poniedziałek, 30 kwietnia 2007


W związku z tym, że wiele z was było zainteresowanych kwestią butów, a właściwie ich farbowania, donoszę że farbowanie odbyło się bez jakichkolwiek problemów. Pofarbowałam białe skórzane na czarne (także skórzane) i mam teraz parkę naprawdę świetnych butów gino-rossi. Zrobię jutro zdjęcie gdzie będzie można zobaczyć efekt przed i po. Operacja miała miejsce TU i trwała tydzień czasu. Kosztowała $20. Wniosek z tego taki, że jeśli mają w sklepie fajne buty w kiepskich kolorach to zawsze można sobie kupić i pofarbować.
Pofarbowałam sobie też włosy. To znaczy zrobiłam sobie highlighty. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że trafił mi tam u tego fryzjera w ręce miesięcznik Nylon. Czyta ktoś? Ja nie czytam i nie zamierzam, ale u fryzjera przeczytałam, bo nie miałam co robić jak tak siedziałam z tą folią na głowie. Przeczytałam artykuł o naszej polskiej gwieździe Alicji Bachledzie Curuś. Taki tam wywiad, w którym opowiada o życiu w LA i o tym, że ludzie się dziwią gdy na pytanie "How are you?" nie odpowiada "Thanks, I am fine".
No ale nie o Alicji miało być, a o butach, bo w końcu o butach ta dzisiejsza notka. Odkryłam w tym Nylonie buty, które przypomniały mi jedną z moich mało tak naprawdę znaczących tragedii życiowych. Czy mieliście lub macie swoje ulubione buty? Ja miałam. Takie chińskie wsuwaki na gumowej podeszwie, które można było nosić ze skarpetą i bez. Uwielbiałam je. Uwielbiałam je tak bardzo, że właściwie żadne inne buty dla mnie nie istaniały. Ale wszystko co dobre szybko się kończy. A było to tak...
Miałam wtedy może 5-6 lat. Wybrałam się z rodziną do Warszawy. Wielkie przeżycie- pierwszy raz na ruchomych schodach na Dworcu Centralnym. Oczywiście w moich wsuwakach. Pamiętam, że nie mogłam się tym schodom nadziwić. Nakleiłam na nie gumę do żucia i obserwowałam czy do mnie wróci. Nie wróciła. Wtedy jeszcze miałam moje wsuwaki. Ale czarno godzina zbliżałą się szybkimi krokami.
Trzeba było się wepchać do pociągu. Przeklętego ekspresu z Warszawy Wschodniej do Szczecina. Podobne tłoki widziałam tylko w Indiach. I wtedy, podczas tego wpychania spadł mi ze stopy wsuwak. Spadł i został zupełnie sam na torach. Pod pociągiem. W tych ciemnościach. Byłam załamana. Nie można było się po niego wrócić bo te tłoki. Pamiętam, że ryczałam jak szalona, bo na dokładkę musiałam wracać do domu w czerwonych kapciach...
To była moja ostatnia para wsuwaków. Więcej już ich nie chciałam. Musiałam im zostać wierna. Zresztą, urosła mi potem stopa i moich rozmiarów już po prostu nie było. Ale wczoraj Pan Bóg znowu się do mnie uśmiechnął. Jakby postanowił mi wynagrodzić za ten powrót do domu w czerwonych kapciach. Bo rozumiecie odkryłam Keds. Mają rozmiary nie tylko dla dzieci, ale i dla kobiet. No po prostu rewelka. Myślę, że w takich butach to ja daleko zajdę...



piątek, 27 kwietnia 2007
Rzadko się zdarza abym polecała tu jakieś książki, ale dzisiaj zrobię wyjątek, bo trochę nie mam o czym pisać.  To znaczy mam, ale nie chce mi się.
Czytam książkę Jona Krakauer'a pt Into the Wild. Polski tytuł brzmi Wszystko za życie. Kto czytał?
A kto nie czytał ten może dowiedzieć się o czym jest ta okropnie wciągająca historia tutaj. Dodaję ten wpis do kategorii Filmy, bo w tym roku będziemy mogli obejrzeć film oparty na tej właśnie historii.


czwartek, 26 kwietnia 2007




Byłam wczoraj że się tak wyrażę w miejscu zadumy. Mamym bowiem w Houston nie tylko WHATABURGER-ownie i kościoły gdzie można grać w bingo, ale jest także Rothko. Kaplica Rothko jest jedną z części kompleksu Menil. Menil jest muzeum, w którym można obejrzeć prywatną, okazałą kolekcję Johna i Dominique de Menil.
Dominique (z domu Schlumberger - jak się można domyślić spadkobierczyni fortuny) podczas swego prawie stu letniego życia zebrała wrazem z mężem ponad 10 tysięcy dzieł sztuki (w tym obrazy Cy Twombly'a). Niezłe hobby. Kolekcję można podziwiać zupełnie za darmo w Muzeum Menil właśnie.
W okolice Menil chodzę dość często. Czasem do parku na trawkę, a czasem karnę się ot tak na rowerku. Czasem zajrzę do środka żeby sprawdzić co akurat pokazują. Czasem wejdę do środka żeby się po prostu przejść po tym budynku, bo budynek sam w sobie też jest niezłą atrakcją (zaprojektowany zresztą przez ich syna- Francois).
Ale oprócz parku jest tam jak już wspomniałam Rothko. Poszłam tam tak trochę z ciekawości, bo sporo o tym miejscu słyszałam. Że jest to kaplica dla ludzi każdej wiary. Że na czas modlitwy można wypożyczyć książkę - biblię do jakiejkolwiek wiary się chce. Że wiszą tam piękne dzieła sztuki (no akurat to mnie jakoś nie powaliło- zobaczcie sami na zdjęciu u góry). I że w ogóle jest to bardzo wyjątkowe miejsce. Czasem można ponoć spotkać Dalaj Lamę, jak akurat przyjedzie z wizytą, no ale nie liczyłam, że spotka mnie ten zaszczyt.
Kaplica jak to kaplica. Jest dość mała. Nie ma w niej okien, więc można się trochę poczuć jak w bunkrze. Jest też trochę duszno. Jest łyso, ale mimo wszystko jest co oglądać- te ławki, kształty, poduszki do klękania. Ludzi nie ma zbyt wiele, więc rzeczywiście można się nawet na chwilę zamyśleć nad tym czy innym światem...
A wy gdzieś chodzicie aby odpocząć od komputerów, samochodów i tych wszystkich bzdur?
poniedziałek, 23 kwietnia 2007
Ale boli mnie lewy nadgarstek. Boli od wiosłowania jedną ręką. Byliśmy dzisiaj nad rzeką Sabine na kanu. Było to moje pierwsze doświadczenie z kanu w Texasie. Wcześniej zdarzyło mi się gdzie indziej. Bardziej na północ. Wybraliśmy się ze znajomymi. Wyjechaliśmy nie za wcześnie, nie za późno czyli o 10.00. Plan miał się następująco: 1.5 godziny jazdy na wschód (w kierunku granicy z Luizjaną),odbiór kanu w miejscowości Lumberton, dowóz nas i kanu do miejsca startu, 3 godziny spływu po rzece (30 minut przerwy na kanapki).
Gdyby nie rozmowy, podróż byłaby dość nudnawa. Bowiem jazda z Houston na wschód będzie zawsze przypominała mi moją poprzednią pracę, audyty w miejscowości Beaumont, TX i obsikane krzesła. Brzmi tragicznie, ale tak właśnie było. Pracowała tam bowiem pewna kobieta, która miała pewne problemy. Problemy można wybaczyć- zdarza się. kto wie, może mi za 40 lat też będzie się zdarzało. No ale, ludzie- takie problemy trzeba rozwiązywać. A tam jakoś nikt się nie kwapił. Tak więc jechałam sobie w tym samochodzie i rozmyślałam o Jack in the Box, w którym żywił się cały Staff i tych krzesłach właśnie. Beaumont, TX jest jednym z najsłabszych miast w Stanach, w których byłam. Gorszym nawet od Oklahoma City.
W Lumberton TX powitała nas właścicielka biznesu i jej synek - waga 300 kg- wiek 17 lat. Ale dobrze, że tyle ważył, bo te kanu w sumie były dość ciężkie, jakby ważył mniej to może by się chłopak zmęczył.
Biznesik wyglądał mi na takie trochę dorabianie na boku. No ale nie ch mają, bo przecież po tej Ricie do okolic wschodniego Texasu zawitało bezrobocie i zgrzytanie zębów.
Kobieta wyglądała w sumie na trochę stukniętą. Co chwila mamrotała pod nosem: chwilka, chwilka, 5 sekund. Zgarnęła kasę ($25 od parki) i bye bye. Synek zaprosił nas na pakę pickupa i w drogę, do punktu startu. Nigdy jeszcze nie jechałam na pacę pickupa w Stanach. W przeszłości i owszem zjechało się na pacę Półwysep Baja. Na pacę dość nowego pickupa pędzącego po nowiutkim asfalcie z jakieś 80 mil na godzinę. Nieźle mi się wtedy włosy poplątały (bo jakoś nie wpadłam na pomysł żeby sobie ja związać). Jechało się fantastycznie, aczkolwiek przyznam że zbyt rozsądne to nie było. Polecam i nie polecam.
Po przyjeździe na miejsce zapakowaliśmy się w kanu i w drogę. Kanu oczywiście, jak przystało na amerykański standard- ma miejsca na napoje w puszkach i miejsce na cooler. My piwa dzisiaj pić nie planowaliśmy, więc w naszym coolerku były tylko napoje bezalkoholowe, szynka na kanpki, ser z jalapenio, pomidorki, ciastka HIT i parę innych smakołyków. Płynęło się dość łatwo. Przede wszystkim dlatego, że poziom wody był dość wysoki i nie było zbytniego tłoku. Właściwie oprócz nas było tam jeszcze tylko dwóch kretynów, którzy co jakiś czas wywalali się w ich kanu. "Koledzy" ci byli też nieźle napruci.
Mi wywrotka nie za bardzo była na rękę. I bynajmniej nie chodziło o temperaturę wody, bo u nas kochani już lato jest pełną gębą. Chodziło przede wszystkim o żmije.


Tyle się o nich słyszało, ale oprócz takich niegroźnych zielonych to jeszcze nie zdarzyło mi się w Texasie przyuważyć jakiejś groźniejszej. A dzisiaj, proszę bardzo - aż dwie. I to nie jakieś pijawkowe, a właśnie mokasyny błotne. Jad silnie toksyczny. Kąsa gdy się na nią nadepnie. Mówiąc krótko - ohyda. Do tego właśnie doczytałam, że żmije te lubią sobie czasem wisieć na gałęziach nad wodą. Nam na szczęście dzisiaj żadna żmija nie wpadła do kanu.
Poza tym wspomnieć należy, że nurt rzeki Sabine nie należy do najsilniejszych, a kolor do najpiękniejszych. Ale pomimo tego koloru, rednecków jakich można spotkać na trasie i grzechotników które mogą wleźć w nogawkę wycieczka należała do jak najabrdziej udanych i z pewnością zostanie niedługo powtórzona. Tym razem w większym gronie, być może połączona z romantycznym noclegiem w mieście Beaumont. Tylko krzesła będziemy musieli wziąć swoje
-------------------------------------------------
Zdjęcia z przyjęcia tutaj.


piątek, 20 kwietnia 2007
Dzisiaj piątek. Dżinsy, makijaż i idę do pracy. Już jestem trochę spóźniona, ale to co. Trudno się mówi. Weekend zapowiada się pod znakiem niezłego zapierdzielu. To znaczy sobota, bo w niedzielę jedziemy ze znajomymi na kanu. Nad rzekę.
A zapierdziel spowodowany jest pracą nad tą wystawą. Nie wiem czy wam już mówiłam, ale poszłam i zorganizowałam Menszowi wystawę. Uważam to za swego rodzaju osiągnięcie osobiste (bez względu na to czy się coś sprzeda czy nie sprzeda), bo jak już kiedyś wspominałam jeszcze niedawno znana byłam z tego, że do obcego człowieka i to w obcym kraju raczej się nie odezwałam. Wszędzie trzeba mnie było, że tak powiem- wypychać. Do tej pory na przykład nie gadam z ludźmi w samolocie. Tak więc poszłam, poprosiłam, podpisałam i teraz zapierdzielamy. Zostały jeszcze 2 tygodnie, a mamy dość sporo do zrobienia. Zamówiłam 20 ramek firmy HALBE. Niemiecka kurcze jakość. Właśnie skończyłam rozmawiać z jakąś kobietą z Bostonu, która to ma przysłać mi inne półprodukty...
Wieczory spędzam teraz z sąsiadką, która uczy mnie jak się "sprzedać". (To znaczy nie ja się "sprzedaję", ale Monsz). Gdzie się ogłaszać, gdzie wysyłać flajersy, ile czego drukować i tak dalej... Właściwie to muszę przyznać, że nawet nieźle się bawię, tym bardziej że pijemy na tych wieczorach winko .
Sporo czasu spędzam też na "modleniu się", żeby wszystko dobrze poszło. Bo wiadomo- ryzyko pójścia z torbami jest zawsze. Tak więc jeśli za kilka dni przestanę nadawać, oznaczać to będzie że odcięli nam Internet.
Życzę miłego weekendu.
środa, 18 kwietnia 2007
Ostatnio dość sporo czasu spędziłam z tak zwanym help deskiem.
Problem był następujący- używałam bazy danych w Accessie. Baza danych znajdowała się na nie moim dysku. Robiłam jakieś tam query i w tym czasie straciłam na chwilę połączenie sieciowe. Pojawił się error i od tego czasu nie mogłam już wejść do tej bazy danych. Szalenie interesujące, nieprawda?
Z reguły staram się omijać help desk, bo bardzo często okazuje się, że mam do czynienia z helpless desk. Tak więc poczytałam trochę w Internecie i wzięłam sprawę w swoje ręce. Przyznam tu nieskromnie, że uważam się za osobę dość sprytną jeśli chodzi o współżycie z komputerami, tak więc moje próby przywrócenia bazy danych do życia nie polegały tylko na tak zwanym ?wyjściu i wejściu?. Nie jestem jakimś tam geekiem, ale wydaje mi się, że jeśli chodzi o obeznanie z komputerami to jest ze mną całkiem nieźle.
Niestety, nie dałam rady. Nie mogłam zrobić kompaktu, nie mogłam użyć funkcji repair- generalnie sytuacja była przegrana. Musiałam zadzwonić do help desk-u i żebrać o pomoc. Chodziło o to, aby weszli w kopię serwera z dnia wcześniejszego, skopiowali moją bazę danych, usuneli tą zepsutą i wkleili tą starą. Takie tam zwykłe "cut and paste". Rozwiązanie wydawało mi się idealne, tym bardziej że nie musiałabym tracić czasu na odtwarzanie danych.
No więc mój romans z help desk-iem trwał jakieś trzy dni. Nasza firma jest mała. Help desk znajduje się w innym mieście. Panowie rzadko raczą odbierać telefon. Trzeba do nich wysłać mejla i czekać. Klasyka. W poprzedniej firmie znałam się z chłopakami z help desku więc wszystko miałam załatwiane od ręki. Tutaj jest inaczej. Trzeba błagać i czekać. Mamy tu jednego faceta na miejscu, ale nie zna się zbytnio prawdę mówiąc na niczym, więc nie można na niego liczyć. Trzeba słać mejle. No więc wysłałam mejla i czekam. Czekałam jeden dzień. Facet oddzwonił i pyta się mnie czy zrestartowałam komputer, bo czasem to pomaga. Nie żartuję. Takie mi zadał pytanie. Wytłumaczyłam co zrobiłam, podesłałam linki z instrukcjami z Internetu i zaproponowałam swoje rozwiązanie. Namyślali się dwa dni. Potem szukali backupu, a po kilku dniach stwierdzili, że ostatni backup tego dysku był zrobiony w 2005 roku i że w ogóle kto mnie podłączył do tego dysku, bo przecież nikt miał go już nie używać. A używam nie tylko ja.
Zakończyło się na tym, że dostałam email mniej więcej takiej treści- plik jest stracony, proszę użyć własnego backupu !@!#$^ lub zbudować bazę danych od nowa. Krew mnie zalała. (Może od tego poszła mi ta krew z nosa?). Zakończyło się na tym, że odtwarzam sobie powoli tą bazę danych. Zostały mi jeszcze 2 miesiące danych do władowania...
Całe to wydarzenie i dość spora ilość wolnego czasu w pracy spowodowana czekaniem rozpoczęła moje dyskusje z Brazylijczykiem na temat helpless desk-u. Kolega podsunął mi kilka skeczy z Saturday Night Live (Nick Burns, Your Company's Computer Guy). Skecze dotyczą oczywiście współpracy z help desk-iem. Polecam.
Odkryłam też kolejna perełkę (Niezły refleks). The IT Crowd. Widział ktoś? U nas nie ma. Podobno w Polsce też już jest. Pod tytułem Technicy Magicy. Podobno lepsze niż the Office (gra zresztą ta sama ekipa). Tu można sobie zobaczyć kawałek. A tu w ogóle cały odcinek.
A wy jakie macie doświadczenia z tech support?
wtorek, 17 kwietnia 2007
Dzień zaczął się krwawo nie tylko w Wirginii. Po raz pierwszy od jakichś kilku lat obudziłam się dzisiaj z kompletnie zakrwawiona twarzą. Leciała mi bowiem krew z nosa. Krew z nosa leciała mi całe dzieciństwo i prawdę mówiąc wydawało mi się, że już z tego wyrosłam, a tu proszę... Powrót do przeszłości.
Byłam dzisiaj na wykładzie Kofiego Annana. Wykład był częścią serii Brilliant Lectures. Wykłady jak to wykłady, mają na celu uczyć. Uczyć przede wszystkim młodych Texańczyków (przyszłych liderów). Przekazywać im co w życiu jest ważne. Tak więc organizuje się sponsorów i zaprasza ważnych ludzi. Zaprasza się także dzieci z różnych szkół (państwowych i prywatnych). Przyjść mogą wszyscy, ale bilety dostają chyba tylko te które się dobrze uczą. To znaczy ja mówię dzieci, ale to bardziej takie 16-latki.
Spotkanie znajdowało się w tej samej sali, w której byliśmy na wykładzie Al Gore'a. Tyle tylko, że mieli jakąś nową kobietę, która wołała wszystkich na salę. Kobieta miała głos przypominający jakiś taki głos z filmów kosmicznych (takie głosy spokojnie ogłaszające nadejście jakiejś katastrofy). Albo może bardziej jak gdyby z Vanilla Sky. "Uwaga proszę państwa. Za 10 minut rozpoczniemy naszą przygodę. Za 5 minut przywitamy naszego gościa. Usiądźcie wygodnie w fotelach, zamknijcie oczy i oddajcie się podróży do nieznanej krainy. Wrócimy dokładnie za 2768 lat. Życzę miłego odbioru".
Najpierw śpiewały jakieś afrykańsko - hinduskie Słowiki. A potem przyszedł Kofi i zapytał się- would you like some coffee? Słabe, słabe- wiem że słabe- ale nie mogłam się powstrzymać. A skoro jestem właścicielem tego bloga, to czemu nie?
Kofi wyglądał dokładnie tak jak w TV. Czyli z twarzy podobny zupełnie do Morgana Freemana. Tak sobie myślę, że jak kiedyś będzie film o Kofim to chyba Morgan będzie musiał go zagrać. Kofi miał ładnie skrojony garnitur. Nie powiem. Włoski przyczesane. Długie palce. Trochę tak jakby u ET-ego. Często drapał się tym długim palcem w oko. Jak na 69 letniego faceta trzymał się całkiem nieźle. To znaczy z wyglądu, bo z wewnątrz to kto tam wie.
Kofi jak wiecie jest już na emeryturze. Teraz będzie pewnie jeźdźił po świecie i opowiadał o życiu. Houston było pierwszym miastem w Stanach, w którym się pojawił. Wiadomo- don't mess with Texas...
No ale o czym Kofi nam opowiadał. Opowiadał o tym jak przyjechał pierwszy raz do Stanów i spędził swoją pierwszą zimę w Minesocie. Opowiadał jak to jest być człowiekiem z Afryki, w życiu nie widzieć śniegu i wyladować właśnie tam. Opowiadał o swojej żonie. O najlepiej i najgorzej zorganizowanych akcjach. O "wyciąganiu" pieniędzy od milionerów (wiecie, że w Houston mamy ich 56 tysięcy?). Poruszał tematy, które oczywiście są nam wszystkim znane więc właściwie nie ma się czy podniecać. Potrzeba mi jednak było usłyszeć kogoś, kto przemawia tak wieloma metaforami. Miałam wrażenia jakbym słuchała własnego dziadka, który opowiada o strażnikach ziemi i o tym czego nie wolno czynić bliźniemu. Czasem wydaje mi się, że takich ludzi w Ameryce już usłyszeć nie można...
Kofi opowiadał o problemach świata rozwiązywanych w Nowym Jorku. Co chwila rzucał też imionami swych afrykańskich kolegów- Abdalla, Wamuhu, Maimuna, i nawet Gimbya.
Na koniec były zadawane pytania. Pytania jak to pytania- zawsze musi być jedno prowokacyjne- chodziło o biurokrację i nieskuteczność Narodów Zjednoczonych. Potem ktoś zapytał o to jakich liderów ma człowiek jak Kofi Annan (Mandela i Gandhi). Potem ktoś zapytał się jak się czuł gdy dostał Nobla. A na koniec ktoś dał mu rzeźbę...
Wykład był może nie tyle co pouczający, ale przede wszystkim spowalniający i przypominający o tym wszystkim, o czym uczyliśmy się na lekcjach religii czy srodowiska. No dosłownie- tak jak wspomniałam powyżej- jakby ktoś zabrał mnie na podróż w czasie. Tyle tylko, że środowiska nie uczyła mnie pani Ania M. a Mr Kofi Annan...
piątek, 13 kwietnia 2007
Dzisiaj w naszej co tygodniowej serii Czwartki u sąsiada w blogu obok, pragnę przedstawić jeden z moich ulubionych blogów na bloksie- Blog Inżyniera Luzaka - Ludzie kontra ludzie. Trudno jest mi się czasem połapać o co już chodzi w tym komiksie (komiks można poczytać gdy kliknie się na kategorię wszystkie), ale czytam mimo wszystko. Ostatnio jednak, Inżynier zapoczątkował nową kategorię dydaktyczno - naukową "Zbrodniarz tygodnia". Kategoria ta jest bardziej sensowna i zrozumiała dla tak zwanych ludzi prosto z ulicy. Inżynier w sposób przystępny nawet dla osób bez doktoratów (w końcu sam Luzak jest "tylko" inżynierem) rozważa bardzo trudne i jakże ważne tematy typu choroby czy też prawdopodobieństwo śmierci w wypadku lotniczym.  Generalnie  wieje od tej kategorii czarnym pesymizmem.
Na zakończenie pragnę życzyć powodzenia tym, którzy planują dzisiaj podróż lotniczą. Szczęście może im być bowiem potrzebne, bo przecież dzisiaj piątek 13-go.
czwartek, 12 kwietnia 2007
Wszystko mamy w Texasie największe. Zaczynając od mieszkańców, a kończąc na Wi-Fi. Tzn jeszcze tego Wi-Fi nie mamy, ale już niedługo mieć będziemy, więc pochwalić się można. Miasto Houston podpisało bowiem umowę z EarthLink Inc, w której to firma zobowiązuje się do utworzenia największej sieci bezprzewodowej w Ameryce. Nie wiem jak to jest na świecie, więc się nie wypowiadam. Fale będą obejmowały swym zasięgiem powierzchnię 600 mil kwadratowych. Całkiem niezły kawałek.
Dostęp do tej sieci nie będzie niestety darmowy- jak to jest na przykład w Bryant Parku w Nowym Jorku. Dostęp będzie kosztował $20 miesięcznie. Biedniejsze rodziny będą mogły cieszyć się internetem za $10. Miasto zdecydowało się na tą inwesycję ze względu na koszty. W przyszłości za pomocą tej sieci mają zamiar kontrolować światła na ulicach i odczytywać liczniki  wody.
Osobiście nie mam zamiaru przerzucać się na tą właśnie sieć. Ze względu na to, że nie będzie ona szybsza od tego co mam obecnie.
A tak z ciekawości to ile płacicie za Internet? Ja narazie płacę $12 bo mam niby jakiś special. Ale tylko przez rok.
środa, 11 kwietnia 2007
Dzisiejszy obrazek jest krwawy i okrutny. Ale takie jest też nasze życie, więc właściwie nie ma się czemu dziwić. Zdjęcie to nie zostało zrobione przeze mnie. Zostało nadesłane przez sąsiadkę z bloga obok Kosmo. Tym samym zachęcam was drodzy czytelnicy do dalszego nadsyłania zdjęć pickupów.Może nie aż tak krwawych i smutnych, tylko tych bardziej radosnych. Przypominających nam o tym, że idzie wiosna (a w niektórych częściach świata- na przykład u nas- jest już nawet lato).


poniedziałek, 09 kwietnia 2007

Każdy z nas chyba wie, że Amerykanie mają nieźle w czubie. Czasem w negatywnym, a czasem w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Tym razem będzie o jak najbardziej pozytywnym znaczeniu. (Ale tylko pod warunkiem, że ktoś jest fanem Gwiezdnych Wojen i z tego powodu, w czasach kiedy generalnie wypada być skromnym, potrafi wybaczyć (nie czarujmy się) niezłe marnotrawstwo wszelkich zasobów.
Na początek zapraszam wszystkich do odwiedzenia strony USPS - czyli Amerykańskiej Poczty (o mało co nie napisałam Amerykańskiej Poczty Polskiej). Tak, nie mylicie się- nie jest to żaden żarcik. Tak dzisiaj wygląda właśnie strona USPS. A wszystko dlatego, że nadchodzi właśnie 30 rocznica Gwiezdnych Wojen. Z tej właśnie okazji USPS postanowiło wypuścić serię znaczków z Vaderem, Lukiem Skywalkerem, C-3PO i innymi typkami. Niestety, zabrakło znaczka z moją ulubioną postacią Jabbą. Ale nie martwię się zbytnio, bo mam w pracy kobietę, która dosłownie wygląda jak Jabba, więc właściwie widzę Jabbę na codzień. No więc można głosować. Glosować na ulubiony znaczek ma się rozumieć. Można wygrać the Grand Prize VIP trip for four to Star Wars Celebration IV in Los Angeles, May 24-28, 2007.
Nie łudzę się, że wygram, ale zagłosowałam. Jutro zagłosuję jeszcze raz, pojutrze pewnie też. Na C-3PO- bo w sumie zawsze mnie wzruszał. Taka była z niego ciapa.
Ale to nie wszystko. Otóż w naszym pięknym mieście zaczęły się już pojawiać nowe skrzynki na listy. Skrzynki w kształcie R2-D2.
Szał 30-ej rocznicy nie objął tylko poczty. Innym instytucjom też zaczyna trochę odbijać. Na przykład- tutaj można sobie złożyć aplikację na kartę kredytową z Vaderem i zainkasować 3,000 Bonus Galactic Rewards Points - cokolwiek to znaczy. Prawdę mówiąc sama chciałabym taką kartę mieć. Ale z Jabbą.
Jutro muszę wysłać koledze list do Polski. Już wiem, do której skrzyneczki podjadę.
Do czego jednak zmierzam? Bo przecież nie do tego, że jutro muszę wysłać list do Polski. Zmierzam do tego, że cholernie podobają mi się tego typu akcje. Szczególnie jeśli bierze w nich udział, tak trochę jakby z przymusu całe państwo.

No to ten tego- Niech moc będzie z wami!

ps- do czytelników z innych stanów- czy u was też już są te skrzynki?


czwartek, 05 kwietnia 2007
Dzisiejszy dzień rozpoczął się zupełnie tak samo jak wczorajszy. O godzinie 6.00 zadzwonił mój biały budzik. Byłam dość głodna, więc postanowiłam zjeść śniadanie. Jest to dość ważny fakt gdyż planowałam śniadania nie jeść, bo muszę iść na jakieś tam badania krwi, a wiadomo, że krew się bada na czczo. Tak więc postanowiłam iść na całość i usmażyłam 4 jajka. "sunny side up". W sumie też wydawałoby się, że jest to mało interesująca informacja, a jednak nie. Otóż do niedawna nie umiałam robić tak zwanych jajek sadzonych. Jakieś tam zwykłe spłaszczone to pewnie i bym zrobiła, ale takich ładnych trochę rzadkich trochę twardych to nie umiałam. Tak mi się przynajmniej zawsze wydawało. Pewnie nie słusznie, bo w sumie to nigdy nie próbowałam ich zrobić. A teraz proszę jestem całkiem niezły mistrzunio. Płynie z tego taki morał- nie martwcie się jeśli wydaje się wam, że czegoś nie potraficie. Spróbujcie, nigdy nie wiadomo- może się okazać, że drzemie w was ukryty talent hehe.
Tak więc usmażyłam. 2 dla siebie i 2 dla Mensza. Smażę na dwóch patelniach, żeby mi się nie zlały i żeby mówiąc krótko i dobitnie były ładne. Dodaję trochę soli, pieprzu i oregano.
Kochani, jajka sadzone z oregano są świetne! A jak jeszcze podsmaży się cebulkę z winegretem to już w ogóle pierwsza klasa. Do tego dwa tosty, keczup i plasterek szynki.
Po takim śniadaniu raczej na czczo już nie byłam. Badanie krwi zostało tym samym odsunięte w przyszłość.
Nie chciało mi się iść zbyt wcześnie do pracy, więc poszłam sobie do urzędu. Przez całą drogę słuchała msobie jednej piosenki. Słyszałam tą piosenkę z jakieś 10 razy i zaraz znowu sobie posłucham. Moja nowa miłość: Missed the Boat zespołu Modest Mouse z płyty We Were Dead Before the Ship Even Sank. Polecam. Gorąco polecam.
Musiałam odebrać jakiś tam papier w związku z tym DBA czyli doing business as. Po przyjściu do pracy nie chciało mi się pracować, ale niestety musiałam.
Szef miał dzisiaj dwie rozmowy kwalifikacyjne bo szukamy kogoś do naszej grupy. Bo jest kurde tyle roboty, że można się załamać. Obaj kandydaci nie odpowiadali zarówno mi, jak i Brazylijczykowi. Doszliśmy do wniosku, że lepiej by było, żeby byli młodsi, żeby się za bardzo nie mądrzyli. Brazylijczyk ma 25 lat.
Tak minął mi dzień. Niezbyt ekscytująco, ale na szczęście zostało mi tego dnia jeszcze trochę. Za chwilę idę na spotkanie z koleżanką, a późniejszym wieczorem idziemy z Menszem na margaritę i tamales, od których jeszcze nie tyję. Mamy taki problem, że zamiast się kurde przygotowywać do wystawy (bo w maju wystawiamy kilka, że tak powiem dzieł sztuki) wolimy sobie pójść na piwo. Tak właśnie pracujemy już cały tydzień.
Wydarzeniem dnia dzisiajszego oprócz emaila od koleżanki z sąsiedniego bloga, która byczy się w Polsce jest powrót mrówek. Mamy bowiem znowu w domu mrówki. Dzisiaj odkryłam, ale nie wiem jeszcze skąd przyłażą. Narazie tylko jakieś 10. Ale wiem, że już jutro będzie ich 20, pojutrze 100 a za tydzień okaże się, że włażą mi do łóżka. Rok i dwa lata temu miałam ten sam problem. Tylko w kwietniu i tylko przez tydzień. Inwazja mrówek. Mrówki mają nie tylko nasi sąsiedzi, ale także znajomi w pracy. Szef Mensza i nawet Brazylijczyk. No ale cóż, zostawiam ten problem Menszowi, gdyż w zeszłym roku ja się ich pozbyłam z domu. teraz jego kolej.
To tyle jeśli chodzi o tytuł. Drugą część tytuły wyjaśnię w całkiem niedalekiej przyszłości. Życzę wam wszystkim miłego wieczoru i niemania mrówek. Bo w końcu są to dość obrzydliwe stworzenia jeśli widzi się je w kuchni, a nie na ten przykład w lesie.
poniedziałek, 02 kwietnia 2007
Dzień pełen wrażeń. Nie tylko dlatego, że dzisiaj był pierwszy kwietnia. Nie tylko dlatego, że na śniadanie jadłam moją ulubioną kanapkę z wędzonym łososiem na bułce z green chile z Einstein Bros. Nie tylko dlatego, że dostałam dziś kilka mejli z odległych krain, i nie tylko dlatego, że się zgubiliśmy w drodze po przygodę.
Otóż dzień był pełen wrażeń gdyż dzisiaj, po 3 latach mieszkania w Houston zobaczyłam coś co mnie powaliło na kolana i stwierdziłam, że dla takich właśnie widoków warto w Houston pomieszkać.
Już od jakiegoś czasu zastanawialiśmy się z Menszem, czy nie zapisać się do organizacji Houston Audubon, która zajmuje się ochroną ptaków. Texsas jak bowiem wiecie, jest krajem tak zwanym ciepłym, do którego przylatują różne ptaszory w celu przetrwania zimy. Albo też, które to zatrzymują się tutaj w drodze powrotnej z Meksyku do na przykład Kanady. Marzec jest takim właśnie okresem, kiedy to pojawia się u nas sporo gości. Marzec jest także okresem godów, więc ptaki i ptaszory można widzieć doprawdy wszędzie.
Pojechaliśmy więc nad Zatokę Meksykańską w celu odwiedzenia jednego takie miejsca, po naszemu byłby to chyba użytek ekologiczny. Znam się na tym trochę. W końcu spędziło się trochę życia w towarzystwie członków Federacji Zielonych czy innych Towarzystw Ornitologicznych.
Ale wracając do tematu, postanowiliśmy sobie, że postaramy się zwiedzić jak najwięcej takich właśnie miejsc. Dodatkowo, stałam się przedwczoraj posiadaczem jebitnej lornetki, którą to btw dostałam za zupełną darmochę. Tak więc wyruszyliśmy. Z 3 godzinnym opóźnieniem w końcu dotarliśmy do tego sanktuarium. A tak sami maniacy (w dobrym tego słowa znaczeniu). Wiem jak rozróżnić maniaka od niemaniaka, bo z takim jednym mieszkałam przez jakiś czas. (Dla wtajemniczonych chodzi mi o Zboksa). Lornetki, kalosze, czapki, 200% ochrona przed komarami czyli moskitiera na twarz, otwierane rękawiczki, koszule typu buzz off, aparaty fotograficzne z obiektywem conajmniej 600mm itd. A my jak na wakacje- termosik, herbatka, delicje szampańskie, koszulka z krótkim rękawem, kanapki, brak czapki, o rękawiczkach nie wspomnę. Mieliśmy na szczęście super płyn przeciwko komarom prosto z Australii, ale zakupiony w NZ. Polecam kochani, polecam pomimo, że z DEET-em. Dzięki temu płynowi Monsz zakończył dzisiajszy dzień tylko z 40 ugryzieniami.
No i do błedu życiowego musiałam się dzisiaj sama przed sobą przyznać. Że ja nigdy na podglądanie ptaków z tym kolegą współlokatorem się nie wybrałam. A kolega zapraszał. I to nie raz. Milion razy. Jezu jaka to frajda. Tym bardziej jak się ma taką lornetkę, która pomaga ślepej kurze zobaczyć co się dzieje na drzewie. Zresztą nie tylko na drzewie, bo i w krzakach można było podglądać pancerniki i wypatrywać czy nie nadpływa aligator.
No więc co oglądaliśmy? Przede wszystkim były tych ptaków setki. Były to trochę takie bociany, trochę kury, a trochę flamingi. Trochę też jakgdyby sępy. Nazwy znam, ale nie pamiętam, a nie chce mi się schodzić po książkę bo spać już trzeba iść. Ptaki te gnieździły się na tych małych drzewach i flirtowały. Zabawne to było, bo w sumie te ptaszory były dość spore, a drzewa dość małe. Wyglądały bardzo niezdarnie. Tak jakby to drzewo w ogóle im się nie należało. Niektóre z ptaków (tych bardziej bocianów) miały zielono dookoła oka- co oznacza, że są wolne i chętne, a inne miały żółto- co oznaczało- spadaj pan. Porobiłam trochę zdjęć - zapraszam. A potem siedziałam i gapiłam się przez lornetkę. Nie będę tu ukrywać, że niektóre te zdjęcia chyba wyszły mi fuksem, bo to co widziałam przez moją nową jebitną lornetkę miało się nijak do tego co sfotografowałam. Na przykład to zdjęcie ptaka z gałązką- jak robiłam to zdjęcie to gałązki nie widziałam...A przez lornetkę nawet jajka w gnieździe widać było.
Tak więc w Wielkanoc jedziemy tam znowu - tym razem z samego rana. Musimy się tylko wybrać do sklepu myśliwskiego po: moskitierę na twarz, otwierane rękawiczki, koszulę typu buzz off no i jakiś kamuflarz czyli piórko do kapelusza czy coś w tym stylu. Albo wszystko w jednym. No to idę spać. Życzę wam aby się wam przyśniły te różowe Spoonbille.

niedziela, 01 kwietnia 2007
Jak zapewne zauważyliście, wprowadziłam pewne zmiany. Nie ma już linków do innych blogów, ale zamiast tego są fragmenty ich rss z linkami do tychże blogów. Ukazuje się 30 najnowszych wpisów. Pytanie do was- czy widzicie bez problemu polskie znaki? Wiem, że w Safari tych znaków nie można zobaczyć, ale nie wiem jak jest w innych przeglądarkach. Tak więc pytam, czy widzicie?
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston