czwartek, 30 kwietnia 2009
Pięknie brzmi, prawda? Taką piękną nazwę wczoraj wymyśliłam. Normalnie jakbym miała restaurację Tex-Mex to z pewnością byłby to jakiś tam seasonal special. Ale nie mam. 
Nie myślcie, ze znowu będzie o świni. Chociaż bardzo mnie korci, aby tu wkleić email od lekarza rodzinnego, w którym to panikuje, że nawet lekarze w Houston nie mogą dostać Tamiflu i że jeśli się już go komuś przepisze, to apteka wydzwania aby uzyskać potwierdzenie czy taka osoba jest rzeczywiście chora. Kto na tym Tamiflu trzyma łapę?
Podobno w Teksasie (jak i zresztą w całych Stanach) Tamiflu nie starczy dla każdego. 
Na pewno lek ten, jest natomiast na czarnym rynku. Podobnie jak wszystkie maseczki i chusteczki do mycia rąk, które zostały wykupione przez hjustońskich Meksyków, którzy to wysyłają je do rodaków zza południowej granicy... Obyśmy tych rzeczy nie potrzebowali, bo inaczej będziemy musieli robić sobie maseczki ze staników. 
Ale żeby nie było, że znowu o grypie, to wracam do tematu salsy influenzy, a właściwie octu balsamicznego (chociaż bardziej dressingu niż octu). Podzielę się z wami najnowszym odkryciem gastronomicznym. Byliśmy ostatnio u kolegi na kolacji i zaserwował nam sałatkę z takim czymś (my akurat próbowaliśmy black currant i passion fruit- passion fruit niestety narazie jest out of stock). 
No rewelacja! Trochę drogie, ale myślę, że warto kupić na te ciężkie, grypowe czasy.


środa, 29 kwietnia 2009
Zrazy robi się bardzo szybko. Zazwyczaj robię 6, z czego zawsze 3 mrożę. W ogóle to zazwyczaj robię tyle, żeby było na 2 obiady i ten drugi obiad mrożę.
Potrzebujemy: 
  • wołowina (zazwyczaj kupuję Beef Round thin cut w Whole Foods- mają jakieś takie family pack po 3 sztuki w pudełku). Gdzieś wyczytałam, że Beef Round Steak jest także znane jako Sirloin Tip Steak.
  • 2 marchewki, pół cebuli, 2 ogórki kiszone, pół grzyba portabello albo jakiegoś innego, pół czerwonej papryki, i 3 plasterki boczku, którego akurat nie miałam więc nie ma go na zdjęciach. Dodam, że na zdjęciu widać seler, ale go akurat nie polecam. Dodałam, bo miałam. Zamiast boczku hehe.
  • kostka rosołowa, albo rosół jak ktoś ma,
  • sól i pieprz oczywiście też,
  • mąka do obtoczenia zawiniętych zrazów,
  • oliwa do smażenia,
  • wykałaczki do spięcia zawiniętych zrazów


W sumie zdjęcia chyba mówią same za siebie. Warzywka kroimy w paseczki i układamy na spodzie mięsa. Potem wszystko zwijamy i zabezpieczamy wykałaczkami. Obtaczamy w mące i obsmażamy z dwóch stron. Zalewamy rosołkiem i gotujemy przez 30-40 minut na małym ogniu.
Końcowa prezentacja wyszła mi kiepsko, ale i tak było smaczne.
Prawidłowo, zrazy serwuje się bez wykałaczek.












TO tak na pocieszenie. Nie można przecież tego nie skomentować. Muszę przyznać, że poczucie humoru pan Bradley ma całkiem, całkiem... 
'Ludzie powinni myśleć o tym (o grypie) jak o huraganie w południowej części Zatoki Meksykańskiej. Czasem takie huragany mogą być niewyobrażalnie silne, a czasem jest spora szansa, że uderzą gdzie indziej (czyli nie w Teksas)'. 
Czy mamy już się zacząć modlić aby 'walnęło' w sąsiada?
sobota, 25 kwietnia 2009
Jak nie huragan to inna świnia się do tego Teksasu przyczepia. Poraz kolejny dochodzę do wniosku, że życie w wielkim mieście ma swoje plusy, ale i sporo minusów. 
WHO właśnie dyskutuje na temat świńskiej grypy. Dowiemy się więc już w krótce czy trzeba będzie kupować maseczki, rezygnować z podróży do Meksyku i unikać transportu publicznego (nawiązuję tu poraz kolejny do naszego sporu pt: transport publiczny sprzyja rozprzestrzenianiu się wirusów). 
Póki co na wczorajszej konferencji prasowej CDC ludzie, z innych stanów  zastanawiali się czy mogą nadal odwiedzać nasz piękny Teksas ... 
Ja póki co, na wszelki wypadek kupię dziś centrum i zapas mleka dla małego, bo jedzenia w puszkach dla nas mam akurat dość sporo. Kupiliśmy w zeszłym roku na wypadek  huraganu.
Na sobotni wieczór polecam: 12 Monkeys, Shaun of the dead, Blindness i oczywiście, jeśli ktoś jeszcze nie czytał i ma trochę czasu -  Dżuma.
czwartek, 23 kwietnia 2009
Dzisiejszy odcinek sponsoruje Whataburger. Okazuje się, że kontakt z sąsiadem poprzez Facebook wcale nie jest taki zły. Czy ktoś z was poszedłby do takiej sąsiadki na kawę, albo po cukier? No, ewentualnie można iść na papieroska ...











Zdjęcia podesłała Brudzia79. Niby że pochodziły z Houston. Na początku myślałam, że to jakaś bzdura i że nie da się udowodnić, że ten apartament naprawdę znajdował się w Houston. Ale po krótkim wpatrzeniu się w zdjęcia stwierdziłam, że to musi być Texas, bo przecież Taco Cabana jest chyba tylko w Texasie, Nowym Meksyku i w Oklahomie. Natomiast Whataburger nie ma swoich lokali w Nowym Meksyku i Oklahomie. 
No więc zrobiłam krótkie dochodzenie, poszperałam i znalazłam. 4530 diggów. Nie znalazłam nic w lokalnych mediach- no ale może słabo szukałam, a do tego w takim bałaganie to trudno jest coś znaleźć.
Moim zdaniem ta pani musiała mieć albo straszną depresję, albo być poważnie chora, bo zdrowy człowiek w takich warunkach raczej by nie mieszkał... Chociaż depresji to może nie miała bo widać, że wychodziła z domu po żarcie, no i poniekąd dbała o ubrania, bo gdzieś tam widać deskę do prasowania i jeden bucik na wysokim obcasie. Drażnił ją chyba także 'zapach', bo widać tam także butelki bo Breeze. I gaśnica także gdzieś tam stoi na stole.
Tak czy inaczej- szkoda tych, którzy musieli to sprzątać.

Zdjęcia (zarówno te, jak i inne z łazienki) i historia pochodzą stąd. Podobno były tam dwa koty, ale ich nie odnaleziono...
środa, 22 kwietnia 2009
Szukaliśmy ostatnio na google maps czegoś w okolicy naszego ulubionego Rocky Hill i znaleźliśmy TO
Może ktoś zna całą historię? Póki co, dokopałam się do informacji, że właścicielem LUECKE jest pan o tym samym imieniu, który po walce z władzą, która chciała odebrać mu ziemię postanowił, że stworzy na polu COŚ, dzięki czemu nikt mu tej ziemi nie odbirze. I tak sobie wyrzeźbił ...
Ach, ci Texańczycy - jacy oni są sprytni ...







LUECKE można oczywiście zobaczyć z samolotu. Nawet NASA zainteresowała się już tym obiektem (trzeba zjechać na sam dół artykułu).



Jeśli ktoś zna cała historię (historia jest dość stara) to proszę o podzielenie się. Jest jakiś artykuł w archiwum gazety z Austin, ale trzeba płacić i nie chce mi się schylać po portfel ...
23:06, hjuston , texas
Link Komentarze (6) »
niedziela, 19 kwietnia 2009
Barbie w zeszłym miesiącu skończyła 50 lat (zdjęcie poniżej). Czy szanowne czytalniczki pamiętają swoje Barbie? Miałyście? Ja swoją dostałam w wieku lat dziewięciu na komunię mojej siorki. Obydwie dostałyśmy po laleczce z Pewexu. 
Pamiętam, że kosztowała $7 z groszem i że byłam bardzo wdzięczna mamie, że nam je kupiła, bo przecież mogła za te dolary kupić coś innego.
Moja Barbie szybko uległa wypadkowi i przestała jej się ruszać głowa. Później poszła do fryzjera i obcięła się na krótko. Sama ją obcięła (próbowałam ją obciąć na tak zwaną Szwedkę, ale mi nie wyszło), a mamie powiedziałam, że zrobiła to taka jedna dziewczyna. Do kłamstwa przyznałam się po 20 latach ... No cóż- lepiej późno niż wcale.
Pamiętam, że gdy przyjechałam do Houston kolegowałam się z pewną Amerykanką. Powiedziała kiedyś, że podczas ostatniego spotkania ze swoja mamą wyciągnęły ze strychu jej kolekcje lalek Barbie. Nie tej koleżanki, ale jej mamy. Pamiętam, że pomyślałam sobie wtedy jak różne były nie tylko nasze dzieciństwa, ale także dzieciństwa naszych mam ...



Zdjęcie nadesłane przez Matyldę. Nie wiemy skąd przyszło i dokąd odejdzie. 
piątek, 17 kwietnia 2009
Muszę przyznać, że fejsbuk szokuje mnie coraz bardziej. Oczywiście każdy już chyba zna historię, jak i wiele innych bardzo podobnych. 
Na fejsbuku nie mam raczej przypadkowych znajomych. Raczej, bo mam na przykład wśród znajomych burmistrza mojego miasta. Ale chyba niedługo będę musiała zrobić faceslam bo powoli zaczynają mnie wkurzać informacje na temat tego co robi. 
Dzisiaj także dostałam zaproszenie do listy znajomych mojego okulisty, którego widziałam raz w życiu. Zdjęcie na głównym profilu przedstawia okulistę w otoczeniu cheerleaderek Dynamo Houston. No ludzieeeeee.... Zaproszenia nie przyjęłam, ale dowiedziałam się, że moi dawni sąsiedzi także kolegują się z tym samym panem. Teoria sześciu uścisków dłoni i Facebook to wspaniałe pole do eksperymentów. Na przykład okazuje się, że od autora książki 'Mężczyźni sa z Marsa, kobiety z Wenus' teoretycznie dzieli mnie tylko jeden uścisk dłoni. JG, jak dowiedziałam się z Facebooka, jest wujkiem mojej sąsiadki.
No i tu dochodzę do sedna. Mam wśród znajomych swoich sąsiadów. Zarówno starych, jak i nowych. Znamy się mało, ale wiemy o sobie dość sporo. 
Jeden z sąsiadów nie pracuje (z wyboru) i informuje wszystkich znajomych o tym, że na przykład obtarł mu się mały palec u nogi i że pies zjadł mu ciastko. Drugi pracuje (szacował jakieś ryzyko finansowe i chyba coś źle oszacował bo mamy teraz kryzys) i lubi jeździć rowerem (tak bardziej wyczynowo). Wiem też sporo o ich żonach/narzeczonych bo też są moimi znajomymi. Generalnie są to takie znajomości wiecie jakie, no po sąsiedzku. Po sąsiedzku czyli takie trochę grzecznościowe, trochę z ciekawości, a trochę z braku cukru w domu. 
Gdy mieszkałam w Polsce mieliśmy bardzo ciekawe relacje z sąsiadami. Moja mama często spotykała się z sąsiadką w celu pogrania w kanastę, oglądania Klanu i picia herbatki. Mieszkaliśmy w bloku, więc i system informacyjny był blokowy. Jak tylko sąsiadka nastawiła wodę na herbatę zaraz leciała do kaloryfera i stukała łyżką. Oczywiście było słychać w całym bloku. Był to znak dla mojej mamy, że ma schodzić na dół. W dzisiejszych czasach sąsiad napisałby w swoim statusie coś takiego: XX is waiting for XX to play cards. XX, który siedziałby na Facebooku wiedziałby że może już przyjść. Albo jeszcze lepiej- w ogóle by się nie spotykali, tylko graliby online.
O sąsiadach w Polsce wiedziało się sporo. Wiedziało się, kto się rozwodzi, kto jest w szpitalu i z jakiego powodu. W Ameryce o tym, że sąsiad jest w szpitalu dowiedziałam się z Facebooka (thanks god for iphone i blackberry). W Polsce poszłoby się do szpitala w odwiedziny. Albo przynajmniej złożyłoby się na jakieś kwiaty dla rodzącej sąsiadki.  W Stanach życzenia powrotu do zdrowia wysyła się przez Facebook. Wysyłamy nie tylko my, ale także inni sąsiedzi, którzy akurat są w Luizjanie i też siedzą na Facebooku.
Ale okazuje się, że nie jest tak źle i ci amerykańscy sąsiedzi też chcą abyśmy znali się naprawdę BARDZO. Dzisiaj na przykład sąsiad umieścił zdjęcie swojego brzucha po operacji. WTF??? Sąsiad miał ostatnio dziurę w żołądku, którą mu jakoś zszywali. Nie pytajcie się o dziurę, bo on sam nie wie skąd się wzięła. Ciekawe natomiast jest to, że dziurę odkryto bo ... bolała go ręka.  No ale to mało ważne jeśli chodzi o dzisiejszą notkę. Ważne jest to, że brzuch po operacji nie wygląda za ciekawie i że niekoniecznie miałam ochotę do zobaczyć.  To ja już chyba wolę informację o tym, że pies zjadł ciastko.
Czuję teraz, że jestem bliższa sąsiadom (Boże, dzięki ci za Facebook). Może odwzajemnie się zdjęciem wywoskowanej pachy?
czwartek, 16 kwietnia 2009
wtorek, 14 kwietnia 2009
Święta, święta i po świętach. O Jezuuuu, chyba będę musiała przez miesiąc kręcić hula hopem. Bez przerwy. Strasznie się przejadłam. 
Zabraliśmy męża do polskiego kościoła na święconkę. Żeby pokazać mu prawdziwą tradycję, a nie jakieś tam eggs hunting. Bardzo 'podobało' mu się jak Polacy zaczynali zlewać księdza jak tylko zaczął mówić po angielsku. Czułam się jak za dawnych, dobrych czasów kiedy to w klasie zaczyna się gadanie, jak tylko nauczycielka zacznie przynudzać. Tak było w kościele. 
No i ta rewia mody! Był pan w pięknych, fioletowych pasiakach i chłopcy z cudownymi płetwo - loczkami ... No i te kosze!  Niektórzy to chyba całe lodówki przynieśli do święcenia. 



Nasza święconka była dość skromna, ale mieliśmy za to dwa koszyczki. Drugi dla Franka. We Frankowym były chrupki.
Mam nadzieję, że żadnej z koleżanek obdarowanych jajami nie trafiło się jajko na miękko, bo nam się trafiły dwa- a gotowały się ponad 10 minut. Ot zagadka ...
Po kościele wpadłam na genialny pomysł- że skoczę do polskiego sklepu po pączki. Wszystko byłoby cacy, ale oprócz mnie na ten genialny pomysł wpadli wszyscy, którzy akurat przyszli do kościoła. I tu znowu muszę przyznać, że customer service w tym sklepie mają coraz lepszy, jeśli nawet nie rewelacyjny, ci co akurat byli to wiedzą o czym mówię (choć może nie- bo wszystko trwało może ze 2 minuty).
No i poświętach. Mama wylatuje już w piątek. 
Na zakończenie, trochę nie na temat- przedstawiam mojego sąsiada i jego żonę.






sobota, 11 kwietnia 2009
W związku z tym, że w niedzielę ma padać, pojechaliśmy (z Brudzią79 i Mamutem)  do Washington on the Brazos poraz drugi. No cóż - tym razem nie było tak łatwo. Franek dostał szału w samochodzie, a park opanowały jakieś muchy (Mucholus powolniakus). Much tych była masa. Jak tylko się gdzieś usiadło, albo stanęło, natychmiast dopadała cię chmara flegmatyków, które po roztrzaskaniu zostawiały jakieś nieciekawe flaki przypominające odchody niewyczyszczonej krewetki. Tak więc Franio musiał siedzieć w zamknięciu (informacja dla koleżanek, które także kupiły sobie BOBa - Sun adn Bug Shield sprawdza się znakomicie, tylko dzieci nie bardzo je lubią hehe). 
Nie wiem czy te muchy są tam zawsze i czy poprzednio mieliśmy szczęście bo akurat był wiatr i ich nie było (to znaczy były, ale zawiane gdzieś indziej), ale powiadam wam- te muchy doprowadzą was do szału.
Pomimo wszystko, nadal warto jechać. Happy Easter. BTW- widzieliśmy rodziców robiących dzieciom zdjęcia w kwiatach. Nie byłoby w tym nic dziwnego (sami przecież też takie zdjęcia robiliśmy) gdyby nie to, że dzieci miały na głowach opaski - uszy zająca. Co kraj to obyczaj ...














 
czwartek, 09 kwietnia 2009
Kwiecień to jeden z moich ulubionych miesięcy w Houston. Nie tylko dlatego, że mamy świetną pogodę, ale przede wszystkim ze względu na zapachy. W kwietniu kwitnie Lanicera albiflora, czyli Texas honeysuckle czyli wiciokrzew. Pachną nim wszystkie ulice i nie da się tego nie poczuć ...




poniedziałek, 06 kwietnia 2009
Tak jakoś wydawało mi się, że do Washington on the Brazos jedzie się dłużej niż w rzeczywistości. W zeszłym roku dojazd zajął nam ponad 2 godziny, ale było to chyba spowodowane z Blue Bell Festival. Wczoraj dojazd zajął nam około godziny. Franek ledwo co zdążył zasnąć, już musiał wstawać ...
Cała 290 wysypana jest polnymi kwiatami. Kwiatów jest o wiele więcej niż w zeszłym roku, pomimo tego, że ponoć jest susza. Co chwilę ktoś się zatrzymuje i robi zdjęcia. Niektóre dywany kwiatowe wyglądały jak wielkie pola truskawkowe, na których pracują robotnicy. Masa ludzi ...






Jak zawsze, było fajnie (pomimo tego, że przed samym wyjazdem zrypały nam się drzwi do garażu). Zawsze jest fajnie, jak tylko wyjedzie się poza miasto.

Zdjęcia z parku (reszta na fejsbuku):








Old Baylor Park - Independence, TX.




niedziela, 05 kwietnia 2009
Teksańskich B&B ciąg dalszy.
Pamiętacie mój wpis o Trois Estate i teksańskich guest (ghost) housach? Postanowiliśmy wybrać się na romantyczny weekend we czworo. Babcia, wnusio i my. Chodzi o Texas Wildflowers i pokazanie babci krów z długimi rogami.
Udało nam się znaleźć nawet sympatyczne B&Bs w okolicy Brenham gdzie się wybieramy (TO i TO), ale okazało się, że children are not accepted. Dopiero od 12 roku życia. Albo jak się zarezerwuje wszystkie pokoje.
Przykro trochę jak się pomyśli, że kolejną noc w wybranym przez siebie B&B mogę spędzić dopiero za 11 lat.
Jedyne, które są family friendly wyglądają mniej więcej tak:




I to ma być romantyczny weekend z wnusiem? Ludzie trzymajcie mnie.
Zaczynam rozumieć dlaczego kolega, który ma 2 córki kupił sobie ostatnio przyczepę kempingową. Myślę, że my niedługo też kupimy.
Postanowiliśmy więc, że jedziemy i wracamy tego samego dnia. W sumie nie jest aż tak bardzo daleko- 70 mil w jedną stronę. Przeżyjemy. W dłuższe trasy już Franek jeździł.
Brat sąsiada, którego dzisiaj poznałam, powiedział mi że umie jedno zdanie po polsku. Zdanie brzmi: pocałujcie mnie w dupę. Dedykuję dzisiaj to zdanie państwu Murskim i Brazos Bed and Breakfast. Nie chcecie naszych dolarków? To nie. Wydamy je gdzie indziej.
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston