środa, 30 kwietnia 2008
Generalnie od poniedziałku jestem na wakacjach. Mieliśmy jechać na zachodnie wybrzeże, ale że za bardzo bolą mnie żebra i nie wiem czy jestem w stanie wysiedzieć 3-4 godziny w samolocie postanowiliśmy wybrać się w podróż po okolicy.
Plan jest leniwy, bo oprócz żeberek, zaczęły mnie też boleć plecy i trochę ciężko jest mi się ruszać. Zaplanowaliśmy więc wycieczkę kajoznawczą po Hill Country. W związku z tym, że mamy jakieś tam zniżki i kupony jedną noc spędzimy w Lost Pines gdzie główną atrakcją będzie wylegiwanie się wieloryba na basenie. Hotel jak hotel, normalnie raczej byśmy tam nie pojechali ze względu na to, że bardziej przypomina to wyjaz na jakiś tam corporate meeting niż romantyczny wyjazd we dwoje. No ale, że wieloryb (czy też znany z komentarzy spod poprzedniego wpisu Kaczor Donald)  nie bardzo nadaje się na kemping (nie tylko z powdou tych pleców i żeber, ale także z powodu upałów w nocy) postanowiliśmy wybrać się na mały pampering do Lost Pines właśnie.
Z Lost Pines pojedziemy do Fredericksburga na niemieckie conieco. Cudem znaleźliśmy nocleg w przyzwoitym B&B (wujek dobra rada radzi aby wszelkie noclegi rezerwować albo w środku tygodnia, albo na miesiąc przed planowaną podróżą).
Tak więc nie było łatwo. Bądźmy szczerzy- wszelkiego rodzaju B&B w okolicach Hill Country bardziej straszą niż zapraszają. Brakuje w nich tylko stracha na wróble.
Zresztą zobaczcie sami:



Albo to:








Poszukiwanie miejsca do spania, w którym nie posikamy się ze śmiechu i nie otrujemy się naftaliną trochę trwało. Nie chodzi oczywiście o to, żeby nie było śmiesznie. Chodzi o to, że te babcine B&B wcale nie są tańsze niż te takie bardziej kowbojskie.
To nasze jest bardziej w stylu Santa Fe, no ale o tym po powrocie.
Podczas wyjazdu planujemy zatrzymać się w trzech parkach stanowych i w sobotę wieczorem być już spowrotem.
Mam nadzieję, że w tym czasie mrówy nie wyniosą nam mieszkania...
Straty na dzień dzisiejszy:
- spaliłam garnek z sosem,
- spaliłam (chyba) silnik w zmywarce do naczyń,
- spadło mi na podłogę sześć jajek.
Poza tym jak w zegareczku. Jest kwiecień i znowu pojawiły się mrówki. Że tak pozwolę zacytować samą siebie z zeszłego roku: Dzisiaj odkryłam, ale nie wiem skąd przyłażą. Narazie jakieś 10. Ale wiem, że jutro będzie ich 20, pojutrze 100, a za tydzień okaże się, że włażą mi do łóżka... 
środa, 23 kwietnia 2008

Wczorajszy wpis u Ani na blogu natchnął mnie do napisania kilku słów o instytucji tak zwanych 'thank you cards'.
Kartkę z napisem Thank You - można zrobić, ale oczywiście można też kupić. Domyślam się, że pewnie w Polsce w empiku i nie tylko, też można już takie kartki nabyć. Za moich czasów takich kartek nie było.
Kartkę 'Thank You' wysyła się zazwyczaj w podzięce za prezent czy też datek. Rzadko za przysługę. Tak więc dostaje się takowe kartki za prezent na Baby Shawer, na ślub itd. Do kartki należy napisać krótką historyjkę typu:
Kochana ciociu Rachel (na przykład),
Dziękuję ci z całego serca za mikser, który dostaliśmy od ciebie w prezencie ślubnym. Za każdym razem jak będziemy go używali będziemy myślami z tobą.
Albo:
 Droga Christine,
Dziękuję ci za worek pieluch dla naszego synka. Za każdym razem jak będzie robił siku lub kupkę będzie o tobie myślał.
No coś w tym stylu. Tak więc mam kilkanaście takich kartek. Za prezenty na ślub, prezenty z baby registry itd. Niektóre dość kuriozalne. Na przykład ta, którą dostałam od koleżanki, której dołożyłam się do operacji nogi jej psa. Historia w sumie dość zabawna, ale już nieaktualna bo jakoś urwał się kontakt. W wielkim skrócie- koleżanka bawiła się z psem (takim bardzo małym co to nigdy duży nie będzie). Tak się bawiła, że złamała mu nogę. Podobno był to wypadek. Nie wiem- nie widziałam. Trzeba było zapłacić za gips i operację, a koleżanka nie miała kasy. Była wtedy znaną nam dobrze biedną studentką żywiącą się śpiochami z oczów (to znaczy na trawę i kolczyki w różnych częściach miała, ale wiadomo - różne ma się priorytety). No więc wysłała wszystkim znajomym mejla - oczywiście przez eVite- że liczy na wsparcie. No więc wsparłam. Miałam pracę, a koleżanka była studentką więc pomyślałam, że trzeba wesprzeć. Pomimo tego że pies trochę działał mi na nerwy, bo wszędzie robił nie tylko tak zwany 'number one', ale także 'number two'. Raz zrobił nawet 'number two' do torebki. Ale o tym już chyba kiedyś pisałam. Dałam koleżance $20. Następnego dnia przyszła do mnie karta 'Thank You' zakupiona w Targecie za $4.50 plus tax za moje własne kurde pieniądze. Tak więc mój datek wynosił już tylko $15.50 minus tax, a przecież mógł więcej...
Takie mam właśnie podejście do tych wszystkich 'Thank You' cards. Uważam, że lepiej aby obdarowany zatrzymał te pieniądze dla siebie i po prostu powiedział dziękuję przez telefon, jeśli akurat nie może osobiście, bo na przykład jest czymś zajęty.
Instytucją 'Thank You Cards' praktykowana jest także w Anglii. Po ślubie przypominano nam, że koniecznie musimy te kartki wszystkim powysyłać. Nawet tym, od których nie dostaliśmy prezentu. Takim akurat pisze się chyba tak: Dziękujemy, że przyszedłeś i nic nie przyniosłeś. Równy z ciebie gość. Mamy nadzieję, że się świetnie bawiłeś. Fajnie było. No ale tak się jakoś złożyło, że ja nie bardzo się czułam na siłach aby wypisywać takie historyjki, a Monsz, no cóż - zapomniał. A po roku głupio już było wysyłać. Tak więc my raczej nie wysyłamy. No ale i nie oczekujemy.
Zwyczaj taki panuje także w Indiach. Wiem, bo kupiłam kiedyś hinduski podręcznik do nauki pisania oficjalnych listów w języku angielskim i był tam tak zwany szablon jak napisać Thank You card do wujka Gupty z Bombaju, za to że dał ci jesionkę na zimę. (Zima w Bombaju?). Może kiedyś przepiszę ten fragment bo w sumie też jest niczego sobie.
A jak to jest teraz w Polsce? Czy też się wysyła dziesiątki kartek z podziękowaniami za czekoladki na imieniny?

czwartek, 17 kwietnia 2008
Wybraliśmy się na zakupy po buty. Buty, które chronią niby przed ukąszeniem żmiji. Monsz jedzie na wycieczkę i podobno musi takie mieć. Jak się nie przydadzą to będzie miał niezłe buty z gore-texu w sam raz na grzyby z teściową. W Polsce.
O Bass Pro Shops kiedyś już chyba wspominałam. Wycieczka do Bass Pro Shops jest niepowtarzalnym przeżyciem i polecam ją wszystkim tym, którzy nie mają co zrobić z gośćmi. Atrakcją, oprócz jakże egzotycznego asortymentu jest także lokalna obsługa. Każdy z akcentem prosto z King of the Hill i oczywiście nikt nie rozumie zarówno osoby z polskim akcentem, jak i z brytyjskim.
Podczas dzisiejszej wizyty postanowiłam zrobić kilka zdjęć, tak więc zapraszam do lektury...


środa, 16 kwietnia 2008
Wczoraj były moje zdjęcia, a dzisiaj Mensza.










05:40, hjuston , texas
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 14 kwietnia 2008
Monsz akurat wybierał się na zajęcia fotograficzne, które tym razem zaplanowane były w miejscowości Washington, a dokładniej Washington on the Brazos State Historic Site. W związku z tym, że pogoda była naprawdę świetna, zaproponował mi udział w tychże zajęciach w charakterze asystentki, lub też jak kto woli, tak zwanej kuli u nogi.
W kwietniu, jak sama nazwa wskazuje, mamy do czyniania z kwiatami, tak więc tematem wczorajszych zajęć były kwiaty polne, znane mieszkańcom Texasu jako Texas wildflowers.
Texas wildflowers to kolejna obsesja Texańczyków. Wyszukują, dzielą się informacjami gdzie pojawiły się kolejny wysypy, organizują festiwale itd.
Pojechaliśmy więc do Washington on the Brazos. Trochę potrzymałam reflektory, trochę pocykałam własnych zdjęć (poniżej), no a potem oczywiście tak się zmeczyłam, że przez godzinę siedziałam sobie w pareczku, popijałam soczek i czytałam Twój Styl przywieziony przez Anię (btw dowiedziałam się z niego, że Martyna Wojciechowska, za którą nie przepadam- jest w ciąży).
Polecam wizytę w Washington on the Brazos nie tylko w kwietniu, i nie tylko z powodu tych kwiatów. To tu bowiem, w 1836 roku podpisano deklarację niepodległości Texasu.
Texas wildflowers mają to do siebie, że pojawiają się w zupełnie niespodziewanych miejscach. W kwietniu, podróżując w stronę Hill Country, można zobaczyć dosłownie dywany utkane z kwiatów. Wygląda to mniej więcej tak jak poniżej. Kwiatów jest masa i wszyscy bardzo lubią się w nich fotografować (ja oczywiście także).







Jak zwykle- nie ma co chwalić dnia przed zachodem słońca. Okazuje się, że w texańskich kwiatach lubią się także fotografować żmije. W pracy, w okresie wysypów kwiatowych można spodziewać się, że ktoś prędzej czy później podeśle zdjęcie ostrzeżenie: "kochani rodzice, nie wkładajcie dzieci w bluebonnety".



zdjęcie pochodzi ze strony snakeboots
wtorek, 08 kwietnia 2008
Wyglądą na to, że naszym znajomym z Chicago bardzo podobały się nasze houstońskie dęby. W sumie nie ma się co dziwić, bo właściwie te dęby są moim zdaniem jedną z bardziej oryginalnych atrakcji tego miasta.
Dęby te (na niektórych ulicach) tworzą fantastyczne tunele. Oczywiście żeby nie było zbyt luksusowo, dodam, że z całą pewnością na takich dębach żyje masa skaczących pająków.
Dlatego też żeby wszyscy byli w temacie- postanowiłam wkleić dziś kilka zdjęć, które swietnie oddają klimat.





zdjęcia by Docolec




zdjęcie by Saveena



zdjęcie by Renegade Buddha



zdjęcie by Mój Monsz



Tu natomiast, można zobaczyć jedno z moich ulubionych zdjęć. Trzeba kliknąć.  Niestety nie mogliśmy zrobić swojego zdjęcia, bo maja tam teraz jakiś remont i wszystko jest otoczone pomarańczowym nie wiadomo czym.




niedziela, 06 kwietnia 2008
Nie myślcie, że zapomniałam o mojej kolekcji pickupów. Po prostu, ostatnio nie woziłam ze sobą aparatu. 
Dzisiaj przedstawiam- Barbie Jeep. Proszę zwrócić uwagę na detale. Nawet oponki w takim dżipku są firmowe. Zdjęcie zrobione podczas dzisiejszej wizyty w parku Brazos. 



Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston