środa, 29 lipca 2009
Brazos latem jest trochę zarośnięte, ale aligatory są. 


Zdjęcie z bloga męża.
TomTom przeprowadził ostatnio badania, których celem było rozpoznanie jak jeżdżą kierowcy siedmiu amerykańskich miast (Atlanta, Boston, Chicago, LA, Minneapolis i Nowy Jork). Wyniki są naprawdę zaskakujące:
  • 79% houstońskich kierowców ma w zwyczaju wyjeżdżać kilka minut wcześniej. Tak, na wszelki wypadek. Podobno nasi kierowcy mają 'passion for punctuality' and 'hankering for harmony of the road'.
Dalej jest jeszcze lepiej:
  • Aż 77% Houstończyków cierpliwie jedzie do następnego zjazdu jeśli zdarzy się, że nie zdążyli zjechać. Ja chyba mam pecha i codziennie widzę te pozostałe 23%. Zjazdy w ostatniej sekundzie (po ciągłej linii, a jakże) to moim zdaniem hjustońska specjalność .
  • 30% cierpliwie czeka i nie trąbi jeśli kierowca przed nimi nie zauważył zielonego światła. Nie bardzo rozumiem z czego tu się cieszyć? 30% to strasznie mało. 
  • Houstońscy kierowcy przestrzegają ograniczeń prędkości nawet jeśli nie ma w pobliżu policjanta. Co to w ogóle za kategoria?

Badane miasta mogły zdobyć jeden z trzech tytułów: Diligent Driver, Neutral Navigator i Courageous Commuter. My w Houston, możemy dumnie nosić tytuł Rzetelnych Kierowców (czy tam pilnych jak kto woli), bo jak się okazuje, ZAWSZE przestrzegamy zasad. 
Bo skisnę...
niedziela, 26 lipca 2009
Nie chce mi się już więcej pisać o tej Norwegii, więc kończę zdjęciem wodospadu i zapodaję link do innych zdjęć- równie ładnych.


piątek, 24 lipca 2009
W The Onion doczekaliśmy się artykułu o naszym, na własnej krwi wyhodowanym hjustońskim bohaterze- Yao.
cyt: "The entire world population confirmed Friday that Houston Rockets center Yao Ming is the greatest athlete in the history of sports and a glowing symbol of what hardworking citizens may become if they remain loyal to their government."

Całkiem zabawne.

czwartek, 23 lipca 2009
Dzisiaj nie będzie o Norwegii, ale tak właściwie to można ten temat trochę pod Norwegię podciągnąć, bo oni też mają 'krew na rękach' (czwarte zdjęcie z tej notki). Chodzi o wileloryby.
Na LOST-a trzeba czekać do następnego roku. Mad Men zaczyna się w następnym miesiącu. The Office też narazie ma przerwę. A Gordon Ramsay, do którego taki kiedyś wzdychałam znudził mi się. Coś trzeba oglądać.
Oglądamy więc Whale Wars. W związku z tym, że program wybrał mąż, na początku obawiałam się, że może to znowu być coś w rodzaju The Deadliest Catch, o którym pisałam TU
Po krótce- Whale Wars to taki reality show, w którym grupa ekologów (bynajmniej nie z Klubu Geja) zapobiega połowom wielorybów w okolicach Antarktydy. Cóż, sezon pierwszy bardzo mnie zniesmaczył. Niby słuszna sprawa itd., ale kapital statku Steve Irwin (btw- jaka wspaniała nazwa statku), Paul Watson, jest po prostu szurnięty. 
Paul Watson, jeden z założycieli Greenpeace, został z niego wyrzucony i założył własną organizację Sea Shepherd, która zajmuje się ochroną wielorybów. Sea Shepherd nie wysyłają listów i nie drukują ulotek. Oni po prostu płyną w teren i tak po piracku tropią i atakują japońskie statki. 
Jeśli chce się ratować wilory z P.W. to należy mieć świadomość, że ryzykuje się życiem. Dosłownie. Podobno załoga o tym wie jak się zapisują, ale oczywiście nie śpieszno im umierać, czego wydaje się nie rozumieć kapitan P.W. P.W. moim zdaniem nie ma zbyt wielkiego doświadczenia i Safety First z całą pewnością nie jest jego ulubionym sloganem. A szkoda. W pierwszym sezonie mamy kilka wypadków, których możnaby uniknąć jeśli tylko załoga przeszła odpowiednie szkolenia. Ale wiadomo, takie organizacje nie są jak pan prezes, który forsą sra. Dlatego bardzo się ucieszyłam gdy w drugim sezonie załoga miała nie tylko lepsze łodzie, ale w ogóle lepszy sprzęt. W końcu znaleźli się sponsorzy (na przykład RHCP). P.W. dalej jest szurnięty i dalej obraża się jeśli ktoś nie wykonuje rozkazów, ale drugi sezon jest po prostu świetny. Mogliby tylko darować sobie powtarzanie komentarzy i parokrotne tłumaczenie tego co się stało.
Super pomysł na reality show i świetny pomysł na zarabianie kasy dla takich właśnie organizacji ekologicznych. Polecam serdecznie.
No i oczywiście - nie jedzcie wielorybów.

Acha, tak jak nigdy wcześniej nie lubiłam dzwonków, które zrobione są z jakiś piosenek, tak poważnie zaczęłam się zastanawiać nad zakupem dzwonka The World is a vampire (tu piosenka z czołówką).
wtorek, 14 lipca 2009
Najbardziej w Norwegii podobały mi się przedszkola. Nie ważne czy deszcz czy śnieg, dzieci non stop są na powietrzu. Widziałam jak w deszczu skakały na skakance z panią przedszkolanką (ale nie z tą na zdjęciu, z inną- chudszą).
Dzieci w Norwegii są twarde jak ta rzeźba z Parku Vigeland w Oslo. Na szlakach często widać grupki małych dzieci, w malutkich kurtkach z gore-texu,  z malutkimi plecakami, które naprawdę nieźle zasuwają po tych lasach. 
Jak tak sobie na te dzieci i przedszkola popatrzyłam, to uświadomiłam sobie, że mogłabym tam mieszkać. Mogłabym żreć te hot dogi i użerać się z tym ich systemem. Zrobiłabym to dla Franka. Żeby Franek mógł chodzić do tak fajnego przedszkola. Może wyrósłby mi na Małysza? No ale raczej nie zanosi się żebym tam mieszkała, więc nie ma o czym gadać.
Natomiast, możnaby samemu takie przedszkole otworzyć. Niestety u nas tak się nie da. Jak każdy wie, ocieplić jest się łatwiej niż ochłodzić, tak więc takie przedszkole w Houston by nie przeszło, bo latem jest za gorąco. Myślę, że dzieciaki padłyby mi jak muchy, albo nabawiłabym je raka skóry. Poza tym u nas jak leje to jest od razu powódź.
No ale gdybym mieszkała w takim na przykład Oregonie to chyba otworzyłabym takie przedszkole i pewnie byliby chętni.







Lato w Houston jest do dupy, bo niestety zbyt wiele tym dzieciom nie można zaoferować. Bo niby co? Wyjście do muzeum czy do klimatyzowanego sklepu? Wydawało nam się, że wyjściem z letniej sytuacji będzie przyczepka na rower. Dzięki takiej przyczepce zarówno my się ruszamy, a Frankowi nie jest aż tak gorąco jak w wózku. Przyczepka jest bardzo fajna, bo można z niej zrobić wózek, albo dokręcić narty i pojechać z dzieckiem na narty (zdjęcia TU). No my w Houston raczej na narty nie pojedziemy, ale na rower to i owszem. W weekend byliśmy 2 razy dziennie.
Właściwie kupiliśmy ją bardziej sobie niż jemu, a tak w ogóle to chyba bardziej mi. Ostatnio na swoim rowerze jeździłam 21 miesięcy temu. 
Tak jak napisałam na fejsbuku (przy okazji przepraszam fejsbukowe koleżanki i kolegów, że muszą to samo czytać 2 razy) - zabawne, że po 21 miesiącach moje buty na rower nadal śmierdzą krowią kupą, w którą wlazłam prawie 2 lata temu... 




czwartek, 09 lipca 2009
You've got to love Texas...
W najnowszym numerze The Economist jest bardzo ciekawy artykuł porównujący Texas i Kalifornię. Teksas i Kalifornia to dwa największe stany w Lower 48
O tym, że Kalifornia nie jest już krainą miodem płynącą wiedzą już chyba wszyscy. O tym, że po wczorajszym pogrzebie the King of Pop policja z LA musiała żebrać o darowizny może jeszcze nie wszyscy słyszeli. (To tak jako ciekawostka) ... Swoją drogą jak to jest z tymi stanami bankrutami? Kto im teraz pomoże? 
Kalifornia, w artykule przedstawiona jest jako stan, który w chwili obecnej mógłby wiele się od Teksasu nauczyć. Bo okazuje się, że nam tu w Teksasie (krainie ropą płynącej) żyje się jak pączkom w maśle. No może nie zupełnie tak to było napisane, ale generalnie żyje się nam lepiej niż tym w Kalifornii.
Fakt, żaden z moich znajomych z Houston nie stracił pracy. Jedyne osoby jakie znam, które straciły pracę mieszkają w Kalifornii. Bezrobocie jest niższe niż średnia krajowa.  Znajomi nadal zmieniają pracę nie dlatego, że muszą, ale dlatego że chcą. Nie mamy problemu na rynku nieruchomości  (domy w mojej okolicy sprzedawały się i sprzedają się przez cały czas). 
Jak to jest, że stan, w którym nie ma stanowego podatku od dochodu jakoś radzi sobie lepiej, niż ten w którym taki podatek jest? Corporate taxes też są niskie i pewnie dlatego Teksas jest główną siedzibą aż 64 firm z listy Fortune 500. 
Podobno jesteśmy bardziej przyjaźnie nastawieni do ludzi z inicjatywą gospodarczą. W Kalifornii inicjatywa często zostaje zniszczoną przez stanową biurokrację.  Podobno jesteśmy bardziej przyjaźnie nastwieni do pań i panów zza południowej granicy. W ogóle to jesteśmy przyjaźnie nastawieni do wszystkich (ciekawe czy do tych z Iraku też?). I do Afro-Amerykaninów i gejów też (bo to u nas w Houston, być może następnym burmistrzem będzie albo lesbijka, albo  Czarny facet). A tacy ci Teksańczycy niby konserwatywni...
Podobno wiele zaczynających firm IT zaczyna przeprowadzać się z Kalifornii do Austin. Oczywiście kolosy takie jak Google w Austin mają tylko swoje siedziby i raczej się nie przeprowadzą, ale i Google przecież nie zawsze było kolosem.
No ale żeby plusy nie przysłaniały nam minusów i żebyście tak od razu nie zaczęli pakować walizek, nie zapominajmy, że tak naprawdę to nie da się tu żyć. Już od miesiąca mamy tu powyżej 40C i taka temperatura będzie tu jeszcze pewnie przez kolejne 60 dni. Przez 1/4 roku siedzimy w tych swoich zamczyskach i chłodzimy się erkondyszynem. Jakość powietrza też jest dość słaba (choć w LA też pewnie nie lepsza).
Podobno szkoły w Teksasie są dość kiepskie i podobno przestępczość jest wysoka (ale trudno mi uwierzyć, że mogłaby być wyższa niż ta w LA). No i to u nas są skaczące pająki, żmije i latające karaluchy.
Ale przede wszystkim nie mamy oceanu, a przecież o ocean w życiu chodzi...
Ciekawy artykuł i cały numer jest w tym klimacie. Polecam zarówno tym z Teksasu jak i tym z Kalifornii.
Jakby ktoś chciał przeczytać, a nie ma dostępu to chętnie prześlę na email, bo mam elektroniczną wersję (wkleiłam też link na fejsbuku).




rysunek z The Economist
poniedziałek, 06 lipca 2009
Ania pisała ostatnio o tarasie na Searsie, więc i ja pomyślałam że zmałpuję i pokażę zdjęcia tarasu, na którym byliśmy w Norwegii.
Proszę bardzo- oto platforma widokowa nad fjordem Aurland. Też, podobnie jak na Searsie pewnie można się oprzeć o szklaną ścianę, zrobić zdjęcie i udawać, że się stoi w powietrzu. Ja się oczywiście nie odważyłam.










Pierwsze dwa zdjęcia pochodzą z Guardian, a reszta jest moja.
niedziela, 05 lipca 2009
BBC pisze o rzeczach, dzięki którym Ameryka ma prawo świętować Dzień Niepodległości.  Jedną z wymienionych rzeczy jest klimatyzacja czyli erkondyszon. No cóż, my dzisiaj nie świętowaliśmy z tego samego powodu. Erkondyszon przestał dyszeć wczoraj we wczesnych godzinach wieczornych. Przez noc temperatura na środkowym piętrze wzrosła do 83F, a po godzinie 15ej było już 88F czyli 31C. 
Na szczęście mamy tak zwane dwa unit-y [hjustońskie 2 (czyli 3) piętrowe townhome-y z reguły mają po 2 bestie]. Pierwsze pudło 'obsługuje' parter i pierwsze piętro, a drugie pudło piętro powyżej. 
Franek musiał zabrać swoje zabawki i przenieść się do innej piaskownicy. Dzisiaj sypialnia służyła nam jako bawialnia / chłodnia. Tam chodziliśmy się chłodzić jak już na dole robiło się za gorąco (czyli po jakiś 10-15 minutach). 
Oczywiście klimatyzacja złośliwie zepsuła się w święto i na majstra musieliśmy czekać cały dzień (oczywiście nie wiedząc o której w końcu przyjdzie). Był to jeden z nudniejszych dni w tym roku. Gorąco i nudno (przypomniała mi się reklama Bryzy czy tam Wiziru - gorąco. i drogo. i facet ze spoconymi pachami - pamięta ktoś?). 
Jedynym plusem takiego dnia jest to, że przynajmniej z czystym sumieniem można się opchać lodami. Chociaż tak naprawdę to nie wiem czy można to rzeczywiście nazwać plusem.
$500 później słychać już było wyczekiwane bzyczenie i temperatura zaczęła spadać...
Takie dni przypominają mi o tym, że jednak wolę orzeźwiający chłodek niż ciepły smrodek.

Zbliżają się pierwsze urodziny Franka. Franek miał dostać Chariota (tak, wiem że to bardziej prezent dla nas niż dla niego). Niestety, z powodu niespodziewanego wydatku wychodzi na to, że zamiast Chariota dostanie lizaka.
czwartek, 02 lipca 2009
Norwegia w niektórych momentach wydawała się dość zacofana. Jeśli zaś chodzi o transport to jednak są bardziej do przodu. 
W Oslo podobał mi się szybki pociąg z lotniska do centrum. Nigdy nie jechałam tak szybkim pociągiem (210 km/h), więc oczywiście trzeba było spróbować. 
Drogo (jak wszystko w Norwegii), ale warto (jak nie wszystko w Norwegii).



Oczywiście są osobne przedziały dla matek z wózkami, ale jak je zobaczyłam to trochę mną zatrzęsło. Taki normalny pusty korytarz z krzesełkami jak w polskich pociągach na korytarzu (wiecie, takimi otwieranymi w ścianie). Czyli, płaci sie tyle samo, ale jedzie się w baraku.  Na szczęście mieliśmy wózek składany, więc go złożyliśmy i usiedliśmy sobie w normalnych siedzeniach. Nie będą nam (matkom z dziećmi) pluli w twarz . 
W Oslo widać już auta na prąd. Widać je naprawdę często i gęsto.







Ale najbardziej podobało mi się Oslo Citybike czyli sieć rowerów, które można wypożyczać z jednego miejsca i odstawiać w drugim. Wystarczy wykupić tylko kartę sieciową i już można odpiąć rowerek i pojechać do biblioteki, albo do kina. Odstawiamy rowerek, oglądamy film i wracamy. Jedyny minus jest taki, że czasem stojak może być zapełniony i trzeba rower odstawić w innym miejscu.
Rowery są zadbane i gustowne. Jeżdżą na nich i panowie w gajerkach i panie w kaloszach. Sama bym się chętnie przejechała, ale niestety nie było mi dane.




Metro i tramwaje wydawały się działać sprawnie. Na stacji metra słychać znajome głosy rodaków. Co jedzie? Piątka? No dobra, to wsiadamy ...
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston