środa, 27 maja 2009
O problemach z sukienką na wesele pisałam w poprzednim mejlu. W skrócie historia wyglądała tak- kupiłam jedną w grudniu i teraz jest za mała (spasłam się), kupiłam drugą wczoraj i miałam wątpliwości czy nadaje się na wesele. Po wypuszczeniu sondy mejlowej okazało się, że połowa moich koleżanek uważa, że owszem- nadaje się, a połowa, że w żadnym wypadku, bo za mało elegancka. (Teraz tylko jedna koleżanka mówi mi, że czarna na wesele to nie bardzo).
Dzisiaj, poraz kolejny wybrałam się do Gallerii i kupiłam bardzo ładną sukienkę. Tym razem elegancką (chociaż osobiście uważam, że tamta pierwsza też się nadaje). Zapłaciłam za nią więcej niż chciałam, ale machnęłam ręką, bo już zaczynałam siwieć.
Po przyjściu do domu, chciałam znaleźć jej zdjęcie na sieci aby się oczywiście pochwalić i znalazłam tą samą sukienkę $150 tańszą w konkurencyjnym sklepie. Oczywiście osłabiłam się, bo $150 jakby nie patrzeć lepiej mieć niż nie mieć. Chociażby na hot-dogi w Norwegii. 
Pierwszy pomysł był taki, żeby zakupić także tą tańszą i po weselu oddać tą tańszą jako tą droższą. Niestety, cwaniaki doczepili jakąś metkę, na której było napisane, że jeśli się ją usunie to nie można już produktu zwrócić.
No więc napisałam do sklepu z zapytaniem czy mogą coś z tym problemem zrobić, bo myślę o zwróceniu tej sukienki. Oczywiście nie myślałam o zwróceniu, bo nie mam już na to czasu- no ale ...
Odpowiedź przyszła emailem:

Dear S,

Thank you for your recent inquiry regarding your purchase.  We are able to match prices at our online store with competitor sites.  However, we cannot match store purchases.  You would need to contact the Houston Galleria store at 713.627.0500.  They will be able to advise you the necessary documentation you would need to have the price matched.  The ability to match the price is up to the store discretion.  Again,we thank you for your inquiry.


Please do not hesitate to contact us if you have any questions or need further assistance. 

Sincerely, 

No więc zadzwoniłam i zapytałam. Okazało się, że oczywiście- nie ma problemu, wszystko jak to się mówi w Ciupago mogą mi zmaciować. I zmaciowali. Przez telefon. Nawet do sklepu nie musiałam iść. Aż sobie chyba z radości coś kupię za te $150 ... Może sukienkę? Hot doga w Norwegii znaczy się.

Piszę o tym, aby wam przypomnieć, że kto pyta nie błądzi i że warto się targowć. I że nie ma się co dziwić, że ten kraj upada skoro o wszystko można się targować i wszystko można zwracać (BTW w weekend zwróciłam zabłocony strollometer do REI aka Return Every Item).
No to lecę- synek się obudził. Buźka pa.
wtorek, 26 maja 2009
Takiego mejla dostali wczoraj wszyscy goście, którzy będą na weselu u znajomych, na którym i my będziemy.  Jeśli przyjeżdżacie do hotelu rano to bierzcie kanapki, bo lunch w hotelu, w którym będzie impreza będzie bardzo drogi. Zapytałam się ich, czy można przywieźć swoją kuchenkę turystyczną i gotować przed hotelem. I czy mamy ze sobą zabrać pasztety? 
Już za tydzień jedziemy na te wyczekane wakacje. Najpierw wesele pod Oslo, a potem pokręcimy się trochę po tych fjordach. Zdecydowaliśmy się zwiedzać bardziej mniej, niż więcej, bo wiadomo, że z dzieckiem łatwo nie jest. 
Trasa rysuje się następująco (patrz mapka poniżej): Oslo - Lysebu - pociągiem do Bergen - parę dni w Bergen - potem samochodem (tym razem, jak polecał Tierralatinawypróbujemy Sixt'a) pokręcimy się po okolicach Stalheim i Voss i tamtejszych fjordach - potem na 2 dni w okolice Stavanger i na tydzień do kolegi, który mieszka w Harstad (68 stopni N). I tam chyba będzie najfajniej. Nie tylko dlatego, że to już na kole podbiegunowym, ale także dlatego że kolega zarezerwował (zupełnie za darmo- to znaczy nie za darmo bo za podatki) już jakąś chatkę z tak zwanym bołtem na TYM oto archipelagu. Chłopaki będą łowić ryby, a ja sobie trochę w końcu odpocznę.



Tak więc cały długi weekend spędziliśmy na pakowaniu i szukaniu cieplejszych ciuchów. Poraz kolejny okazało się, że moja zimowa garderoba piszczy biedą. Owszem, mam dosyć sporo polarów i innych kurtek, ale jeśli chodzi o zwykłe bluzki z długim rękawem i jakieś sensowne spodnie to jest już gorzej. Nie mam po prostu. Trzeba się było wybrać do REI i zakupić. 
Okazało się także, że roztyłam się w biuście i sukienka Majki Jeżowskiej, którą planowałam założyć jest już bleee.  Nie wiem jak to jest możliwe, ale po prostu, nie domykam się w biuście. Na szczęście udało mi się rozwiązać ten problem. Dzięki ci Boże za wyprzedaże w Nordstormie, bo po 2 dniach latania tu i tam udało mi się dziś znaleźć dwie bardzo przyzwoite sukieneczki 50% off. 
Teraz tylko musimy te wszystkie klamoty (ciuchy, buty, wózek, fotelik do samochodu, aprat i statyw) wepchać do dwóch bagaży...
piątek, 22 maja 2009
O moich przygodach na basenie w YMCA pisałam kiedyś TU. Od tego czasu trochę się zmieniło. Nie chodzę już tam na basen (o basenach w Houston pisałam TU) i koleżanka z którą chodziłam już nie mieszka w Houston. No i jest Franek.
Budują nam nowe Y. To stare oczywiście miało swój urok, ale miało też karaluchy i czasem śmierdziało tam kanałami. 
Nowe wydaje się trochę kosmiczne, ale myślę że jak już je wybudują, to się wproszę.




lobby



nowe Y 




stare Y na tle budynku Chevron'a (dawny Enron)


zdjęcia ze Swamlot'a

A tak skoro jestem przy basenach, w zeszły weekend byliśmy na imprezie u znajomych (pierwsze urodziny ich bliźniaków), którzy mają w domu (w ogrodzie) basen ze słoną wodą. Pierwszy raz kąpałam się w takim basenie. Bardzo mi się podobało to, że skóra się tak nie wysusza jak po chlorze. Minusem natomiast było to, że oprócz basenu, znajomi mają też w okolicach żmije, które lubią im czasem włazić na podwórko. 
czwartek, 21 maja 2009
Wczoraj, teksański senat przyjął ustawę dzięki, której studenci i nauczyciele mogą na terenie uniwersytetów nosić broń. Oczywiście trzeba mieć pozwolenie itd., ale wiadomo, że takie pozwolenie łatwo będzie dostać skoro jest teraz takie prawo. 

Teoretycznie, ma to zapobiec tragediom podobnym do tych, która wydarzyła się w Virginia Tech 2 lata temu. Każdy (w tym także nauczyciele) ma teraz możliwość obronienia się przed ewentualnym psycholem. Praktycznie, ja to czarno widzę. A wręcz nawet czerwono.
Żeby było zabawniej- broni nie można wnosić na tereny sportowe i do uczelnianych szpitali. Czyli można sie strzelać ale nie na wf-ie. Na fizyce.
wtorek, 19 maja 2009
Czerwiec to mój ulubiony miesiąc. Głównie dlatego, że obchodzę wtedy urodziny. Już niedługo czerwiec będzie ulubionym miesiącem wielu nowych hjustończyków. 
Okazuje się, że sporo przyszłych mam będzie rodzić właśnie w czerwcu, a houstońscy lekarze spodziewają się nawet lokalnego mini baby boom. Ciekawe ile z tych nowo narodzonych dzieci zostanie nazwane Ike?
Co można robić po huraganie, w 4 milionowym mieście, w którym przez kilka tygodni nie ma prądu, telewizji i interku? Co robili mieszkańcy Houston? Odpowiedź jest prosta- uprawiali seks bez zabezpieczenia. (Ja nie uprawiałam, bo mi nie wypadało, bo byłam uchodźcem u znajomych).
niedziela, 17 maja 2009
Ogłoszenie to, pochodzi ze świateł przy zjeździe z okolic 290 i 6, ale z pewnością podobne tabliczki są na każdym innym zjeździe.
Zawsze mnie fascynowały takie ogłoszenia. Czy rzeczywiście istnieją tacy, którzy zatrzymują się na światłach, spisują numer i na nie odpowiadają? 


czwartek, 14 maja 2009
Taka tam rada dnia ...
Ile razy zdarzyło się wam czekać Bóg wie ile aż łaskawy Customer Service raczy odebrać telefon? Ile razy słyszeliście, że 'all our representatives are currently busy, please remain on the line for the next available representative. Estimated waiting time is 30 minutes?'. 
Ja już nie słucham. Press 1 to read this post. Para Espanol, oprima dos. Jeśli zadzwonię gdzieś i muszę czekać dłużej niż minutę rozłączam się, dzwonię ponownie, naciskam 2 for Spanish i pytam się czy pan/pani mówią po angielsku. Nie zdarzyło mi się jeszcze aby nie mówili. Żałuję tylko, że nie wpadłam na to wcześniej, bo ci którzy pracują w sekcji dwujęzycznej jakoś odbierają szybciej, żeby nie powiedzieć- natychmiastowo.
wtorek, 12 maja 2009
Sezon barbakiu rozpoczął się na dobre. W weekend, oprócz wyjścia do znajomych na jedno barbakiu i zrobienia drugiego u nas, obejrzałam TEN oto film, a także ostatnie trzy odcinki serialu State of Play, którym byłam zachwycona. 
Zalinkowany powyżej film śmieszył nas prawie tak bardzo jak Superbad. 
I tu właśnie chciałabym aby wypowiedział się ktoś inny kto także widział ten film. Czy jest on rzeczywiście zabawny, czy to my zaczynamy się cofać?
sobota, 09 maja 2009
Jakiś czas temu zapoznałam was z południową potrawą Biscuits and gravy, którą akurat lubię. Dziś czas na coś co warto spróbować, bo jeśli przejdzie TA ustawa to być może smak ten pójdzie w zapomnienie (nie żeby mi było akurat z tego powodu przykro)... 
Chicken fried steak tak naprawdę niewiele ma wspólnego z kurczakiem. Jest to po prostu wołowina w panierce. Coś jak nasz schabowy, tylko o wiele większy i taki bardziej dla odważnych. Pamiętam, że pierwszy i ostatni raz jadłam taki chicken fried steak w San Antonio w ponoć najbardziej lokalnej knajpce jaka tylko może być. Miało być niby jak u teksańskiej mamy. Pamiętam też, że mało nie zwymiotowałam, tak jakoś mi ten fired steak nie podszedł. Zresztą zobaczcie sami- potrawa smakuje dokładnie tak jak wygląda, czyli nieciekawie.


zdjęcie z Wikipedii

Nie skończyłam wtedy tego lunchu. Podobno, danie to ma być podobne do sznycla wiedeńskiego, ale myślę, że Rudi Lechner zaśmiał by się im w twarz. BTW- byliście kiedyś w restauracji Rudi Lechner's?  Jeśli nie to żałujcie, bo do takiej szopki naprawdę warto iść. A i jedzenie mają przyzwoite i nie drogie. No i śpiewają dużo po niemiecku i dużo tez tańczą. Średnia wieku klientów wynosi około 60-tki i to wtedy kiedy ja tam jestem i zaniżam hehe. Kiedyś dość często tam chodziliśmy. Warto się wybrać jeśli ma się urodziny, bo panowie dziadkowie zaśpiewają ( i zagrają na akordeonie) niemieckie 100 lat pewnie z 10 razy. 
No ale wracam do kurczaka. Następnego dnia niestety znowu musiałyśmy tam iść i zamówiłam dla odmiany chicken fried chicken czyli kurczak w panierce. Był to akurat taki bardziej kurczak z KFC, tylko że 10 razy większy. Zjadliwe, ale nie za zdrowe.
Myślę, że każdy kto tu przyjeżdża, powinien spróbować tego potwora, żeby wiedział czego nie traci nie jedząc go na codzień, albo i nawet od niedzieli.
Na zakończenie, taka myśl mi się ostatnio przyśniła. Może następne spotkanie naszego Book Clubu odbędzie się w kuchni? Oczywiście nie w mojej. Tak sobie pomyślałam, że mogłybyśmy się wybrać na zajęcia z gotowania na przykład do Central Market, albo Sur la Table. Tylko musiałoby to być w lipcu, bo w czerwcu mnie nie ma. Zresztą maj i czerwiec i tak jest już pewnie wykupiony...
czwartek, 07 maja 2009
Dziś po południu- słonecznie, temperatura około 32C ... 
wtorek, 05 maja 2009
Zapraszam wszystkich do przeczytania, a właściwie obejrzenia ostatniego wpisu na moim blogu o Nowej Zelandii. Nie mam zbytnio ani czasu, ani ochoty, aby go jakoś z klasą zakończyć, więc postanowiłam zakończyć go dzisiaj, w dniu naszej rocznicy ślubu (cała ta wycieczka była w sumie podróżą poślubną). 
niedziela, 03 maja 2009
No cóż, w tym roku te nasze hjustońskie magnolie są jakieś nie bardzo. Nie wiem czym to jest spowodowane, może tymi ostatnimi deszczami, a może po prostu dopadła je jakaś zaraza (czytaj- świńska grypa)...
W związku z tym, że obiecałam blogowej koleżance, zapraszam państwa na pierwszomajowy pochód po mojej okolicy.
Na wstępie zaznaczę, że w naszych okolicach nie widać różowych magnoli. Są tylko białe. Tak jakoś dziwnie się w tym roku złożyło, że niektóre zanim zakwitły to już zdążyły zacząć podgniwać ...

Tak wygląda moja własna, prywatna magnolia (obciachowy pickup należy do sąsiada- tego od brzucha, proszę mnie nie podejrzewać).



Idąc w kierunku Memorial Parku, nacinamy się na różnego rodzaju magnoliowe potwory. Na przykład takie:



Albo jeszcze lepsze- WTF? (mama ostatnio zapytała się mnie co to znaczy WTF)



W bogatszej dzielnicy, Camp Logan- magnolie też mają jakieś takie zdrowsze ...



Tu zbliżenie- ładny krzaczek:



Zakręcamy i wracamy do mojej dzielnicy, na której ulice wyglądają mniej więcej tak:



Jak widzicie po jednej i po drugiej strony mamy odpływy, dzięki którym teoretycznie nas nie zalewa. Praktycznie właściwie też, bo akurat mieszkamy na trochę wyżej położonym terenie i akurat koło nas nigdy nie ma powodzi. Może to dzięki tym rurom. W rurach tych mieszkają żaby i komary. Teraz jest chyba jakiś okres rozrodczy, bo niestety na drogach widać coraz więcej takich oto obrazków:



Żaby umawiają się na Klan do sąsiadów po drugiej stronie ulicy i czasami niestety nie dochodzą ... Przydałby się tu jakiś klub Geja (to znaczy Gaja).

Jak widać, w naszej okolicy może nie mamy zbyt pięknych magnoli, ale za to mamy te czerwone krzaczki i bambusy



Tu zbiżenie na czerwony krzaczek- ładny, c'nie? Świetnie by się nadawał do czyszczenia Frankowych butelek.



W naszej okolicy mamy także palmy. Mamy też ludzi, którym palma odbiła. Na przykład w ten weekend spotkałam dwóch podejrzanych typków. Jeden dziadek przyczepił się do nas w parku, bo chyba nie podobał mu się męża obiektyw (obiektyw był dość spory i facet chyba myślał, że coś szpiegujemy- w parku !@#%). Później chyba nie spodobało mu się, że nie jesteśmy miejscowi. Jakbyśmy dłużej zostali, pewnie by nas wyzwał. Potem spotkaliśmy panią bez zębów, która bardzo ładnie wyglądała i chciała dolarka, bo niby mąż ją bił i mieszkała w samochodzie. Kiedyś tą samą panią spotkaliśmy pod sklepem, tylko że wtedy miała inną gadkę. Anyway, dalibyśmy jakbyśmy mieli, ale akurat nie mieliśmy. Tu ta palma ...




No i tu jeszcze tak po polsku, żeby nie było że na pochodzie nie ma flagi.



Jak się mały obudzi to zrobię jeszcze zdjęcie naszego ogrodu (to znaczy nie naszego, a wspólnoty mieszkaniowej).

--------
Już się obudził.
Tu ten ogród z magnoliami. No cóż- mamy wspólną, dość słabą fontannę, komary i magnolie. Wolałabym basen, ale nie mam, więc cieszę się z fontanny. Nie chodzę tam zbyt często, bo są komary ...


Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston