam tam jako osoba towarzysząca, nie członek rodziny. Najpierw emorgency – potem oddział kardiologiczny. Tak więc poważna sprawa, nie jakiś tam dermatolog czy coś w tym stylu. Nie będę tu opisywać historii, bo nie o tym miało być. Chcę tylko powiedzieć, że takiego serwisu to ja w życiu nie widziałam. Na parkingu walet parkuje ci samochód (co coprawda kosztuje $15, więcej niż wszędzie indziej). W pokoju własny telewizor, którego nam nie chciało się oglądać bo raczej nie byliśmy w radosnym nastroju. Pielęgniarz przychodzi co 15 minut sprawdzić czy nic ci nie potrzeba i inne takie. Zabieg przeprowadzał pan doktor z Włoch – Serano czy jakoś tak, który miał bardzo silny akcent, czerwone skarpetki i brązowe spodnie. Była godzina 20 był bardzo zmęczony, ale przyszedł przywitał się ze mną, zrobił co miał do zrobienia, pożegnał się i dał wszystkie instrukcje co zrobić jutro na wypadek gdyby pacjent nie wiele pamiętał. Potem poszedł do następnego pacjenta. I oczywiście te wszystkie bzdury o tym, że nie rodzinie nie podaje się żadnych informacji... Nikt tam nie traktował mnie jak obcego. Wszędzie mogłam wejść. Siedzieć, słuchać...
Oboje byliśmy pod wrażeniem usług, na tyle że mysleliśmy o wysłaniu jakichś tam kartek do tych 2 pielęgniarzy i pani doktor, którzy byli do nas przypisani.
Potem przyszedł rachunek. Mając ubezpieczenie można oczywiście przeżyć i zapłacić, bo płaci się jakąś tam część.  Ale bez ubezpieczenia byłoby cięzko. Moja mama nawet nie zarobi na pokrycie takiego rachunku przez rok.
A szpital podliczy cię za wszystko. Za każdą igłę, za każdy wacik, za każdą interpretację wyników... Jest to naprawdę biznes. I może jak ma się do zapłacenia jakąś tam sumę, której wolałoby się nie płacić i wydać np na nowy komputer to przeklina się ten cały system. Ale jak pomyślę sobie, że mogłabym mieć do wyboru szpital za darmo, ale w którym każdy pracownik miałby mnie gdzieś i na koniec zaraziliby mnie hivem to chyba wolę jednak zapłacić, i  mieć pewność że nikt tam na moją skórkę nie czeka...
Ostatnio przeglądałam swoje rachunki i stwierdziłam, że na ubezpieczenie zdrowotne wydałam w tym roku prawie 2 tysiaki. Ale z drugiej strony u lekarza była w tym roku kilka razy. Głównie u dermatologa na wycięciu Benego Kuleczki z szyi i paru innych. Też traktowano mnie nieźle.
Co mnie skłoniło do napisania tego wszystkiego? W sobotę byliśmy na kolacji u znajomych Francuzów. Przemili ludzie. On pracuje tu nad nadwagą Amerykanów hehehe- ma dużo pracy jak mawia jego żona. Mieszkają na jednym z osiedli właśnie koło TMC. No i zapytałam się ich kto głownie mieszka na tym osiedlu. Czy lekarze i pielęgniarki. Otóż tak, ale większość mieszkańców to pacjenci. Ludzie chorzy na raka, którzy powiedzmy raz na tydzień muszą iść na jakiś tam zabieg. Przyjeżdżają do Hjuston, wprowadzają się do tych apartamentów i liczą na pomoc... Niesamowite.
23:31, sylwia-houston , różne takie
Link Komentarze (2) »
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston