niedziela, 29 czerwca 2008
Bardzo słabe jakościowo zdjęcie, baaaaardzo słabe. No ale cóż- lepszego nie zrobiłam. W dzisiejszym odcinku: Pinata na pickupie. Zawsze chciałam sobie walnąć w taką pinatę. Walnął ktoś z was może?
Jakby ktoś chciał się nauczyć robić takie cudo to zapraszam na youtube.



piątek, 27 czerwca 2008
Kto słyszał o tym fotografie? A może ktoś widział wystawę?
Zdjęcia/prace te mogą być dobrym podsumowaniem do naszej wcześniejszej dyskusji na blogu Ani i Ewy777 na temat używania bądź nie używania plastikowych toreb, czy też lubienia bądź nie lubienia kawy ze Starbacks.
Oglądałam ostatnio program, w którym Chris Jordan przedstawiał swoje prace i przyznam, że dawno nic nie wywołało na mnie aż takiego wrażenia.
Kilka zdjęć poniżej, a reszta na stronie Chrisa.

Milion plastikowych kubków używanych w czasie każdych 6 godzin podczas lotów amerykańskimi liniami:





32 tysiące lalek Barbie. 32 tysiące- jak 32 tysiące operacji piersi wykonanych miesięcznie na własne życzenie w 2006 roku w USA.





60 tysięcy plastikowych toreb zużytych w ciągu każdych 5 sekund.





środa, 25 czerwca 2008
Wczoraj, w późnych godzinach wieczornych zostałam właścicielką różowych, żarówiastych Crocsów. No co, trzeba było kupić sobie jakieś kapcie do szpitala.
wtorek, 24 czerwca 2008
Ja dzisiaj tylko na chwilę. Chciałam tylko poinformować, że w końcu, po tylu latach  The Power of Nightmares jest już do obejrzenia na dvd. Jest też na Netflixie.

Kto nie widział o filmie może poczytać na Wikipedii.
środa, 18 czerwca 2008

Jak ludzie mogą żyć bez pilota do światła i wiatraka? No kurde nie mamy tego w nowym domu, a mieliśmy w starym. Wczoraj zgodnie uzgofniliśmy, że trzeba będzie w to ustrojstwo zainwestować. Niesamowite jak można przyzwyczaić się do pseudo luksusu. Prysznic też jakiś taki ciasny. Dwie osoby raczej muszą się  o siebie ocierać, a w starym domu pod prysznic spokojnie mogło wejść z 6 osób. Jak nie więcej...

No ale generalnie na swoim jest malynowo. Ptaki ćwierkają, w nocy cichutko. Stary rozłożył łóżeczko dla Flanka. Tylko kto mnie kurde te pudła teraz rozpakuje?

Sama przeprowadzka należała raczej do tych bardziej koszmarnych. Mieliśmy przeprowadzić się w poniedziałek, ale okazało się że w poniedziałek to się przeprowadziliśmy ale na 6 godzin do szpitala. Na szczęście dzisiaj wszystko jest już w porządeczku. Siedzę se w dining roomie i czatuje z szefem, bo przecież 'pracuję' z domu.

piątek, 13 czerwca 2008
Jako, że nie mam telewizji nie dane mi było wcześniej obejrzeć show Joela Osteena. Prawdę mówiąc do wczoraj nie wiedziałam kim on jest. Wiedziałam natomiast o istnieniu Lakewood Church- olbrzymiego budynku w okolicach 59. No i wiedziałam, że jest to rzeczywiście jakiś tam kościół, do którego co niedziela przychodzą prawdziwi ludzie.
Do Lakewood Church może przyjść każdy. Bez względu na wiarę. Ważne tylko, żeby wiedział tam conieco z biblii i wierzył w jednego Boga i Jezusa (Chrystusa Pana naszego jedynego). Ale jak głosi strona kościoła Everyone is welcome!
Wczoraj, czekając na męża z obiadem (chicken curry) oglądałam sobie trailery na Apple TV (jednym z nich był The Foot Fiest Way, który wygląda apetycznie - idiotycznie). Gdy dojechałam do literki 'I' trochę się znudziłam i zaczęłam szperać po podcastach. I wtedy to odnalazł mnie Pan Bóg, bo na mojej drodze pojawił się podcast z Lakewood Church. Jakaś tajemnicza siła zmusiła mnie żebym nacisnęła przycisk PLAY i posłuchała 'głosu Boga'.
Nie wiem dlaczego nigdy się jakoś tym Lakewood Church nie zainteresowałam, bo przyznać muszę że mamy tu w Houston naprawdę niezła perełkę.
Obejrzałam więc ten podcast (20 minut- ostatnich 10 już nie dałam rady) i oniemiałam. Co za wydarzenie! 60 tysięcy ludzi w przerobionym na kościół stadionie kołyszy się w rytm religijnych piosenek. 60 tysięcy ludzi płacze i smieje się podczas słuchania opowieści Joela Osteena. 60 tysięcy ludzi daje na ofiarę 43 miliony dolarów rocznie (kolejne 30 milionów zostaje przysłane pocztą).
Joel Osteen we wspaniałym makijażu śmieję się i płacze. Normalnie przedstawienie.





Joel Osteen jest z całą pewnością milionerem. Jego msze transmitowane są na całe Stany. Joel ukończył television production i nie ma wykształcenia teologicznego, a mimo wszystko jakoś przyciąga te tłumy.
Po wysłuchaniu tej mszy stwierdzam, ze owszem powtarza się chłopak, ale aż tak bardzo mózgu nie pierze. Moim zdaniem dobrze jest jak na jakiś czas posłuchać czegoś pozytywnego. Szczególnie jeśli otoczonym jest się tylko i wyłącznie wiadomościami z FOX. Generalnie te jego kazania są takim jakby wyłożeniem kawy na ławę. Uczy jak być szczęśliwszym- lepszym- cierpliwszym i nie oczekwiać korzyści. Generalnie uczy jak godnie być Hiobem (łatwy cel). Ktoś zaraz pewnie napisze, że powtarzanie komuś, iż cierpliwie musi czekać na swoją kolejkę jest właśnie praniem mózgu. Może i tak.
Nie zgorszyło mnie to jego kazanie. Nie poczułam się jakbym za chwilę miała zostać wciągnięta do jakiejś sekty, ale może to tylko dlatego że nie mam do nikogo żalu gdy czasem zdarzy mi się poczuć jak Hiob.
Joel nie czyta tych swoich kazań. Wszystko mówi z pamięci (z silnym teksańskim akcentem). Podobno przygotowuje się już od czwartku. Nie zacina się, nie jąka. Wszystko płynie. Wydaje się, że ciężko pracuje na te swoje miliony.
Mam nadzieję, że zanim wyprowadzę się z tego Houston uda mi się raz tam pójść. Z ciekawości. Zobaczyć te tłumy, windy i ruchome schody w kościele.
Jeśli ktoś tam już był to proszę się podzielić wrażeniami.

Zobaczcie sami.
środa, 11 czerwca 2008
poniedziałek, 09 czerwca 2008
Śnił mi się dzisiaj Steve Jobs. Boooooże co za obciach. Ubrany był jak zwykle w swój obciachowy czarny golfik i białe adidasy (czy jak to mówiła moja ŚP Babcia- agidasy). Steven w tym moim śnie był podejrzanie bardzo miły, uśmiechał się SZCZERZE. Był też dość wyluzowany.
Nie lubie Jobsa. Lubię te wszystkie Mac-i ale Steve Jobs wywołuje u mnie odruch wymiotny. Na tych prezentacjach jest zawsze taki spięty i nieuprzejmy, zupełne przeciwieństwo Gatesa, który moim zdaniem ma niezły dystans do siebie i jest w sumie zabawny. Ale śnił mi się dzisiaj Steve, a nie Bill... Steve, w tym obleśnym czarnym golfiku (ile on ich moze mieć?).
Czy na rozpoczynającej się dzisiaj Worldwide Developer's Conference przedstawią nam nowy iPhone? Myśle, że tak. 
Czy ktoś planuje zakup?
niedziela, 08 czerwca 2008
Żebyście sobie nie myśleli, że ten Teksas jest taki brzydki...
Stary w końcu się ruszył i umieścił kilka nowych zdjęć na swoim blogu. Tym razem z podwójnej wycieczki do bliżej niesprecyzowanego miejsca w okolicach Galveston.
W tym tygodniu umieści jeszcze kilka nowych.










W grudniu zeszłego roku wybraliśmy się do teatru. Mąż zakupił bilety przez internet i podczas tej transakcji musiał podać numer telefonu. Podał, i w tym momencie diabeł zaczął się cieszyć.
Jakiś miesiąc temu zadzwonili do nas z Alley Theatre z prośbą o datek. Gdy ktoś przez telefon prosi o datek zazwyczaj stosuję opisane przeze mnie wcześniej metody- na chamkę, albo na Madagaskar (zapraszam do zapozniania się). Tym razem odebrał mąż i albo był nietrzeźwy, albo zaspany, albo po prostu angielsko grzeczny bo złamał zasadę i wdał się w rozmowę. Oczywiście wiadome jest, że przez telefon nie podaje się numeru karty kredytowej, choćby nawet dzwonił sam Pan Jezus. Mąż powiedział więc, że datek oczywiście może dać, ale tylko przez stronę teatru. Zaoferował jakąś drobną sumę. Zaoferował i oczywiście zaraz o tym zapomniał. 
Od trzech tygodni dzwoni do nas ten sam facet informując nas, że monitoruje wpłaty i że naszych obiecanych groszy w dalszym ciągu tam nie ma. No nie ma, bo przecież nic nie wpłaciliśmy. Za każdym razem rozmowa kończy się tak samo- zaraz wpłacę, albo teraz akurat nie mogę bo mam brudne ręce. Facet dzwoni w najmniej spodziewanych momentach- podczas ostatniego odcinka LOST, na pokazie zdjęć znajomego Węgra, czy też podczas jazdy samochodem. 
Oczywiście nie jesteśmy święci i skoro obiecaliśmy, wypadałoby wpłacić. Ale żeby aż tak długo i tak natrętnie się prosić? 
Jeśli więc niedługo zamkną nasz houstoński teatr z powodu braku funduszy to będziecie wiedzieli kogo winić.
środa, 04 czerwca 2008
No nic się nie dzieje bo się niby pakujemy, a niby obijamy. W związku z tym, że nic się nie dzieję i nie mam niby o czym pisać (tzn. mam ale trochę mi się nie chce), zamieszczę dziś przepis na nowe odkrycie sezonu letniego - pieczone kurczacze udka w sosie z limonki z imbirem. Myślę, że swietnie nadają się także na grilla.
Na 2 osoby potrzebujemy:
  • 6 udek kurczaka;
  • sok z 4 limonek;
  • 2 łodygi palczatki cytrynowej czyli lemon grass (aż musiałam prosić o pomoc w znalezieniu polskiego tłumaczenia, bo przyznam ze nie znałam). Ja używam suszonej, bo jakoś chyba świeża jest teraz nie w sezonie bo nie mogłam znaleźć;
  • 4 małe czerwone papryczki chili. W przepisie jest, że bez pestek, ale można z pestkami, tylko że wtedy będzie piekło dwa razy. Ja zrobiłam raz z pestkami i raz bez- da się zjeść;
  • 4 kawałki świeżego, startego imbiru;
  • 4 szczypiorki (poszatkowane);
  • 2 wyciśnięte ząbki czosnku;
  • 3 łyżki stołowe miodu;
  • ździebko soli (ździebko?).
Wszystko pięknie mieszamy w celu uzyskania marynaty. Wrzucamy udka i marynujemy przez jakieś dwie godziny (tak jest w przepisie, ale ja marynowałam przez cała noc i też było dobre). No i potem pieczemy przez 45 minut w temperaturze 200C/395F.
Wydawałoby się, że taki szczypiorek pasuje tu jak świni korale, ale naprawdę powiadam wam, że to tylko złudzenie.
Przepis pochodzi z tej oto ksiązki
niedziela, 01 czerwca 2008
Jak w zegareczku. Sezon huraganowy zaczyna się dokładnie 1-go czerwca i już mamy pierwszy tropical storm. Arthur się zowie.
Warto więc być przygotowanym i ściągnąć sobie z Internetu:
- Family Emergency Kit,
- Family Flood Preparedness plan.

Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston