piątek, 30 czerwca 2006




Ostatnio mam kłopoty ze znalezieniem jakiejś porządnej muzyki. Muzyka głośna wkurza mnie. Myślę, że się starzeję. Taaa … z roku na rok maleją szanse na to, że kiedyś moja twarz ukaże się na okładce Elle. Heh No więc ciężko jest w dzisiejszych czasach znaleźć coś nowego, co nie wkurzy, a wręcz zachęci nas do zatrzymania się przy tym jednym artyście na jakiś czas. No więc wydaje mi się, że właśnie kogoś takiego znalazłam. Mój szef, który jest znany z tego, że w przeszłości (zanim się zakochał) był dość chamski, znany także z tego, że był nieczułym eks Marines i takie tam, słuchał właśnie tego cedeka. Kompletnie mnie zaskoczył, bo prędzej podejrzewałabym go o słchanie czegoś w stylu Bon Jovi. A tu proszę… Otóż Brajan słuchał sobie Israel Kamakawiwo'ole, którego ja nigdy wcześniej nie słyszałam. A może i słyszałam, ale młoda byłam i pewnie wkurzała mnie taka muzyka. Israel Kamakawiwo'ole znany także jako Bruddah Iz urodził się na Hawajach. Zmarł w 1997 roku w wieku 38 lat. Można powiedzieć, że zmarł tragicznie, bo zmarł z nadwagi. Podobno był taki moment, w którym ważył 340kg. Lubił chłopak pojeść, więc był trochę gruby. Nie oszukujmy się… Brother Iz- czy też jak go teraz nazywają, Brother Was ( bo przecież już go nie ma) ma niezły głos. Piosenki są trochę kiczowate, o oceanie, falach, rodzicach i takie tam. Ale jakoś narazie nie przeszkadza mi to. Dawno niewyluzowałam się tak słuchając muzyki i dawno nie chciało mi się tak tańczyć…
Pytanie jest natomiast takie - czy dam radę słuchać tej płyty więcej niż jeden raz?
czwartek, 29 czerwca 2006

Nie wiem ilu z was zna Whole Foods. Niektórzy pewnie znają. Ci którzy nie znają mogą sobie poczytać tu. W skrócie powiem, że Whole Foods to sklep spożywczy, którego misją jest sprzedawanie najwyższej jakości produktów organicznych, satysfakcja klientów, dbać o dobre samopoczucie jego pracowników, dbanie o lokalną wspólnotę i środowisko. Dodam, że co drugi pracownik tego sklepu ma dredy, tatuaże których nie musi zakrywać i kolczyki gdzie tylko można.

Sklep ten mogłby służyć przykładem dla wszystkich innych. Nie tylko dlatego, że sprzedają produkty dobrej jakości i że dbają o swoich pracowników. Whole Foods wspiera także lokalnych producentów. Nie tylko tych wielkich, ale także tych malutkich. Tych, którzy mają małe sklepiki, w których sprzedają torby z lnu, czy też tych którzy robią świeczki z wosku pszczelego, czy też tych którzy robią własny dżem... (oj jak ja bym chciała aby moja mama tutaj była, bo by sobie robiła dżemiki i suszyła grzybki i byłby zbycik). Dodatkowo, osoba która zarekomenduje takiego lokalnego biznesmena dostanie $100. Jak zwykle, najfajniejsze pomysły nie są moje.

Szef mi ostatnio opowiedział o tych mandatach. Podobno można je gdzieś kupić. Szukałam na internecie i niestety nie znalazłam. Znalazłam tą i po prostu wydrukuję sobie kilka, żeby mieć na wszelki wypadek pod ręką...

myszkamiki

środa, 28 czerwca 2006

Tego nie można zignorować...

Wiecie już z moich wcześniejszych postów, że Amerykanie na tych swoich truck-ach i pickup-ach wożą różne rzeczy. Pisałam też chyba o tym jak te amerykańskie autostrady wyglądają. No bądźmy szczerzy. Jadąc taką siedmiopasmową autostradą trzeba sie trochę nagimnastykować aby przetrwać. Co chwila się coś tam wymija. Albo oponkę, albo kawałek auta, albo fotel, czasem nawet materac... Ale to co się wydarzyło tu wczoraj przeszło samo siebie. Otóż wczoraj  z cieżarówki wypadło 100 nieżywych krów i świń...Facet jechałaby przetworzyć je na żarcie dla psów i nie dojechał...

poniedziałek, 26 czerwca 2006
Dzisiaj przeczytałam ciekawy artykuł nawiązujący do mojego poprzedniego postu dotyczącego filmu Al Gore'a "Niewygodna prawda" (kto nie czytał niech przeczyta). Otóż jak dobrze pójdzie to nam problem efektu cieplarnianego rozwiążą Japończycy. Artykuł jest po angielsku, ale w wielkim skrócie napiszę że mają oni zamiar wstrzyknąć CO2 pod ziemię...
Chciałam się dzisiaj usprawiedliwić dlaczego nie napisałam jeszcze drugiej części „Niebieskich kołnierzyków“. Otóż nie mam czasu.
Zazwyczaj jestem trochę do tyłu jeśli chodzi o, że tak to ujmę – wielkie wydarzenia telewizyjne. I tak było tym razem. Nie mam tu w tej Ameryce telewizji. To znaczy telewizor mam, bo oglądam jakieś tam filmy na dvd, ale nie jest podłączony do anteny. Z wyboru. Tak więc jak zaczęli grać serial Zagubieni nie bardzo byłam w temacie. Śmiać mi się chciało z tych, którzy go oglądali. Jeśli chodzi o seriale to nie oglądałam ich w tej Ameryce zbyt wiele. Przez jakiś czas oglądałam serial O.C. o gówniarzach z Kalifornii. Z Newport Beach aby być bardziej dokładną. Był to ekstremalnie słaby serial. Zaczęłam go oglądać trochę z nudów (mieszkałam wtedy sama i byłam taaaka samotna), a potem było już za późno. Wpadłam. Wtedy jeszcze miałam telewizję. Z wyboru.
Oglądałam też wtedy mój ulubiony Reality Show- Amazing Race. Ten show był i jest chyba najlepszym programem jaki widziałam w TV.
Gdy mieszkałam w Polsce byłam uzależniona od Dynastii. Klan też oglądałam, ale później już mi przeszło i tylko czytałam streszczenia w gazecie, żeby być w temacie… Jest to dowód, że z nałogu powolutku potrafiłabym wyjść (jakby była tak potrzeba oczywiście).
No ale wracam do Zagubionych…
Wszystko zaczeło się od mojego szefa, który mieszka ze swoim chłopakiem, i z którym to ogląda te wszystkie seriale. Otóż mój szef ma ponad 1000 cedeków z muzyką, a także ma wszystkie możliwe seriale na dvd. Ma między innymi wszystkie odcinki serialu Friends. Tak. Bez komentarza. W każdym bądź razie ma. Od ponad roku dzień w dzień marudził mi o tym serialu Lost. Od ponad roku powtarzałam mu, że nie wiem o czym mówi bo nie mam TV.
I tak pewnego dnia kiedy to stwierdziliśmy, że filmy z wypożyczalni video już nas nie satysfakcjonują postanowiłam zaryzykować, przyjść w łachę do mojego szefa i poprosić go o pożyczenia wszystkich dvd z pierwszą serią serialu Zagubieni. Przyniósł mi je już następnego dnia.
Obejrzeliśmy pierwszy odcinek i trochę chciało mi się śmiać. Myślę sobie: niezła bzdura. Wyspa, niedźwiedzie polarne, niewidzialne potwory. Trzeba być stukniętym aby tą szmirę oglądać. To było cztery dni temu. Od tego czasu niewiele w moim życiu się dzieje oprócz tego, że nieprzytomna idę do pracy i wieczorem do godziny drugiej w nocy oglądam tych Zagubionych. Na szczęście nie sama, więc nie czuję się „zagubiona“ na tej sofie…
Wczoraj niby się zmobilizowaliśmy i udało się nam wyjść do znajomych na brytyjski wieczór gry w Cranium. Było śmiesznie, nie powiem. Cholernie śmieszy mnie ta gra. Wróciliśmy dobrze po północy, ale jeszcze udało się nam obejrzeć 2 odcineczki (dodam, że poprzednie dwa obejrzelismy w południe). Dzisiaj (niedziela) ledwo żyję. Obejrzeliśmy dwa odcinki i być może obejrzymy jeszcze jeden.
Serial ten (a może zmęczenie?) powoduje, że podejmuję dość idiotyczne decyzję. Na przykład dzisiaj zapłaciłam 120$ karfa dolarów za jakieś bznadziejne członkostwo do myjni samochodowej… Buy 8 – get 2 free! Rany boskie…

02:45, hjuston , filmy
Link Komentarze (1) »
sobota, 24 czerwca 2006
O tym, że moje miasto ma kupę szmalu pisałam już wcześniej. A o tym, że stan w którym mieszka ma kieszenie wypchane dolarami też każdy wie. We wcześniejszym poście pisałam o tym, że w mieście moim dochodzi czasem do tworzenia inwestycji, które na pierwszy rzut oka wydają się idoiotyczne. Mówię tu na przykład o projekcie nazwany przeze mnie "Kapusta", a znanym innym mieszkańcom Houston jak BlueBayou. Tych, którzy nie znają historii zapraszam do przeczytania.
Projekt "Kapusta" wydaje się jednak niczym w porównaniu do najnowszego pomysłu naszego wujka mujka gubernatorka pana Perrego. Otóż postanowił on zainstalować kamery wideo wzdłóż południowej granicy Stanów (oczywiście części teksańskiej). Kamery te będą nadawały real time obraz, który będzie sobie można zobaczyć w Internecie. Każdy, kto zauważy Meksykanina przekraczajacego nielegalnie granicę będzie mógł zadzwonić pod darmowy numer i donieść o tym komu trzeba...
Na takie rzeczy my tu sobie wydajemy pieniądze. A kto za to wszystko płaci? Jak to kto, pan, pani, społeczeństwo...
Donoszenie w Stanach to bardzo popularne zjawisko. Mamy tutaj na przykład HOV Hero Hotline. 13-921-HERO. Linia ta służy temu, aby oczywiście donosić. Hero to oczywiście ten, który doniesie. A na co zapytacie? Otóż na autostradach mamy oddzielne trasy dla tych, którzy poruszają się w 2+ osób. Nazywają się one High Occupancy Vehicle lines. Oczywiście nie można po nich jeździć samemu. Zapewne można z manekinem, ale samemu nie można. Wiadomo, na takich linkach jest teoretycznie szybciej itepe. Taki tam bonus dla tych, którzy zdecydowali się na zostawienie drugiego auta w domu i wybranie się do pracy z sąsiadem. Otóż jeśli się przyuważy, że ktoś nadużywa gościnności takiej właśnie HOV i jak ostatnia świnia jedzie sobie po niej sam (albo z manekinem) można zadzwonić na ten Hero number i po prostu donieść. Pamiętam, że jak przez chwilę mieszkałam w MI to mówiono mi, że nie można nago chodzić po domu, bo jak cię zobaczy sąsiad to też może donieść. Co kraj to obyczaj...
czwartek, 22 czerwca 2006
Fajne co?

spinki

środa, 21 czerwca 2006
Tak jak obiecałam, dzisiaj będzie o pracy, a bardziej o tym jak ci Amerykanie ją traktują.
Miałam to szczęście, że pracowałam wśród zarówno niebieskich, jak i białych amerykańskich kołnierzyków. W niebieskim kołnierzyku pracowałam jako barmanka, kelnerka, pakowarka warzyw i owoców w supermarkecie,  sprzedawczyni w piekarnio-ciastkarni i niskopłatny pracownik biurowy. Jako biały kołnierzyk pracowałam jako Manager Regionalny na Stany południowe i zachodnie, a obecnie jako analityk finansowy. Podejście do pracy w obu tych grupach jest trochę inne.
Wśród niebieskich kołnierzyków widać, że obowiązuje zasada- pracy, w przeciwieństwie do matki, nie musisz mieć jednej.
Z pracą na amerykańskim rynku raczej nie ma problemów. Jak cię zwolnią, znajdziesz sobie drugą. Jak cię wkurzą, ty się zwolnisz a następnego dnia znajdziesz sobie podobną pracę. (Oczywiście mówimy tutaj o niebiskich kołnierzykach). Z tego też powodu, wśród niebieskich kołnierzyków króluje bylejakość. Szczególnie widać to przy niskopłatnych pracach biurowych. Zlewka na maksa. Jak wyjdzie to dobrze, jak nie wyjdzie to też się nic nei stanie. Zaro odpowiedzialności i chęcia wykonywania swojego zajęcia najlepiej jak tylko się umie. Niekompetencja na każdym kroku. Błąd na błędzie. Boże! Godzinami mogłabym pisać o tych pracownikach, któreych pracę musiałam nadzorować jeszcze w zeszłym roku. Kre człowieka zalewała, ale nic nie można było zrobić- bo to kobieta, bo to mniejszość narodowa, bo to ktoś kto kiedyś spał z szefem i teraz ma na wszystkich haka…Zawsze można było powiedzieć, że się nie wiedziało, więc po co się wysilać?
Inaczej jest w tak zwanym biznesie restauracyjnym. Tutaj widać już trend chęci utrzymania się w tej, a nie innej restauracji, bo od tego nei tylko zależy ile się będzie zarabiało, ale także ma to wpływ na tak zwany image. Wiadomo, lepiej jest pracować w restauracji, która jest cool, niż w jakimś truck stop-ie.
Bo kelnerzy, kucharki i inni tym podobni barmani bujają sie w towarzystwie innych gastronomów i ten lepszy, kto pracuje w bardziej odlotowej, znanej, czy też droższej knajpie… Tak jak wszędzie, nawet kelnerzy lubią sobie zaszpanować.
Zaznaczyć należy, że pracy takiej Amerykanie trzymają się tylko wtedy jeśli restauracja jest stylowa, droższa i jak wyżej. Jeśli jest to coś przeciętnego (jak naprzykład ta, w której ja pracowałam) to wszystko ma się trochę inaczej.
Pracę szanują tylko obcokrajowcy, a dla reszty liczy się tylko kasa. A jak im nie odpowiada to spadają.
W pracach tego rodzaju nie jest ważne czy ma się benefity, ubezpieczenie itd. (Proszę tu zauważyć, że piszę to z perspektywy osoby, która pracując w restauracji miała 21 lat i nie w głowie jej było 401k czy też inne taki, a i ubezpieczenie zdrowotne miała z Polski). Zdaję sobie sprawę z tego, że jeśli ma się lat 30 i dziecko na ten przykład i pracuje się w restauracji to ubezpieczenie zdrowotne może być dość ważne.
Ale ubezpieczenia zdrowotne raczej nie istnieją w biznesach rodzinnych. Prędzej w hotelach, czy innych sieciach. Tam są związki zawodowe, więc można się ewentualnie wykłócić.
Dodam, że o związkach zawodowych wiem mało, bo spotkać się z nimi miałam okazję tylko raz, ale wtedy byłam po drugiej stronie, że tak się wyrażę muru…
Niebieski kołnierzyki są wolniejsze, mniej zestresowane, ale czy szczęśliwsze? Nie mam zdania. Bo co nam wyznacza szczęście?

PS- o białych kołnierzykach jutro…
 
04:34, hjuston , praca
Link Komentarze (8) »
wtorek, 20 czerwca 2006
W związku z moją poprzednia pracą w dalszym ciągu mam jakąś taką skrętkę na interesowanie się wszystkim co związane z bankomatami, bankami itd.
Wczoraj (pomimo powodzi) wydarzyła się tu jedna taka akcja. Otóż policja zastrzeliła kobietę, która napadła w biały dzień na bank. Bank Wells Fargo na marginesie. Jeden z najbardziej znielubianych przeze mnie banków. Bank, nad którego księgowością spędziłam tygodnie, jeśli nie miesiące.
W każdym bądź razie, wczoraj kobieta próbowała ten bank obrabować. Była uzbrojona w ... wiatrówkę. No i udało jej się. Po akcji kobieta udała się na lunch do ... Jack in the Box gdzie została otoczona przez policję i zastrzelona.
Policja tłumaczyła się, że ponoć broń wyglądała jak prawdziwa.
Z tą hjustońską policją to jest tak, że niby takie grubasy, ale jak przyjdzie co do czego to pociągnąć za cyngiel się nie zawahają.
Więcej tu.
Jeszcze jedno zdjęcie z wczorajszej ulewy.
To tak trochę bardziej na południe o miejsca, w którym ja mieszkam. U mnie powiedzmy sobie szczerze jedyną stratą jest ten przeklęty stolik z mojego balkonu (całe szczęście). W nocy padało, ale wyglada na to że już wszystko wróciło do normy (oczywiście nie dla tych, którzy muszą dzisiaj osuszać mieszkania).
Idę do pracy i szczerze wątpię, że dzisiaj pozwolą nam się zmyć wcześniej...



zdjęcie oczywiście z Houston Chronicle
poniedziałek, 19 czerwca 2006
Skutki tego deszczu odczułam na własnej skórze. Pierwsze straty- rozkraczył nam się stolik...



Tak więc atrakcyjność naszego balkonika wzrosła. Teraz oprócz palmy, mamy także rozkraczony stolik.

Ja na szczęście mieszkam blisko od mojej pracy, więc nie muszę się zbytnio przejmować tymi powodziami. Spiżarnię mam pełną, wody w butlach pod dostatkiem, wiec jak zaleje to poprostu będę siedzieć w domu i czytać książkę, albo malować paznokcie u nóg. No ale niektórzy to mają problemy. Nie dość, że dojazd do pracy zajął im dzisiaj ponad 2 godziny (zazwyczaj 20 minut) to do tego niedługo już będą wracać, bo chyba wypuszczą nas dzisiaj wcześniej. O godzinie 8.30 na moim piętrze były tylko 4 osoby. Zazwyczaj jest około 50. Niektórzy wiadomo, wyolbrzymiają i nie przychodzą chociaż mogliby, ale z drugiej strony sam główny szeryf powiedział dzisiaj w wiadomościach: „Jak nie musicie wyjeżdżać to zostańcie w domu”. Jeden z moich szefów na przykład został. Zadzwonił do mnie aby odwołać nasze nauczki z PeopleSoft Finance i kazał mi powiedzieć mojemu szefowi, że skoro mam w pracy laptoka to ma mi pozwolić iść do domu i pracować dzisiaj z domu. Bo potem będzie jeszcze gorzej. Myślę, że powiedział to tylko po to, aby potem nie musiał się czuć osamotniony jak tych, którzy dzisiaj nie przyszli do pracy będą wytykać palcami. No ale z drugiej strony jest już po 10-ej i jakoś tych ludzi nie przybywa. Niezłe jest to, w jaki sposób traktuje się te niusy pogodowe w biurze. Ci którzy bez problemu dotarli (na przykła ja), spotykają się z innymi w jakichś tam kółeczkach i debatują o tym co to się dzieje na drogach i jakich to prognoz pogody nie czytali. Wszystko ma na celu jedno. WYWOŁAĆ PANIKĘ, ABY SZEF POZWOLIŁ NAM PÓJŚĆ DO DOMU. Myślę, że niedługo osiągniemy cel, tymabrdziej że pogoda się nie poprawia. W porze lanczu mam zamiar się spakować, wyjść i nie wrócić, a na pożegnanie powiem wszystkim, że im radze dokładnie to samo, bo właśnie przeczytałam na stronie NOAA, że będzie tylko gorzej. A potem przyjdę do domu i nie będę robiła nic. Tzn zrobię obiad. A wieczorem miejmy nadzieję, że powodzi już nie będzie, bo cholera idziemy na naukę tańca i wypadałoby tym razem dojechać, bo w zeszłym tygodniu nam nie wyszło (z powodu ran na moich stopach).

Zaczynam się martwić o kapustę...



niedziela, 18 czerwca 2006
Zostało nam tylko dwa tygodnie aby zrobić w końcu jakieś zdjęcia godne skomentowania i wzięcia udziału w konkursie pod tytułem Houston it?s worth it. Osobiście nie biorę udziału, ale coś tam też niby pstrykam (nie ukrywam, że jestem dość słabym fotografem, gdyż podczas zajęć z robienia zdjęć wolałam gapić się na nauczyciela, niż słuchać tego o czym mówi.
Jako członkowie Houston Photobloggers dowiedzieliśmy się, że dzisiaj na starym terminalu jednego z lotnisk Houston odbędzie się WASP Day. Przyznam, że o tych WASP-ach to nie za dużo wiedziałam, a jeśli mam być bardziej szczera to nie wiedziałam o nich nic.
Wiedziałam więc tylko, że na starym terminalu lotniska Hobby znajduje sie muzeum i że będą tam jakieś samoloty to obejrzenia. Stare. Stare, ale jare mówi się. I także tym razem to nasze stare ale jare powiedzonko sprawdziło się. TO BYŁ DZIEŃ?
Lotniska w Houston są trzy. Hobby jest tym mniejszym, znanym z tego, że obsługuje głównie linie Southwest. Southwest to takie europejskie Ryanair. Dostaje się w ich samolotach głównie orzeszki i coś do picia. Ale Southwest nie jest liniami godnymi potępienia mimo braku luksusów. Właściwie przyznam się, że trochę mi ich brakuje, a szczególnie ich darmowych biletów, które później sprzedawałam na ebayu. Southwest ma taki program- lecisz 3 razy, czwarty za darmo. Teraz już chyba się to zmieniło, ale gdy jeszcze w zeszłym roku pracowałam w poprzedniej firmie i dość sporo latałam, to tak jeszcze było. Tak więc latałam sobie w te delegacje, a konto rosło. Teraz już nie rośnie, ale i tak jest fajnie.
W każdym bądź razie zajechaliśmy na to stare lotnisko. Hmmm pogoda nie bardzo. Wiadomo było, że będzie burza.



Kupiliśmy bilecik za dziesiątaka i krecimy się po tym muzeum jak wiadomo co. Porobiliśmy kilka zdjęć i tak sobie chodzimy. A przy stoliku siedzą te WASP-y. Stare już. Stare ale jakże jare. Tak ciężko było uwierzyć, że te babcie latały w czasie II Wojny Światowej samolotami. WASP-om należy się szacuneczek. Z własnej inicjatywy zaproponowały Amerykańskiej Armii utworzenie organizacji składającej się z kobiet, które pomagały w ten sposób, że dostarczały samolot z fabryki na wojne itepe. W ten sposób, piloci mężczyźni mogli pomagać w zadaniach bardziej związanych z walką. Więcej o tych OSACH można przeczytać we wszystkim znanej i lubianej Wikipedii. WASP-y miały także swoją maskotkę. Była to Fifnella. Disneyowska.
Jak już zobaczyliśmy wszystko co było do zobaczenia w tym muzeum (łącznie z małym samolocikiem Nikita nazwanym tak na cześć piosenki Eltona Johna), nagle zupełnie znikąd pojawił się tajemniczy gruby facio. Zapytał się konspiracyjnym głosem czy my jesteśmy z Photobloggersów i czy nie jesteśmy zainteresowani robieniem ?lepszych? zdjęć. Lepsze, czyli takie jakie robi się na pasie startowym nowego lotniska Hobby. No kurde. Kto by nie był. W obecnych czasach, kiedy to w każdym z nas na lotnisku widzi się terrorystę KTO BY NIE CHCIAŁ PÓJŚĆ NA PAS STARTOWY I POROBIĆ KILKA ZDJĘĆ? No więc nawet jeśli ktoś by nie chciał, my do nich nie należeliśmy. Do tych ktosiów znaczy się. Konspiracyjnym głosem odpowiadamy, że idziemy. Ominał nas kurcze blade film o WASP-ach, ale wybaczcie, taka okazja mogła już się nie powtórzyć. Chociaż z drugiej strony zawsze można się gdzieś tam wkręcić. I wkręca się tak tyle ludzi, że aż mi szczęka opadła, ale to później. Później, później?
Zaczyna padać. Musimy pójść do samochodu i podjechać kawałek do bramy do której gruby pan ma klucz. Gruby pan ubiera pomarańczową kamizelkę, przypina odznakę i jedziemy. Jedziemy my, a za nami 4 innych pasjonatów. Pan otwiera kluczem kłódkę i jesteśmy w drodze na pas startowy lotniska Hobby. Mamy tylko powiedziane, żeby nie wchodzić za blisko. Nie będę tutaj zbyt wiele pisać na temat jakości zabezpieczenia tej bramy, bo wiecie, nei wypada się śmiać. No to se stoimi i się gapimy. Kurde jak byliśmy blisko. Startują, jeden po drugim. Kolejeczka i myk.



Zupełnie inaczej to wszystko wygląda z zewnątrz. O wiele bardziej ekscytująco niż jak się w takim samolocie siedzi. W moim przypadku chodzi także o to, że ja ze startów zbyt wiele nie pamiętam gdyż zazwyczaj śpię zanim samolot uniesie się w powietrze. Tak już mam.
Po jakimś czasie nadeszła oczekiwana przez nas burza. Grzmiało i błyskało. No więc trzeba było schować się do hangaru. Jak już się schowaliśmy to trzeba było gadać z tymi, którzy tam koło nas stali. No więc prosze państwa, paru z was pukało się zapewne w czolo widząc moje zainteresowanie tematem Czego to Amerykanie nie wożą na pickupach, ale zapewniam was moi kochani, są gorsi. Sa tak gorsi, że się wam w głowach nie mieści. Byli tam członkowie takiej grupy, która nazywa się Airliners. Airlines to goście, którzy robią zdjęcia samolotów właśnie że się tak wyrażę od podwórka. Mają swoją stronę, na której jest już ponad milion zdjęć i tak sobie kolekcjonują i opowiadają o tym jak to było gdy robiło się to czy tamto zdjęcie. Ale to jest jeszcze nic. Otóż był tam taki gościu, który proszę ja was kolekcjonuje sobie numerki. Numerki samolotów, które widział podczas startu. Po prostu sobie je zapisuje?
No więc pogadaliśmy, porobiliśmy trochę zdjęć z wnętrza samolotu, do którego nam nie pozwolono wejść w muzeum, a który na czas burzy musieli odtransportować do hangaru. I się zmyliśmy.
I tak nam minął dzisiejszy dzień. Teraz siedzimy, pijemy piwko i za chwilę będziemy robić Raviolli. Raviolli.

 
1 , 2 , 3
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston