piątek, 16 lipca 2010
Zrobię to szybko- tak jak powinno odrywać się plaster podczas depilacji woskiem.
W y p r o w a d z a m y  się z tego miasta.
Niektórzy już wiedzieli od jakiegoś czasu, inni dopiero od wczoraj, a od dzisiaj nie będę już musiała udawać na bloxie, że mam jakieś tam plany na jesień w Houston, bo nie mam. Tyle tytułem wstępu...
Czytelnicy tego bloga wiedzą, że z Houston mieliśmy taką love-hate relationship. Pierwszy raz postawiłam swoją nogę na houstońskiej ziemi w 1999 roku, kiedy to wraz ze swoim byłym wracaliśmy autobusem z Meksyku do Chicago. Pamiętam, że siedzieliśmy pod Church's chicken, patrzyliśmy na downtown i stwierdziliśmy, że Houston to najbardziej gówniane miasto i jakie to szczęście, że nigdy tam nie będziemy mieszkali.
O tym, że się myliłam dowiedziałam się w 2003 roku, kiedy to zaoferowano mi przeniesienie się  z Albuquerque (gdzie wtedy mieszkałam) do Houston.
Pamiętam jakby to było wczoraj. 11go września przyjechałam tu swoją mazdunią z małą przyczepką U Haul. Padało strasznie. Nigdy wcześniej nie widziałam takiego deszczu, za to później widziałam o wiele gorsze.
Przez te 7 lat przeżyłam tu wiele.  Jest wiele rzeczy, które bardzo tu lubiłam i wiele, które doprowadzały mnie  do szaleństwa. Najważniejszymi minusami, (których żadne plusy nie zdołają przysłonić) są oczywiście letnie temperatury i to że wszędzie stąd jest daleko. Że jak się jedzie 10 godzin samochodem to nadal jest się w Teksasie. No chyba, że jedzie się na wschód, to jest się w Luizjanie, ale ten stan nie kręci mnie zbytnio, jak i sama wschodnia część Stanów.
Ale żyje się tu, w Teksasie generalnie łatwo. Pomijając te upały, kiedy to przychodzi letnia deprecha... W porównaniu do innych stanów nie jest tu drogo. Jest właściwie bardzo tanio. Ludzie mieszkają w dużo za dużych domach, za śmieszne pieniądze (w porównaniu do innych stanów oczywiście). Można się łatwo przyzwyczaić i wsiąknąć w tą łatwiznę. I wydaje mi się, że tak trochę wsiąknęliśmy.
Życie z małym dzieckiem w Houston, praca w korporacji, upały i te odległości do interesujących miejsc w inncyh częściach USA nie sprzyjały chęci szukania przygód. Chociaż może i chęci były, ale ostatnio brakowało nam już energii. Pewnie, że można jeździć  na plażę i robić piknik w Memorial Parku,  ale to jednak nie to samo co piknik w lesie, w którym nie ma skaczących pająków,  czy też krótka wyprawa w góry. Po 7 latach mieszkania w Houston zobaczyliśmy co było do zobaczenia w okolicy i zaczęliśmy narzekać na nudę. Na hjustońską, upalną,  weekendową nudę... I na to, że mamy masę sprzętu turystycznego, którego nie mamy okazji na codzień używać.
I tak jakoś wyszło, że chyba ktoś słuchał tych naszych ostatnich narzekań, bo mężowi została przedstawiona oferta przeniesienia do Norwegii. Spodziewaliśmy się, że zostaniemy wysłani do Anglii, co przyznam szczerze, nie było mi ani na rękę, ani na nogę.
Po zeszłorocznych wakacjach w Norwegii stwierdziliśmy, że nie chcemy tam mieszkać, bo zbyt wiele rzeczy nas tam osłabiło (kto czytał ten wie). Chociaż muszę przyznać, że teraz mój mąż twierdzi, że to ja byłam bardziej osłabiona, i że jego właściwie nic tam nie zaskoczyło i wszystko bardzo mu się podobało (hmmmm).
W każdym bądź razie teraz patrzę na to życie w Norwegii bardziej pozytywnie.
Na co liczę? Będę bliżej rodziny i polskich przyjaciół. Będę mogła spać z otwartym oknem. Nie żebym miała już menopauzę, ale przede wszytkim mam nadzieję, że w końcu się ochłodzę. Kupiłam sobie poraz pierwszy od chyba 10 lat zimowa kurtkę (o taką)! (Trzeba być chyba szurniętym żeby się z tego cieszyć, no ale cieszę się). Pomimo tego, że życie jest tam bardziej toporne niż w Houston (czytaj nie ma na przykład apteki drive thru i jeździ się mniejszymi samochodami), wydaje się, że istnieje większa szansa na przeżycie jakiejś tam 'przygody', czy też nowego doświadczenia. Niekoniecznie tylko w weekend, bo i pracują tam jakoś krócej niż tutaj.
Tak więc lecimy niby na 2 lata z możliwością przedłużenia. Mój drugi gagatek (bo podobno będzie drugi chłopak) urodzi się już tam. Liczę na to, że będziemy spędzali sporo czasu na powietrzu i że Franek będzie miał okazję na przeżycie wielu przygód w norweskim przedszkolu.
Czego będzie mi brakowało najbardziej?
Tutejszych znajomych i przyjaciół (polskich, amerykańskich i innych), z którymi przeżyłam 7 lat. Będzie mi brakowało naszego Polskiego Klubu Książki (Book Club aka Boob Club i ostatnio Diaper Club), który założyłyśmy dzięki temu blogowi. Będzie mi brakowało telefonów do Ani z Chiacago wykonywanych podczas porannego spaceru podczas, ktorych żaliłam się, że spadają mi gacie (teraz będę się żaliła, że obcierają mnie kalosze).
Będzie mi brakowało Whole Foods i dobrego tex-mex. No ale zabiorę ze sobą zapas przypraw i dodatków na kilka miesięcy, więc jakoś to będzie. A później będę błagała tutejszych znajomych żeby zamiast opłatka na święta, przysłali mi tortillę.
Bardzo żałuję, że nie będzie mnie na otwarciu nowego Whole Foods na Waugh i że nie pójdę na basen do nowego Y w downtown.  I że nie zagłosuję na Billa White'a w listopadzie. No ale cóż, nie można mieć wszystkiego.
Jeśli będzie nam zbyt zimno i ciemno, to za 2 lata może tu wrócimy. Chociaż wygląda na to, że nudzić raczej się nie będziemy. Przyjaciel męża (ten, u którego byliśmy w Harstad, a który teraz ma metę w Oslo) już planuje częste wizyty. Znajomi, których poznaliśmy w Houston (ci, do których lecieliśmy do Norwegii na wesele), którym właśnie urodziła się córeczka też się cieszą, że spędzą z nami ich (jej) urlop macierzyński. Przyjaciółka z Polski już się cieszy, że loty ze Szczecina do Stavanger takie tanie i też planuje częste przyjazdy. Pewien Norweg z męża pracy już planuje zapisanie mojego męża do klubu żeglarskiego i wędkarskiego i obiecuje mu taaaaaaaaakie łososie. Mąż się cieszy, bo całe dzieciństwo i młodość spędził na wodzie i bardzo za żeglarstwem (na niebieskiej wodzie)  tęsknił. Ja cieszę się mniej, bo peniam- żeglarstwo mnie przeraża. A do tego fajny_nosorożec (tutejsza koleżanka) życzy nam, abyśmy nigdy nie musieli wracać już do Houston!
Jest mi trochę smutno, że kończy się moja 10 letnia przygoda z Ameryką, bo pomimo wielu niezrozumień był to mój dom. Ale podświadomie wiem, że jeszcze kiedyś spełnie swoje marzenie i pomieszkam przez kilka lat w północno - zachodniej części Stanów. Choćby miało to być na emeryturze.
Przed nami miesiąc zamykania różnych spraw. Zakupy, pakowanie, sprzedaż domu i innych rzeczy.  Mamy także zamiar wcisnąć w to wszystko krótkie wakacje w Oregonie. Mam nadzieję, że brzuch który coraz bardziej widać nie będzie mi aż tak bardzo przeszkadzał ...
Tak więc żegnajcie głośne klimatyzacje i dmuchawy do liści- akurat za wami tęsknić nie będę. Bye bye klapeczki!  Teraz będziemy spotykać się już tylko w saunie ...
Póki co założylam nowego bloga pod nazwą Ropa i Tran (a co?), którego mam nadzieję będę regularnie uaktualniała. Zapraszam do odwiedzenia we wrześniu i dziękuję za to, że przeżyliście ze mną w Houston tyle lat...

-----
a mieszkać będziemy TU- łagodniej mówiąc- jest tam 'inaczej' niż w Houston.
środa, 14 lipca 2010
Chciałam tej notce nadać tytuł 'śmierdzący fallusik', ale pomimo tego, że byłby to tytuł dość chwytliwy, byłby także dość obrzydliwy. Zostańmy więc przy Śmierdzielu.
Amorphophallus titanum czyli Dziwidło olbrzymie to według Wikipedii -  Roślina wieloletnia dorastająca do 7 m i będącą największym przedstawicielem rodziny obrazkowatych. Roślina wypuszcza z bulwy jeden duży liść w kształcie małego drzewka, który utrzymuje się przez okres 10-14 miesięcy, następnie zamiera. Roślina przechodzi w trwający 3 do 12 miesięcy okres uśpienia. Następnie rozpoczyna się kolejny cykl życia, w którym dziwidło olbrzymie wypuszcza kolejny liść, bądź kwiatostan- nigdy naraz.
Kwiatostan osiąga do 3 metrów wysokości. Zapach przypominający gnijące mięso, przyciąga owady zapylające kwiat. Amorphophallus titanum kwitnie po raz pierwszy w 8-10 roku życia. Po kwitnieniu następuje czas spoczynku trwający 12-18 miesięcy.
Mamy takiego dziwoląga w Natural Science Museum. Całe miasto przeżywa fakt, że już za momencik kwiatek zakwitnie i będziemy mogli poczuć jego zapaszek. O kwiatku pisze lokalna gazeta, są zdjęcia na flickr i jest nawet live webcam jakby komuś nie chciało się iść do muzeum. Muzeum, tak przy okazji, jest z tej okazji otwarte 24 godziny na dobę. Podobno są kolejki po bilety. Podobno.
Chciałabym wybrać się tam z moim synem, ale boję się, że w obecnym stanie mogłabym się tam po prostu porzygać.




czwartek, 08 lipca 2010
Jeszcze tylko 17 dni... Dla tych, którzy nie oglądali wcześniejszych sezonów- streszczenie (ze mną w roli Joan).


Personalize funny videos and birthday eCards at JibJab!
czwartek, 01 lipca 2010
Lonegunman napisał u siebie, że chyba będzie głosował na Kaczora. W sumie nie dziwię mu się, bo jak mówi moja kuzynka, która w pierwszej turze na Kaczora nie głosowała, jeśli zwycięży Komarek to nikt nie będzie vetował. A bez veto to co to za rządy?
Ja jeszcze nie wiem na kogo zagłosuję. Trochę mi się nie chce iść w ogóle, bo w polskim sklepie przy kościele, w którym się głosuje nie ma pączków. No nie robią w wakacje pączków, bo ludzie powyjeżdzali (tak mi powiedział jakiś nowy chłopaczek, który tam pracuje). Nawet mrożonych już nie było. Skandal normalnie.
Jakby były (te pączki) to może i bym zagłosowała, a tak to nie zagłosuję. I jeśli będzie taka sytuacja, że przeważyłby jeden głosik to wiecie kogo winić. Nie, nie mnie- tych którzy nie robią tych pączków, bo takich jak ja jest w Houston pewnie więcej.
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston