wtorek, 15 lipca 2008
No cóż, Franek przyszedł na świat prawie tydzień temu (a miał dzisiaj). Poród być może opiszę na www.jestesmyglodni.blox.pl (w skrócie napiszę, że owszem bolało, ale było generalnie super). Oczywiście każda mama uważa, że jej synek jest najpiękniejszy, ale mój naprawdę jest (zdjęcie na naszej klasie). W związku z tym, że przez jakiś czas z pewnością nie będę miała o czym pisać (tzn. z pewnością nie o Houston), na jakiś czas ucichnę. Nie będę wam przecież pisała o kupkach, siczkach i o tym, że karmienie piersią to nie taka prosta sprawa.
Zapiszcie mnie sobie do RSSów i jak tylko coś skrobnę to pierwsi się o tym dowiecie. A teraz idę spać.
wtorek, 08 lipca 2008
Jak to niektórzy mówią, Houston jest miastem zbudowanym na bagnie. No może nie zupełnie, ale w sumie brzmi to dość intrygująco. W związku z tym bagnem, mamy tu sporo komarów. Zgodnie z obietnicą, dzisiaj będzie właśnie o nich i o tym jak się przed nimi chronić.
Przeżyłam już tu kilka naprawdę dość spektakularnych napadów. Ze 30 ukąszeń na plecach, siniaki i blizny od ukąszeń na nogach i takie tam. W tym roku, w związku z tym że w obecnym stanie mało przebywam na tak zwanym świeżym powietrzu (czytaj w terenie, bo w Houston raczej nie ma świeżego powietrza), udało mi się jakoś uchronić przed tymi bestiami. Tamten rok należał jednak do tych bardziej pogryzionych. Komary gryzły nas na rowerach, na ptaszorach i nawet w restauracjach. Liczne pogryzienia spowodowane były przede wszystkim nieodpowiednim ubiorem. Przypomnę, że w poprzednim roku byłam wręcz zakochana w moich koszulkach Icebreaker, które nosiłam non stop, a które to kompletnie nie nadają się na jakiekolwiek wyprawy w miejsca gdzie znajdują się komary. To znaczy jeśli człowiek wysmaruje się jakimś offem to może i się nadają, ale pozwolę sobie zauważyć, że przez koszulkę bawełnianą komarowi jest się trudniej przegryźć. To tak na marginesie.
Wracając do sedna sprawy. Jakie są najbardziej skuteczne metody ochrony przed komarami?
  1. Przede wszystkim odpowiedni strój. O odpowiednim stroju na komary pisałam już jakiś czas temu. Nigdy jednak nie odważyłam się zamieścić tu swojego zdjęcia w tymże kombinezonie. Tak, mam taki kostium i już się tego nie wstydzę. Kombinezon działa po prostu zajebiście i polecam go z ręką na sercu, szczególnie w miejsca gdzie nie ma innych ludzi i nikt nie może nas w tym przygłupawym stroju zobaczyć. (Warto jednak zauważyć, że w terenie co druga osoba ma taki właśnie kostium).
  2. Jeśli chodzi o repelenty to powiedzmy sobie szczerze- żadne naturalne o zapachu cytronelli. Te (w Houston) działają może przez kilka minut i to chyba tylko w naszych wyobraźniach. Chociaż, z drugiej strony słyszy się, że co poniektórzy mają przy swoich domach jakieś takie systemy spryskujące o zapachu cytronelli, które to włącza się na 5 minut przed wyjściem na zewnątrz. Te akurat podobno działają. Nie orientuję się jednak jakim cudem. No ale wracając do repelentów działających na 100%, to nie ma jak to się nieźle wysmarować DEETem. Oczywiście żartuję, bo każdy przecież wie, że DEET za zdrowy to nie jest, ale z doświadczenia mogę stwierdzić, że tylko DEET (jeśli nie ma się akurat ww wdzianka) skutecznie chroni przed komarami. Osobiście używam produktu, który przywieźliśmy z zeszłorocznych wakacji. Nie wiem czy jest do kupienia gdziekolwiek, ale jeśli jest to polecam. Produkt nazywa się RID i można go sobie obejrzeć tu (ja posiadam wersję w kulce).
  3. Opisane powyżej metody nie są niestety za bardzo przyjazne środowisku. Nawet ten spray cytronellowy pomimo tego, że niby naturalny też wydaje się trochę naciągany. Houston Chronicle zamieściło ostatnio artykuł o najbardziej naturalnej ochronie przed komarami. Metodę tą nazwijmy tu 'Na ważkę'. Generalnie chodzi o to, żeby sobie przed domem utworzyć małe bajorko, w którym zagnieżdżą się ważki. Trzeba tylko dodać trochę lilii wodnych i szczyptę słońca i dom dla ważek jest gotowy. 
Ot, i cała tajemnica.
Na zakończenie, zdjęcie houstońskiej ważki zrobione jakiś czas temu przez Mensza.


poniedziałek, 07 lipca 2008
Niektórzy bardzo lubią chrupiący boczek. Niekoniecznie na California Club Sandwich, czy też smażonych jajkach. Osobiście, gdy byłam mała boczku nie lubiłam. Teraz jest mi w sumie obojętny, ale kanapką z pomidorem, chrupiącym boczkiem, serem i awokado nie pogardzę. 
NIektórzy lubią boczek o wiele bardziej. Lubią go aż tak bardzo, że kupują sobie nici dentystyczne o smaku boczku.
Na stronie są też inne równie ciekawe wynalazki: bandaże boczki, boczki podkładki, a także wykałaczki o smaku ... boczku.
piątek, 04 lipca 2008

Dzisiaj będzie bardziej lokalnie. W związku z tym, że lada dzień mogę wylądować na porodówce (facet w ciąży, o którym pisałam wcześniej już urodził), czas najwyższy opisać wybrany przeze mnie szpital. Parę osób pytało, który wybrałam. Zdecydowałam się na The Woman's Hospital of Texas. Do wyboru były St. Luke's i Memorial Hermann. W Memorial Hermann ponoć jest najbardziej luksusowo, a St. Luke's ma ponoć jako jedyny położne.

Wybrany przeze mnie szpital ma bardzo dobrą opinię wśród znajomych, którzy już są po tak zwanej drugiej stronie rzeki. Chwalą sobie przede wszystkim to, że w szpitalu tym zajmują się tylko i wyłącznie kobietami i odbierają najwięcej porodów (tym samym są najbardziej wprawieni). Moja pani doktor także jest przypisana do tego właśnie szpitala, a jej nie zamieniłabym na nic. Poza tym, ewentualny anestozjolog ma spore doświadczenie w zawodzie, bo przecież zajmuje się głównie kobietami w ciąży. 

Jak to w Ameryce, w TWHT wykonuje się całkiem sporo cesarek. Na początku myślałam, że większość z nich jest na żądanie. Teraz już wiem, że cesarki wykonuje się głównie dlatego, że prawie co druga pacjentka ma albo cukrzycę, albo jakieś inne przeciwskazania do porodu naturalnego. No cóż, taki kraj.

Co oferuje szpital? W przeciwieństwie do Memorial Hermann gdzie ponoć wszystkie pokoje są jednoosobowe, w Woman's pokoje generalnie są dwuosobowe (od stycznia 2009 wszystkie będą jednoosobowe). Za jednoosobowy trzeba dopłacić, ale nie dużo bo $60. Tak więc na te jednoosobowe jest sporo chętnych i może zdarzyć się tak, że zabraknie. Szczególnie w lipcu, bo jak się okazuje lipiec to miesiąc z najwyższą liczbą urodzin. Pokoje jednoosobowe mają jakieś tam niby łóżko dla partnera, a także łazienkę z prysznicem (w kilku są też ponoć wanny). Pokoje i cały szpital można sobie obejrzeć w każdą niedzielę (szpital organizuje wycieczki). Łóżka mają wygodne, bo już miałam okazję sprawdzić. Chciałabym mieć takie w domu. 

W przypadku normalnego porodu w szpitalu zostaje się 2 dni, w przypadku cesarki 3. Nie wiem czy to prawda, ale ponoć tylko w Woman's jedna pielęgniarka przypada tylko i wyłacznie na jedną mamę. Tak więc nie trzeba się martwić, że o nas zapomni bo ktoś z sali obok prosił co 2 minuty o pomoc.

TWHT zatrudnia 1,200 pracowników. W 2009 planuje się zatrudnienie 250 dodatkowych dzięki którym szpital będzie wstanie przyjąć na świat 11,000 dzieci rocznie.

Szpital ma swoje własne centrum edukacyjne gdzie odbywają się wszystkie zajęcia (szkoła rodzenia, nauka i pomoc w karmieniu piersią, kursy pierwszej pomocy dla niemowlaków, centrum wspomagania depresji poprodowej itd.).

Po porodzie dziecko, matka i ojciec zostają zaobrączkowani. Oznacza to, że tylko dana osoba z pasującą bransoletką może odebrać danego niemowlaka. Dziecko ma też jakiś tam czujnik gdzieś koło pępowiny, który teoretycznie uniemożliwia porwanie go ze szpitala. Podobno w przypadku próby wyniesienia takiego niemowlaka przez nieupoważnioną osobę czujnik wywołuje zamknięcie drzwi i zablokowanie windy. Podobno. Tak nam powiedzieli. Jeśli zdarzy się tak, że ojciec wyjdzie sobie na papieroska i zdejmie obrączkę, bo zacznie go ona drażnić, będzie musiał udowodnić, że jest tą samą osobą, której bransoletka była dana poraz pierwszy. Chyba musi oddać krew. Generalnie chodzi o to, aby każda mama wyszła ze szpital ze swoim własnym dzieckiem. 

Oczywiście jak przebiegnie dany poród zależy w dużej mierze od lekarza prowadzącego. Moja jest ponoć bardzo dobra w tak zwanych guided deliveries podczas których bardzo rzadko nacina się krocze. Jeśli już to ponoć minimalnie.

Pisałam już na jesteśmygłodni, że zatrudniliśmy doulę. Doula ta podzieliła się z nami także swoją wiedzą na temat tego właśnie szpitala. Twierdzi, że woli lekarzy z TWHT, ale że rzeczywiście Memorial Hermann jest bardziej luksusowy (jeśli ktoś jest ciekawy gdzieś w sieci jest virtual tour po pokojach, ale nie mogę jakoś teraz tego znaleźć). 

W Woman's jest kafeteria dla tatusiów, cioć i wujków. Podobno jedzenie jest w porządku, w przystępnej cenie. Można sobie zamówić obiad do pokoju. Szpital ma też kilka kuriozalnych wynalazków. Jednym z nich jest możliwość zamówienia tortu dla rodzeństwa. Po porodzie, zamawia się taki tort i starszy braciszek albo siostrzyczka może go sobie zjeść. Wydaje mi sie to cholernie amerykańskie.

Aby tradycji stało się zadość, chodzi o to aby plusy nie przysłoniły nam minusów. Czy TWHT ma jakieś minusy? Narzeka się głównie na umówione wywoływanie porodów. Podobno trzeba długo czekać. W poniedziałek moja pani doktor zaoferowała mi tą usługę twierdząc, że jestem już niby fizycznie gotowa. Twierdziła, że może to zrobić od ręki bez czekania, więc tak naprawdę nie wiem jak to jest z tym czekaniem. Nie zgodziłam się, bo mam kurde bałagan w domu i kartony nierozpakowane i nie mogę tego małego tu jeszcze wprowadzić. Tak więc czekam (oczywiście kartony się same nierozpakowywują).

Narzeka się także na ciasnotę w lipcu i w sierpniu. Szczególnie podczas nadciągających huraganów. Podobno wtedy odchodzą wody i nagle wszyscy muszą rodzić. Zdarzają się więc przypadki, że leży się przez jakiś czas gdzieś w korytarzu. Wiem to ze słyszenia, nie sprawdziłam i mam nadzieję, że nie będę miała okazji wypróbować. No ale jak wspomniałam powyżej, od 2009 roku będzie więcej pokoi. Jak komuś bardzo zależy, to może uda mu się spiąć i przeczekać do stycznia.

Jeśli ktoś z lokalsów ma coś do powiedzenia na temat tego, albo innych szpitali w okolicy to zapraszam. Miejmy nadzieję, że się to komuś do czegos przyda. O tym jak było naprawdę, opowiem po powrocie (zakładając oczywiście, że będę miała czas).

FYI dla skąpych mężów- valet parking w TWHT jest za darmo.

wtorek, 01 lipca 2008

Nowy (tzn. w cale nie taki nowy) dom ma swoje plusy (nadal jest cicho w nocy i nadal nie mogę uwierzyć, że ludzie mogą żyć w tak cichych warunkach), ale i minusy. Jednym z minusów jest to, że człowiek zaczyna się martwić o różne rzeczy. Na przykład o to, że go zaleje, tak jak zalało ostatnio Wujka Zdziśka. Albo, że mu huragan rozpierniczy dach. Można się też martwić o rzeczy błahe. Na przykład o to, że piesek sąsiada nasra nam na trawnik. BTW już nas tutaj wspólnota mieszkaniowa opiernicza, że nie podlewamy trawy. No luuuuuuudzie. Na szczęście ostatnio padał deszcz.

No ale oprócz zmartwień i minusów nowy dom ma swoje plusy. Do takich plusów należy zaliczyć kupowanie nowych gadżetów, które nagle okazują się zupełnie niezbędnę do życia, albo które to kupuje się w celu zafunodwania sobie małej przyjemności. Tak więc odkryłam ostatnio markę SimpleHuman. Nie jest to jakaś nowa marka, ale po prostu nie miałam okazji się z nią wcześniej zapoznać. Zafundowałam więc kurze domowej (czyli sobie) suszarkę do naczyń. Przez całe życie zawsze miałam jakieś takie g...niane suszarki. Powiem więcej, wszyscy moi znajomi też zawsze mieli g...niane suszarki do naczyń. Czy wasze też są do bani? Zawsze albo coś się gdzieś wyginało, albo osadzał się kamień, albo wszystko ściekało na kredens, albo trzeba było mieć jakieś podkładki. Generalnie moim zdaniem nikt jak do tej pory nie wymyślił konkretnej suszarki do naczyń. Ta wyglądała na inną. Oczywiście obawiałam się, że też będzie do bani, ale że dzień wcześniej kupiliśmy nowy kosz na śmieci tej samej marki i byliśmy zachwyceni, postanowiłam dać jej szansę.

No ludzie, co za luksus. Wszystko jest pięknie zorganizowane, nic się nie przewraca, noże osobno sztućce osobno. Haczyki na kubki i szklanki sprawują się wyśmienicie, a rynienka naprawdę działa i nie mam nigdzie żadnych zacieków. Tak więc zmywam wszystko ręcznię i przyznam, że jestem zachwycona.




Przetestowałam i polecam bez zastrzeżeń. Suszarka jest oczywiście do kupienia na amazonie za 60$ czy jakoś tak, ale jest też do kupienia w BB&B. Tak więc jeśli dostajecie pocztą te ich śmieszne kupony na 20% zniżki na jeden przedmiot to bardziej opłaca się kupić w BB&B.

Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston