piątek, 29 czerwca 2007
środa, 27 czerwca 2007

Jednym z problemów związanych z mieszkaniem w Stanach są wydatki, które ponosimy w związku z pozbywaniem się tak zwanego spamu pocztowego. Każdego dnia dostaję taki właśnie papierowy spam. Nie mówię tu o jednej broszurce z reklamami z Geanta czy też o gazetce z informacjami co dzieje się w pobliskiej parafii. Chodzi mi głównie o oferty kart kredytowych. Każdego dnia dostaję takich ofert conajmniej pięć. Dwie na siebie- na obecne i panieńskie nazwisko, dwie na męża, i od czasu do czasu jedną na Kubę, który pomimo tego, że nie mieszka w Stanach także dostaje tu spam. Spamu takiego nie można po prostu wyrzucić. To znaczy może i można, ale nasłuchałam się tyle o złodziejach, którzy jakimś tam sposobem składają podanie o kartę kredytową w twoim imieniu używając tej właśnie oferty, że niczego już nie wyrzucam. Ofertę taką należy zniszczyć. W celu zniszczenia używałam do tej pory zniszczarki. Była to już moja druga zniszczarka, bo pierwsza mi się zjechała. Kupiłam więc sobie zniszczarkę, która powiedzmy sobie szczerze była zniszczarką ‘fancy’. Niszczyła cedeki i karty kredytowe. A i rękę mogłaby z pewnością uciąć. Miałam tą zniszczarkę przez jakieś pół roku. Zjechała się. Powykrzywiały się zęby i po prostu zdechła. Teraz zniszarki nie mam i prawdę mówiąc mam problem, bo nie mam czasu aby ręcznie niszczyć te oferty, a i nie mam ochoty wybulać stówki na kolejną zniszczarkę.

Jakie rozwiązania stosujecie w waszych domach? Ci, którzy mieszkają na północy kraju mogą palić te ofertyw kominkach. Ja niby kominek też mam, ale prawdę mówiąc wolałabym go nie używać, bo mam podejrzenie że zbudowano go dla ozdoby. Obawiam się, że wraz z ofertami, z dymem poszedł by cały dom. Nie będę też przynosić tego śmiecia do pracy, bo w sumie nie wypada. Wkurzam się na te wszystkie Chase-y, Amex-y, B of A-eje i inne takie. Zastanawiam się jak nie jest im wstyd wysyłać tyle śmiecia do każdego domu? Wiadomo przecież, że wiele osób w ogóle nawet nie otwiera tych kopert. Jaką żałosną osobą musi być ten ktoś, kto pracuje tam w dziale marketingu i wpada na genialne pomysły typu – wsadźmy do srodka oferty plastikową kartę pseudo kredytową żeby odbiorca był zmuszony do otworzenia koperty! Musi otworzyć, bo przecież nie wrzuci do zniszczarki, bo mu się zęby rozwalą. I tak może jak otworzy to zmieni zdanie i złoży podanie o naszą kartę kredytową! Albo- niech nasze oferty będą inne niż tych wszystkich B of A-ejów czy też Amex-ów – nasze oferty będą w czarnych kopertach ze złotymi literami! Wstydu nie mają w tych bankach. Nie wspomnę nawet o tych wszystkich drzewach wyciętych tylko po to, aby ktoś wydrukował ulotkę, którą ja później wywalam. Nie wspomnę o energii jaka potrzebna jest na wydrukowanie i zniszczenie tych bzdur. Ale wspomnę o moim czasie, który marnuje na zawracanie sobie głowy tym śmieciem. Zajmuje mi to jakieś 15 minut tygodniowo (otworzenie tych kopert, odklejenie plastikowych kart kredytowych, zniszczenie oferty). Nie uwzględniając czasu potrzebnego na wyjazd do sklepu w celu zakupu nowej zniszczarki. Nie uwzględniając czasu związanego z wyjazdem do centrum recyclingowego i zostawienia tam tej góry papierów...

Mój najnowszy pomysł (jak już wspomniałam nie zamierzam narazie inwestować w nową zniszczarkę) to zakup pieczątki z napisem RETURN TO SENDER ($10) i opieczątkowanie każdej oferty, która do mnie przyjdzie i odesłanie jej do nadawcy. Oczywiście nie pojedynczo. Pozbieram sobie tych ofert przez jakieś pół roku, a potem odeślę im wszystko na raz. Zachęcam was do podobnej akcji. A może ktoś ma lepszy pomysł?


poniedziałek, 25 czerwca 2007



Weekend jak to miało miejsce przez jakieś ostatnie 2 miesiace okazał się deszczowy. Parada gejowska, która miała być świetna, okazała się kompletnym niewypałem. Zadanie domowe z Flasha zamiast 2 godzin zajęło mi dwa dni i boli mnie nadgarstek. Od poniedziałku zatrudniamy Chinkę Czikulikulinkę, która bardzo kiepsko rozumiem.
Aby się pocieszyć wybrałam się więc na odkrywanie nieznanego.
W ten deszczowy weekend postanowiłam zaszaleć i udać się w końcu (bo odkąd tu mieszkam nie byłam) do Chocolate Bar i napchać się czekolady, za która tak naprawdę nie przepadam.
Znam paru takich, którzy bez czekolady po prostu nie mogą. Przychodzą do domu i już otwierają szuflady, przychodzą do pracy i już rabują vending machines. Jakby mogli to dziecku z ust by odebrali.
Ja słodyczy generalnie nie jem. Ze słodyczy lubię jedynie Raffaello i M&Msy z orzechami, albo z migdałami. Lubie też takie polskie ciastka- Łakotki w czekoladzie. Reszta po prstu jakoś mi nie wchodzi. Generalnie w tej Ameryce jem bardzo mało słodyczy. Kiedyś kupiłam sobie M&Msy z vending machine, ale jakiś baran wsadził je na najwyższą półkę i zanim doleciały, to się roztrzaskały. Tak więc nie kupuję. I mi nie żal. A wy jecie słodycze?
Ale w ten weekend postanowiłam spróbować czegoś innego i zabrałam Mensza na randkę do tego baru właśnie.




O Bożenku, czego oni tam nie mieli... Owoce w czekoladzie, popcorn w czekoladzie, czekoladowa cegła (pół kg czekolady z owocami i orzechami), czekoladowa pizza z 'serem' zrobionym z białej czekolady, czekoladowe numerki i literki, czekoladowe serniki. Czekoladowe gadżety czyli piguły - bo pigułkami tego nazwać nie można - na PMS, zestawy dentystyczne (czekoladowa szczoteczka i pasta do zębów), czekoladowe kajdanki, czekoladowe tatuaże (hmmm), czekoladowa klawiatura, pieniądzem młotki, motocykle, aspiryna, skrzypce i nawet krowa. Do tego można było zakupić czekoladowego szampana i czekoladowe prezenty związane z zawodem fryzjerskim, doktora i nawet rybaka.
Oczywiście w takim sklepie nie można myśleć tylko o sobie. Szczególnie jeśli przed wejściem zostawiło się psa. Dla psów też można kupić 'czekoladowe' kosteczki. I sugar free chocolate też oczywiscie była.



Ja postanowiłam spróbować lodów, bo lody jak wiadomo są dobre na ochłody. Smaki oczywiście tylko i wyłącznie czekoladowe. Ja zamówiłam sobie jakiś taki z żórawinami i migdałami i z cytrynowy z białą czekoladą.
Zjadłam jakąś 1/4, resztę wywaliłam. Niby mała gałka, a tyle tego, że można całą rodzinę wykarmić.




Miejsce oczywiście warte odwiedzenie, ale nie sądzę, że się tam jeszcze kiedyś wybiorę. Może zimą na czekoladę do picia...


Drogie Panie, zapraszam was do odwiedzenia galerii mojej przyjaciółki z ogólniaka, która robi bardzo oryginalne kolczyki. Kasia sprzedaje je w cenie 25 zł za parę. Sama mam dwie pary takich kolczyków i przybieram się do następnych dwóch. Jakość - pierwszorzędna.
Kupując kolczyki u Kasi masz zagwarantowane, że nie zobaczysz zbyt wielu dziewczyn z takimi samymi! Zapraszam TU.
czwartek, 21 czerwca 2007
Dzisiaj będzie o nieciekawych sprawach. Mamy tu w Stanach taką stronę Family Watchdog (używał ktoś?). Otóż na tej stronie można sprawdzić ilu kryminalistów (przestępstwa na tle seksualnym)  mieszka dookoła twojego domu. Wpisujesz miasto i stan i już pokazuje ci się masa otaczających cię kropek. Każda z nich to adres jakiegoś zboka, gwałciciela czy innego potwora. Można nawet sprawdzić jak wyglądają!
Koło mnie, w przeciągu mili mieszka pięciu takich typków. A do tego trzeba dodać złodziei, dealerów i innych przestępców. Brrr....
środa, 20 czerwca 2007
Drogie Panie, Prowadzicie auto w szpilkach czy bez? Ja na ten przykład lubię sobie czasem poprowadzić auto w szpilkach. Zdaję sobię sprawę z tego, że nie jest to za bardzo bezpieczne, no ale jak już wspomniałam w komentarzach pod spodem dzisiaj jechałam bez szpilek i mało co nie miałam wypadku. Dla przypomnienia napiszę, że z gorąca, zupełnie niespodziewanie wybuchła mi puszka z napojem gazowanym. Opryskała mi całe nogi. A że wydarzyło się to wszystko podczas jazdy, więc teoretycznie nie mogłam się zatrzymać. Zatrzymanie się praktycznie mogło oznaczać katastrofę.
Tak więc akurat dzisiaj miałam na sobie buty na płaskim obcasie. Zdarza mi się bardzo często jeźdźić w klapkach. Jazda na bosaka jest w Texasie zabroniona,  ale też mi się zdarzyło.
Zmierzam jednak do tego, że już niedługo być może będziemy mogły drogie panie bezpiecznie mknąć po szosach i hajłejach właśnie w szpilkach. I nikt nie będzie nas wytykał palcami, albo oblewał na egzaminach.
Zapraszam to zapoznania się ze składanymi butami  Sheila's Heels.

wtorek, 19 czerwca 2007
Kilka miesięcy temu byłam w kinie na filmie pod tytułem Hot Town Cool City. Film ten właściwie jest swego rodzaju większym projektem. Producent Maureen McNamara zrobiła ten film po to aby pokazać światu, że Houston nie jest jak to mówią moi znajomi piekłem. Można się z tym zgadzać, a można też jak się łatwo domyśleć nie zgadzać. Ja generalnie się z tym stwierdzeniem nie zgadzam. To znaczy jestem za piekłem. Ale łapię się coraz częściej na tym, że gdy wracam tu do tej sauny, to myślę sobie, że nawet to miasto czasem lubię.
No ale nie rozczulajmy się proszę państwa bo i tak wiemy jak jest.
Co najczęściej kojarzy się wszystkim z mieszkańcami Houston?
Grubi, nieokrzesanie ignoranci w pickupach.
Ale mamy tu w tym mieście także ludzi jak to się w Ameryce - nice i friendly. Mamy tu także filantropów, biznesmenów, wrażliwych na piękno utalnetowanych indywidualistów z plecakiem historii na plecach. Takimi właśnie mieszkańcy Miasta Piekła zostali ukazani w filmie Hot Town Cool City.
Jak mówi pani producent - Houston kojarzy się wielu z ropą, tanią ziemią i oczywiście Dżordżem Buszem. Ale to też tylko przykrywka. Przykrywka, pod którą można znaleźć tajemnicze teatry i kafejki, galerie i parki, przepiękne cmentarze, TMC, znanego w całym mieście pana sprzedającego w jakiejś szopie arbuzy na kawałki i wiele innych. Houston, z tymi wszystkimi tajemnicami znanymi tylko tym, którzy mieszkali tu już przez jakiś czas jest ukazane jako miasto niezwykle COOL (pomimo tego, że jest tak bardzo HOT).
Film ten leci (a może już leciał) na PBS. Można też go nabyć na dvd na stronie HTCC. A dla tych, którzy chcą sobie obejrzeć przynajmniej kawałek pozostaje HTCC na Google Video. Polecam.
niedziela, 17 czerwca 2007
Niewiele mam ulubionych blogów fotograficznych. Wiadomo. Jest blog Mensza, za który jestem trochę odpowiedzialna i odwiedzanie, którego oczywiście polecam. Jest Chromasia, na który także dość często zaglądam bo interesuje mnie ten człowiek. Z naszych polskich, wiadomo - Bart Pogoda . Ale blog, o którym będzie dzisiaj jest blogiem wyjątkowym, bo i zdjęcia są wyjątkowe. Mówiąc krótko, obawiam się że jest to być może jeden z moich ulubionych blogów w ogóle.
Za blogiem Stuck in Customs (btw- fantastyczna domena), kryje się Trey Ratcliff, szef firmy John Galt Games zajmującej się sprzedażą gier online. Trey mieszka w Austin, TX. Jest więc tak trochę naszym sąsiadem. Może kiedyś będzie okazja spotkać się w realu... Albo w innym supermarkecie.
Zdjęcia na blogu Treya są zewsząd. Ukraina, Nowy Jork, Indie, Włochy itd. Stąd ta nazwa domeny.
Trey używa techniki zwanej HDR. Generalnie HDR nudzi mnie jeśli jest tego zbyt wiele (czytaj- męczę się oglądając tylko i wyłącznie zdjęcia zrobione w HDR). Poza tym zdjęcia wykonane w technice HDR mogą powalać na kolana, ale mogą też być bardzo kiepskie. Z Trey'em jest chyba tak, że te jego zdjęcia z reguły powalają na kolana. Przynajmniej mnie. Dodam, że Trey jest prawie niewidomy na jedno oko, co sprawia, że widzi świat trochę inaczej niż my i może dlatego te jego zdjęcia są jakie są.


j





Normalnie inny świat. Prawda, że świetne?
piątek, 15 czerwca 2007
Amerykanie to mają nieźle w tych głowach. Pisałam ostatnio o Heelys Shoes, ale to co przyuważyłam podczas ostatniego Art Car Parade wywołało u mnie nie tyle uśmiech, co nawet być może jakąś taką lekką zazdrość i chęć zawołania 'daj się karnąć'.
Natknęłam się bowiem na pojazd, który moim zdaniem zasługiwał na pierwsze miejsce we wspomnianym wyżej konkursie, aczkolwiek w konkursie udziału on nie brał. Ale zanim zdradzę o co chodzi kilka słów słowem wstępu.
Cooler to w Ameryce bardzo przydatny przedmiot. Każdy ma w domu cooler. Ja też. Taki z Targetu. Czerwony. Za 7$. Wersja minimum, ale lepsza niż WalMartowe wersje styropionowe. Wkładam sobie do niego ice pack bo wolę ice pack niż kostki lodu, które się roztapiają i potem śmierdzą.
Cooler może się przydać podczas wyjazdu na kemping. Może się także przydać podczas wyjazdu na rowery bo można sobie w nim trzymać nie tylko tak zwane drinki, ale także jakieś mięsko na grilla czy coś w tym stylu.
Sporo osób w Texasie używa kulera jako torby na zakupy. Kupują na przykład rybę, wkładają do coolera i w 40 stopniowym upale wracają do domu.
Cooler przydaje się w pracy gdy pracodawca organizuje jałowe lunche na powietrzu (albo w zamknięciu).
Coolery mogą więc być małe, średnie i duże. Meksykańskie rodziny na pikniki najczęściej zabierają coolery trumny. Są tak wielkie, że można do nich wsadzić nieboszczyka. A i za gorąco by mu tam nie było.
Kuler może być na kółkach, może mieć rączkę do ciagnięcia, a może być też zupełnie prosty- bez rączki.
Przydaje się taki kuler także podczas imprez piwnych gdy należy przynieść swoje pifko. Amerykanie piją dość słabe piwo, więc trzeba go pić dość sporo, a nie każdy ma tak wielką lodówkę. Dlatego przynosi się swojego kulerka z pifkiem.
Na coolerze można też siedzieć.
A na coolerach, które przyuważyłam na Art Car Parade można się nawet przejechać. I to mnie właśnie zaskoczyło pomimo tego, że wydawało mi się, że już mnie nic nie może zaskoczyć. Takie coolerek elektryczny ma miejsce na 24 puszki (piwa) i może utrzymać 125 kg żywej wagi!
Dowodem na całkowite zamerykanizowanie, o którym pisze dzisiaj Ania, jest moim zdaniem chęć posiadania takiego właśnie cholerka kulerka motorka. Tak więc ja taką chęć mam i przyznaję się do zamerykanizowania.




środa, 13 czerwca 2007
Nie chciało mi się zbytnio pisać o tym San Francisco więc zrobiłam komiks. Trzeba kliknąć na obrazek, a potem jeszcze raz (nie wiem jak inaczej zrobić na tym bloxie).

piątek, 08 czerwca 2007

Wszystko spakowane. Koszulka z krótkim, koszula z długim, gatki i skarpetki, zatyczki do uszu bo podobno kolega chrapie.

Channel ‘On board Entertiment prosto z mojej torby’ zapowiada podczas tego czterogodzinniego lotu nastepujące rozrywki: czytanie książki pt: ‘Ryś’ (czytał ktoś? bo obawiam się, że może być trochę słaba), oglądanie video podcastu- Bill Gates vs Steve Jobs, spanie.

Mam taki problem, że jak lecę na wschodnie albo zachodnie wybrzeże to czuję jakiś taki kompleks wieśniaczka cwaniaczka. Nie dla tego, że jestem z Polski, Polska jest bowiem bardzo trendy. Dlatego, że jestem z Teksasu. Dlatego, że nie mamy tu sklepów z fajnymi ciuchami, i dlatego że wszystkie dziewczyny mają fryzurę na Jennifer Lopez i klapki. Różnicę w sposobie ubierania się można zauważyć już w samolocie. Jedyna rzecz, po której nie można rozpoznać dziewczyny z Teksasu od dziewczyny z Kalifornii (zakładając, że żadna z nich nie ma fryzury na Jlo) to sztuczny biust. Teksas kocha sztuczne biusty tak samo jak Kalifornia. Jak tak się człowiek przejdzie po plaży w Galveston to prawie tak jakby był na planie filmu Słoneczny Patrol (tylko woda trochę nie tego). Tak więc na pocieszenie, żeby czuć się bardziej na czasie kupiłam sobie szpanerskie okulary słoneczne i pomalowałam krótkie paznokcie na kolor bordo. Właściwie to pomalował mi je facet kosmetyczka. Po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się aby facet robił mi tak zwane mani. Było to conajmniej dziwne... Tak więc jestem gotowa. San Fran- przybywam- szykuj clam chowder!


Normalnie można sobie pójść na wirtualny spacer...
Niestety nie w Houston, a w San Francisco. Szkoda, że nie mają live view to bym wam pomachała podczas jutrzejszej wycieczki.
środa, 06 czerwca 2007
W sobotę organizuję zaległą imprezę urodzinową. Niestety nie będzie mnie na niej gdyż wyjeżdżam. Czosnek, ocean, China Town, 68F, więzienie, mgła... Kto wie, może gdzieś się nawet napatoczy Thomas Hawk ...
poniedziałek, 04 czerwca 2007
Od miesiąca chodzę na kurs Flash-a. Flash-a zawsze chciałam się nauczyć. Nie łudzę się, że nagle ni z tego ni z owego zostanę jakimś designerem, po prostu chciałam się nauczyć.
Kurs trwa dwa miesiące. Trzy godzinny tygodniowo na Uniwersytecie Rice.
Jakoś tam sobie radzę, ale nie powiem żeby było lekko.
Zacznę od samych zajęć. Klasa, w której odbywają się zajęcia jest fantastyczną klasą komputerową. Być może w dzisiejeszych czasach wszystkie klasy są już właśnie takie, ale nie sądzę, bo kogo się nie zapytam to mówi mi że tak nie jest.
Otóż klasa ma 6 rzędów z ławkami. W każdym rzędzie są cztery komputery. Każdy komputer ma płaski monitor. Pomiędzy pierwszym i drugim, a także trzecim i czwartym jest dodatkowy monitor. Na tym monitorze ogląda się wszystko co robi w danym momencie nauczyciel. I to, oprócz ergonomicznych krzeseł, w których sobie na tych zajęciach siedzimy podoba mi się najbardziej. Każdy z wadą wzroku powyżej -1 przyzna, że jest to fantastyczny pomysł. Nie ma żadnych projektorów, nie trzeba się wykłócać, że jest nieostro. No i do tego nauczyciel nie siedzi na gadu gadu i nie flirtuje.
Nauczycielka pochodzi z Iraku. Przyleciała do Stanów jak miała 8 lat. Ma zasłoniętą głowę. Pierwsze co przyszło mi do głowy to, że FLASH i zakryta głowa jakoś tak nie idą w parze. Bo przecież FLASH, marketing, migające bzdury i Internet są takie jakby to powiedzieć- zachodnie. A tu proszę, jak bardzo pozory mylą. Patrzę się na nią i nadziwić się nie mogę jak bardzo zachodnia może być ta zakutana pani. Cholernie mi się to podoba.
Uczniów jest 12. Summer*- pracuje w firmie designerskiej, Greg ma swoją własną firmę, Ken pracuje w help desk-u i twierdzi że teraz każda firma wymaga aby pracownik help desku znał FLASH więc się zapisał. James zapisał się, bo chce wiedzieć czego może wymagać od swoich pracowników (niezły koleś- tak zwane tłuste paluszki- zarywa do panienki z rzędu za mną). Ann też jest jakimś tam grafikiem i Ian z dredami też. Właściwie wszyscy. Tylko ja jedna nie. Generalnie, jako analityk finansowy jestem tam od czapy.
Pierwsze lekcje były dość załamujące. Postanowiłam, że będę siadała z tyłu żeby nikt mi nie zaglądał na monitor, bo było mi po prostu głupio, że jestem takim beztalenciem graficznym. Jak to jest, że jedni jakoś wyczuwają te kolory, kształty i generalnie mają jakiś tam smaczek, a inni nie? Jak to jest, że taki na przykład Inżynier Luzak potrafi narysować wszystko co sobie wymyśli, a ja potrafię jedynie narysować oś X i Y? No jak?
Pierwsze zadanie domowe- prosta animacja. Myślę sobie- zrobię dokładnie to co robiliśmy na zajęciach żeby pokazać, że pamietam. Wszyscy wymyślili sobie tak samo, tylko że lepiej. Jakieś drzewka, które rosły sobie, ptaszki latają, wschód i zachód słońca i wszystko tak pięknie narysowane, że aż się płakać chce.
A ja nad swoim zadaniem siedziałam ponad dwie godziny i jedyne co mi wyszło to jakaś kulka, która się toczy z jednego kąta w drugi i pojawiają się jakieś napisy. Ż e n u a. Nie pokazałam swojego zadania domowego. Powiedziałam, że zapomniałam zabrać pliku.
Kolejne lekcje były już trochę lepsze. Używaliśmy zdjęć, więc właściwie nie było widać różnić w posiadaniu lub nieposiadaniu talentu. Teraz robimy klipy filmowe i tu wypadam już znacznie lepiej, bo jakoś chyba szybciej łapię. Ale jak trzeba coś narysować (na przykład krople deszczu)- to załamka. Pocę się i nic. Wychodzi mi bardziej zamieć śnieżna niż deszcz.
Tak więc chodzę sobie w każdy czwartek. Wracam do domu autem wieczorową porą. Temperatura 27C, otwarte okno, gra Ghostland Observatory. Wjeżdżam na 59N i marzę o tym, że w następnym życiu będę mieć taki talent, że wszystkim oczy wyjdą...


PS - Jakby ktoś kiedyś chciał aby mu zrobić stronę, na której kulka toczy się z lewa na prawo, albo nawet z prawa na lewo to mogę zrobić... Zapewniam, że nikt nie będzie miał podobnej strony.


* - wszystkie imiona są nieprzypadkowe



update:
a tu pierwsze zadanie domowe, tu mały postęp
. Tu znajduje się pierwsza stronka, a tu taka już bardziej sensowna (aczkolwiek uważam, że pierwsza jak na pierwszą też nie jest zła).
sobota, 02 czerwca 2007
Dla jednych pierwszy czerwca kojarzy się z Dniem Dziecka, a dla innych z rozpoczęciem sezonu huraganowego. I jak to mówią: good timing. Mamy właśnie już drugi w tym roku sztorm tropikalny - tym razem Barry. Lista imion dla kolejnych sztormów zapowiada się w tym roku następująco:

Andrea, Barry, Chantal, Dean, Erin, Felix, Gabrielle, Humberto, Ingrid, Jerry, Karen, Lorenzo, Melissa, Noel, Olga, Pablo ,Rebekah, Sebastien, Tanya, Van, Wendy

Humberto i Ingrid brzmią dość groźnie.
Ta sama lista będzie użyta poraz kolejny w 2013 (zakładając, że żaden ze sztormów nie przyniesie zbyt wielu zniszczeń, bo w takmi wypadku należy dane imię zastąpić innym).
Ile ich będzie? Mam przeczucie, że więcej niż w roku poprzednim.

Dla zainteresowanych tematem huraganów polecam:
Hurricane Hunters
Saffir-Simpson
i moja ulubiona stronka Forces of nature - by National Geographic gdzie oprócz huraganów, można poczytać o innych kataklizmach
Zapraszam też do odświeżenia mojej kategorii - huragany itepe gdzie jak się można domyśleć ekscytuję się huraganami i tym podobnymi deszczami.


A w oczekiwaniu na kolejny huragan proponuje lekturę "Virtual Hallucinating Device Drives Police Insane for a Day". Czy ktoś by spróbował?
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston