środa, 31 maja 2006


Zacznę od tego, że przyleciałam za darmo. Bilet z Houston kosztuje $700 ale na szczęście miałam jakieś tam punkty i dzięki temu udało mi się zaoszczędzić. Lot trwał 2h 30 minut. Wrażenia po przylocie do Nikaragui to przede wszystkim dość sprawna obsługa. Przyjaźni panowie z immigration- wiza za 5$.
Oczywiście na zewnątrz czekały dzikie tlumy i krzyczały- taxi gringa, taxi. Amanda (moja przyjaciółka, z którą pracowałam na Alasce, a z którą później mieszkałam w Nowym Meksyku) czekała na mnie wraz z koleżanką Lucy i jej tatą. Tato Lucy sporo podróżował do Moskwy, na nauki (wiadomo jakie).
Managua właściwie niczym nie zachwyca. Trochę śmierdzi. Przypomina bardziej Indie niż Meksyk, z tą różnicą, że samochody są o wiele lepsze i widać stacje benzynowe Texaco i Shell. Pierwszą noc spędziłyśmy w domu rodziców Lucy. Bardzo przemiła rodzina. Traktują Amandę jak córkę, pomimo tego, że gringa? Mnie wlaściwie też powitali z otwartymi ramionami.
Zarówno na przywitanie jak i na dobranoc i na dzień dobry musiałam obcałować cała rodzinę. Tzn mamę Lucy, Lucy i jej 2 siostry. Mały (7 letni) siostrzeniec Lucy jest chyba najmilszym małym chłopcem jakiego w życiu spotkałam. We wszystkim chce pomóc. Sam zmywa naczynia po całej rodzinie, przychodzi i pyta się czy chcemy wodę (a gdy juz ja nam przyniesie my musimy ją wylewać bo jest to woda ze studni- zaryzykowanie oznacza srakę). Lucy to ponoć bardzo ciekawa osoba- wierzy w reinkarnację i twierdzi, że jest już blisko osiagnięcia nirwany- tzn chyba tak jej się wydaje. W ogóle wierzy w te wszystkie energie itd. Z wykształcenia jest leśniczym. Rozumie angielski ale odpowiada po hiszpańsku, wiec raczej konwersacja do lekkich nie należy, bo mój hiszpański ogranicza się do ?zimne piwo poproszę".
Spałyśmy na materacach w jakimś tam pokoju. Oczywiście nie ma mowy o klimatyzacji. Tylko wiatrak, który odpędza komary. Ale to wystarczylo, w końcu nikt o luksusach nie marzył. Materac trochę śmierdział pleśnią, ale dzięki temu chyba dość szybko zasnęłam.
Amanda walczy z pasożytami, wiec trochę wymiotowała itd. Nie lekkie jest życie w takich warunkach- ale o tym później. Następnego ranka szybki prysznic i śniadanie. Na śniadanie jajecznica i fasola, a także jakiś ser przypominający oscypek. Dość niedobry. Okropnie słony. Idziemy się przejść po okolicznej wiosce. Oczywiście wszyscy do nas coś tam krzyczą. Amanda mało tlumaczy pomimo tego, że świetnie mówi po hiszpańsku. No ale w końcu ma srakę, więc nie mogę jej tak ze wszystkim męczyć. Idziemy obejżeć lokalne jeziorko. Powalający widok. W ogóle o piękne widoki chyba w tej Nikaragui nie trudno. Wszystko esktremalnie zielone. Dookoła te wulkany, palmy?
Potem, Lucy odwozi nas na środek autostrady skąd mamy zlapać autobus do Granady. No i tak czekamy na tym rozkopanym hajłeju. Robotnicy coś tam asfaltują, ale Amanda twierdzi że oni kompletnie nie wiedzą co robią. Hajłej przypominał mi trochę Kair. Każdy jeździ jak chce. Wlaściwie było to normalne, że jedziesz sobie prawą stroną ulicy ale nagle zmieniasz sobie zupełnie bez powodu pas i jedziesz pod prąd. I nikogo to nie dziwi. I ci z naprzeciwka też zmieniają pas i nagle ruch jest lewostronny. Muszę przyznać, że Amanda nieźle się wtopiła w ten ruch. Wyprzedza na trzeciego czy też nawet czwartego, trąbi co chwila na jakichś głupków. Byłam pod wrażeniem.
Temperaturę odczytuje się w C, waga jest w kg, ale od zeszłego tygodnia benzynę kupuje się w galonach, a nie w litrach. Ale nie na wszystkich stacjach, bo na niektórych jeszcze się nie pokapowali, że trzeba zmienić.
Nikaragua nie zmieniała czasu na letni, ale w zeszłym miesiącu prezydent zadecydował, że bedą zmieniać. Z czasem mieliśmy trochę problemów gdyż ja nie wziełam ze sobą zegarka, a Amandy wskazywał jakąś godzinę z kosmosu. No ale wracam do naszej wycieczki. Złapałyśmy ten autobus. Dokładnie taki sam jak w Meksyku. Stary, szkolny autobus z USA. Jedzie się dobrze, bo mamy miejsca siedzące. Co chwila ktoś sprzedaje jakieś bzdety. My nic nie kupujemy, bo Amanda ma już srakę, a ja obawiam się, że mogłabym załapać.
Co mnie naprawdę zaskoszyło to muzyka. Otóż, wszystkie zachodnie piosenki znanych wykonawców takich jak M. Jackson czy też UB40, czy też inny Phil Collins śpiewane są po hiszpańsku. Normalnie podkład ten sam, tylko że śpiewają po hiszpańsku. I są to oczywiście przeboje. Ale najbardziej zaskoczyła mnie piosenka, która słyszałam zza płotu u sąsiadów Lucy. Otóż była to Arka. Nie wiem czy słowa były takie same jak w polskiej wersji (bo oczywiście kompletnie nic nie rozumiałam), ale muzyka była identiko. W ogóle papieża widać wszędzie. Więcej naszego, niż tego nowego. Prawie w każdym restauranie jest to zdjęcie papieża wypuszczającego gołebia. A potem gdzieś tam w kącie jest zdjęcie tego nowego waderka. W Granadzie idziemy na rynek gdzie w temeperaturze 32 stopni C sprzedają mięsa bez jakichkolwiek lodówek. Śmierdzi. Zachodzimy do pulperii (to nowe słowo, którego się nauczyłam ? oznacza ono ? sklep typu dziupla)- kupujemy niezbędny towar typu rum itd. Potem wsiadamy do kolejnego autobusu i jedziemy przez kolejną godzinę do portu, gdzie przesiadamy się na prom i płyniemy przez kolejną godzinę na wyspę Ometepe. Wyspa położona jest pomiędzy dwoma wulkanami, z czego jeden jest nadal aktywny. Musicie sobie zobaczyć na mapie jak to dokładnie wygląda, kiedyś to jezioro Nicaragua było częścią Pacyfiku. Lawa utworzyła mierzeję która połączyła się z częścią lądu i teraz jest tam właśnie jezioro. Ponoć jest tam kilka gatunków ryb, które w przeszłości były rybami słonowodnymi, a teraz są słodkowodne. Np rekin. Tam, porywa nas jakiś facet, który oferuje nam dojazd do hotelu, do którego chcemy się udać- cena 15$. Stawka właściwie była dość uczciwa tymbardziej, że wg LP powinnyśmy były zaplacić 20$. Następnego dnia ten sam facio, zupełnie przypadkowo podwozi nas parę km za darmo, wiec właściwie można powiedzieć, że nie oszukał nas. Przyjechałyśmy niby do najlepszego hotelu na wyspie, który okazał się totalną pomyłką. 30$ za domek z klimatyzacją, której nie dało się wyłączyć. I tak musiałyśmy spać z poduszkami na głowach żeby nas nie przewiało. Tzn można było wyłączyć tą klimę, ale wtedy można też było się udusić.
W ogóle jakieś takie okropne muszki tam latały ? tak jakby wyobrazić sobie pruszący snieg tyle tylko, że te płatki śniegu to te meszki. I tak siedzi się na plaży otoczonym przez te muszki. I ja tu nic nie marudzę- ale tych muszek były naprawdę miliony.
Przyjechałyśmy do tego hotelu niby dla powalających widoków jeziora Nicaragua i wulkanu Concepción. No żeby mnie powaliło to nie powiem, ale miło spedziłyśmy czas. Coś tam zjadlyśmy, polaziłyśmy tu i tam, wypiłyśmy trochę tego rumu z kolą, czyli nica libre, pogadałyśmy o życiu i poszłyśmy spać. Rum oczywiście nie był zbyt dobrym pomysłem na srakę Amandy, choć wydawałoby się że taki rum to może te pasożyty wytruć.
Następnego dnia po śniadaniu postanowiłyśmy, że do następnego miejsca dojdziemy na piechotę. Jakieś 14 km. No więc tak szłyśmy przez te wioski. Najpierw nie było drogi. Mijałyśmy kobiety piorące ubrania w strumyku, świnie, krowy, dzieci z maczetami? Krowy w Nikaragui są bardzo chude. Jest to dość zaskakujące, gdyż tej trawy jest tam naprawdę dużo. Wlaściwie to nigdzie nie widziałam więcej zieleni niż właśnie tam. No i chyba muszą mieć jakieś pasożyty te krowy skoro sa takie chude. Jest to trochę przerażające gdyż ponoć eksport wołowiny jest dość spory. Mam ekstremalnie pogryzione nogi przez komary. Właściwie wygladają one jak posiniaczone. Myślę, że na każdej nodze mam z 50 pogryzień. Zrobię później zdjęcie. No więc po iluś tam godzinach dochodzimy do tej naszej miejscowości. Nie powiem żeby było lekko. Upał około 32 stopni, leje się z nas, woda się kończy. Koszulka przepocona na maxa. (Kupiłam sobie taką koszulkę, która dość szybko schnie no i tak jakoś wyszło że w niej przyleciałam, potem w niej spałam, a potem chodziłam w niej jeszcze jeden dzień i jedną noc. Właściwie był to rekord mojego życia jeśli chodzi o nie zmienianie ubrania w ekstremalnych warunkach). Po drodze zostajemy ostrzeżone przez jednego lokalsa, abyśmy za nic nie wchodziły do jeziora, do którego idziemy gdyż legenda głosi, ze po wejściu zmienia się płeć. Chyba nie chciałabym obudzić się następnego dnia z jajkami. Niewygodnie by się chodziło. W ogóle wszyscy głeboko wierzą tu w czarną magię i różne folklorystyczne legendy. Np. na farmie, na której pracuje Amanda dość sporo mówi się o tak zwanej Moneky women, cokolwiek to jest ma na celu przerażanie ludzi. No i ponoć jakieś rytuały trzeba odprawiać aby ją odpędzić. Amanda w swojej chałupce ma zdjęcie Świętego Michała, który ponoć może ją odpędzić. Taa? Nie będę się rozpisywać o pobycie w tej miejscowości gdyż nie bardzo chce mi się wierzyć, że komuś chce się to czytać. Opiszę za to, co w ogóle robi tutaj moja koleżanka Amanda. Tak wiec pracuje ona na farmie- ale nie fizycznie. Farma należy do jakiegoś gościa ze wschodniego wybrzeża, który ma około 70 lat i wierzy w siłe feministycznej liderki. Nigdy nie był żonaty. Ma jakaś tam filozofię, że jeśli pomoże się kobiecie wybić z bagna, w którym się znajduje, to stanie się ona bardzo siną liderką. A tym liderem musi być, aby w pełni oddać się projektowi, nad którym ma pracować. No więc Amanda zajmuje się kilkoma projektami: znajdowaniem zbytu dla 50% produktów z tej wlaśnie farmy (jest to farma organiczna). Druga połowa produktów należy do kobiet, które tam pracują. Mają tam banany, mango, kukurydzę, aloes, różne zioła, papryczki chili i inne owoce które widziałam po raz pierwszy w życiu, a których nazwy już nie pamiętam. Kolejny projekt- mój ulubiony- to kuchenki na słońce. Mają tam jakieś takie kuchenki ? a właśiciwe blaty z piekarnikiem, które po wystawieniu na słońce nagrzewają się do temperatury 375F (190C). Można sobie na tym blacie smażyć jajka czy też fasolę, a w środku coś tam podgrzewać w garnkach. Ponoć nie jest drogo coś takiego zrobić, ale żeby to zrobić należy znaleźć 15 kobiet, które zechcą się zorganizować. No i te kobiety wlaśnie budują te kuchenki same. Mają tutaj trochę tych kuchenek. Porobiłam zdjecia. Jest jeszcze kolejny projekt, a mianowicie uświadamianie lokalnych kobiet o przemocy w rodzinie i środkach antykoncepcyjnych. Takie tam buntowanie mówiąc krótko. Tak więc Amanda nieźle zapierdziela. Mieszka sobie na tej farmie wśrod bananowców i liści aloesu. Ma jakąś tam szopę, bo domem to tego nazwać nie można. Jeden pokój, w którym jest lóżko, lodówka, zlew, biurko i łazinka. Ekstremalnie syfiasta, z masą pająków na ścianie. Gdy brałam prysznic musiałam zdjąć szkła kontaktowe bo gdybym tak widziała te wszystkie pająki to chyba dostałabym ataku serca. A tak jak się nie widzi to i człowiekowi nie żal. Jest jeszcze pięterko, a właściwie taka antresola? no i ja tam spałam. Moneky women nie odwiedziła nas tej nocy. Zapewne dlatego, że Amanda miała zdjęcie tego Świętego Michała. Następnego dnia podróżowałyśmy po okolicy, a kolejnego trzeba już było się zbierać? Zdjęcia z wycieczki można sobie zobaczyć tutaj.
poniedziałek, 29 maja 2006
Polecam bardzo ciekawy artykuł dla tych, którzy zastanawiają się nad różnicami pomiędzy Google’s AdWords i Yahoo! Search Marketing.
16:02, hjuston , wired
Link Komentarze (4) »



Wczoraj byliśmy w kinie na angielskim filmie pt: Kinky Boots. Historia opowiada o facecie z Northampton, który odziedziczył po ojcu fabrykę niemodnych, ale bardzo dobrych jakościowo butów. Nie bardzo wiedział co z nią zrobić. Czy zamknąć, czy sprzedać, czy pozwalniać wszystkich pracowników…
Aż pewnego dnia znalazł się w miejscu, w którym musiał stanąć w obronie Drag Queen, której złamał się obcasik. Po jakimś czasie zrozumiał, że znalazł niszę i że Kinky Boots mogą uratować firmę jego ojca. Tak więc Lola- Drag Qeen z Londynu przyjeżdża do zaściankowego Northampton, aby zaprojektować buty, z czerwonej skóry, które będą miały obcas będący w stanie unieść ważącego 100 kg mężczyznę. Lola szokuje wszystkich mieszkańców, którzy po jakimś czasie stają się jej najlepszymi przyjaciółmi.
100 minut wspaniałej zabawy, śmiechy i hihy, wsapaniała muzyka, wzruszenie… Piosenkę „Yes Sir, I can boogie“ mam w głowie jeszcze dzisiaj.
Film podobał mi się tak bardzo, że kupię go sobie na dvd, a już za parę chwil idę do sklepu muzycznego po cedeka ze ścieżką dźwiękową i będziemy z całą pewnościa tańczyć.
niedziela, 28 maja 2006
Wreszcie weekend. I to nie taki tam zwyczajny weekend, ale długi weekend. Odpocznę sobie, bo zmęczona jestem od nicnierobienia w pracy. Wczoraj znowu dzwonili do mnie z poprzedniej pracy, żebym wracała, bo odszedł księgowy. Zrobiłam sobie listę za i przeciw:
ZA:          wyższa pensja
PRZECIW: mniej czasu dla siebie
ZA:          darmowe bilety lotnicze
PRZECIW: możliwość dostania zakrzepicy żył
ZA:          praca dla oryginalnej firmy
PRZECIW: brak okien w biurze
ZA:          kariera księgowego
PRZECIW: mniej czasu dla siebie
ZA:          darmowe obiadki i lanczyki
PRZECIW: oponka na brzuchu i wielki tyłek

Wyszło mi, że Przeciw, bo lepiej mieć wiecej czasu, tak sobie myślę.
Mój Stary pojechał z kolegami na rower, a ja śmigu śmigu do sąsiadki po tak zwaną sól. Poszłam niby na 5 minut, po instruktarz jak karmić kanarka podczas ich nieoobecności (woda nie daj Boże z kranu!), a zostałam ponad 2 godziny. Zdążyłyśmy obalić winko (Pinot Noir), poplotkować, a potem kazała mi przynieść laptoka i poinstalowała mi trochę programów graficznych na Maca, o których marzyłam a na które żal mi kasy. Kurczę (to znaczy nie kurczę, tylko kanarek), nie wszyscy Amerykanie sa tacy mało polscy. Zawsze mi się wydawało, że oni to w życiu nie nagrają ci programu, czy też skopiują muzyki, a tu proszę. Ciągle nie mogę uwierzyć. Czy to dlatego, że wypiliśmy za dużo Pinot Noir, czy też dlatego że będę im karmić kanarki? (I rybki).
czwartek, 25 maja 2006
Dzisiejszy wpis będzie o Matkach. Anie nie o tych, które są z nami i śmieją się do nas każdego dnia. Będzie on o tych, których już z nami nie ma. O tych, za którymi tęsknimi i o tych, z którymi tak bardzo byśmy chcieli porozmawiać. Słyszałam ostatnio taka historię. Był pewien artysta estradowy, który pracował w Las Vegas. Był znany jako jeden z najgorszych artystów w okolicy. Ludzie wygwizdywali go po każdym spektaklu. Wygwizdywali, albo wybuczali. Aż pewnego razu stało się coś niespodziewanego. Na jedno z jego przedstawień przyszła jego matka, o której dowiedział się później, że w tym czasie już nie żyła. Rzuciła mu czerwoną różę i odeszła. Ponoć ma tę różę do dnia dzisiejszego. Można wierzyć, można nie wierzyć. Ale ja wierzę, że wszystkie matki, które odeszły, ciągle są z nami i ciągle nad nami czuwają.
To był dość ciężki tydzień pod względem wyjściowo-kulinarnym. Kolacja w Niko-Niko’s, wykład w muzeum, kolacja u koleżanki z Indii, no i czwartkowe wyjście do najbardziej kuriozalnej . Tydzień w pracy przeżyłam chyba tylko dzięki kawie. Spać chodziłam o restauracji pierwszej w nocy, a wstawać trzeba normalnie – czyli o 6 rano.
W czwartek przyjechała tu grupa geologów z Anglii. W tym współlokator mojego tego, z którym to mieszkał przez trzy lata podczas robienia doktoratu. Kolega jest z Moskwy. Był to jego pierwszy raz w Stanach. Dość pechowo trafił. Bo Houston do najlepszych miast w Stanach nie należy.
Oczywiście trzeba się też było wybrać na stek. Tak więc dzisiaj będzie o jedzeniu.
Koledzy koniecznie chcieli iść do BARDZO dobrej restauracji, na BARDZO dobry stek. Wybraliśmy restaurację, o której tylko słyszeliśmy, ale żadne z nas nigdy tam nie było. Smith & Wollensky – wg The New York Times „A steakhouse to end all arguments", wg Chicago Tribune „...perhaps the best sirloin of my life..." , było też coś jeszcze według USA Today, ale nie będę cytowała gdyż w tej gazecie zmyślają. Miała przyjść jeszcze jedna koleżanka, ale mnie wystawiła, więc było nas 8 facetów i ja jedna.
Budynek wygląda dokładnie tak.



Już przy wejściu widać, że próbują. Pani dzwoni na górę , gdzie znajduje się restauracja i pyta się kogoś tam czy połowa naszej grupy już jest. Wchodzimy na górę, od razu nas porywają do stolika.
Widać, że w porównaniu do reszty gości jesteśmy trochę inaczej ubrani. Ja w dżinsach i kowbojkach. Przyjaciel w jakiejś bluzie i kowbojkach, koledzy w outdorowych kurtkach, a reszta klientów w gajerkach, pod krawatem, z torbami coco-chanel ...
Na stołach piękne obrusy, po lokalu krząta się tak zwany staff, ale jakoś nikt nie kwapi się aby do nas podejść. Po około 15 minutach pojawia się jakiś pan. Z Ameryki Południowej. Słabo nas chyba rozumiał. Ja do niego – glass of water, a on do mnie glass of porto? Menu za szybką. Od razu włacza mi się guzik – "wspomnienia z życia kelnerki". Wyobrażam sobie jak beznadziejnie jest tu pracować i być odpowiedzialnym za czyszczenie tych menu. Pewnie czepiają się za każdą smugę i pewnie trzeba wdychać windex.
W końcu przynieśli nam wodę i wino. Ja piję tylko wodę, bo jestem designated driver i jedno pifko miałam już w innym lokalu.
Człowiek myślałby, że jak zamawia się stek to od razu z jakąś tam sałatką, czy innymi ziemniakami. A tu nie- do wyboru: filet mignon, filet au poivre, prime rib, new york strip, lamb chops, colorado rib steak. Ceny od $35 do $50 za porcję. Do tego dochodzi sałatka, jakieś ziemniaki i warzywa. I tak wyszło $90 za osobę.
No więc jak się płaci to przynajmniej człowiek oczekuje, że będą jakoś nadskakiwać. Nasz kelner chyba miał ważniejsze sprawy do załatwiania, bo na złożenie zamowienia czekaliśmy kolejne 20 minut, a potem na jedzenie z jakieś 30. Gdyby nie to, że się chłopcy dawno nie widzieli i mieli o czym gadać myślę, że byśmy wyszli i zostawili to w cholerę.
W końcu przyjechali. Jakiś wózek, a na wózku nasze mięso. Do obsługi wózka 3 osoby. Człowiek myślałby, że dzięki temu jakoś pójdzie im sprawniej, ale gdzie tam. Wyrywali sobie te talerze i tak paru dostało nie to co zamówili. To znaczy musieliśmy się wymieniać.
Oczywiście ja tu nie wybrzydzam i nie odbiło mi totalnie, żeby robić jakąś aferę z tego, że dostałam coś, co zamówił mój sąsiad, ale ludzie! jak się tyle płaci to chyba za to właśnie.
Jedzenie było w porządku. Osobiście chyba wolę za te pieniądze kupić coś porządnego w Whole Foods i zrobić niezły obiad w domu, no ale chłopcy chcieli stek, więc steak it is...
W związku z tym, że była już prawie 22.00, nie zjadłam wszystkiego i zabrałam połowę do domu. Faceci raczej byli głodniejsi, ale też podobno byli napchani. Pan z Ameryki Południowej podjeżdża z kolejnym wózkiem i pyta się czy jesteśmy zainteresowani deserem. Ja mieszkam tu już jakiś czas i w wielu restauracjach byłam, ale takich kawałków to ja jeszcze nie widziałam. Wyobraźcie sobie magazy Elle i przetnijcie go po przekątnej. Takie były te kawały.
Andriej – ten chłopak z Moskwy nie mógł uwierzyć. Dostał jakiegos ataku śmiechu, ale wciąż kazał sobie pokazywać. Wiadomo było, że nic nie zamówi, to znaczy pan kelner chyba tego nie wiedział. Łudził się, że każde z nas zamówi tort marchewkowy albo czekoladowy wielkości stopy. (BTW wczoraj upiekłam ciasto śliwkowe dokładnie wielkości jednego kawałka tego deseru).
Pan Porto był rozczarowany. Ale mimo wszystko ciągle było mu mało, więc przyniósł listę tak zwanych after drinksów. Ja oczywiście „glass of porto", czyli wodę. Chłopcy whiskey. I tak sobie siedzą i sączą. Aż się zorientowaliśmy, że jesteśmy ostatnimi klientami i nawet krzykliwa pani z torba coco-chanel już poszła. Ale siedzimy dalej. A mi się włacza kolejne szaleństwo- liczenie godzin. Ile godzin mi jeszcze zostało zanim muszę wstać do pracy. Ja tak mam. Wyszło mi, że niewiele. Tak więc można się zacząć nastawiać ...
Potem rachuneczek. Dość sporo, bo pan kelner doliczył sobie 20% napiwku. Tak zazwyczaj jest, ze jak jest stół większy niż 6 osób to doliczają. Ale 15%, a nie 20%. Myślę, że pan Porto ucieszył się jak wychodziliśmy bo w końcu czas iść do domu, a im pewnie została jeszcze godzina sprzątania.
Zadecydowaliśmy, że był to pierwszy raz, ale pomimo tego, że restauracja jest rekomendowana przez ZAGAT to tam nie wrócimy. Ta restauracja to jakaś totalna bzdura.
środa, 24 maja 2006
Dzisiaj będzie o amerykańskich kiblach i zwyczajach w nich panujących. Amerykańskie wucety są jak dla mnie nadal owianą tajemnicą. Szczególnie to zamiłowanie do braku prywatności.
Mieszkałam kiedyś z amerykańskimi dziewczynami w domkach kempingowych ze wspólną łazienką. Pamiętam, że dziwiły mnie tam prysznice, a dokładnie mówiąc – kotary. Były tam chyba do pokonania ze trzy zasłony, zanim się człowiek dostał pod ten prysznic. Przyzwyczajona do kąpieli na basenie bez jakichkolwiek kotar- dziwiłam się. Czego one się tak bały? One czyli amerykańskie dziewczyny. Nigdy nie uzyskałam odpowiedzi, podejrzewam, że chodzi o zasłanianie tłuszczu. Jest to dla mnie o tyle niezrozmiałe, gdyż zasada ta nie obowiązuje w wucecie. A wręcz przeciwnie. Jak tylko wejdziesz do kabiny to od razu zauważysz, że w drzwiach jest szpara szerokości 2 cm. A w niektórych nawet większa. Zważywszy na to, że w damskim wucecie jest zawsze kolejka, oznacza to że zawsze ktoś przez tę szparę patrzy się na ciebie. Wiem, bo sama czasem stoję w tej kolejce i widzę to czego być może widzieć nie powinnam. I zaznaczam- nie wypatruję.
Kolejną sprawą są toalety w pracy. Te są jeszcze bardziej przerąbane, bo siedząc w takiej kabinie można rozpoznać sąsiada z boku po butach. Niby nie jest to nic specjalnego, ale jak się z kimś pracuje to raczej nie ma się ochoty patrzeć takiemu pierdziakowi w oczy i przypominać sobie odgłosy jakie słyszało się w wucecie. Najgorsze są te co sapią. Idziesz sobie na tak zwany number 1 (number 2 to pójście na posiedzenie), siadasz i nie możesz się skoncentrować bo słyszysz sapanie obok i rozpoznajesz buty kobiety z działu kadr.
Siedzenie w wucecie przez dłuższy czas praktykuję, bo lubię sobie poczytać właśnie tam. Nie wiem czemu, po prostu tak już mam. W pracy ze względów higienicznych nie ma o tym mowy. Ale niektórym się to zdarza. Ostatnio siedzę sobie w kabinie nr 2 (mamy 3), słyszę sapanie i nagle widzę, że na podłogę spada książka. Nie rozpoznałam butów, więc nie wiem kto to był. Ale za długo siedzieć nie można, bo jak się siedzi i się nie rusza to gaśnie światło. Tak więc trzeba co jakiś czas machać rękoma.
Ostatnio jedna babka (już nawet wiem która, bo poznałam po białych adidasach) chyba się tam przebierała po tym number 2. Było słychać jakieś zdejmowanie i nakładanie ubrania, używanie olbrzymiej ilości papieru toaletowego, i wycieranie się przez kilka minut.
Najgorsze jest te pierwsze kilka sekund. Wchodzę. Mam do wyboru trzy kabiny. W trzeciej siedzi jakiś sraluch, w pierwszej jest rozwalony zamek. Muszę wejść do drugiej. Wchodzę i nagle cisza. Trochę śmierdzi, ale cicho jak w grobie, bo sraluch obok udaje że go tam nie ma. Czeka aż sobie pójdę, żeby mógł się ponownie SKUPIĆ.
W zeszły piątek zauważyłam kolejną metodę na wyjście z twarzą z sytuacji „o Boże muszę iść do toalety na number 2, a jestem w pracy“. Otóż kobieta miała ze sobą odświeżacz powietrza. W aerozolu. Kompletnie nie było nic czuć, ale wiadomo było co tam robiła bo było słychać. Myślę, że ta pani była dość uprzejmą osobą.
Oczywiście niektóre osoby chodzą do wucetu trójkami. Bo idą na papieroska i po drodze zachodzą na siku. Oczywiście plotkują.
My czegoś takiego nie mamy, ale w większych firmach- tych od ropy naftowej jak mam już być dokładna – w kibelkach wiszą ponoć plakaty następującej treści: Ciiii … nie rozmawiaj tu na tematy związane z pracą. Nigdy nie wiesz kto siedzi w kabinie obok“. No niby i prawda, ale nie w moim przypadku bo ja rozpoznaje po butach.
W innych firmach z prywatnością jest podobnie. Porszaliśmy ten temat ostatnio ze znajomymi. Niektórzy gdy są w potrzebie (number 2), idą do wucetu dla inwalidów, bo jest w osobnym pomieszczeniu i można mieć chwilę prywatności. Ale za to gdy się wychodzi z takiego kibelka to wszyscy dookoła wiedzą po co tam poszedłeś, bo chodzą tam tylko ci, którzy chcą iść na number 2. Tak czy siak jest się na SRA-conej pozycji.
dodane 2/8/08
Ostatnio u mnie w pracy jest jeszcze moda na chodzenia na numer 2 z telefonem. Kobiety wstydu nie mają. Idą po to aby 'posiedzieć' i pogadać z koleżanką przez komórkę. Zawsze w takiej sytuacji ostentacyjnie spuszczam wodę. Czasem nawet 2 razy, żeby mieć pewność że ta po drugiej stronie telefonu usłyszy. 
 
05:48, hjuston , praca
Link Komentarze (6) »
wtorek, 23 maja 2006
Proponuję ciekawy test. Mój wynik był dość żałosny 3 na 15...Wygląda na to, że nie potrafię odróżnić zabawek dla dzieci, od zabawek dla dorosłych... 
piątek, 19 maja 2006

Podczas naszej wycieczki do Nowego Jorku wybraliśmy się także do ONZ. Do ONZ może się wybrać każdy. Za $12 można zakupić bilet na godzinną wycieczkę po budynku (oczywiście z przewodnikiem). Nasza przewodniczka była z Niemiec. Ale mówiła świetnie po angielsku i hiszpańsku. Oczywiście przed wejściem sprawdzili nam torby i kieszenie, no ale to już nie dziwi bo sprawdzają tu nas dosłownie wszędzie.
Kobieta streściła nam historię ONZ-u, cele i plany. Była dość konkretna. O wszystkim można sobie przeczytać na Wikipedii. Nie będę tu opisywała celów ONZ-u bo każdy je na pewno zna, a jak nie zna to może sobie przeczytać w Wikipedii. Chciałam podzielić się ogólnymi wrażeniami. Pomimo tej całej krytyki wokół ONZ-u, uważam że taka organizacja jest potrzeba. Ostatnio tak trochę powątpiewałam, ale wycieczka chyba zrobiła swoje, bo już mi się zdanie zmieniło. Pewnie, że krytykuje się te wielkie sprawy i pewnie, że dobrze by było jakby ten ONZ zrobił więcej w niektórych państwach, ale z drugiej strony są setki innych akcji, o których na codzień nie słyszymy a nad którymi ten ONZ pracuje. I chyba to mnie najbardziej przekonało.
Spodziewałam się też ścian z marmuru i złotych klamek, czyli mówiąc krótko marnotrawstwa pieniędzy. A co zastałam – obsyfiałe ściany, wypocone, skrzypiące krzesła i jakąś taka straszną ciemnicę. Wyglądało na to, że pieniędzy na remont nie ma.
Podobało mi się to.
Były tam też różne wystawy. Jedne mniej ciekawe, a drugie bardziej. Były eksponaty z Hiroszimy. Naczynia, monety i inne przedmioty potraktowane bombą atomową. Robi wrażenie...
Spędziliśmy tam ze 3 godziny, ale Kofiego Banana nie spotkaliśmy...

czwartek, 18 maja 2006

Wczoraj wybraliśmy się do REI na film pt: Magic Mountain. Film opowiada o pracy Cynthii Hunt, wolontariuszki, która poświęciła swoje życie na pomaganie wioskom znajdujących się w Ladakh-u. Film był prezentowany przez jej przyjaciółkę. Właściwie to mogłabym pisać o tej przyjaciółce, która zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Kobieta ta każdego roku jedzie sobie na trekking do Indii. Ma za sobą wycieczkę dookoła świata i takie tam. Może i nie byłoby się czym podniecać, ale ona ma 65 lat i niesamowitą energię. Ma też mnóstwo czasu, bo jest na emeryturze.
No ale wracając do Cynthii Hunt. Założyła ona fundację, która zajmuje się pomaganiem w rozwoju odizolowanym wioskom. Fundacja nazywa się HEALTH Inc (Health, Environment, And Literacy in The Himalayas). Cynthia uczy mieszkańców tych wiosek jak myć zęby, jak zbudować szklarnie, czy też jak liczyć. Niby wiele jest osób, które pomagają w jakiś tam sposób, ale Cynthia zrobiła na mnie szczególne wrażenie. Otóż aby dostać się z jednej wioski do drugiej musi iść z plecakiem na przykład 4 dni. No i idzie z tym plecakiem wypchanym szczoteczkami do zębów, namiotem i ciepłym śpiworem przez drogę wiodącą przez zamarzniętą rzekę. Jedni do pracy dojeżdżają pociągiem, drudzy samochodem po hajłeju, a niektórzy na piechotkę po zamarzniętej rzece przez cztery dni... Cynthia jest już tam 25 lat. Udało jej się wydać pierwszą książkę w języku Ladakh-ów. Ksiązki te opowiadają o małej dziewczynce (Padmie), która uczy inne dzieci jak myć ręce, zęby i takie tam. Coś w rodzaju takich karteczek, które kiedyś za czasów komuny były rozdawane w szkole.
Punktem kulminacyjnym filmu jest wycieczka kobiet z wioski do stolicy – Leh, gdzie kobiety proszą rząd o wsparcie i fundusz na budowę szklarni. Nie byłoby to nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że kobiety te, poraz pierwszy w życiu opuściły wioskę. Poraz pierwszy w życiu jechały autobusem, i poraz pierwszy w życiu widziały telewizor...Cała wycieczka została sfilmowana i wyglądało to naprawdę dość spektakularnie. Grupa kobiet w spódnicach, które jak kozice wspinały się po skałach chichrając się co jakiś czas (nie wiem jak się pisze chichrać)...
Kobietom udało się zdobyć fundusze – ale rezultaty w dwóch wioskach nie były takie same...
Film był dość poruszający. Zawstydzał, jak pomyślało się o tym wszystkim co mamy... REI sponsoruje Cynthię. Dają jej namioty, ubrania i inne outdoorowe gadżety.
Ale największe wrażenie zrobiło na mnie to, że  4 miliony mieszkańców Houston przyszło nas 8 osób!!!

22:19, hjuston , filmy
Link Komentarze (3) »

Nadal mam te mrówki na biurku. No niby nie jest ich wiele, może z 5 na dzień, ale jest to wkurzające. Mam teraz nową metodę pozbywania się ich. Metoda na taśmę klejącą. Przyciskam kawałek taśmy do takiej mróweczki i po kłopocie.

środa, 17 maja 2006

Być może jestem zacofana i w Polsce już dzieci się tak bawią. No ale przeszukałam Internet i za wiele na ten temat po polsku nie znalazłam. W każdym bądź razie chodzi o to, że można się nieźle zabawić. Mnie generalnie petardy i inne tego typu zabawy nie ruszają. Ale to poruszyło i to nieźle. Zapraszam do obejrzenia krótkiego filmiku o tym co się dzieje z pepsi jak się do niej wrzuci mentosa.

Igrzysk i chleba wołali wczoraj Hjustończycy na stadionie Minute Maid, które przez jakiś rok brałam za fabrykę soku Minute Maid.
Wczoraj wybraliśmy się na meczy Astros vs SF Giants. Był to mój drugi mecz baseballowy w życiu. Nie powiem, że je lubię, ale także nie mogę stwierdzić, że nie lubię. Gra toczy się jak dla mnie zbyt anemicznie. Przez długi czas nic się nie dzieje, a jak już się dzieje to tylko przez parę sekund. Wczorajszy mecz miał być wyjątkowy. Otóż Barry Bonds miał ustanowić kolejny rekord. Gdyby udało mu się zdobyć home run pobiłby Babe Ruth, który to tak jak i Barry Bond ma na swoim źyciowym koncie 713 home runów. Niestety, nie udało mu się. Piszę niestety, nie dlatego że darzę Barrego Bonda jakimś tam uczuciem, czy też jestem zagorzałą fanką Olbrzymów z SF. Po prostu, miałam nadzieję, że będzie to jakiś historyczny mecz.
Barry Bond ponoć jest nielubiany wszędzie. Podobno używał sterydów i podobno to, że ma na swoim koncie 713 home run-ów nie jest tylko i wyłącznie jego zasługą. No ale cóż, chyba nie było to nic aż tak poważnego skoro koleś gra nadal.
Fani Astros wybuczeli go nieźle. Takiego buczenia to ja nigdy w życiu nie słyszałam. No i pomogło. Barry Bonds grał wczoraj jak ostatnia oferma.
Natomiast jeśli chodzi o samą atmosferę. No cóż, nie bardzo ją rozumiem. Mecz trwał ponad 4 godziny. Od 19-ej do 23-ej. Ja wyrobiłam tylko do 21.30. Co za dużo to niezdrowo. Miejsca mieliśmy niezłe. Sekcja klubowa. Bilety za darmo, od siąsiadki męża. No wię co się robi przez takie 4 godziny na stadionie. No więc żre się. Żre się popkorn, hot dogi, hamburgery, frytki, chipsy, chipsy z serem i inne podobne przysmaki kuchni fast foodowej. Ceny też niczego sobie. Pepsi- $4.25, hot dog $4.75, frytki $3.5. Kupiliśmy sobie po hot dogu. Był okropny. Jeszcze dzisiaj mi się nim odbija.
Dzisiaj jest kolejny mecz- pewnie dzisiaj Barry Bonds zdobędzie bazę. Niby moglibyśmy iść znowu, bo koleżanka ma kolejne bilety, ale prawdę mówiąc wolę sobie posiedzieć w domu…
Zdjęcia z imprezy można obejrzeć tutaj.

wtorek, 16 maja 2006
Około 240 pojazdów wzięło udział w XIX Paradzie Samochodów. Większość z nich była pomalowana, wyrzeźbiona, albo w jeszcze inny sposób przystrojona. Na paradę przyszło ponoć około 200 tysięcy osób. Nikomu nie przeszkadzało, że temperatura wynosiła prawie 40 stopni… Samochody były różne- niektóre naprawdę przypominały niezłe dzieła sztuki, inne dość skromne, można powiedzieć że dość żałosne. Z bardziej osobistych przeżyć to trochę się spaliłam. Tak, źe dzisiaj czuję że mam jakąś gorączkę czy coś w tym stylu. Spaliłam się nie tylko ja. Jeden pojazd zaczął się palić podczas jazdy. Było to dość spektakularne.
Jeśli chodzi o moich faworytów to bez zawahania stwierdzam iż były to „Electronic cup cakes“ z Kalifornii.
Jeśli chcesz zobaczyć więcej zdjęć – kliknij na cup cake poniżej.


sobota, 13 maja 2006
Nie chcę być monotematyczna, ale dzisiajszy wpis będzie po trochu związany z Izraelem. (To już ostatni).
Mam tu teraz taki problem, bo nie wiem czy mianem Izraelczyków określa się tylko tych, którzy mieszkają w Izraelu? Czy Ci, którzy mieszkają w Ameryce to też Izraelczycy, czy już nie? No i w ogóle czy używanie wyrażenia "Dzielnica Żydowska" jest poprawne? No nie wiem. Próbowałam się dowiedzieć, ale jakoś nie widze jasnych odpowiedzi. Może ktoś wie?
Jak wiecie mój Monsz ma skrętkę na punkcie fotografii. Udało mi się go ubłagać, aby nie brał ze sobą do tego Nowego Jorku zbyt dużo sprzętu, bo nie jedziemy na robienie zdjęć, tylko na łażenie. Trochę pomamrotał, ale w końcu przyznał rację. Tak mi się przynajmniej wydawało. Mówił mi wcześniej o jakimś tam legendarnym sklepie fotograficznym znajdującym się w dzielnicy Żydowskiej, w którym chciał sobie zakupić Lense Baby i coś tam jeszcze. Zapytał się czy możemy tam pójść i że tylko na trochę. Niestety, nie mogliśmy pójść w sobotę, bo w sobotę z powodów religijnych ten sklep był po prostu zamknięty. Tak więc musieliśmy przełożyć to wyjście na niedzielę.
Myślę sobie, sklep jak sklep. Czego można się spodziewać po sklepie fotograficznym? No więc zbliżamy się do 9-ej Alei i zaczyna już być widać coś co może zacząć niepokoić. "Shipping - Receiving" wielkie jak wół. Widać dużo wysyłają - myślę sobie. Ale chyba nie wiedziałam jak dużo.
W zakamarkach, pomiędzy budynkami widać chłopców z pejsami w jarmułkach palących papierosy (albo coś innego) w godzinach pracy . Widać też jakieś dzikie tłumy zbliżające się do tego sklepu. No więc wchodzimy. Zatkało mnie. Spodziewałam się czegoś dużego, ale nie aż tak. Dla porównania napiszę, że ten sklep jest jak połowa Media Marktu w Szczecinie, tyle tylko, że ma 2 pięterka. Wszędzie krążą starzy i młodzi z pejsami i w jarmułkach. Na początku myślałam, że Izraelskie korzenie są wymagane przy zatrudnieniu, no ale później zauważyłam jakichś Meksyków bez pejsów, więc chyba nie miałam racji.
Mój Monsz, wywalił kawę na ławę: skoro już tu jesteśmy to może obejrzymy tego Canona, którego chciałem sobie kupić? No oczywiście można się było spodziewać. Wiedziałam, że na oglądaniu się nie zakończy, bo oglądać to już się naooglądał w Internecie. No ale dobra, niech mu będzie. Idziemy do działu Digital SLR. Ustawimy się w kolejeczkę do jednego z 15 stanowisk gdzie pan objaśnia co i jak. Pan naprawdę znał się na rzeczy, w przeciwieństwie do powiedzmy Customer Service z takiego Best Buy-a. No więc oni tam sobie gadu gadu a ja się rozglądam po tym sklepie. Najbardziej powalił mnie  taśmociąg pod sufitem. Pierwszy raz w życiu coś takiego widziałam. Po całym sklepie jeżdzą na tym taśmociągu jakieś zielone koszyki. Widać też jakieś windy. Normalnie jak w jakiejś fabryce. Brakowało tylko świstaków...Chociaż ci goście uwijali się tak szybko, że miało się wrażenie iż jest się w jakimś świecie krasnoludków.
Po jakichś 10 minutach zorientowałam się, że na blacie pojawiły się nie tylko Lense Baby, ale także jakiś obiektyw ze stabilizatorem, wymarzony aparat i coś tam jeszcze. Taaaa.. Prawdę mówiąc wiedziałam, że na tym się skończy. Nie mieli tylko jakiegoś tam czyścika do mojego aparatu, ale "no problem" - przyślą. Podaj pan tylko numer telefonu i my cię już znajdziemy. Wydało się wtedy, że mój Monsz jest stałym klientem tego sklepu (wersji online), bo mieli tam już wszystkie nasze informacje. Myślę, że znają nas tam w tym Shipping i Receiving, bo tych transakcji na naszym koncie było już kilka.
Po chwili zrozumiałam o co chodzi z tymi koszykami. Otóż po tym jak pan wklepał nasze zamówienie do komputerka, ktoś tam na dole dostał sygnał, że to i to trzeba zapakować do zielonego koszyka. Zapakował i wsadził do windy. Meksyk stojący przy windzie odebrał i przyniósł do naszego stanowiska. Żebyśmy sobie popatrzyli i przyznali, że to jest właśnie to co chcemy. Ale tylko przez pudełko, żadnego otwierania. Po czym wydrukował nam druczek, z którym mamy iść do kasy. W tym czasie nasze pudełko gdzieś tam sobie jedzie na tym taśmociągu i macha do wszystkich ciesząc się, że się wydostało z ciemnego magazynu.
A my tymczasem idziemy przez dział toreb. Oczywiście zupełnie "przypadkowo". Wiadomo było po co idziemy do tego działu.  I tak kolejna rzecz została dołożona do naszego zamówienia. Tak samo przyjechała do nas, obejrzeliśmy i pa pa. Oczywiście dostała dołożona do naszego koszyka. No więc było ich już tam więcej i pewnie nieźle się bawili w tym koszyku jeżdżąc na taśmociągu po całym sklepie. My w tym czasie, przedzierając się przez dział papieru, filtrów, i lamp błyskowych dotarliśmy do kasy. Zapłacone. Dostajemy rachuneczek, który potwierdza ten fakt i idziemy po odbiór przesyłki. Przychodzimy do takiej jakby szatni, w której to na wieszaku czeka na nas reklamówka z naszymi prezentami bynajmniej niegwiazdkowymi. Acha, dodam, że przeoczyłam moment pakowania do reklamówek tak więc nie wiem gdzie się to odbywa. Wiem tylko tyle, że te reklamówki jadą później do tej szatni na hakach. Jak w jakimś sklepie mięsnym.
No i wychodzimy.
Był to jedyny sklep do jakiego poszliśmy w tym Nowym Jorku, ale przyznam się, że była to moim zdaniem jedna z ważniejszych atrakcji turystycznych. Szacuneczek do tych, którzy zarządają tym sklepem, którzy koszą niezła kasę bo stworzyli coś co ma naprawdę niezły Customer Service. No i znają umiar. Zamykają sobie ten sklep w sobotę, bo wiedzą, że jeśli ktoś bardzo chce, to poczeka. A czekać naprawdę warto.


 
1 , 2 , 3
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston