poniedziałek, 31 lipca 2006
A to tak do poprzedniego wpisu. Kilka zdjęć z Austin z zeszłego roku. Są dość słabe, przyznaję. No ale innych nie mam.


Pojechaliśmy do Austin. Austin to jedyne miasto w Texasie, w którym chciałabym mieszkać. Główne motto tego miasta to "Keep Austin Weird". W sloganie tym, chodzi o to, aby promować instytucję małych biznesów. Dzięki nim Austin jest inne niż nie tylko Houston, ale większość miast w Stanach. W Austin jak to się mówi mieszkają ludzie, którz są inni niż przeciętny Texańczyk. Bardzo aktywni fizycznie i umysłowo, ale także trochę mniej republikańscy.
Do Austin jeździmy nie tylko dlatego, że jest najbliższym miastem, do którego można uciec, ale także dlatego, że po prostu warto tam się przejechać.
Tak więc umówiliśmy się tam ze znajomymi. Plan był następujący: piątek wieczór: picie piwa na 6th Street; sobota rano: śniadanie i wyjazd do Zilker Park na rowery; sobota wieczór: bbq w mojej ulubionej restauracji The County Line; niedziela: obijanie się po mieście i takie tam.
Pisałam ostatnio o naszym Memorial Parku, ale z przykrością stwierdzam, że ma się on nijak do Zilker Park w Austin. Nie tylko dlatego, że trasy rowerowe są o wiele lepsze, i nie tylko dlatego, że ludzie są jacyś tacy bardziej spokojni, ale przede wszystkim dlatego, że jest tam basen. Ale nie taki normalny basen z chlorowaną wodą, ale z wodą ze źródła. Powiecie, że nie ma się czym podniecać... Otóż jest, bo odkąd mieszkam w Texasie,nie miałam okazji wykąpać się w zimnej wodzie przypominającej Bałtyk. Woda w Zatoce Meksykańskiej jest to obrzydzenia ciepła. Nie ma mowy o ochłodzeniu. Można się tylko dodatkowo spocić. A temperaturka w Barton Springs wynosi około 20 stopni... Tak więc pojechaliśmy na te rowery. Nie będę tu za bardzo opisywała o tym, że ledwo dojechałam, bo chyba uprawianie sportów w temperaturze 40C do najbardziej rozsądnych nie należy, ale powiem krótko - było mi zajebiście gorąco i jakoś się nie wychładzałam. Tak więc poszliśmy na ten basen. W przepoconych spodenkach uwalonych w błocie i piachu, ze śmierdzącymi stopami i koszulkami... Nie mieliśmy strojów (to znaczy znajomi mieli, a my zostawiliśmy w hotelu), więc trzeba było znaleźć rozwiązanie. Rozwiązanie było proste. Wyciąć wewnętrzną część spodenek z tak zwaną pieluchą i pływać w spodenach zewnętrznych. Stanik sportowy więc nie ma problemu. Być może gdyby woda była chlorowana itepe to jakoś byłoby mi głupio w takim śmierdzącym stroju wskakiwać do wody, w której inni się kąpią, no ale proszę państwa bez przesady. Woda źródlana szybko płynie więc nie ma się o co martwić. Doznałam lekkiego szoku termicznego, ale tak fantastycznie to ja się dawno nie czułam. No po prostu zimna woda ludzie! Jak w domu. No i tak sobie pływaliśmy. Nie za długo bo szybko zrobiło się lodowato. Sam basen wygląda bardzo mało amerykańsko. Ludzie leżą na ręcznikach, bez coolerów i żarcia, bez namiotów i telewizorów. No po prostu normalnie. Dzieci oczywiście szaleją. Spora część tych dzieci to dziewczynki pokroju Gemmenne de la Peña z filmu The Weather Man. Mówiąc po naszemu: pączusie. Chłopcy skaczą na główkę, ratownik gwiżdże, pan z wąsami wrzeszczy żeby synek nie biegał po mokrym chodniku i takie tam.
Właściwie to na tym mogłabym zakończyć, bo chciałam się tylko z wami podzielić tym, że kąpałam się w zimnej wodzie, no ale mogę właściwie napisać o tym co w tym Austin można robić i dlaczego wolałabym tam mieszkać.
No więc jest przede wszystkim rzeka. Słynna rzeka Colorado. Dzięki temu można nie tylko pływać kajakami, ale także spływać w dół rzeki na oponce (tak zwany tubing, który mamy zamiar wypróbować podczas następnej wycieczki). Można w Austin jeździć rowerem, gdyż jest to miasto bardzo przyjazne rowerzystom (nie tylko dlatego, że pochodzi z niego Lance Armstrong). Można chodzić po górkach, bo Austin bynajmniej płaskie nie jest. Można też po prostu chodzić po chodniku, czego nie można robić w Houston.
Z Austin związani są nie tylko Lance Armstrong, ale także taki na przykład Dell, czy też Dablja Busz (który jak zapewne wszyscy wiedzą, był kiedyś gubernatorem Texasu, no a Austin jest stolicą tego stanu).
Jeśli ktoś z was będzie kiedyś w Austin, to polecam wybranie się do The County Line na żeberka. Restauracja znajduje się nad rzeką, tak więc można siedzieć sobie przy stoliku, wcinać bbq, popijać margaritę i oglądać żółwie pływające w rzece.
Jesienią można wybrać się na Austin City Limits, bo w końcu Austin to stolica muzyki na żywo. No o tej muzyce też mogłabym coś napisać, ale nie bardzo mi się teraz chce bo muszę iść spać, a jutro do pracy. No to ten tego.
piątek, 28 lipca 2006
Ciekawy przedmiot. Jak widać ceny też dość interesujące. Najbardziej dopba mi się ten z onyksem, dla dyskretnego gentelmena. Więcej na ich stronie.





czwartek, 27 lipca 2006
Dzisiaj będzie o rowerach. Kilka tygodni temu zakupiliśmy sobie nowe rowery. Mamy rowery górskie, ale na nich nie można byt często jeździć w Houston. Jest tu taki park, który się nazywa Memorial Park. Niby jeden z największych parków miejskich w Stanach. Można tu pobiegać (5 km trasa); pojeździć na rowerze górskim na trasach ukrytych w lesie; pojeździć na rolkach, albo na kolarzówce na asfaltowej pętli; pograć w siatkówkę albo softball; pograć w tenisa; no i oczywiście jest też wersja dla leniwych- można sobie zrobić grilla... Ja na rowerze lubie jeździć. Lubię sobie pokruzować po mieście na moim obciachowym różowym beach cruiser-ku, ale lubie też pojeździć po bardziej terenowych trasach. Kiedyś nie lubiłam, ale to tylko dlatego, że rower który miałam nadawał się raczej do tras łatwiejszych.
Jak wszyscy wiedzą, Houston jest płaskie jak świnia (nieźle brzmi no nie?). Nie mamy więc tutaj warunków takich jak na przykład mieszkańcy Anchorage czy Portland, czy nawet pobliskiego Austin. Ale mamy ten nasz park. Problem jest tylko taki, że te ścieżki terenowe są zmonopolizowane przez faciorów. Jeżdże czasem tam z kolegami, ale wiadomo jak to jest. Muszą na mnie czekać i pilnować żebym się nie zgubiła, bo wystarczy skręcić w czerwoną zamiast w zieloną i już po tobie. A samemu nie za wesoło jest jeździć, szczególnie jak się człowiek wywali. Teraz mamy już niby walkie talkie, które zostaje mi przydzielone na trasy poza miastem, ale zazwyczaj zapominamy je ze sobą zabrać i koledzy muszą na mnie czekać przy każdym rozstaju dróg. Dziewczyny narazie z nami nie jeżdżą, ale może to się niedługo zmieni bo jedna chce się przyłączyć. Jeździmy zazwyczaj do Rocky Hill, miejsca zarządzanego przez trzech jakże wspaniałych luzaków.
No ale w Houston nie jest tak różowo. W Houston jeździ się po ścieżkach szerokich na 70 cm z ruchem w obie strony. Gdyby jeździli po niej spacerowicze to wszystko byłoby pięknie, ale jeżdżą po niej jak już wspomniałam faciory. A jak rozumieć definicję faciora? Facior to taki facet, który mysli, że jest zajebistym riderem i tylko on ma prawo jeździć po tych ścieżkach. Facior ma najnowsze ubranka na rower i najnowszym model Santa Cruz czy też Specialized. Gary Fisher też wchodzi w grę. Facior ma okulary z pomarańczowymi soczewkami (żeby lepiej widział w krzakach) i kask dopasowany do koloru ubrań. Facior nie boi się samochodów i wjeżdża im pod samą maskę. No ale przede wszystkim, facior to po prostu cham. Ja rozumiem, że różni ludzie jeżdżą w różnym tempie i niektórych może wkurzać, że któs (ja) jest trochę wolniejszy na tej wąskiej ścieżce. No ale jeżeli oni są nietolerancyjni w stosunku do takich jak ja, którzy od czasu do czasu zachowują się jak taki kombajn na drodze którego nikt nie może wyminąć , to co mnie obchodzi, że im się śpieszy? Powiem wam szczerze, że ja takich oszołomów to nigdy nie widziałam. Oni po prostu lecą. Z górki, pod górkę, po prostu... Ani razu nie przydarzy im się, że w połowie podjazdu czują, że nie podjadą, bo zapomnieli pedałować (mi się to czasem zdarza). Ani razu nie zdarza im się, że się nie zmieszczą pomiędzy dwoma drzewami (zwanymi jako „Rob Knockery”), co mi się czasami zdarza. I ani razu nie zdarza im się, że ktoś ich prześcignie. Co jest najbardziej wkurzające. Najbardziej jest wkurzające to, że się po prostu na ciebie drą i żądają ustąpienia. Jeśli się zbuntujesz to sapią ci nad uchem, aż zjedziesz. Generalnie nie ustępuję tylko wtedy kiedy muszę się specjalnei dla nich zatrzymać pod górką, bo wtedy nie ma szans że podjadę. Zazwyczaj zjeżdżam. To wszystko sprawia, że jeżdżenie po ścieżkach terenowych w Memorial Parku jest mówiąc krótko wkurzające i stresujące. Tak więc postanowiłam, że tam już nie jeżdżę, chyba że jest jakieś amerykańskie święto, bo wtedy wszyscy siedzą na grillach. No ale do Austin gdzie można sobie pojeździć w normalnych warunkach jest daleko. Jeździmy tam rzadko. Trzeba było znaleźć inne rozwiązanie na jakieś ruszanie się. Zapisałam się więc na siłownię. Płacimy za tą siłownię ponad stówkę miesięcznie przez ponad siedem miesięcy, a byliśmy może z 5 razy. Tłoczno i też się człowiek wkurza. Problem jest tylko taki, że podpisaliśmy umowę na 2 lata... Well. Kolejny złoty interes w wykonaniu Hjuston. Już jeden taki zrobiłam jak wynajmowałam mieszkanie przez 6 miesięcy, a równolegle mieszkałam z chłopakiem. I niby jestem po ekonomii... No ale wracam do tematu. Postanowiliśmy więc zakupić kolarzówki żeby jakoś się poruszać. Wybralismy się w tym celu do mojego ulubionego sklepu rowerowego gdzie wiedzieliśmy, że nam fachowo doradzą. Chłopcy właśnie oglądali TdF. Oczywiście w godzinach pracy. Z okazji TdF była też promocja. Skierowano nas do takiego jednego byczka. Mały ale napakowany. Wygolone nogi i ręce. Bardzo „opływowy”. Popytał się trochę i doradził. Powiedział, że widać po nas że jeździmy na górskich, i że powie nam parę sekrecików, żeby się z nas nikt nie śmiał na drodze. Po pierwsze należy golić nogi. Powiedziałam mu że wystarczy, że jest w domu jedna osoba, która musi golić nogi i drugiej nie potrzebujemy. Potem się pyta czy mamy camel bags. No mamy, a co? Nic. Mamy o nich zapomnieć, bo są totalnie nie cool. Tylko butelki są cool. Camel bags są cool tylko na rowerach górskich. Potem zapytał się jeszcze jakie mamy spodenki i też nas wyśmiał. Muszą być obcisłe, a nie podwójne jakie mamy. Musimy także pamietać żeby nie jeździć na tak zwanego buldoga, bo od razu widać że my to na górskich jeździmy.
Człowiek myślałby sobie rower jak rower, jeździ się tak samo. No ale nie. Obiecał nam, że nie będzie się z nas śmiał jak nas spotka. Ostatecznie nie daliśmy się namówić na żadną z rad wujka dobra rada (oprócz tych butelek), ale już widzę że spodenki jednak przydałyby się inne. Tak więc lubię jeździć na tej kolarzówce w tym Memorial Parku. Jeździmy 3 razy w tygodniu po 25 km na czas (tzn. ja 25km, on więcej). Dołączam się do grupy nieznajomych dziewczyn i tak sobie jedziemy przez dłuższą, lub krótszą chwilę. Muszę tylko pamiętać aby nie otwierać buzi, bo może to się skończyć z połknieciem latającego karalucha.
Polecam kolarzówkę dla wszystkich. Naprawdę relaksująca sprawa. Acha, tak zwany efekt pośladkowy zauważalny jest już po 2 tygodniach...
Zapytacie pewnie, a po co to wszystko? No jak to po co? Trenuje się po to, żebym kiedyś mogła ze swoimi dziećmi wyjeżdżać na TAKIE (koniecznie kliknijcie) wycieczki. Mięczaków  nie biorą.
wtorek, 25 lipca 2006

Google dodało Real Time Traffic information do serwisu Google Maps Mobile. Teraz mieszkańcy Houston (i nie tylko) mogą sobie wyguglić warunki na drogach gdy jadą do pracy. (Mnie to oczywiście nie dotyczy bo ja mam do pracy 5 minut)...

poniedziałek, 24 lipca 2006
Jeden materac już był, ale ten wydaje się równie interesujący.




Po filmie Al Gore'a przyszedł czas na dokładkę. Byłam w kinie na dokumentalnym filmie pod tytułem "Who killed the electric car" ?. W filmie tym Chris Paine stara się odnaleźć winnego morderstwa dokonanego na elektrycznych samochodach EV1 . Nie wiem jak wy, ale ja o samochodach EV1 nigdy nie słyszałam. To znaczy wiedziałam, że ktoś tam pracuje nad samochodami elektrycznymi i tak dalej, ale całej historii EV1 nigdy nie znałam. Inne osoby w moim wieku (wykształcone itepe) też o EV1 nigdy nie słyszały. A historia jest conajmniej warta poznania. W 1996 General Motors wyprodukowało pierwszy samochód elektryczny. Nie jakaś tam hybryda, tylko auto, które nie wymagało źadnego paliwa w ogóle. Samochód ten miał zaspokoić kalifornijski program związany z "zero emisją". Samochód nie był na sprzedaż. Można było go wyleasować na określony czas za $290 - $500 miesięcznie. Jest to normalna cena leasingu nowego samochodu w Stanach. Na leasing załapały się nie tylko gwiazdy Hollywood takie jak Mel Gipson czy Tom Hanks, ale także przeciętni obywatele Kalifornii, którym nie było i nie jest wszystko jedno. Wyprodukowano ich ponad tysiąc. Inne firmy samochodowe także wyprodukowały podobne auta.
W 2002 roku w tajemniczych okolicznościach wszystkie EV1 zostały odebrany od tych, którzy zdecydowali się na leasing. Bez dyskusji. Nawet jeśli chciało się takie EV1 wykupić na własność, nie było to po prostu możliwe. GM mówi NIE, więc NIE. Odebrano wszystkie. Odebrano i ... kompletnie zniszczono. Wszystko oczywiście zostało udokumentowane. Podobno, nie było popytu na te auta, ale jak wiadomo prawda trochę mija się z tym co sprzedają nam takie firmy jak właśnie GM czy inne, im podobne.
Dlaczego firma, która wyprodukowała cieszący się dużym zainteresowaniem produkt, zdecydowała się na wycofanie i zniszczenie swojego dzieła? Odpowiedź jest prosta: ropa naftowa, korupcja itd.
Film osłabia przede wszystkim dlatego, że po raz kolejny uświadami jak mało wiemy i jak wiele się przed nami ukrywa. Nie chcę tu brzmieć jak jakaś aktywistka, bo nie o to mi chodzi. Ale wkurzam się, że tak póżno dowiaduję się o tak istotnych niusach.
Do domu wracałam ze świadmością, że siedzę właśnie w coprawda Toyocie, ale mimo wszystko śmierdzącej. Pozostał jakiś taki niesmak w gębie... Teraz pozostało tylko czekać na rewolucję... (W którą oczywiście głęboko wierzę, pomimo tego że na film przyszło tylko 10 osób).


środa, 19 lipca 2006

Podobnie jak niejaka Ania z poprzednich komentarzy zapewne jest spora liczba osób, które w dolinie Rospudy nigdy nie były. A jest czego żałować. Ja spędziłam tam prawie każde wakacje do mniej więcej 15 go roku życia. Potem woda w rzece wydawała się zbyt płytka i tym samym mniej atrakcyjna.

Wakacje w dolinie Rospudy wyglądały mniej więcej tak...

Wstawało się o godzinie 8 rano. Na śniadanie pyszne bułki z pasztetem białostockim, i dla tych co lubią zupa mleczna a dla tych co nie lubią (moja siorka) tylko kanapki. Potem trzeba było się umyć. Najczęsciej w zimnej wodzie, bo żeby była ciepła to trzeba było napalić w piecu, a kto to widział palić latem w piecu. Jak ktoś czuł się bardziej miastowy to mógł sobie nagrzać wody w czajniku elektrycznym.

Potem schodziło się na dół gdzie mama i ciocia przygotowały już kanapki i sok (wiśniowy, bo babcia miała wisnie w ogródku) i się szło nad rzekę. Było nas trzy plus mama i ciocia. Potem było nas więcej (sióstr ciotecznych znaczy się), ale i różnica wieku była bardziej znacząca, więc to już nie było to samo.

Nad rzekę miałyśmy niedaleko. Jakieś 5 minut spacerkiem.

Niestety trzeba było pokonać pewne przeszkody. Najpierw trzeba było przejść pod drutem kolczastym, bo pan Mlaskot (tak się nazywał właściciel pola) trzymał tam sobie krowy i konia. Fajny był ten Mlaskot, że nam tak pozwalał na swoim polu się kąpać, ale jego konia i krów to my nie lubiłyśmy. Trzeba było wyczatować takie miejsce na tym polu gdzie tego konia nie było, bo jak tylko nas zobaczył to zaraz do nas leciał. A my, miastowe, oczywiście panika. Raz tak spanikowałam, jak przed nim uciekałam, że wdepnęłam w krowi placek. Oczywiście bosą nogą. Temperaturę tego placka pamiętam do dzisiaj.

Gdy już się przeszło pod tym drutem (z kocami, i z ręcznikami, i oczywiście z wałówką) trzeba było zejść z górki. Teraz to się wydaje śmieszne, ale jak byłam mała to naprawdę wydawało się to niezłym projektem. No i tak sobie szłyśmy w kapeluszach na głowach, bo mama kazała ubierać kapelusze. Ja miałam taki biały z napisem Marlboro, który później wszystkie kuzynki po mnie nosiły. Tak się ostatnio nad tym zastanawiałam właśnie, że moja siostra to miała przerąbane, bo całe życie musiała nosić ubrania, które ja wcześniej nosiłam. Bo ja byłam starsza. Teraz trochę mi jej żal, ale wtedy oczywiście nie było.

Gdy już zeszłyśmy z tej górki to trzeba było przejść przez torf. Ten torf to lubiłam. Fajnie się po nim chodziło. Szczególnie na bosaka. No ale na bosaka nie można było chodzić zbyt dużo, bo można było wleźć na oset.

Jak się już doszło to należało podjąć decyzję- na którym brzegu się rozkładamy? Wszystko zależało od tego czy krowy były w pobliżu (zazwyczaj były 2-3 krowy). Krowa wydawała się bardziej przyjazna od tego durnego konia, ale z krową, to podobno zdarzały się wypadki, że zjadła koc albo ręcznik, więc można było ponieść straty.

Trzeba też było wybadać czy są mrówki. Zazwyczaj nie było.

Najczęściej rozkładałyśmy się po drugiej stronie rzeki. Ale to tylko wtedy jak byłyśmy same. Z mamą i ciotką było inaczej, bo one zajmowały więcej miejsca (po drugiej stronie było mniej miejsca) i chyba wolały siedzieć przy tych krowach.

Trzeba też było zadecydować czy pod górką, czy na górce. Na górce były mrówki. Za górką natomiast można było czasem spotkać mojego dziadka, który się suszył po kąpieli. Dziadek zawsze nosił czarne bokserki, w których oczywiście pływał. Właściwie jak na tamte czasy, to chyba bokserki były dość nowoczesne. Ale z drugiej strony dziadek spał w męskiej koszuli nocnej, więc chyba aż tak bardzo nowoczesny nie był. Za górką odbywały się także wieczorne ogniska.

No więc trzeba było przejść na drugą stronę. Teraz to ja się śmieję, ale kiedyś to prąd rzeki wydawał się dość silny i czasem potrzebna była pomoc dorosłego. Jak już byłam starsza, to musiałam przenosić wszystkie kuzynki po kolei, o Boże jak one ryczały...

Sam nurt nie był jedynym problemem. Problemem były przede wszystkim raki mieszkające pod kamieniami. Mnie nigdy nie uszczypnął, bo miałam buty plastiki. Do pływania i chodzenia po kamieniach. Wszystkie miałyśmy takie buty. Ale oczywiscie nie wszędzie były te kamienie. Jak już się przeszło to czekała na nas nagroda, a mianowicie tak zwany "piaseczek". Na tym piaseczku można było bez problemu pływać na rękach. Bo po kamieniach to nie bardzo, bo można się było poślizgnąć. No i te raki...

I tak sobie pływałyśmy. Te z nas, które nie umiały pływać musiały pływać w rękawkach. Zgubiłyśmy ich tam chyba z 5 par...Tzn wszystko oczywiście było porwane przez rzekę podczas przechodzenia na drugą stronę.

Potem przychodziły inne dzieciaki i tak sobie siedzieliśmy. Rzadko z kim się gadało, bo miałyśmy swoją grupę. I tak chyba mi zostało do dzisiaj, że ja to raczej znajomości pierwsza nie nawiązuję. To znaczy jak już ktoś się do nas przyczepił to i owszem, a i z innymi też się chodziło i tu i tam, ale żeby pierwsza to nigdy.

Jak już się wszystko zjadło to trzeba było się wrócić do domu. Czasem można było wyskoczyć w krzaki na maliny, ale nie zawsze były. I przede wszystkim trzeba było się upewnić, że te siostry cioteczne się pilnują, bo w końcu za nie odpowiadałam.

Po powrocie do domu zazwyczaj czekały na nas gofry, albo jakieś kanapki. Trzeba było trochę pomóc - albo narwać agrestu, albo ogórków, albo powyrywać chwasty. A potem, spowrotem nad rzekę, bo właśnie po południu przypływały kajaki. To znaczy spływy kajakowe. I tak sobie stałyśmy nad rzeką i się gapiłyśmy.

To takie moje niespełnione marzenie, żebym w końcu była na tym spływie kajakowym, bo nigdy nie byłam...Zawsze tylko oglądałam z brzegu, albo nawet ze środka rzeki.

Oczywiście nie poddawałyśmy się i miałyśmy swoje rozwiązania. Spływy materacowe. Zbierała się nas większa grupa i się spływało materacem jakieś 2 kilometry w dół rzeki. Do Dowspudy. Wioseł nie było, ale miałyśmy patyki. Trzeba tylko było uważać na legendarne szczury wodne, których tak naprawdę to nigdy nie widziałam, ale wiem że tam są. Pod tymi korzeniami drzew. Woda oczywiście była generalnie płytka, więc było bezpiecznie. Wiedziałyśmy dokładnie gdzie jest głęboko, no ale bez przesady nic się nigdy nikomu nie stało. Trzeba też było uważać na zielsko. Bo w zielsku ponoć mieszkały pijawki. Mój dziadek oczywiście się ich nie bał po całe życie pływał w tym zielsku. Mówił, że tam tak mięciutko. A my się brzydziłyśmy. I zawsze się powtarzało, że dziadek pływa po angielsku, dupą po zielsku. Ale to tak tylko między nami, bo ja tak naprawdę to przy mojej mamie nawet dupa nie mogłam powiedzieć.

Podczas spływu widziało się chłopców łowiących ryby. Widziało się też krowy, pająki wodne, żaby, inne dzieciaki, które kąpały się w ich sekretnych miejscach. Rospuda nie była tylko naszym sanktuarium.

A jak już się dopłynęło, to trzeba było na piechotę wracać do domu. Jakieś 2 km z materacem pod pachą, albo z kołem ratunkowym, bo była też opcja spływu na kole. Tak generalnie to wolałam chyba pływać w kole z wiosłem, czyli z patykiem.

No więc patyki się wywalało i się szło. W strojach kąpielowych po chodniku. Nie wracałyśmy brzegiem rzeki, bo niektórzy nie mieli butów plastików i mogli się pokłóć, albo nadepnąć na osę. Zresztą chodnikiem było chyba szybciej. O wracaniu pod prąd oczywiście nie było mowy. Za słabe byłyśmy.

Po powrocie obiadzik, a wieczorem znowu nad rzekę. Wtedy zazwyczaj z ciocią i wujkiem bo oni woleli chodzić wieczorem. Wtedy można było szpanować i pływać na głebokiej wodzie, bo w razie czeko wujek by pomógł.

A jak była brzydka pogoda to się po prostu chodziło wzdłuż rzeki. Przez krzaki, krzaczory. Na maliny i jagody. Na orzechy leszczynowe i na macierzankę, która jeszcze wtedy nie była pod ochroną,a może i była tylko mój dziadek nie wiedział. Na jagody jechało się rowerem. Dziadek na orzechy jeździł motorem w obciachowym kasku orzeszku. A w weekendy jeździliśmy nad Święte Miejsce gdzie oczywiście można się było wykąpać w rzece! (Oczywiście w tej samej). Robiliśmy tam rodzinne ognisko. Jakoś nie pamiętam aby kiedykolwiek mi się tam nudziło. To znaczy jak byłam starsza (tak gdzieś powyżej 12 roku życia) to może i się człowiek nudził, bo rzeka wydawała się płytsza i tak często się nie chodziło. Ale jako dziecko to nie nudziłam się wcale. Pomimo tego, że te 60 dni wakacji wyglądały prawie tak samo każdego dnia.

Czasem jak tu w Houston gdzieś tak około 8 wieczorem jeżdżę sobie rowerem po Memorial Parku, to łapię się na tym, że czuję taki sam zapach trawy jak tam nad tą rzeką. Brakuje tylko zapachu macierzanki...I dziadka.


Nie wiem na ile to pomoże, ale może pomoże, więc dlatego to tu wklejam. Chodzi o rzekę, nad którą dorastałam, i nad którą spędziłam najśmieszniejsze i najbardziej beztroskie lata mojego życia. Może się podpiszecie?
wtorek, 18 lipca 2006
poniedziałek, 17 lipca 2006
Słyszałam już o tym jakiś czas temu, ale jakoś tak wyrywkowo, więc nic w tym kierunku nie zrobiłam. Ale teraz jakoś się zainteresowałam więc testuję. Otóż zapraszam wszystkich moich znajomych do dzwonienia do mnie jeśli mają jakąś sprawę, albo jeśli chcą sobie poplotkować. Zapraszam do dzwonienia do Stanów, ale pod numer w Szczecinie. Otóż zakupiłam sobie numer lokalny w Szczecinie, żeby mama mogła do mnie dzwonić. Można soie kupić 10 numerów w różnych częściach świata. I tak planuję zakup jeszcze jednego w Anglii, i w Kanadzie. Dzięki temu, ci którzy mieszkają w Polsce, Anglii i Kanadzie będą mogli do mnie dzwonić wg cennika na rozmowy lokalne.
Więcej można przeczytać tu. Teraz jeszcze tylko muszę rozszyfrować czy możliwe jest skierowanie rozmów ze Skajpa na komórkę, albo mój numer w pracy i będę gość. Poczta głosowa wliczona jest w cenę, więc możecie zostawić wiadomość jeśli akurat nei jestem online.
niedziela, 16 lipca 2006
Miałam iść na drugą część Piratów, ale tak się jakoś złożyło, że grali ich tylko w kinie, którego nie znoszę więc wybrałam się na coś innego. Wybrałam się mianowicie na „The Lost City“, co pewnie na polski jest przetłumaczone „Stracone miasto“. Polecam szczególnie dla tych, którym podobało się „Buena Vista Social Club“.
Film opowiada o życiu rodziny kubańskiej, która została podzielona przez rewolucję. Główny bohater (Andy Garcia) jest właścicielem klubu nocnego, który nie oparł się reżimowi Castro. Główny bohater ma brata i kuzyna, którzy stali się ofiarami rewolucji.
Film przedstawia uwielbianego Che jako mordercę. Podobnie zresztą z Fidelem. Ale nie jest to jakaś kolejna głodna propaganda. Bardziej historia rodziny i ludzi, którzy nie mogli pogodzić się z tym co przyniosła im rewolucja. A dokładniej, nie mogli pogodzić się ze stratą swej duszy. Miłość, rodzina, śmierć, pożegnania- to główne tematy „Straconego miasta“.
Nie tylko muzyka jest warta odnotowania, także zdjęcia. Zdjęcia były naprawdę niesamowite. Soczyste kolory. Nawet krew wydawała się bardziej czerwona. Garcia (to on wyreżyserował ten film) nieźle teź przeplatał obrazy walki z tańcem w rytm kubańskich melodii.
Film trwał ponad dwie godziny, ale chciałoby się więcej.
05:17, hjuston , filmy
Link Komentarze (3) »
czwartek, 13 lipca 2006

Zakończyliśmy nasze nauczki przedmałżeńskie. Muszę się przyznać, że z Kościołem to ja się za bardzo nie przyjaźniłam. Wiadomo jak jest. Człowiek chodzi do tego kościoła do czasu pierwszej komunii, a potem zaczyna się buntować. Tak też było i ze mną. Nie będę się tutaj rozpisywała o motywach, które mnie do tego kościoła przyciągnęły, bo to chyba zbyt osobiste, ale za to z chęcią się podzielę tym jak takie nauczki wyglądają w Stanach. W kościele, który znajduje się w samym środku Montrose, dzielnicy znanej z tego, że między innymi mieszkają tu tak zwani panowie gejowie. I panie gejsze też.

Kościół ten ma swoją historię. Chodzą do niego nie tylko geje i inni artyści, ale także dość spora część społeczności hiszpańskiej. Kiedyś mieszkali w tej okolicy, ale zostali wyparci przez bogaczy z River Oaks.  Tak więc do kościoła tego chodzą następujące grupy: bogacze z River Oaks, Meksykanie i kolorowa społeczność Montrose. No i my. My mamy się nijak do każdej z tych grup.

Musieliśmy chodzić na te nauczki przez cały miesiąc. Na pierwsze zajęcia nie poszliśmy bo były ważniejsze rzeczy do zrobienia. Oczywiście podpadliśmy i później musieliśmy nadrabiać.

Spotykaliśmy się co środa po 2 godziny. Trochę długo. Za pierwszym razem szliśmy tam jak na rozstrzelanie. Było nas tam 20 par. Nauczyciele to dwa małżeństwa w wieku około 55-60 lat. Jedna to 100% Texańczycy, druga to 100% Meksykanie (to znaczy on z Meksyku, a ona ze Stanów, ale wyglądała jak z Meksyku).

Znajomy kolega niekatolik był kompletnie załamany tymi zajęciami. Bardzo krytykował, że taka stara para stara się nas czegoś tam nauczyć. My chyba mieliśmy inne pary, bo na naszych zajęciach było po prostu świetnie.

Zero rozmowy o Bogu i kościele. Raz było tylko jedno spięcie jak jedna parka pokłociła się przy wszystkich o to w jakiej wierze będą wychowywali dzieci. Bo rozumiecie na te nauczki przychodzili nie tylko katolicy. W Stanach, w przeciwieństwie do Polski większość nie jest katolikami. Tak więc były parki typu: ona katolik, on protestant; on katolik, ona babtystka itd.

Poruszaliśmy różne tematy: zaufanie, pieniądze, teściowie, dzieci, praca, obowiązki domowe. Opowiadaliśmy o tym co byśmy chcieli przejąć od naszych rodziców, a co nie i takie tam. Czasem dyskusje się dłużyły bo każdy musiał coś powiedzieć i niektórzy przynudzali. Jedna panienka na ten przykład potrafiła każdy temat sprowadzić do tego jaka fajna jest jej mama i siostra bliźniaczka. Inna cały czas opowiadała o tym jak to się boi o swoich rodziców w Korei, a jeszcze inni kłocili się bo na przykład rodzice pana młodego są z rodziny takich co to na siebie cały czas wrzeszczą. Była też parka, która ze soba pracuje – ona szef, a on poddany. Oczywiście musieli poruszać tak ważne tematy jak na przykład bałagan w jego biurze. Niektórzy byli młodzi, inni starsi. Młodzi opowiadali o tym, że chcą mieć po 3-4 dzieci, a starsi (pod 40), że oni tak bardzo chcieliby chociaż jedno. Z zawodami też było różnie- byli piekarze i biznesmeni, pani  doktor, która przyjeżdżała porszakiem  (to ta która za wszelką cenę chce wychować dzieci na katolików), właściciel restauracji (pan z pochodzenia Sycylijczyk, z dzieckiem z poprzedniego małżenstwa – nazwijmy go Soprano), pan z ojca Polaka, który to jest agentem jednego z graczy Texans (hjustońska drużyna footballowa), którego to przyszła żona bardzo lubi wydawać pieniądze i rózni inni.

Czasem się dłużyło, ale czasem było dość zabawani. Szczególnie gdy pan prowadzący Meksykanin opowiadał nam o tym, że bliskość to oznacza to, że człowiek się nie wstydzi przy tym drugim pierdzieć. Albo gdy pan Meksykanin opowiadał o tym jak należy traktować strony pornograficzne w Internecie. Bo one są dla ludzi, i nie należy udawać że ich tam nie ma. No naprawdę czasem to nie wierzyłam, że to spotkanie jest organizowane przez kościół.

Nie wspomniano na przykład nic o metodach antykoncepcyjnych. Pani nam tylko powiedziała, że jakąś tam sobie wybierzemy. No nie będą owijać w bawełnę, bo i po co.

Na zakończenie musieliśmy przynieść wino i piwo (na zapleczę) i poruszaliśmy kolejny temat przy alkoholu.

Nie wiem czy takie podejście było związane z tym, że kościół ten sam siebie nazywa progresywnym (ksiądz zachęca do odwiedzania go w kafeterii, gdzie można się z nim umówić na spowiedź i latte), czy też wszystkie kościoły w Stanach tak juz mają. No nie wiem. Wiem tyle, że bardzo mi się podobało i jak to mówią, oby te nauki nie poszły w las.

Podziwiam tych ludzi, że im się tak chciało poswięcać te środy na te nasze nauczki. Wielu by się nie chciało. I że w ogóle komuś się chce zaangażować w nasze przetrwanie. Zachęcam wszystkich do niekrzywienia się na myśl o nauczkach i wykorzystaniu póki za darmo. Teoretycznie to, o czym oni tam mówią, można też usłyszeć od psychologa, który będzie ratował małżeństwo za jakieś 10-15 lat.  Tyle tylko że trzeba bedzie za to słono zapłacić...


środa, 12 lipca 2006
Zapewne wszyscy pamiętają jednego (jedynego) ze sponsorów World Cup, a mianowice Budweiser-a. Otóż w Houston, na jednej ulicy (La Branch at Winbern) pojawił się tajemniczy bilboard. Biblord ten przedstawia Jezusa trzymającego puszkę Budweisera. Napis pod bilboardem głosi: „Jezus – Król Źydów“, i „Jezus, Król Piw“. Właściciele bilboarda twierdzą, że ktoś zaczaił się w nocy i przykleił ten zrobiony w domu plakat…Podobno wisi on już tam ponad tydzień.





źródło: abc





Na polskie upały oprócz pifka polecam salsę z chipsami. Nie jestem fanem czipsów tak generalnie, ale moją własną salsę bardzo lubię i dodam, że cieszy się ona niezłym wzięciem. Nie tylko podczas upałów zakrapianych pifkiem, czy też margaritą. Przepis ten został mi sprzedany na ... Alasce.

Wersja nr 1 - męska:

- pomidory i cebula posiekane w bardzo drobną kostkę, (proporcje 4:1 - nie za dużo cebuli, bo potem śmierdzi z buzi),

- posiekane liście kolendry,

- sok z limonki lub z cytryny (limonka lepsza, ale cytryna też może być),

- posiekane, swieże jalapenio - Nie za dużo! (jeśli ktoś nie ma to można zastąpić suszonym czerwonym chile- nie wiem dokładnie jak to się po polsku teraz nazywa, ale wiem że jest w pizzeriach, więc pewnie wiecie o co mi chodzi),

- sól do smaku,

Wersja nr 2 - damska (ale jakże lubiana przez mężczyzn):

- wszystko to samo co w wersji nr 1 plus posiekane mango (jeśli się nie ma mango to można zastąpić arbuzem - smak oczywiście inny, ale też dobre). Polecam to pico de gallo nie tylko do piwa i chipsów, ale także do jajecznicy na niedzielne śniadanie. Pycha!


 
1 , 2
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston