czwartek, 31 sierpnia 2006

Chciałam zapytać się czytelników tego bloga czy ktoś z was ma więcej niż jeden paszport? Jeśli tak to czy spotkaliście się kiedyś z jakimiś problemami podczas podróży? Pytanie drugie do tych, którzy mieszkają w kraju innym niż Polska – czy składacie zeznania podatkowe w Polsce? Pytam z ciekawości. Dziękuję i dowidzenia.


Kontynuując temat zapraszam do przeczytania artykułu w Gazecie. Mam nadzieję, że mój Monsz nie miał na myśli ulegania trendom... Zaoszczędził kurcze 300 funtów, bo nie musiał korzystać z usługi biura hehe

środa, 30 sierpnia 2006
No jestem już. Byłam na weselu, ale już jestem.
Ale wymyślają na tych lotniskach. Boże, bożenku. Wszystko dłużej teraz trwa, bo tych co przylecieli z Londynu teraz muszą eskortować do Immigration. Trzeba czekać na wszystkich aż się wywleką z samolotu, a potem jakichś czterech łepków eskortowało nas do urzędnika. Niezła bzdura. Idzie się tą samą drogą co zwykle, tyle tylko że z kimś przy boku. Nie bardzo rozumiem co mogą przez to zyskać i prawdę mówiąc wydaje mi się, że robią to tylko po to aby wyglądali na bardziej zajętych. Naprawdę niezła osłabka.
Niby nic się nie zmieniło przez ten tydzień, a jednak. Naprawili dziurę w drodze, w którą codzienne wpadałam, rozwaliły nam się drzwi do garażu i trzeba było wzywać wszystkich sąsiadów żeby nam pomogli. Poza tym mieliśmy w domu karalucha azjatyckiego. Musiałam dokonać mordu. Jednego, ale wiadomo jak jest. Jak jest jeden to pewnie jest ich więcej.
A z takich bardziej ekscytujących wiadomości to kolega załatwił sobie obywatelstwo Arabii Saudyjskiej. Nie znam szczegółów. Poznam w piątek, ale brzmi ciekawie. To znaczy sama nigdy bym się na taki krok nie zdecydowała, ale posłuchać zawsze można.
No dobra. Wracam do pracy. Spać mi się chce.

poniedziałek, 21 sierpnia 2006
No więc od jutra mnie nie ma i będzie zamknięte. Pomyślałam sobie jednak, że na pożegnanie walnę wam jeszcze jednego pikupka. Tym razem transportującego lodóweczkę. No to ten tego- narka!


piątek, 18 sierpnia 2006
Nie piszę, bo nie mogę sobie znaleźć miejsca, bo już jedną nogą jestem w samolocie. W poniedziałek lecę do  Londynu. (Londyn, Londyn- nie ma takiego miasta Londyn, Lądek jest). Tak więc przez tydzień będzie zamknięte. Ale zachęcam tych wszystkich, którzy jeszcze tego nie zrobili do przeczytania starych postów.

 


środa, 16 sierpnia 2006
Przyznaję, to zdjęcie jest naprawdę bardzo słabe, no ale cóż. Takie mi tu czekało w kolejce, więc je publikuję. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że następne też nie będzie zbyt dobre.


wtorek, 15 sierpnia 2006

W komentarzach do ostatniego postu poruszliśmy jak sie okazało bardzo drażliwy temat wkurzających nas kierowców. Wydawałoby się, że niektórzy posługują się zasadą „oko za oko”. Czasem też mam ochotę takiej świni na kółkach dołożyć moim laserem, no ale niestety, w Houston trzeba się powstrzymywać. Trzeba, bo nigdy nie wiadomo kto siedzi za kółkiem wkurzającego nas samochodu, i czy aby przypadkiem nie ma spluwy, albo kija basebolowego.

Road rage jest zajwiskiem, które w Houston zdarza się dość często. Road rage to termin przypisany wypadkom, które zostały spowodowane przez właśnie takie wkurzenie się na drodze. Wkurzeniu temu towrzyszy oczywiście agresja. Ja wkurzam się, krew mnie zalewa, wyobrażam sobie jak tnę te opony laserkiem, ale tak naprawdę to raczej nikomu bym nie walnęła. 

Road rage zaczyna się niewinnie. Przyspieszanie, złośliwe zwalnianie, blokowanie wjazdu na autostradę, trąbienie albo mruganie światłami, gestykulacja i pokazywanie f!@* you, podjeżdżanie do cudzego okna i wyzywanie i grożenie, uderzenie kogoś swoim własnym autem, uderzenie kogoś kijem do golfa (to wszystko z wikipedii, ten kij do golfa też).

Bardzo częstym przypadkiem, który można zaobserwować w Houston jest trąbienie na światłach. Stoisz sobie w kolejce jako drugi. Pierwszy się strasznie gramoli i oczywiście nie rusza na zielonym, nagle trzeci zaczyna na niego trąbić. Pierwszy jest oczywiście przekonany, że to ten drugi i zaczyna mu potem złośliwie zwalniać albo wymachiwać kijem. Jest to zjawisko typowo hjustońskie. Sama często bywam tym drugim. No ale z tym ruszaniem na zielonym to trzeba w Houston uważać, bo wiele osób z przeciwnego skrzyżowania rusza na czerwonym. Często jest tak, że robi się żółte i dodaję gazu żeby jeszcze zdąrzyć. Wiem, że ryzykuję, ale potem jak już przejadę skrzyżowanie to okazuje się, że 5 samochodów, które były za mną też przejechały to skrzyżowanie (oczywiście oni mieli już czerwone)! Typowy jest także tak zwany California Rolling Stop. Dotyczy on zatrzymywania się na znaku stop. Generalnie nie zatrzymujesz się tylko zwalniasz, żeby wyglądało że się zatrzymujesz i zaczynasz się przetaczać.

No ale wracając do Road Rage. Zdarza się, że ludzie giną z powodu takiego zachowania się na drodze. Zdarza się, że powodują wypadki, w których ktoś zostaje ranny. Ale w Houston zdarza się to dość często. Road rage jest opisywane w wiadomościach, ludzie krytykują, ale na drugi dzien pojawia się nowy bohater. W Wikipedii można się też doczytać, że kierowcy praktykujący taką jazdę są na dobrej drodze do zostania zakwalifikowanym jako psychicznie chorzy. Jak już wspomniałam mi się jak narazie nie zdarza mszczenie się na kierowcach, którzy z jakigoś powodu mnie wkurzą. Czasem być może sama jestem powodem tego, że ktoś się wkurza. Na przykład gdy jadę sobie w mieście przepisowe 40 mil na godzinę (70km/h), a ktoś mi wjeżdża na tył bo mu się śpieszy. Mój szef twierdzi, że takim typkom trzeba zawsze ustępować chociażby dlatego, że naprawdę nie wie się jaki świr siedzi za tą kierownicą. Szczególnie w Texasie gdzie co drugi ma broń.


poniedziałek, 14 sierpnia 2006

Postanowiłam zapytać się czytelników mojego bloga o tym co was wkurza? Bo mnie dzisiaj krew zalała podczas jazdy samochodem do pracy. Generalnie nie wkurza mnie zbyt wiele w życiu, ale znana jestem z tego, że jak już się wkurzę to dokonuję zniszczeń. Dzisiaj facet, który był przede mną na światłach stał tam bardzo długo. Nawet jak już było zielone. Bo gadał przez telefon! Wkurzył mnie. Trąbnęłam, ale mi nie przeszło. Zaczęłam znowu marzyć o moim laserze. Bo ja mam takie marzenie, żeby mieć laser- taki jak na gwiezdnych wojnach wiecie, i jak mnie ktoś w kurzy to mu coś obetnę. Temu facetowi chciałam poprzecinać opony. Tak w połowie, że niby jak ruszy, to mu ten samochód z tych opon spadnie, bo na połówkach nie bedzie przecież jechał. Dobre nie? To znaczy trochę żenujące, ale myślę że każdy z nas ma jakieś takie fantazje zupełnie od czapy.

Tak więc mnie wkurzają ludzie gadający podczas jazdy samochodem przez telefno komórkowy- a jest ich w Houston masa. Pytanie do was: co was wkurza, i co byście im zrobili?

niedziela, 13 sierpnia 2006
przepis na ciasto mojej siorki:

3 jajka
1.5 szklanki mąki
1 cukier waniliowy
1.5 lyżeczki proszku do pieczenia
szczypta sody
1 szklanka cukru
3 czubate lyżki kakao
2 lyżki oleju
polówki śliwek (najlepiej węgierek, bo inne czasami mają za dużo cukru)

najpierw wymieszaj jajka z cukrem waniliowym i zwyklym, później dodaj szklankę mąki, w połówce drugiej szklanki wymieszaj proszek do pieczenia i sodę, no a poźniej dodaj olej. rozlej pól ciasta na blachę, a do drugiej polówki dodaj kakao, zmiksuj i rozlej na blachę. ułóż śliwki.
wstaw do pieca na około 45 minut (temperatura chyba coś koło 375 F).
jakieś pytania?
acha później posyp cukrem pudrem





Nawiązując do komentarzy z poprzedniego postu, dzisiaj będzie o garbeciach (tych, którzy nie wiedzą co oznacza słowo garbeć zapraszam do przeczytania komantarzy pod postem).
NA naszej ulicy zrobił się mówiąc krótko niezły syf. Podejrzewam, że sąsiadujące apartamenty nie zapłaciły rachunku za wywóz śmieci, bo z ich śmietnika się po prostu wylewa. Trwa to już 10 dni i powoli zaczyna wkurzać.
Po nasze śmieci przyjeżdżają raz w tygodniu. Wtedy to wszyscy wystawiają kubły i czekają aż jaśnie pan je opróżni. Pan przyjeżdża i opróżnia. (Dodam, że śmieciarki w Stanach są bardzo fascynujące. Szczególnie wtedy gdy z rozdziawioną gębą pędzą 130 km/h po autostradzie). Po opróżnieniu taki koszt zostaje po prostu walnięty na ziemię. Nie, że postawiony. Po prostu walnięty. Jak wracam do domu na lunch, to widzę te kubły dosłownie walające się na ulicy. Czasem coś z nich wypadnie i trzeba posprzątać, ale wszyscy wracają dopiero po 17-ej, więc przez pół dnianasza ulica wygląda jakby przez nia przeszło tornado.
Śmieci, jak wszystki wiadomo, śmierdzą. W Ameryce królują duże kosze na śmieci, tak więc trochę wolniej się je zapełnia. Oznacza to tyle, że cokolwiek jest na dnie zaczyna śmierdzieć. Śmierdzi bo jest gorąco. Bo w dzień, jak nikogo nie ma w domu wyłącza się A/C. No i śmierdzi.
Na smród Amerykanie mają wiele rozwiązań. Nie można ot takie sobie iść wyrzucić śmieci, bo wtedy śmierdzi na podwórku i na przykład sąsiedzi mogą się wkurzać. Wiem, że moja sąsiadka uważa, iż śmieci naszych innych sąsiadów strasznie śmierdzą. Tak więc śmieci trzeba wyrzucać z głową. Oj poprzewracało im się w tych głowach, poprzewracało...
Najmniej pomysłowe jest wkładanie sody w proszku na dno kosza na śmieci. Podobno soda zabija smród. Spotkałam się także z taką metodą u kogoś w domu. Jak śmierdzi ci z lodówki to po prostu zamiast ją umyć można sobie wsadzić otwarte pudeło z sodą i powinno pomóc. Wydług mnie jest to jakiś zabobon, no ale skoro im pomaga to niech im będzie.
Kolejnym sposobem są pachnące torby na śmieci, które ostanio zupełnie przypadkowo zakupiłam. Pachną takim odświeżaczem do powietrza.
Moim ulubionym sposobem jest pozbycie się potencjalnie śmierdzącego jedzenia w rozdrabniaczu, który znajduje się w zlewie. Należy tylko później zalac wszystko bleach-em, bo inaczej śmierdzi z rur.
Istnieją jeszcze sposoby praktykowane przez moich znajomych. Dość kuriozalne, no ale co tu zrobić skoro śmierdzi. Jest to tak zwany sposób na przeczekanie. Mój szef na przykład ma problem z cebulą. Nie lubi wchodzić do garażu, w którym stoi śmietnik, w którym znajdują się łupiny od cebuli. Podobno strasznie śmierdzi, no i nie lubi chłopak. No po prostu nie lubi. Ma rozwiązanie, bo w końcu głupi nie jest. Otóż pakuje te łupinki do woreczka, zawiązuje na supeł i wkłada do lodówki. Koleżanka natomiast uważa, że najbardziej śmierdzą jajka, a właściwie ich skorupki. Ona nie może sobie pozwolić na smród ze śmietnika, bo jej warsztat, w którym pracuje, tak po trochu z nim sąsiaduje. Otóż koleżanka po zużyciu jajek wkłada te skorupki do ziplocka i do zamrażalki. A we wtorek rano wrzucają wszystko do kosza. Jaśnie pan podjeżdża i wszystko zabiera.
Jak więc widzicie, pomysły ludzie mają różne, bo i różne mają problemy...




piątek, 11 sierpnia 2006
Dzisiaj zdjęcie nadesłane przez czytelniczkę bloga - Ewę. Nie bardzo wiadomo co tak naprawdę jest w tej torbie, więc można zacząć spekulacje.


Moja koleżanka jest artystką. Maluje, rzeźbi, a także robi jakieś tam animacje. Na początku tak jakoś nie bardzo czułam tę jej sztukę, bo wiedziałam że inspiruje ją Cy Twombly, a na jego temat to ja swoje zdanie już mam wyrobione. Ale tak się jakoś złożyło, że z tą sąsiadką spędzam trochę czasu. Tu winko, tam pizza i plotki, karmienie kanarków, czy też po prostu wiszenie na komputerze. I tak jakoś przy tym wszystkim miałam okazję przyjrzeć się tej jej sztuce z bliska.
Potem były wystawy, pokazy slajdów (na które oczywiście po sąsiedzku jesteśmy zawsze zapraszani). Aż dorosłam do tego, aby zakupić jedno dzieło. Po sąsiedzku, ze zniżką.
Widzę ją każdego dnia jak pracuje w garażu. Naprawdę pracuje. Od 9 rano do piątej coś tam maluje, albo wypala te swoje ryjki w piecu. I widzę także, że te obrazy znikają, bo zaczynają się koło niej kręcić.
Lubię jej twórczość. Jest bardzo dziewczęca i trochę odjechana. Dokładnie jak Wendy.
Dlaczego o tym piszę? Piszę, bo wczoraj była u nas telewizja Continental Airlines. Przez 4 godziny kręcili o niej krótki filmik, który będzie puszczany na pokładach wszystkich samolotów Continental Airlines world wide w listopadzie tego roku. Przez cały miesiąc!
Świetny chwyt marketingowy, bo nigdy nie wiadomo kto akurat będzie siedział w samolocie i oglądał.
Tak więc jeśli jeszcze jej nie znacie, to niedługo ją poznacie...
14:46, hjuston , art
Link Komentarze (8) »
wtorek, 08 sierpnia 2006
Będzie dość osobiście. Wybrałam się dwa tygodnie temu do dentysty. Przyznam się, że ostatni raz u dentysty byłam więcej niż pół roku temu. Spodziewałam się tak zwanych ubytków.
Był to mój pierwszy raz u dentysty w Stanach. Tak się jakoś złożyło, że do dentysty zazwyczaj chodziłam podczas wizyt w Polsce, pomimo tego, że zawsze miałam dobre ubezpieczenie. Nie bardzo potrafię sobie wytłumaczyć czym było to spowodowane...
Poszłam na sprawdzenie. Gruby pan Meksykanin kazał podpisać mi jakieś papiery, że niby nie będę ich sądzić jeśli mnie popsują i kazał czekać.
Przyszedł pan doktor.
Jak się masz koteczku?
No jak to jak. Panika. Poty. Przykre wspomnienia z dzieciństwa gdy to na przykład ugryzłam panią dentystkę Bekeszową w palec.
Zrobili mi prześwietlenie, posadzili na krześle i kazali słuchać. Przypomniał mi się wtedy odcinek Jasia Fasoli u dentysty, który widziałam chyba z 10 razy. Próbowałam przestać się śmiać.
Doktor Safari – kolejny lekarz Sycylijczyk (pierwszy to doktor Satori- nasz kardiolog), w rozpiętej koszuli, spod której wychodziły włosy z klatki piersiowej zaczął wykład. Po pierwsze jestem z tego biednego kraju, w których nie stosuje sie takich praktyk, ale tutaj się stosuje i on mi dobrze radzi abym dała się namówić. Ale o co chodzi? Radził mi założyć koronkę. Jezu! Przecież ja taka stara nie jestem, żeby mi zakładali jakieś sztuczne zeby. A jednak. Otóż miałam w dzieciństwie leczenie kanałowe. Lewa, dolna piątka. Podobno w Stanach na każdy wyleczony kanałowo ząb nakłada się koronkę. W Polsce nikt mi niegdy nie zwrócił uwagi, że nie mam, a że powinnam mieć. Podejrzewam, że takich praktyk się nie stosowało. Wiem co mówię, bo chodziłam kiedyś z takim chłopakiem, którego brat był dentystą, a ojciec miał własną przychodnię dentystyczno-protetyczną. Dbali o te moje zęby, więc chyba by mi powiedzieli gdyby coś trzeba było chronić. Ale mi nie powiedzieli, więc podejrzewam, że nie wiedzieli.
Muszę tylko zapłacić $300 (resztę pokrywa ubezpieczenie) i już. 2 tygodnie temu założyli mi taką tymczasową. W czwartek idę na założenie stałej.
Poza tym, wszystko pięknie. Zero ubytków. Ale prawdę mówiąc jakiś ten dentysta wydawał mi się byle jaki, bo nie sprawdził każdego zęba po kolei, tylko kierował się tym prześwietleniem. Może i rzeczywiście mógł tam zobaczyć wszystko, ale jakieś mi się to wydaje naciągane.
I tak to będę miała sztucznego zęba (tzn. koronkę, ale to właściwie jedno i to samo)i moja wartość rynkowa spadnie. Pozdrawiam wszystkich którzy mają koronki, mostki i inne implanty.

Tak jakoś się dzieje, że będąc na obczyźnie traci się powolutku przyjaciół. To znaczy ci najbliżsi zostają, ale ci dalsi jakoś się tak rozmywają. No ale z drugiej strony może to też kwestia wieku, rozchodzenia się w różne strony świata, zakładania rodzin i tak dalej. Ale jak wspomniałam, najbliżsi zostają.

Mam taką jedną przyjaciółkę, którą poznałam w Stanach. A dokładniej na Alasce. Byłyśmy współokatorkami. Ona rudowłosy kujon w zielonych okularach czytająca książki przy latarce pod poduszką; i ja – dwudziestoletnia Polka, która ledwo co umiała się dogadać po angielsku. Łączyło nas dwie rzeczy – niechęć do trzeciej współlokatorki, i miłość do picia herbaty. Często siedziałyśmy sobie na ganku naszego drewnianego domku i popijałyśmy herbatkę. Dookoła góry i światło dzienne do północy, a my sobie tak siedziałyśmy i próbowałyśmy się porozumieć. Mój angielski był wtedy na dość miernym poziomie, więc nasze rozmowy musiały uwzględniać dość częste wymienianie się słownikiem polsko-angielskim. I tak to trwało. Podziwiałam ją wtedy za tą anielską cierpliwość.

Lato się skończyło i rozjechałyśmy się w swoje strony. Ja do Polski, a ona do Nowego Meksyku. Następne dwa lata na Alasce spędziłam sama (jej się nie chciało przyjechać, bo wkurzał ją deszcz- ludzie z Nowego Meksyku są bardzo przyzwyczajeni do słońca). Potem postanowiłam zostać w Stanach na dłużej. Nie miałam za bardzo gdzie pójść, więc ta moja przyjaciółka zaproponowała wspólne zamieszkanie w Nowym Meksyku. Ona potrzebowała współlokatorki, a ja mieszaknia. Zgodziłam się bez wahania.

Byłyśmy świetnymi współlokatorkami. Codzienne wspólne spacery dookoła getta studenckiego (koleżanka studiowała na uniwerku), cotygodniowe wypady za miasto, chodzenie po górach, picie Corony i jedzenie salsy z chipsami, moczenie się w gorących źródłach, gotowanie itd. Cholernie dużo spacerowałyśmy... Myślę, że obydwie zawdzięczamy sobie dość sporo.

Koleżanka ta do 21 roku życia nie opóściła Stanów. Pierwszym krajem, który odwiedziła była ... Polska. W Polsce była trzy razy i bardzo ją polubiła. Była zachwycona ulicznymi żurkami i piciem alkoholu na ulicach. Zafascynowała ją także opowieść o łudzkich łowcach skórek (koleżanka jest z wykształcenia pisarką więc miała o czym pisać). A potem jakoś tak poszło: wakacje w Anglii, rok w Pradze, Słowacja, Rumunia, Francja elegancja, Włochy, Węgry. Tak jakoś ta nasza znajomość uświadomiła jej, że nie trzeba znać języka aby podróżować i że wszystko się wszędzie ułoży. I tak sobie jeździła.

Potem przyszedł czas na Amerykę Południową. Nikaragua, Honduras, El Salvador, Panama. Odwiedziła także Kubę. Kosztowały ją te podróże trochę zdrowia, ale mimo wszystko ciągnie dalej.

Właśnie dostałam od niej email, że dostała pracę w jakiejś szkole w Wenezueli. I leci w październiku. Na cały rok. Dlaczego o tym piszę? Chyba dlatego, aby pokazać, że jak się chce to można. Gdy ją poznałam to w życiu nie powiedziałabym, że ta dziewczyna z babtyskiej rodziny kiedykolwiek wyjedzie poza granicę Stanów, a tu proszę. Rozkręciła się tak, że nie można jej zatrzymać.

No i oczywiście trzeba by zaplanować wyjazd do Wenezueli...

Kolejne zdjęcie pikupa.  Karpet to w Ameryce klasyka. Karpety są w każdym domu i apartamencie. Karpety te są właściwie jednakowe u większości Amerykanów. Jeśli mieszka się w apartamencie to jest raczej pewne, że po twojej przeprowadzce karpet ten zostanie wymieniony. I to są chyba takie właśnie karpety na tym pickup-ie. Zużyte znaczy się.



 
1 , 2
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston