niedziela, 25 kwietnia 2010
W przeciwieństwie do Ani rusza mnie to. Gdy przeczytałam o pomyśle przeniesienia centrali Continental do Chicago myślałam, że spadnę z krzesła. Po pierwsze, co to za pomysł aby łączyć się z taką (sorry Czikago) linią, a po drugie co to za pomysł aby przenosić się do miasta, w którym przez pół roku pada śnieg i co chwila odwołują loty?
Za liniami United nie przepadam. Nie mam zbyt miłych doświadczeń. Odwołali mi kiedyś lot w Denver i musiałam koczować bez płynu do soczewek przez całą noc. Poza tym- stewardessy mają takie brzydkie mundury ... (Fakt, że najbardziej dziadowskie mundury ma bez porównania Northwest,  a najmniej seksi zdecydowanie Southwest- chodzi mi o te szorty).
Continental też nie jest idealne (wypocone hamburgery na pokładzie i ten bzdurny system sadzania pasażerów, który powoduje że tak naprawdę zapakowanie samolotu trwa o wiele dłużej. No ale, żeby te drobne minusy nie przysłoniły nam plusów...
Continental jest przede wszystkim nasze. Nasze hjustońskie. Właśnie ten durny pomysł przeprowadzki do Czikago uświadomił mi, że chyba jestem lokalną patriotką, bo poruszyło mną to bardzo.
Continental w Houston to jeden z niewielu plusów mieszkania w tym mieście. Continental ze swoimi połączeniami do prawie każdego zakątka USA sprawiał, że mogliśmy szybko i tanio stąd uciec. Continental ma własny terminal międzynarodowy, na którym przyjemnie jest wylądować nie tylko dlatego, że zbyt długo nie czeka się na walizki, ale także dlatego, że wszystko działa na nim jakoś szybciej i sprawniej. Przyznacie sami mieszkańcy Houston, że terminal E w porównaniu do D to niebo i ziemia.
Jakiś czas temu, podobnie jak Ania, która marzyła że znajdzie pracę w United, ja marzyłam sobie że będę kiedyś pracowała dla Continental. Pracowałam w transporcie i jakaś taka miłość do tego transportu pozostała (dwie inne firmy, w których ciałam pracować to amazon.com i FED- chociaż FED trudno nazwać firmą). Codziennie przeglądałam oferty pracy, bo pracę w centrali można zawsze znaleźć.  Nie zdecydowałam się na wysłanie życiorysu, bo podobno słabo płacili, ale do tej pory mam taki jakiś żal, że nigdy tam nie pracowałam. Podobno Continental to świetna firma dla pracujących mam. Podobno ...
Dzięki temu, że mamy tu centralę możemy na przykład nabijać sobie mile nie tylko dzięki zużywaniu energii (Gexa oferuje 1 milę za 1 dolarka), ale także na przykład robiąc zakupy w Krogerze czy tam w Randalls.
Wiadomo, że nie wszyscy pracownicy przeprowadziliby się do Chicago. Niektóre stanowiska zostaną zlikwidowane, a inni po prostu nie będą chcieli się tam przenieść. Nie każdy lubi śnieg i chicagowską pizzę. Niektórzy bardziej od hot dogów cenią sobie dobry tex-mex, że o barbakiu już nie wspomnę ... Tak więc myślę, że jesli do tej fuzji dojdzie i Continental naprawdę przeniesie się do Chicago to być może Ania będzie miała spore szansę na znalezienie nowej pracy tam właśnie. No, ale nie żebym życzyła koleżance źle- wolałabym aby wszystko zostało na swoim miejscu czyli Continental Airlines w Space City.
środa, 21 kwietnia 2010
Od paru już lat jestem fanką Rebekki (pisałam o niej kiedyś TU). Polecam jej bloga nie tylko dla tych, którzy lubią popatrzeć na fajne zdjęcia. Rebekka pisze czasem o czymś interesującym. Na przykład można zapoznać się z panią. Weźcie obejrzyjcie sobie kilka ćwiczeń- tylko może nie w pracy, bo czy to w sumie nie jest taniec na rurze bez rury to ja nie wiem. Bożeeee jaki kaloryfer! Czy ona też, podobnie jak Aneta Kręglicka robi dziennie 1000 brzuszków?
Od paru dni wchodziłam na jej bloga z nadzieją, że w końcu umieści jakieś zdjęcia tych wulkanów, przez które mamy tyle problemów.
Dzisiaj w końcu wkleiła, więc pozwoliłam sobie je zalinkować.






Poza tym Rebekka trochę ostatnio dorabia i robi swetry. Postanowiłam, że w ramach pomocy biednym krajom zażyczę sobie taki sweter zrobiony przez Rebekkę na urodziny (czas oczekwiania 3 miesiące bo tylu jest chętnych). Nie wiem tylko kiedy będę go nosiła, bo jak wiadomo za chlodno to u nas nie jest.
Czy ktoś z waszych bliskich/ znajomych utknął gdzieś w podróży?


Więcej zdjęć na blogu.
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Zaczęła się pora deszczowa i jak się można spodziewać - pada. Na deszczową pogodę najlepsze są lancze z koleżankami i chili na obiad. Tak więc robię chili według przepisu Jamie'go.
Uwielbiam to chili i nieskromnie przyznam, że jestem mistrzuniem. Lubi je także Franek, który to od małego przyzwyczajany jest do pikantnego. Smak chili poznał zapewne wraz ze smakiem mleka matki.
Składniki poniżej. Gdyby była piękna pogoda, to napisałabym w skrócie, że wszystko trzeba wymieszać i zagotować. No ale przecież jest deszczowo i mam czas.
Najpierw podsmażamy przyprawy i cebulę. Smażymy, aż cebula będzie miękka. Zaparzamy kawę i wrzucamy do niej papryczki ancho. Niech się parzą przez 10 minut.
Następnie do smażonej mikstury dodajemy czosnek, liście laurowe  i cynamon (wiem, to też przyprawy), posiekane i wypestkowane papryczki chili i posiekane papryczki ancho, które wyjęliśmy z kawy.
Dolewamy 1/4 kubka zaparzonej kawy o smaku papryczek ancho i mieszamy. Wrzucamy pomidory i dolewamy resztę kawy. Jeśli komuś zostanie trochę kawy to można ją wypić (albo wylać hehe). Kawa z cukrem i z mlekiem o smaku ancho jest taka sobie. Ma niezłego kopa, ale myślę że w Starbuksie kiepsko by się sprzedawała.
Do  mikstury dodajemy cukier i pokrojone mięso i zaczynamy gotować na malutkim ogniu.





Chili gotuje się przez jakieś 3 godziny. Teoretycznie jak pada to można sobie siedzieć w domu i mieszać co jakiś czas. No ale jeśli się trochę przejaśni to już to chili jest trochę nie na rękę. Wtedy z pomocą przychodzi slowcooker. Przerzucamy, nastawiamy i spadamy do parku.
Po 3 godzinach (ja zazwyczaj robię to po 2, ale przepis mówi że po 3) wyciągamy mięso i ugniatamy je tłuczkiem do ziemniaków. Rozerwane na strzępy mięso wrzucamy spowrotem do chili i dodajemy paprykę i fasolę. Gotujemy przez 30 minut. W międzyczasie można trochę posolić tu i tam. Ja w ogóle używam bardzo mało soli więc się tą solą tak nie podniecam.
Jeśli dla kogoś takie chili jest za pikantne czy jako to moja mama mówi 'very spejsi' - dodajemy łyżkę śmietany.
Serwuję z pieczonymi ziemniakami.
czwartek, 08 kwietnia 2010
Ogólnie wiadomo jest, że w Ameryce policja bardzo rzadko zatrzymuje za przekroczenie prędkości i że co druga osoba tą prędkość przekracza. Wieczorami większość (przynajmniej w Houston) jest po drinku czy dwóch (bo w Houston do baru bez samochodu niby się nie da). Często widzi się tych, którzy przejeżdżają na czerwonym świetle, albo nie zatrzymują się na STOPie, albo robią Californian rolling stop.
Jakiś czas temu wydzwaniał do mnie jakiś policjant, który prosił o datek na houstońską policję. Dzwonił średnio raz na miesiąc. Wydzwaniali chyba do wszystkich, którzy mieli zarejestrowaną działalność gospodarczą. Zawsze mówiłam NIE NIE NIE aż w końcu powiedziałam mu- panie- to jest żałosne, że tak wydzwaniacie i się prosicie bo pieniądze leżą w tym kraju na ulicy. Wystarczy wyjść z radarkiem (ale nie z radarkiem123) na ulicę i pieniądze  znajdą się w 5 minut. Dzisiaj właśnie pan policjant odebrał ode mnie to, czego wcześniej nie chciałam mu dać. Wlepiono mi bowiem mandacik.
W sumie to niby jestem nie w humorze, ale tak trochę się cieszę, że w końcu policja ruszyła mózgownicą i zaczęła zatrzymywać piratów drogowych (mnie?).
Policji na ulicach jest teraz sporo. Czają się nie tylko na Durham i Allen Parkway. Są wszędzie. Podobnie jest w innych miastach. Na zachodzie kraju mówi się o tym, że Kalifornia próbuje mandacikami załatać dziurę w budżecie. Na wschodzie, jak donosi Wujek Zdzisiek- kierowcy zaczęli używać świateł, aby ostrzec innych,  że za rogiem czai się radarek...
A wszystko to dzięki mnie ... Gdybym wtedy temu policjantowi nie wygarnęła to pewnie do tej pory siedzieliby w biurach i wydzwaniali po prośbie.
To by było na tyle. Idę poczytać o DSC, bo wolę zapłacić mniej i nie mieć punktów karnych.
poniedziałek, 05 kwietnia 2010
Święta, święta i po świętach. Przynajmniej w Ameryce. Chociaż u mnie w domu na przykład święta trwają cały rok. UWAGA, niektórzy mogą się załamać... Otóż  u mnie w domu nadal stoi choinka. Co prawda nie ubrana, ale stoi. Stwierdziliśmy, że nie chce się nam jej rozkręcać i niech stoi w kącie i udaje Pinus ponderosa. Sąsiedzi, którzy ostatni przyszli do nas na granie w kręgle połączone z piciem ginu z tonikiem do prawie, że północy powiedzieli, że i tak nie wygraliśmy zawodów, bo w okolicy jest jakiś kolo, który ma jeszcze choinkę nierozebraną. Oni sami, swoją rozebrali także zupełnie niedawno.
Trochę mi wstyd, ale z drugiej strony choineczka naprawdę wygląda jak zgrabna roślina doniczkowa. Do tego służy jako narzędzie komunikacyjne pomiędzy mną i moim synem. (Chodzi o to, że jak tylko Franek wlezie za choinkę to znaczy, że mama musi lecieć po nocnik bo będzie #2).
Tak więc proszę- wyspowiadałam się i już mi lżej...
Święta (czyli weekend) spędziliśmy bardzo nieświątecznie i mało religijnie, a mianowicie na piknikowaniu i chodzeniu po parkach. Pogodę mamy tu w Houston prawdziwie letnią (dziecko mi się nieźle dzisiaj spociło na wybiegu) i szkoda było nam siedzieć w domu i jeść długie śniadanie.
Dzisiaj byliśmy w Washington on the Brazos podziwiać Texas wildflowers czyli jak to się mówi po naszemu - kwiaty polne.


















Kwiatów było bardzo dużo, a komarów mało więc warto się wybrać.

Jeśli chodzi o wydarzenia weekendowe, to należy także wspomnieć o tym, że umarł Blake Carrington i że sprzedają już ipady.
Ja ipada narazie nie kupuję, bo mam inne wydatki (dywan / wykładzina  jakieś kurna puzzle z flor.com i  stolik dla Małego, żeby miał gdzie rysować i ciastolinować), ale taki radarek123 już ma i był na tyle miły, że pokazał mi jak wygląda mój bloguś na ipadzie. Wygląda oczywiście bardzo seksi. Wklejam też Wojciecha Manna na ipadzie, który mi za bardzo tutaj nie pasuje, ale radarek chciał.





Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston