sobota, 31 maja 2008
Tak wygląda moja nowa okolica. 0.5 mili do parku.


Lubię amerykańskie biblioteki. Gdy przyjechałam tu te parę lat temu (dokładnie 10, ale chodzi mi o rok 2000), odkryłam małą bibliotekę gdzieś tam na odludziu, która służyła mi wtedy jako kawiarenka internetowa. Pracowałam wtedy w oddalonej od cywilizacji restauracji na Alasce i najbliższy Internet znajdował się około 40 mil od nas. Pmiętam, że organizowaliśmy wycieczki aby dojechać do tej biblioteki raz czy dwa razy w tygodniu i móc wysłać napisanego wcześniej mejla (bo miałam laptopa, ale nie miałam Internetu). Co to były za czasy...
Wtedy właśnie zakochałam się w amerykańskich bibliotekach. Wystarczyło wyrobić sobie darmowe członkostwo i można było korzystać z sieci. Codziennie. Za darmo.
Później, gdy przeprowadziłam się do Houston i Internet miałam u siebie w domu, dowiedziałam się o tym że plusem biblioteki jest także możliwość wypożyczania (za darmo) filmów na dvd i muzyki na cedekach (coś w stylu naszych płytotek). Korzystałam z tego przez jakiś czas i w sumie warto było.
Dzisiejsza biblioteka jest oczywiście o wiele nowsza niż te, o których piszę. Właśnie otwierają nam dzisiaj nową (to znaczy starą, ale odnowioną) bibliotekę w centrum. Po dwóch latach (i nie wiadomo ilu milionach dolarów) będzie się w końcu można dowiedzieć o co chodzi z tym różowym światłem.
Nowa biblioteka ma w swoim posiadaniu 24 komputery i 30 laptopy, a także część dla dzieci, w której znajduje się 8 PlayStation 3 i Nintendo Wii.
Podobno znajdują się tam książki w 20 językach. Trzeba więc będzie się wybrać i sprawdzić co mają w języku polskim. Nie pamiętam kiedy ostatnio przeczytałam książkę w języku polskim.


poniedziałek, 26 maja 2008
List od Kuzyna z Warszawy:

Z rzeczy bardziej przyziemnych to delektuję się (szumne słowo) piwem, jakiego dawno nie spotkałem na zachód od Wisły. Cóż w nim takiego niezwykłego? Ano cena! Jedynie cztery lata temu, gdym młody jeszcze był i sokole oczy miał, udało mi się wypatrzyć w biedronce piwo tańsze i o smaku nie nokautująym. Obecnie udało mi się znaleźć piwko w cenie 1,20 (słownie: jeden złoty i dwadzieścia groszy) jednak smak pozostawia trochę do życzenia. W sumie to waham się trochę używać słowa "smak", jest w tym przypadku nie na miejscu. Zastanawiam sie również na prowiniencją tego trunku, nachodzi mi tylko jedno skojarzenie, jakby ktoś rozpuścił karton po góralskich onucach w wiadrze spirytusu do przemywania zwłok. No i zalatuje trochę uryną. Chociaż, skąd ja na dobrą sprawę mogę wiedzieć jak zalatuje uryna... No dobra, trochę mogę wiedzieć bo studiowałem w Szczecinie i pamiętam tamtejsze bramy. Odór, który się z nich wydobywał pozwalał przypuszczać, że odlewali się tam już najstarsi prasłowianie. Zostaje potem pewna trauma na resztę życia.

Ale ale nie o tym miał być wątek. Miałem streścić com ja żem robił tudzież robić będę. W sumie niewiele się pozmieniało. Pomimo silnie posuniętego wieku najlepsze cechy udało mi się zachować: wciąż umiem przypalić kisiel, wypić szklankę wódki bez mrugnięcia okiem (tym lewym, bardziej kaprawym bo prawe to się jednak trochę krzywi), wciąż w dresie wyglądam najpiękniej, wciąż zielonym koszulom mówię nie, wciąż nie lubię Ronaldo ani żadnej rodziny, która jego jest, nadal częściej jestem zarośnięty niż ogolony, wciąż w Warszawie, wciąż ta sama firma, wciąż nie skoczyłem na spadochronie.

Wiek zrobił swoje i trochę nowych cech nabyłem a parę rzeczy się pozmieniało. Z niekórych jestem dumny, z innych niekoniecznie. Biceps mi urósł, przytyło się zdziebko, IQ spadło, trochę włosów wypadło, ulubione bokserki się przetarły, schamiałem (wiem, pewnie myślałaś że bardziej się nie da - a jednak!). A poza tym wyprzystojniałem, świetnie się ubieram, znam się na wszystkim i od kobiet nie mogę się opędzić. A jakże!

Tym pozytywnym akcentem kończę moje wypociny, czekam na równie ekscytujące opisy z Twego dnia codziennego. Aż mi się rymło. Chociaz w Twoim przypadku jest ten luksus, że zawsze można zerknąć na Twój blog.



Drogi Kuzynie z Warszawy,
Dziękuję za tak wyczerpujący opis. U mnie pomimo tego, że tak naprawdę nic się nie zmieniło, to wszystko się zmieniło. Dokładnie za tydzień skończę 30 lat. Dochodzi do mnie powoli, że pomimo tego iż nie mam jeszcze ani jednej zmarszczki, starzeję się. Co prawda zdarza się (nawet teraz jak jestem gruba), że od czasu do czasu mrugnie do mnie jakiś facet, ale prawdę mówiąc czasem zastanawiam się czy nie jest to spowodowane tym, że wpadł im do oka jakiś pyłek czy inna mucha.
Pojawił mi się na moim ciężarnym brzuchu jeden rozstęp. To znaczy tak mi się wydaje, że to rozstęp, ale nie jestem na 100% pewna. Eduardo twierdzi, że to żaden rozstęp, ale wiem, że mówi tak ze względu na swoją angielską uprzejmość. Czy Ty Kuzynie potrafisz rozróżnić rozstępy od cellulitis? Cellulitis nie mam, ale rozstęp to i owszem. Niestety nie wiem czy mam ich więcej bo nie mam przecież oczu na tak zwanej dupce.
Poza tym ślepne. Mam już -6. Na pocieszenie kupiłam sobie zajebiste okulary. Bardzo lekkie i dość ładne. Niestety nie noszę ich dość często, bo obawiam się, że im częściej je będę nosić, tym szybciej pogłębię obecną wadę wzroku. Noszę więc soczewki -4.5 i czasem, przyznam szczerze mam trudności z czytaniem podpisów na jakimś tam filmie. A jak Tam z Twoją ślepotą?
Przytyłam 12.5 kg, więc teoretycznie możesz do mnie teraz mówić Kuzynko Beczko. Możesz też do mnie mówić per Beczko Laleczko, zeby mi zrobić przyjemność.
Jeśli chodzi o mój poziom IQ, no cóż, nigdy nie był on zbyt wysoki. W przeciwieństwie do Ciebie, nigdy nie wygrałam przecież konkursu matematycznego Kangur, czy jak mu tam. Mimo wszystko przyznam, że poziom IQ z pewnością mi się przez tą ciążę (tak sobie to tłumaczę) obniżył. Mam też spore problemy z prostymi obliczeniami matematycznymi. Nie jestem już w stanie bez kartki papieru obliczyć 15% napiwku z sumy na przykład $38.27. Muszę sobie w tym celu pomagać kartką. Przyznam szczerze, że jest mi z tego powodu trochę wstyd. Dodatkowo zapominam o wielu rzeczach (typu wyłączenie gazu itd.) i myślę, że niedługo sama sobie mogę zrobić krzywdę. Podobno ta ułomność mija po urodzeniu dziecka, ale mi generalnie zawsze wiał wiatr w oczy, więc w moim przypadku pewnie zostanie tak jak jest teraz.
Pocieszam się tym, że jeszcze czasem uda mi się wygrać (ze słabszymi) w szachy. Ale marne to pocieszenie, bo tak naprawdę ostatnio nie mam z kim grać. Mam fajny program do grania przez Internet, niestety działa tylko na Maca więc sobie raczej nie pogramy. Myślę, że mogłabym spróbować znaleźć jakiegoś partnera do gry na tym portalu kurnik.pl. Podobno jest bardzo w Polsce popularny. Używasz może? Moja mama gra ponoć w jakieś literaki cokolwiek to jest. Czasem gra nawet z ciocią, która mieszka przecież w bloku obok.
Dziękuję Ci bardzo Kuzynie, za przypomnienie mi obsikanych szczecińskich bram. Nie powiem, że tęsknie za ich zapachem. My tu w Houston mamy inne zapachy. Na przykład z mojego kosza na śmieci, który stoi na zewnątrz nieźle wali starą rybą, a właściwie jej resztkami. Generalnie nie powinnam się temu dziwić, przecież temperatura na zewnątrz w słońcu dochodzi do 40C. Martwi mnie to jednak trochę, bo dzisiaj jest niedziela, a śmieci przyjadą odebrać dopiero we wtorek, bo w poniedziałek śmieciarki mają wolne z okazji Memorial Day.
Jeśli chodzi o bardziej materialistyczne sprawy, to  ramach ratowania amerykańskiej gospodarki zakupiliśmy nowy samochód dla matki z dzieckiem, czyli dla mnie. Pomimo tego, że jest to tak naprawdę samochód moich marzeń czuję się z tym fatalnie. Musiałam bowiem pozbyć się mojej starej mazduni, która przeżyła ze mną jakby nie mówić 6 lat. Dostałam za nią śmieszne pieniądze ze względu na to, że w Houston samochody z normalna skrzynią biegów nie są ponoć popularne. To nowe auto ma właściwie automatyczna skrzynię biegów z możliwością zamiany na normalną, ale w sumie wygląda to dość drętwo i skomplikowanie. Zważywszy na to, że jak już wspomniałam mój poziom IQ się ostatnio obniżył, z pewnością nie dam rady opanować techniki używania tej drugiej skrzyni biegów. Wracając jednak do mazduni, to tak naprawdę nie zdążyłam się z nią nawet pożegnać. Wiesz, czuję się tak jakby ktoś kazał mi wywalić parę najlepszych, rozczłapanych butów. Tak więc mam w sumie tak trochę złamane serce...
Jesli chodzi o trunki alkoholowe to przyznam, ze przez te 34 tygodnie wypiłam tylko kropelkę szampana na wieczorze panieńskim przyjaciółki. Obecnie pijam głównie mleko i wodę.
W Texasie rozpoczął się sezon na brzoskiwienie, więc jem ich dość sporo. W sumie mało znacząca jest taka informacja, ale że nie mam właściwie o czym pisać pomyślałam sobie, ze może Cię to zaintresuje.
Od czerwca zaczynam tak zwaną pracę z domu. Od czerwca będziemy też mieli nowy adres. Być może Ci go podam, ale nie spodziewam się abyś przesłał mi jakąś kartkę na ten nowy adres, bo wiadomo, w obecnych czasach ludzie listów, ani kartek raczej nie piszą. Tak więc od czerwca będę pracowała z domu. Cieszy mnie to w sumie, bo dzięki temu nie będę musiała dokupywać dodatkowych ubrań ciążowych  i będę sobie siedzieć w domu w rozciągniętej piżamie.
Rozumiem to, że nie chce Ci się golić. Jako przedstawicielka płci żeńskiej muszę Ci jednak uświadomić, że czasem od nieoogolonej męskiej twarzy robią się kobietą pryszcze. Tak więc nie bądź samolubny i ogól się raz na jakiś czas. Jeśli chodzi o golenie, to dodam też że podczas ciąży włosy na nogach rosną o wiele wolniej. Wolniej rosną też włosy na głowie.  
Pozdrawiam Cię serdecznie i liczę na to, że niedługo podeślesz jakieś zdjęcia, bo te na naszej klasie są raczej zbyt ciężkie do skomentowania.

PS- widziałam nową stronkę, którą zrobiłeś bratu. Jak to mówią w Ameryce- good job.
piątek, 23 maja 2008
Dowodem na to, że cena paliwa idzie w górę jest to, że sąsiedzi przesiedli się z olbrzymiego Tahoe (którego napełnienie kosztuje $120) na skuterek.
poniedziałek, 19 maja 2008

W sobotę znajomi zaprosili nas na symfonię. W związku z tym, że impreza odbywała się w hiszpańskim klimacie (Thrill to Spanish guitar music), zatrzymaliśmy się na małe conieco w hiszpańskiej kanjpie Ibiza (nie polecam).

Faciory chyba trochę zbyt dużo wypiły, bo jakoś starciliśmy rachubę w czasie. Straciliśmy ją na tyle, że na symfonię spóźniliśmy się jakieś dobre 30 minut. Oczywiście jak już się spóźnisz to nikt cię nie wpuści aż do przerwy na oklaski. Tak więc pierwszą część przedstawienia oglądaliśmy na zewnątrz przez telewizor. Panowie zamówili sobie po kolejnym dryniu i tak czekaliśmy. W sumie było dość sympatycznie. Prawie jak w domu.

Jakoże często chodzę teraz do ubikacji odkrywam w związku z tym wiele ciekawych faktów. Na przykład to, że na piętrze rzeczywiście koncertu można słuchać tylko przez telewizor, ale już przy toalecie wszystko słychać przez ściany. Myślę, że jakby mieć kubek i słuchać przez ścianę i przez kubek to w ogóle nie trzeba kupować biletu.

W przerwie na oklaski pan dziadzio wprowadził nas na salę. Mieliśmy najtańsze bilety więc siedzieliśmy na samym końcu. Koleżanka twierdzi, że tam akustyka i tak jest najlepsza. (Koleżanka zna się na temacie. Oprócz geologii skończyła także studia muzyczne i bije nas wszystkich w Guitar Hero).

Czy macie tak, że jak idziecie do kina, albo lecicie samolotem to zawsze siedzi przed wami albo któs za wysoki, albo za gruby, albo chrapiący, śmierdzący alkoholem biznesmen? Ja generalnie tak nie mam, ale znam ludzi, którym zawsze się coś takiego zdarza. Po prostu zawsze. Tym razem zdarzyło się to i mi. Obok mnie siedział pan z Indii. Z wyglądu podobny zupełnie do nikogo. Albo muzyk, albo kolejny posiadacz Guitar Hero. Pan z Indii był ekstremalnie wkurzający bo mówiąc krótko komentował to co słyszał i strasznie głośno klaskał. Za każdym razem jak mu się spodobał jakiś myk gitarowy można było usłyszeć dość długie mmmhhhhmmm. Pan muzyk wyobrażał też sobie, że to on jest dyrygentem, bo normalnie dyrygował. Wczówka na całego. Po jakimś czasie chyba się zmęczył, albo spocił i przestał na chwilę. Wtedy uświadomiłam sobie, że oprócz mmmmhhhhmmm i chrapania gdzieś z boku słyszę także takie jakgdyby rytmiczne pompowanie. Jak w zegareczku. Co 10 sekund. Aż do kolejnej przerwy nie byłam w stanie wybadać skąd dochodzi ten dźwięk. Nie mogłam też skupić się na słuchaniu koncertu. Podczas przerwy gdy zapalili swiatła okazało się, że siedzimy obok pana z aparatem tlenowym i stąd te dźwięki. Normalnie jak  na jakimś filmie.

Generalnie wieczór był dość udany. Mały w brzuchu chyba lubi muzykę klasyczną, ale denerwuje go głośne klaskanie. A może wcale nie denerwuje tylko sam też klaskał?

Najtańsze bilety na koncert są po 2 dychy czy jakoś tak. W sumie biorąc pod uwagę fakt, że bilet do kina kosztuje dychę, uważam, że cena jest dość atrakcyjna. No ale jeśli komuś żal to przypominam, że już niedługo rozpoczyna się TUTS’ 41st annual free show (w tym roku Disney’s When You Wish).

czwartek, 15 maja 2008
Żeby nie było, że wyolbrzymiam o tych mrówkach...
Moje na szczęście już wybyły i były w ogóle trochę mniejsze, ale chyba czas się przygotować na inwazję.
niedziela, 11 maja 2008
Mam w pracy co-workera (bo kolegą w sumie raczej nazwać go nie mogę), który bardzo dużo gada o jedzeniu. Jego hobby to oglądanie food channel i marzenia o własnej restauracji. Kolega pochodzi z MA, krainy znanej z dobrych ryb i innych clam chawderów. Kolega lubi eksperymentować i próbować potraw z innych części świata, czy też innych części kraju. 
Jako egzotyczna (w jego oczach) co-workerka (bo koleżanką to raczej nie chciałabym aby mnie nazywał), podkarmiam go czasem jakimiś polskimi smakołykami. Kolega zakochał się na ten przykład w barszczu Knorra (z polskiego sklepu) i w Prince Polo (z Phoenicii). Conajmniej dwa razy w tygodniu pyta się kiedy przygotuję coś polskiego i przyniosę do pracy do spróbowania. Jak do tej pory jeszcze nic mu nie przyniosłam. 
Myślę, że jakieś 2 godziny tygodniowo marnujemy w pracy na gadanie o jedzeniu. Ostatnio na przykład dzielliliśmy się wrażeniami z jedzenia Haggis, bo dałam mu namiary gdzie w Houston można ten haggis nabyć. Bo można.
Natomiast kolega ostatnio bardzo dużo opowiadał mi o beignetach. Że takie dobre, że z kawusią i że to przysmak prosto z Nowego Orleanu (New Orleans' best European tradition)  i że koniecznie trzeba spróbować. W piątek poszedł w końcu do Cafe Beignet, zakupił 8 sztuk i miałam okazję spróbować.
Smaczne, ale jakże niezdrowe.
Nie wiem czy beignety są popularne we Francji. Nigdy nie byłam. Może ktoś wie? Podobno te z NO to francuska tradycja. 
Beignet (tu jest więcej zdjęć) to taki nasz pączek. Tyle, że kwadratowy. Te, które próbowałam były bez niczego. Bez nadzienia, z cukrem pudrem i polane miodem. Smażą je na twoich oczach, więc są zawsze ciepłe. Wczoraj jadłam także beignety truskawkowe, z nadzieniem na zewnątrz, czyli polane sosem truskawkowym i lukrem. Ze szklanka mleka. Smaczne, ale jakże niezdrowe. 
Mąż twierdzi, że polskie pączki (próbował tylko te z polskiego sklepu) są o wiele lepsze. W sumie też tak uważam, ale te z nadzieniem na zewnątrz są całkiem niezłe. Smaczne, ale jakże niezdrowe.
Nasze Cafe Beignet nie jest złe. Czysto i estetycznie. Na ścianach wiszą zdjęcią z NO, grają zydeco
W związku z tym, że Ania jedzie niedługo do Nowego Orleanu proponuję śniadanie w oryginalnym, legendarnym Cafe Du Monde ('must stop'). Lokalsi spotykają się tam na pączki, kawusię i ploty. Podobno ciężko jest się tam dopchać. No ale może warto. Jak już Ania tam będzie, to prosiłabym o cynk czy mają tam beignety z nadzieniem wewnątrz, a nie na zewnątrz.
czwartek, 08 maja 2008

Jakże się człowiek może pomylić. I to w stosunku do siebie samego. Całe życie twierdziłam, że nigdy nie będę jedną z tych blondynek, które dzwonią do IT z płaczem, że komputer nie działa i potem okazuje się, że komputer nie był podłączony do prądu... Twierdziłam, że mi się takie rzeczy nie zdarzają. Do dzisiaj.

Umówiłam się w porze lanczu z panem złota rączka w celu naprawy wspomnianej wcześniej zmywarki. Cóż się okazało? Okazało się, że zmywarka nie nabierała wody, bo ... kurek od wody był zakręcony. Pan więc skasował mnie za odkręcenie kurka nie mniej nie więcej, a $89. Chyba było mu mnie żal, bo powiedział, że normalnie by mnie nie skasował, ale że to nie jego firma więc musi. Dał mi 30 dni gwarancji. (Na co? Na wypadek jakby mi się kurek znowu zakręcił?).

Ja kurka nie zakręcałam. Mąż twierdzi, że też nie. Wygląda na to, że albo sam się zakręcił, albo złośliwie zrobiły to wspomniane wcześniej mrówy bigbitówy...

wtorek, 06 maja 2008
Kolejną noc na naszej wyprawie spędziliśmy w hotelu, który może i wyglądał jak hotel, ale też był dość kuriozalny. No ale o tym może kiedy indziej.
Jednym z plusów spania w amerykańskich hotelach są niewątpliwie Biscuits and gravy. Niektórzy już z pewnością pukają się w czoło, no ale co ja na to poradzę, że po prostu lubię? Jeden lubi kaszankę, drugi ryż z truskawkami a trzeci biscuits and gravy.
Z biscuits and gravy, a także z innymi południowymi potrawami spotkałam się poraz pierwszy zupełnie nie na południu, bo na Alasce. Pracowałam wtedy z kilkoma kucharzami z Texasu, którzy zaznajomili mnie nie tylko z pico de gallo, jambalaya i watermelon salsa, ale właśnie z biscuits and gravy. Wtedy (a było to z 8 lat temu) nie mogłam zrozumieć jak ludzie w ogóle mogą coś takiego jeść. Oczywiście nie spróbowałam, bo mnie to trochę obrzydzało.
Tak było wtedy. Obecnie, rozumiem to świetnie.
Gdy przeprowadziłam się do Houston, zaczęła się moja przygoda z wyjazdami w tak zwane delegacje i jadanie w gorszych lub lepszych restauracjach (obecnie już nigdzie nie latam). (Pragnę przeprosić tu legendarnego już Biednego Studenta i poprosić o nieczytanie, bo będzie znowu o jedzeniu). Pewnego ranka, w Dallas TX to było, zeszłam z koleżanką na śniadanie i przyuważyłam te biscuits and gravy. Koleżanka (rodowita Teksanka)  nałożyła sobie 2 i właściwie zmusiła mnie do spróbowania. I wtedy mnie oświeciło. Tyle zmarnowanych lat! Przez tyle lat nie miałam pojęcia co tracę ... I tak już mi zostało. Byłam po prostu uzależniona od biscuits and gravy.
Każdy wyjazd w delegacje miał swoje plusy i minusy. Minusy to wiadomo. Plusy, to oprócz zwiedzania za nie swoje pieniądze, także możliwość oglądania mojego ulubionego programu The Weather Channel, no i biscuits and gravy.
Ale co to właściwie są te biscuits and gravy? Mówiąc krótko jest to taka słona bułka (biscuit) czy też kawałek suchej kluchy (suchej kluchy?), polana gravy. W tym przypadku gravy to biały sos z mąki, masła i mleka z kawałkami drobno posiekanej kiełbasy i z pieprzem. Wygląda to dokładnie tak jak na zdjęciu poniżej. Niezbyt zachęcająco, ale osobiście U W I E L B I A M. Biscuits and gravy jada się na śniadanie.
Teraz już nie jeżdżę w delegacje, więc i nie jadam już biscuits and gravy z taką częstotliwością jak dawniej. Ostatni raz jadłam je pewnie z rok temu.
Należy tu dodać, że biscuits and gravy (z białym sosem i kiełbasą) to ponoć bardzo południowy 'przysmak'. Nie spotkałam się z biscuits and gravy na przykład na zachodnim wybrzeżu. Jak jest gdzie indziej to nie wiem. Wiem, że gdzieś ponoć w Indianie je się taką kluchę z sosem pomidorowym. Trudno mi to sobie jakoś wyobrazić, no ale ten sos z mleka i kiełbasy też w sumie nie jest najłatwiejszy do wyobrażenia. Jeśli będziecie mieli okazję spróbować, to oczywiście polecam.





Biscuits and gravy wśród amerykańskich żołnierzy aka S.O.B.  ("shit on a biscuit"). Zdjęcie z Wikipedii.
poniedziałek, 05 maja 2008
Okazuje się, że sa ładne miejsca w Texasie.Okolice Hill Country z pewnością do takich miejsc należą.
Wybraliśmy się do Enchanted Rock State Park. W parku tym byłam 3 lata temu. No i muszę przyznać, że przez te 3 lata nic się tam nie zmieniło. Skała jak stała, tak i stoi. Zmieniło się natomiast w okolicznym Austin, w którym nie było nas już jakiś czas. Austin jest jednym z moich ulubionych miast nie tylko w Texasie, ale w ogóle w Stanach. Austin rozrasta się w niesamowitym tempie. Luksusowe wieżowce w centrum pojawiły się zupełnie znikąd, masa ludzi na rowerach i na nogach. No i przede wszystkim masa ptaków.
Chciałabym kiedyś mieć okazję pomieszkać w tym mieście. Może kiedyś wybudują super szybki pociąg z Austin do Houston i będzie można mieszkać w Austin i dojeżdżać w godzinę do pracy w Mieście Bagienku.
Enchanted Rock znajduje się jakieś 12 mil od Fredericksburga. Postanowiliśmy jednak zatrzymać się w nietypowym jak na Teksas miejscu, które znajdowało się dosłownie przy samym parku.
Trois Estate to niby hotel, niby B&B, niby jakieś spa i niby coś jeszcze. Trudno powiedzieć jaką wizję miał właściciel tego B&B.
Miejsce bardziej przypomina okolice Santa Fe, niż Teksasu. Ta architektura, skałki i kaktusy kojarzyły mi się o wiele bardziej z Nowym Meksykiem niż z Hill Country. Hill Country jak do tej pory kojarzyło mi się ze wzgórzami, na których polują Teksańczycy.



B&B nastawione było na śluby. Podobno, w październiku mają tam ślub co drugi dzień. Można sobie wyobrazić, że jak na Teksas, jest to miejsce dość oryginalne i powiedzmy romantyczne. Trois Estate oferuje nie tylko wikt i opiekunek, ale także bardziej duchowe rozrywki. Jest tam na przykład mała kapliczka, w której można się pobrać.




Tu jednak zaczyna się kuriozum tego miejsca. Okazuje się bowiem, że prosto z kapliczki można się wybrać na ... basen. Dosłownie idzie się do tych świeczników, skręca w lewo i już się jest na basenie.
Basen, zobaczcie zresztą sami- jest kolejną naprawdę niezła szopką. Ktoś postanowił być bardzo oryginalny i wybudował ten basen w stylu jaskini. Ze stalaktytami. Niektóre zaczęły już odpadać. Ciekawe, czy te kawałki spadły komuś na głowę podczas romantycznej kąpieli?
Na basenie było bardzo ciemno i duszno. Były też jakieś żaby. Prawdziwe. No i trzeba było wskoczyć, bo nie było drabinek. Przyznam, że w obecnym stanie nie wyobrażam sobie abym wskakiwała do basenu na tak zwaną bombę.
No i ta ciemność. Nie było za bardzo widać czy ktoś tam abym przypadkiem nie nasikał dzień wcześniej. Jednym słowem, nie skorzystalismy z luksusu.




Skorzystaliśmy natomiast z wiktu i opiekunku. Pokoje wydawały się bardzo zachęcające.



Był akurat czwartek. Cieszyliśmy się jak dzieci, że wieczorem obejrzymy sobie LOST (bo normalnie oglądamy w piątki przez internet, bo nie mamy telewizji). Niestety, okazało się, że zamiast telewizora mamy w pokoju siodło.




Mieliśmy ze sobą tylko jedną ksiązkę- Texas State Parks- więc czytaliśmy o tych parkach i poszliśmy spać po zachodzie słońca. Z kurami.
Było głośno. Legendy z Enchanted Rock głoszą, że duchy Indian pojawiają się tam w nocy i strasznie hałasują. Tak było i tej nocy. Wiało strasznie i czułam się jakbym była na środku oceanu podczas jakiegoś sztormu. Takiej ilosci snów podczas jednej nocy to ja jeszcze w życiu nie miałam. 200 snów na minutę. Zaczynając od znajomych z przeszłości, a kończąc na Saddamie Husseinie...
Mąż też śnił ponoć sporo. Tak więc generalnie nie wypoczeliśmy.
Następnego dnia, ambitnie, postanowiłam wejść na szczyt Enchanted Rock. Nie jest to górka zbyt wysoka, ale w połowie drogi po prostu pękłam. Jednak w 32 tygodniu, w 30 stopniowym upale nie każdy musi być supermenem... Doszłam do połowy i dalej nie dałam rady.
Enchanted Rock z pewnością warte jest odwiedzenia. Trzeba tylko wcześniej zaplanować gdzie będzie się spało*.



* Najlepiej pod namiotem jeśli oczywiście nie jest za gorąco.
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston