czwartek, 31 maja 2007
Ale niestety tylko $7 ...
środa, 30 maja 2007



Na deszczową pogodę (pomimo tego, że w końcu zaczęło świecić słońce) kupiłam sobie i polecam.
Film też polecam.
niedziela, 27 maja 2007



Leje. Zalało nam już ulicę. Zapowiada się fantastycznie mokry długi weekend. Z rozrywek Memorial Day Weekendowych planujemy przede wszystkim sprzątanie jaskini gdyż przyjeżdża do nas na 2 tygodnie kolega. Przed chwilą wróciliśmy z muzeum gdzie można zobaczyć wystawę pt: Oko na Kraków. Miło było pójść do amerykańskiego muzeum gdzie eksponaty były podpisane po polsku. Polecam chociaż trochę za mało było tam tych zdjęć.
Wczoraj wybraliśmy się poraz drugi do The Art Institute of Houston, o którym to pisałam kiedyś w przeszłości. Niewtajemniczonym przypomnę, że jest to sympatyczny i niedrogi sposób na dość luksusowy posiłek. Za $30 od osoby można zjeść kilkudaniowy obiad z dwoma deserami i 3 kieliszkami wina (w normalnej restauracji kieliszek wina kosztuje ok $6- $8 więc można sobie policzyć).
Zasady są następujące. Dzwonisz i rezerwujesz stolik. Oni mówią ci o której masz przyjść i przychodzisz. Wszyscy klienci nie mogą przyjść w tym samym czasie, bo wiadomo jest to szkoła i nie chodzi tu o to żeby zadowolić klienta. Nie można tych studentów za bardzo stresować. Każdy stolik przychodzi więc o innej godzinie. W całym przedsięwzięciu chodzi o to aby przygotować świetny posiłek, świetnie go zaprezentować, i najważniejsze, podać go z odpowiednim winem. Wczorajsze menu (pt: Flavors of Asia Sake Pairing) wyglądało następująco:
Trio of Herb Wrapped Tuna,
Cajun Beer Sauce Seared Diver Scallop,
Jalapeno Salsa Chilled Avocado Soup,
Soy Glazed Veal Cheeks, Celeriac Puree,
Passion Fruit Sorbet,
Pacific Sole with Red Curry, Cider Braised Pork Belly, Rock Shrimp Potstickers,
Frozen Coconut Souffle, Cashew Brittle, White Chocolate Fudge

A do picia: Zipang Sparkling Sake, Gekkeikan Gold Sake, Sayuri Nigori Sake.
Przyznam szczerze, że na sake się nie znam. Właściwie zupełnie. I pomimo tego, że jedzenie było naprawdę pierwszorzędne to do sake się nie przekonam. Jeszcze to sparkling to można było wypić, ale kolejne trochę za bardzo waliły mi drożdżami czy też tym ryżem.
Jeśli chodzi o dania to nadmienie, że zupa z awokado to totalna pomyłka. Smakuje trochę jak jakieś mdłe nie wiadomo co. Komuś tam (skłamię jeśli powiem, że nie mi) skojarzyła się ta zupa z glutami... Avocado, czy jak mówi Wujek Zdzisiek - awokad- musi być podawany na zimno. Konsystencja musi być albo stała, albo rozpaćkana, ale nie płynna!
Do reszty menu nie miałam zastrzeżeń. Każde danie wyglądało jak małe dzieło sztuki (oczywiście oprócz zupy z awokado, bo to akurat wiadomo jak wyglądało).
Dania podawane są w małych kawałkach, żeby można było wszystkiego spróbować. Tylko przy polewaniu wina ręka im nie drży. Normalnie, w restauracjach z jednej butelki można wyczarować 6 kieliszków. W tej szkole jedna butelka to 4 kieliszki. Można się trochę znietrzeźwić.
Serwis jest nienajlepszy, ale jakie ma to znaczenie? Szczególnie po 3 kieliszku wina. Ten nienajlepszy serwis polega nie na tym, że trzeba czekać 40 minut na zupę czy też szklankę wody. No po prostu, dziewczyny które tam kelnerują robią to chyba po raz pierwszy. A to im coś spadnie i trzeba przynosić nowy talerz, a to zapomną ci przynieść szóstego kieliszka do sake (było nas 6 osób), a to widzisz jak przy podawaniu jednego talerza drugi zjeżdża im z tacy. A to śmieją się pod nosem jak czytają te nazwy sake i za każdym razem dodają "whatever this is called". I takie tam. Czyli jak widzicie nic takiego poważnego. Takie tam po poprostu bzdury.
Muzyka nastrojowa. Jakieś azjatyckie brzdęki, a potem hity typu Big In Japan w wykonaniu Alphaville. Miodzio...
Znajomy nam nadmienił, że są w Houston jeszcze inne szkoły kulinarne, więc być może za jakiś czas wybierzemy się do innej. Ale póki co, jakby ktoś był zainteresowany to tutaj można przeczytać co będą pichcić w kolejnych tygodniach.
A dzisiejszy wieczór też w azjatyckim nastroju. Wypożyczyłam 2046. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że wypożyczyłam ten film po raz trzeci, bo za każdym razem dvd było porysowane. No jak to mówią- do trzech razy sztuka.
Był już ktoś może na Piratach? Bo w sumie w deszczowy weekend można się wybrać.
sobota, 26 maja 2007
Jako że ogladam ostatnio sporo stron we Flashu, udaje mi się czasem znaleźć ciekawe rzeczy. Dla tych, którzy lubią muzykę i seks polecam reklamę. Bardzo dobrą reklamę. (Odradzam jednak oglądanie w pracy albo w kościele).
Jak dla mnie ta pioseneczka mogłaby zostać hitem lata 2007.

wtorek, 22 maja 2007
Ach, w tym Chicago to sobie żyją. Na trawie można posiedzieć w parku. Transport publiczny mają. Gołąbka można sobie zjeść. Normalnie luksus.
W Chicago byłam ostatni raz 8 czy 9 lat temu. Zmieniło się od tego czasu. Sears nie jest już najwyższym budynkiem świata. Dojazd z centrum do O'Hare zajmuje 45 minut, a nie 15. Ludzie jacyś tacy chudsi...
A jacy gościnni...Koleżanka z bloga obok zaprosiła nas w odwiedziny. Zapewniła wikt i opiekunek, pościel z satyny i ręczniki.
A miało być "weird", bo w końcu wiemy jak to jest jak się jedzie w odwiedziny do osoby poznanej przez internet. Gdy opowiedziałam o tym planie znajomym w pracy to pukali się w czoło. Najpierw nie wiedziałam o co chodzi, ale potem chyba do mnie doszło, że jeśli opowiadam, że razem z mężem jadę do koleżanki poznanej przez internet, która też ma męża to dla niektórych Amerykanów brzmi to jednoznacznie...Po tym gdy szef spojrzał się na mnie tak jakoś dziwnie, postanowiłam nie opowiadać więcej nikomu o swoich planach.
A było zupełnie normalnie. Ania powitała nas zupełnie jakbyśmy się znali nie wiadomo ile, a przecież z twarzy byliśmy podobni zupełnie do nikogo. Powitała nas po polsku: żywcem, curry z krewetkami i flagami powiewającymi na wietrze...
Pragnę tutaj wykorzystać fakt iż jestem kierownikiem tego bloga i serdecznie podziękować państwu z Chicago. Monsz był bardzo zaskoczony tą polską gościnnością...
No ale dosyć tego wychwalania, bo że Ania to równa babka z niezłymi tatuażami na stopach, wie każdy kto czyta Windy City. A kto nie wie, ten trąba. Dodam tylko, że było też bardzo miło przekonać się, że koleżanki LonelyStar i Evek istnieją nie tylko wirtualnie. Spotkałyśmy się bowiem w niedzielę o 11 rano na schabowym i pierogach. Marxx nie przyszedł.
Co więc robiliśmy w tym mieście, które tak wielu z nas kojarzy się z Jackowem i Mońkami, a tak nie wielu ze wspaniałą architekturą, świetnym jedzeniem, wiatrem od jeziora, który jest właściwie prawie jak wiatr od morza? No więc nie zrobiliśmy zbyt wiele. Bo ile czasu tak naprawdę trzeba spędzić na zwiedzanie Chicago, wie tylko ten który próbował to zrobić w dwa dni.
Teoretycznie Chicago nie kręciło mnie w ogóle. Spędziłam tam kiedyś dwa miesiące. Wtedy wydawało mi się to Chicago takie dość zaściankowe, być może ze względu na te Mońki, Jedynkę, Korę Jackowską reklamującą tanie rozmowy ze Stanów do Polski i tym podobne. Teraz Mońki i Belmont wywołują jakieś tam wzruszenie. Zawsze tak jest, że żal nam tego czego nie mamy, czyli w tym wypadku polskich sklepów na Belmont.
Ale nie myślcie, że cały weekend spędziliśmy właśnie tam, bo wcale nie.
W sobotę, po pysznym śniadaniu u gospodyni wybraliśmy się na tak zwane miasto. Plany były ambitne- jezioro, Sears Tower, wycieczka architektoniczna, zakupy w H&M, hot dog z budy, sklep fotograficzny, no i Millennium Park.
Plany planami, a rzeczywistość wyszła trochę inaczej.








Sears Tower odpuścliliśmy sobie. Przyznam, że nie było mi żal, bo w sumie po odwiedzeniu Empire State Building w NY i Space Needle w Seattle potrafię sobie mniej więcej wyobrazić co można zobaczyć z góry. Nie odpóściliśmy sobie za to Millenium Parku, który moim zdaniem jest jedną z lepszych atrakcji w Stanach.
Amfiteatr Franka Gehry'ego po prostu powala. Niby puszka, a jaka ładna. Cloud Gate zwana przez mieszkańców Chicago Fasolką jest moim zdaniem główną atrakcją Parku.
Dlaczego nie wszystkie miasta stać na takie gadżety?
Dlaczego Chicago to ma, a my w Houston mamy pomnik Sama kurde Houston'a?
Fasolka jest jedną z lepszych atrakcji turystycznych jakie w życiu widziałam. I nie pytajcie dlaczego, bo wam odpowiem, że dlatego iż jest po prostu fajna.




Do pozostałych atrakcji można zaliczyć spacer w upale po Michigan Avenue (sobota), spacer w zimnicy (niedziela) po Michigan Avenue. Wyjście do Art Institute w celu ogrzania się i pooglądania jak ludzie prezentują fotografie. BTW w Art Institute można zobaczyć obrazy Cy Twombly'a, jakże znanej mieszkańcom Houston postaci.
W niedzielę ledwo zdążyliśmy na samolot. W samolocie siedziałam obok dziewięcioletniego chłopca, który wracał właśnie od ojca i macochy do mamy i ojczyma. Chłopiec ten podróżuje tak sobie dwa razy w miesiącu. Wiem, bo był bardzo gadatliwy. Nie dał mi poczytać czerwcowego Twojego Stylu jaki kupiłam sobie w polskim sklepie. Chłopiec ten ma na swoim koncie OnePass 150 tysięcy mil. Powiedział mi także, że zna na pamięć Safety Instructions. Na początku myślałam, że zmyśla, ale jak puścili wideo zatkało mnie, bo wyprzedzał każde zdanie. A filmik ten drodzy państwo trwał dobre 5 minut. Na początku myślałam, że odmawiał pacierz, ale nie- on mamrotał, że exit tu i tu, że maskę najpierw sobie a potem sąsiadowi, że nie można palić w kibelku i że życzą nam przyjemnej podróży. Ba, nawet znał imię i nazwisko szefa Continetal Airlines. Tak więc z chęcią latałabym do Chicago częściej, ale boję się, że jeśli jeszcze parę razy się przelecę to zostanie mi tak jak temu chłopcu...



--------------------------
Więcej zdjęć Tu. Zapraszam też do odwiedzania Phototainable, bo tam też będą fajne zdjęcia.


piątek, 18 maja 2007
No więc już za chwileczkę już za momencik lecę do Chicago. Śpimy u Ani.
Z atrakcji czeka mnie picie polskiego piwa i posiłek w restauracji - szopce Szałas.
Do usłyszeeeeeeeeenia
środa, 16 maja 2007



Albuqureque ma swoją Balloon Fiesta, Augustów ma Pływanie na byle czym, a my w Houston mamy Art Car Parade.
Wszystko zaczęło się 19 lat temu (za rok okrągła rocznica) ze skromnymi czterdziestoma pojazdami. W tym roku mieliśmy tych pojazdów 250.
Jak możecie poczytać na photoblogu Mensza, w tym roku postanowiliśmy zrobić dobry uczynek i pracować jako wolontariusze. To znaczy Monsz jako "główny fotograf", a ja jako asystencik. Praca jako wolontariusz w 35 stopniowym upale ma pewne minusy, ale żeby nie było są i plusy. Jednym z takich plusów jest to, że można sobie pojeździć melexem. Bardzo mi się podobało. Ten upał, ta bryza i żyć nie umierać (w tym melexie znaczy się). Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Potem zaczęła się praca. Noszenie statywa, zmienianie obiektywów, nakładanie filtrów i takie tam. Na szczęście, koleżanka właśnie wprowadziła się do mieszkanka przy ulicy, na której wszystko się działo więc mogliśmy się pójść ochłodzić i napić lemoniady.
Cykaliśmy zdjęcia przez jakieś 3 godziny. To znaczy On cykał, ja zmieniałam filtry i obiektywy, a także nagrywałam krótkie, dość słabe filmiki.
Tegoroczna impreza była już trochę bardziej skomercjalizowana. Firmy zaczęły wystawiać swoje "Art Cars". W tym roku był samochód Starbucks, a także Bubble's Car Wash gdzie czasem jeżdżę umyć mazdunię. Nasa miało swój pojazd w zeszłym roku, zresztą NASA nie zalicza się do korporacji, więc można im to wybaczyć.

Byli przebierańcy




I piękne kobiety




Uchodźcy z Nowego Orleanu




ZZ Top



I nawet burmistrz...




Było gorąco, byłam bez skarpet i zdarłam sobie naskórek na podeszwie stopy. Kto nigdy sobie nie zdarł, nie wie o czym mówię. Przez kolejne dwa dni ledwo chodziłam.
Za rok znowu pewnie pójdę. W skarpetach.


---------------------------------------
Małą kolekcję zdjęć Mensza można zobaczyć TU. Moje fotki TU. A jakby komuś się bardzo nudziło, albo chciałby fajną odbitkę to zapraszam TU.


poniedziałek, 14 maja 2007
Z reguły nie wklejam jakichś tam prezentacji przypominających łańcuszki, ale dzisiaj zrobię wyjątek bo ta bardzo mi się podoba. Zapraszam TU .
sobota, 12 maja 2007
piątek, 11 maja 2007



W dzisiajeszym odcinku z serii Czwartki (wiem, że dzisiaj jest piątek) u siąsiada z blogu obok przedstawiam wam młody blog Atari2600,  który dla niektórych może się wydać "waste of space", a niektórym (takim jak ja) może przypomnieć wspaniałe chwile spędzone przed monitorem komputera, a właściwie przed telewizorem.
Ols przypomniał mi o mojej młodzieńczej miłości czyli o moim komputerze Atari 65XE (zdjęcie powyżej). Taki właśnie miałam. Wgrywałam sobie na niego różne gry, ale moją ulubiona była zdecydowanie gra Zorro, której nie mogłam przejść przez bardzo długi czas. Grę Zorro można sobie zobaczyć TU.
Czy ktoś z was miał Atari? A może Spectrum? Na Spectrum grałam dwa razy w tygodniu na kółku szachowym. Najpierw graliśmy w szachy z kompem, a potem przez pół godziny mogliśmy pograć w grę o jakimś magiku, której też nie mogłam przejść.
Później, jak miałam już peceta to byłam uzależniona od Wolfensteina, a jeszcze później od Cywilizacji. Obecnia nie gram w nic. PlayStation mnie nie kręci. Nie mam czasu na takie pierdoły.
A wy gracie?

czwartek, 10 maja 2007
W sobotę byliśmy na Pierwszym Corocznym Festiwalu Polskim. Pierwszy, coroczny brzmi całkiem zachęcająco, więc się wybraliśmy.
Wybraliśmy się tam za namową Ewy- czyli czytelniczki Motyla25. Nie spodziewałam się zbyt wiele, bo wiadomo jak to jest na obczyźnie- często trudno jest cokolwiek zorganizować. Ale muszę przyznać, że impreza była całkiem całkiem.
Monsz poraz pierwszy miał okazję posłuchać disco polo, a także zjeść pierwszorzędne ruskie pierogi i miodownika za dolarka. Polskiego piwa oczywiście nie było, ale odbiję to sobie już za 10 dni, bo lecę na weekend do Ani.



Zdjęcie zrobił Monsz. Przy okazji zapraszam wszystkich na pokaz jego zdjęć, który odbędzie się w herbaciarnio- kawiarni Te Tea House na Fairview. Więcej informacji o imprezie TU. Jakby ktoś miał ochotę przyjść to proszę się wpisać tu czy tam żebyśmy wiedzieli ile wina mamy zakupić.
W Nowym Jorku od piątku można zobaczyć wystawę pt: Autopsja Paris Hilton. Gdybym tam mieszkała to z chęcią bym poszła.
Capla Kesting Fine Art ogłosiło także konkurs na nekrolog Paris. 300 słów. Może ktoś z młodych blogowiczów się skusi? Ja już jestem za stara.

13:25, hjuston , art
Link Komentarze (6) »
środa, 09 maja 2007
Po czterech latach pracy w Stanach mam w końcu biuro z oknem. Okno w biurze fajna sprawa. Przez trzy lata wpoprzendiej pracy nie mieliśmy w ogóle okien w budynku. Było tylko jedne kuloodporne i zakratowane. W kolejnej pracy tak jakoś wyszło, że przydzielono mi biuro z widokiem na parking (taki piętrowy)- więc to się nie liczy. Potem miałam biuro bez okna, a teraz w końcu mam zajebiście duże biuro z oknem i z widokiem. Co prawda z widokiem na autostradę, no ale zawsze to lepsze niż widok na korytarz. Słucham sobie właśnie Somewhere Over the Rainbow w wykonaniu Israela Kamakawiwo'ole , patrze na ten hajłej i nucę „what a wonderful karfa world”... A wy jak macie w biurach?
Czy ktoś z was używa?

Ostrzegam, że nie wiem czy to to nadaje się do oglądania w pracy. Tzn teoretycznie się nadaje, ale praktycznie wiadomo jak jest.


niedziela, 06 maja 2007



My tu sobie świętujemy- piweczko te sprawy, a w Kansas tragedia.
Czy gdyby budowali te domu z cegły to byłoby mniej zniszczeń? Zawsze mnie to zastanawiało. Dlaczego w Tornado Alley ciągle budują takie same domy nie z betonu, a z papieru? Tu zdjęcia z lotu ptaka. A tu z poziomu morza. CNN ma niezły filmik na swojej stronie: 90 metrów od tornada .
Nie widziałam nigdy tego potwora. Ale raz byłam blisko. To było dwa lata temu. Byłam wtedy w Oklahomie (jedno z najsłabszych większych miast w Stanach). Mieliśmy tornado watch i trzeba było się udać do schronienia. Poszliśmy do skarbca, bo było to najbardziej bezpieczne miejsce. Zawyły syreny, tornado gdzieś tam dotknęło ziemi, coś tam zniszczyło i można było wyjść. Szef tej placówki był Tornado Chaserem . Kiedyś nawet coś tam złapał. Niestety, podczas oglądania jednego tornada, drugie rozwaliło mu dom. Ale się szybko odbudował. Greensburg raczej tak szybko się nie odbuduje...
W Houston też od czasu do czasu mamy tornado watch. Oznacza to, że warunki meteorologiczne sprzyjają powstaniu tego zjawiska. No ale na szczęście tornado w Houston nie zdarza się tak często jak na przykład w Dallas.
Dzisiaj zapowidają 20% szans na burzę. Nie spodziewam się więc czegoś ekstremalnego, no ale nigdy nie wiadomo...

 
1 , 2
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston