czwartek, 30 sierpnia 2007
Na długi weekend wybieramy się do Parku Narodowego - Grand Teton (Wiki). Mieszkańcom wschodu i południa nie jest zbyt łatwo dostać się zarówno do Grand Teton, jak i Yellowstone. Normalne lotniska oddalone są od parku o kilka kodzin drogi, co jest raczej utrudnieniem zważywszy na to, że przeciętny Amerykanin nie ma raczej czasu na jakiekolwiek dojazdy.
Ale Amerykanie nie znają słowa problem. W celu ominięcia tej niedogodności wybudowali sobie lotnisko w parku narodowym.
Jutro lecimy do Jackson Hole, jednego z najbardziej kontrowersyjnych lotnisk w USA.
Oprócz tego parku, JAC ma także najkrótszy pas startowy w kraju. Podobno zdarza się, że czasem piloci nie wcelują i muszą znowu wzbić się w górę i trochę pokrążyć. Generalnie jest tam tłoczno.
Sprawy robią się jeszcze bardziej skomplikowane gdy do Jackson Hole przylatuje Dick Cheney. Ma on tam bowiem swóją willę wakacyjną. Dick jak wiadomo nie lata byle czym, i nie lata też sam. Tak więc zdarza się, że od czasu do czasu na tym małym lotnisku ląduję Air Force Two. Czasem, w Jackson odbywają się różne protesty o podtekście politycznym, ale zazwyczaj jest spokojnie.
Baronom z wielkich lotnisk w Chicago i Atlancie marzy się powiększenie pasa startowego (a może nawet ich rozmnożenie) i nasilenie transportu. No ale na szczęście obecnie obowiązuje jakieś porozumienie pomiędzy NPS i lotniskiem i nic powiększyć nie można.
Tak więc lecimy w piątek, wracamy w poniedziałek w nocy. Oczywiście jak wszystko dobrze pójdzie bo jak narazie na jutro zapowiadają '60% Tstms Likely' i jeśli nam się lot opóźni to możemy nie zdąrzyć na przesiadkę w Denver.
Życzę wszystkim miłego Labor Day.





-----------------
zdjęcie by Flickmor, kimkolwiek on jest
Polecam także notkę Kakofonii o lotniskach.


środa, 29 sierpnia 2007

Miało byś o strzelnicy, a trochę widzę że zaczęłam się obijać. Moja ‘przygoda’ z bronią zaczęła się w wieku już 6 lat. Jako że pochodziłam z domu żołnierza to coś tam o tych karabinkach się niby wiedziało. No widziało się jak żołnierze czyszczą te karabiny, czy też jak się ładuje amunicję do magazynku itd. Nie że mam jakieś doświadczenie, ale na tej strzelnicy tak jakoś zauważyłam, że to wkładanie nabojów do magazynka jakoś za łatwo mi idzie. Dni Dziecka spedzałam z innymi dziećmi żołnierzy. Oczywiście gdzieżby indziej jak nie na strzelnicy. Nie będę pisała o grochówce (chociaż to była zdecydowanie moja ulubiona część imprezy), ale napomknę że brało się udział w zawodach strzeleckich i nawet jak to ostatnio moja siostra wspomniała, wygrało się RINGO. Tak więc w wieku tych 6 lat byłam niezła. Na ile 6 letnie dziecko może być niezłe. Potem zaczęłam ślepnąć i już z tym trafianiem do celu było trochę gorzej. No ale coś tam w pamięci zostało.

Kolejny raz z bronią spotkałam się na Alasce kiedy to z kolegami i koleżanką poszłam do lasu na strzelanie do puszek i butelek. Ot taka amerykańska rozrywka. Ponoć bardzo popularna w Kalifornii, ale domyślam się, że w Teksasie też. Kolega wydał się, z tym że ma karabin czy tam strzelbę kiedy to niedźwiedź zaatakował nasz śmietnik i trzeba było go przestraszyć. Od tego czasu kolega organizował wypady do lasu na strzelanki. No i raz na taką strzelankę poszłam. Spotkało mnie tam dość traumatyczne przeżycie. Otóż kolega nie wspomniał, że trzeba mieć zatyczki do uszu tak więc nie miałam swoich. Kolega zaproponował pożyczenie swoich. Normalnie mówię wam, ludzie wstydu nie mają, te zatyczki były żółte z maksymalnie pomarańczowymi końcówkami. Myślę, że kolega miał te zatyczki od dziecka, tylko że od dziecka nie mył także uszu. Strzelałam wtedy bez zatyczek. To było jakieś 5 lat temu. Od tego czasu cisza. Wspomnę jednak, że przez 4 lata pracowałam w miejscu gdzie faceci nosili pistolety na codzień i istniało ryzyko, że też będę się musiała opancerzyć. Mieliśmy też w pracy strzelnicę i inne takie. No ale już tam nie pracuję, a jak wiadomo co było a nie jest, nie pisze się w rejestr.

Na strzelnicę Top Gun wybrałam się trochę z ciekawości. Nie po to aby sobie postrzelać, tylko żeby zobaczyć tych Teksańczyków. Poszłam z Menszem i dwoma kolegami. Jeden kolega był kilka tygodni wcześniej więc wszystko nam wytłumaczył. Przychodzimy, płacimy, wybieramy ‘gnata’ i cel (jeden cel nazywał się Britney), potem pan nam daje krótkie szkolenie z obsługi pistoletu i jazda. Okazało się, że plany się trochę pokrzyżowały bo pana od nauczek nie było. Bo niedziela przecież. Ale- cytuję pana ze strzelnicy: kolega był to wam wszystko pokaże. Tylko podpiszcie tu i tu, że jak się postrzelicie to nie będziecie nas sądzić. Dostaliśmy słuchawki wybraliśmy rewolwer i dwa pistolety (w tym pistolet Jamesa Bonda) i poszliśmy na strzelnicę. Dodam, że można też było wziąć maszynowy, ale wydawało nam się że bez tego szkolenia to jednka trochę przeginają. No było tam parę okazów. Nie powiem. Pan wyglądający jak nauczyciel z South Park tylko, że wielkości Cartmana miał ze sobą jakieś 15 'gnatów', pan z 15 letnią córką, pani z mężem i inni ‘like minded’ kowboje. Jeden chłopak poprosił mnie, żebym go nakręciła na video. Pewnie można to znaleźć gdzieś na youtube. Podszedł do mnie z aparatem i mówi ‘shot me’ – dowcipniś. Punktem kulminacyjnym było krwawienie z mojego palca. No zacięłam się pistoletem. Po jakimś czasie znudziło mi się, bo ja się generalnie szybko nudzę. Poszłam sobie kupić pepsi i czekałam na chłopaków w komorze dla obserwatorów.

Dwa lata po Katrinie. Dla niektórych wciąż bez zmian. Zapraszam do obejrzenia reportażu.
piątek, 24 sierpnia 2007

Wpis ten dedykuje szczególnie Evkowi, bo wiem że może ją to zainteresować. Pisałam parę miesięcy temu o moich zajęciach z Flash-a. Było to moje pierwsze doświadczenie z Adobe na tak bardziej poważnie (czyli, że więcej niż używanie Adobe Reader). O tym jak było na zajęciach już wiecie (a jak nie to zapraszam). W ubiegłym tygodniu zakończyłam kolejne zajęcia. Tym razem z Photoshopa. Zapisałam się na kurs dla zaawansowanych i okazało się, że wiem więcej niż mi się wydawało i mówiąc krótko wynudziłam się trochę. Owszem, nauczyłam się o Drop Shadows, Quick Selections itd. ale z całą pewnością nie było to warte paru stówek, które wybuliłam.

Potem przyszedł czas na kolejny wydatek. Przyszło zamówienie na kolejną stronkę i blog więc postanowiłam, że czas zainwestować we własny software. No i mam. Nie tylko software ale i jakiś tam balans na karcie kredytowej. Zakupiłam wszystko co wydawało mi się potrzebne i muszę przyznać, że jeszcze nigdy w życiu żaden program na komputer mnie aż tak bardzo nie zachwycił jak ten cały CS3. Wszystko mi w końcu pięknie chodzi, nic się nie zacina, normalnie zero stresu. Z pakietem dostałam też dvd z lekcjami. Nie w wersji pdf tylko nromalnie- video. Krok po kroku, krok po kroczku nauczyciel pokazuje gdzie trzeba wejść żeby uzyskać jakiś tam efekt. Nauczyciel się nie zacina, nie pierdzieli tylko konkretnie wykłada kawę na ławę. I tu właśnie zbliżam się do sedna sprawy. Otóż poraz kolejny przekonałam się, że fajne pomysły nie są niestety mojego autorstwa. Lekcje te stworzone są przez firmę lynda.com. Ostrzegam, że jak tam wejdziecie to być może już nie wyjdziecie. Linda jest po prostu boska! Za 25$ miesięcznie (albo $250 rocznie) można uzyskać dostęp do wszystkich programów z biblioteki. Nie tylko Adobe. Można także kupic te lekcje na dvd, no ale to już trochę droższa sprawa. Niestety. Osobiście, dostęp online mi nie przeszkadza, bo łącze mam niby szybkie i komputer się nie krztusi. Niby LOST mogę sobie oglądać bez problemu. No ALE ja tam lubię zakupiony produkt mieć w ręku, więc trochę mi żal że te dvd są drogie. Tak więc zapisuję się do szkoły pani Lindy już od września. Olewam kursy na uniwerku (oprócz jednego z SEO).

Lindę polecam, bo spróbowałam i wydaje mi się że jest to bardzo dobry produkt.


czwartek, 23 sierpnia 2007
W Stanach podobnie jak z telewizją, istnieje także problem z radiem. Cieżko jest znaleźć dobrą stację, która zaspakaja nas w conajmniej 60%. W Polsce taka stacją była dla mnie Trójka, chociaż nie uważam się za trójkowego maniaka.
Obecnie na żywo słucham NPR, ale tylko i wyłącznie pomiedzy 7.00 a 7.30 rano i czasem jak wracam późno z pracy słucham paru audycji takich jak: All Things Considered czy też Byyyyyyyyznes News.
W niedalekiej przeszłości słuchałam podcastów między innymi z NPR. Ściągałam je sobie z internetu i słuchałam w pracy. Z podcastów słuchałam: Books, Business Story of the day, World story od the day, a także NPR Shuffle.
Ale generalnie NPR trochę mi się przejadło. Wieje od niego jesienną deprechą. Wszystkie historie są owiane jakimiś dramatami. Nie za dobrze jest słuchać tych smutów przed pracą. Oj nie za dobrze.
Nie że nie współczuje dziadkowi, który stracił dom podczas Katriny czy też dziewczynce, która mieszka w Afryce i nie ma rodziców, czy też amerykańskiem kierowcy tira, który pojechał do Iraku. Współczuję. Ale wygląda na to, że NPR w 90% przedstawia sprawy w takim właśnie tonie.
Nie narzekam, bo w końcu radio to ma jakąś tam misję, która chce spełnić i co tu dużo mówić- życie nie jest lekkie. Nie narzekam. Po prostu nie słucham za dużo.
Dlatego ostatnio ograniczam słuchanie NPR do All Things Considered i SoundClips, które polecam.
Oprócz NPR słucham także najlepszej stacji muzycznej jakiej kiedykolwiek miałam okazję posłuchać, a mianowicie KEXP org. Można słuchać online.
Słucham też paru innych podcastów, o których pisałam już wcześniej. Przeprosiłam się nawet z Polskie Detroit, które chyba się poprawiło (albo mi się pozmieniało).
Do listy moich podcastów ostatnio dołączył ten, który kilka dni temu doprowadził mnie do ataku śmiechu w godzinach pracy. Chodzi mi o program This American Life z Chicago Public Radio.
Program ten przedstawia różne historie. Historie te ukazane są w kilku aktach. Przedstawiają one jak się można domyślić American Life.
W ostatnim odcinku Detectives przedstawiono historie osób, które albo takimi detektywami były, albo chciały by być.
Prywatni detektywi jak się okazuje mają różne sprawy do rozszyfrowania- zaczynając na zdradzających żonach czy dziewczynach, a kończąc na odnalezieniu tego, który w domu zamiast papieru toaletowego używa białego ręcznika do rąk i który jak się później okazuje je kukurydzę.
This American Life jak to Inżynier zwykł powiadać jest właśnie takim programem 'i do smiechu i do łez' i na skali zaspokajania myślę, że dałabym mu nawet 90%.
niedziela, 19 sierpnia 2007
Jest gorąco.
A jak jest gorąco to lepiej być wewnątrz niż na zewnątrz.
Oprócz przygotowywania się na ewentualne przybycie Dean'a (zakup wody itepe), taki właśnie jest mój plan na jutro.



czwartek, 16 sierpnia 2007



To był mój drugi raz w Houston kiedy to podczas powrotu do domu trząsły mi się nogi. Ulice zalane. Parkingi zalane. Na stacji benzynowej koczują ci, którzy mieszkaja drochę dalej niż 5 minut od pracy. Piorun walnął tak, że wysiadł nam w pracy prąd. Woda poodginała mi tabilce rejestracyjną. Słychać syreny, bo strażacy muszą dojechać do tych, którzy mimo wszystko zdecydowali się jechać przez te 'rzeki'. Dni jak dzisiaj uświadamiają, że właściciele pickupów z których się trochę podśmiewam mogą się nam zaśmiać prosto w twarz.
Podłączam laptopa, vpn i wracam do pracy.

-------------------------------
A tu kilka zdjęć z gazety i filmiki: dywany w centrum handlowym  Rice Village, i 610.
środa, 15 sierpnia 2007
Bynajmniej nie moje. Taka kontynuacja fali '5 rzeczy'- tylko, że trochę na poważniej. Zapraszam .
The 'Hatch' Chile Festival odbywa się każdego roku nie tylko w Nowym Meksyku. My po sąsiedzku też jemy green chile jak opętani. Nasz lokalny Whole Foods już zaczął prażenie, chociaż festiwal będzie miał miejsce dopiero podczas Labor Day.
Green chile, o którym tutaj mówię nie ma nic wspólnego ze wszystkim z pewnością znanym jalapenio. Jalapenio jest o wiele bardziej pikantne, i u tych niewprawionych może nawet spowodować odruch wymiotny. Hatch chile jest o wiele bezpieczniejsze.
Prażone green chile z Nowego Meksyku nie tylko świetnie pachnie, ale także wspaniale smakuje. W takiej uprażonej formie można je dodać praktycznie do wszystkiego: do posole, do ziemniaków, do ryby, hamburgerów (mam kilka przepisów jakby ktoś był zainteresowany). Można je też po prostu jeść bez niczego. Takie green chile pamiętam z mojego pobytu w Nowym Meksyku.
Jak niektórzy wiedzą zanim zamieszkałam w Hjuston, mieszkałam w Albuquerque - królestwie green chile. Tam też zjadłam swoje pierwsze chile z patyka uprażone nad kuchenką. Moja współokatorka była od niego uzależniona. Szybko udzieliło się także i mnie...
Green chile pochodzące z Nowego Meksyku może być pikantne, ale czasem może trafić się też i mało pikantny anemik. Oczywiście na skali Scoville'a można znaleźć bardziej pikantne paryczki. Hatch chiles w skali Scoville's to tylko wskaźnik rzędu 500- 2500.
Green chile przyszło do nas od sąsiadów. W Texasie też oczywiście mamy wielbicieli pikantnych smaków. Texańczycy namiętnie uprawiają: Long Red Cayenne, Honeysuckle Bell, Serrano, Red Block Bell, Jalapeno, Senegal, Red Savina Habanero, Anaheim, Tabasco, Ancho/Poblano, Super Chile czy też Sandia. Moim ostatnim teksańskim odkryciem jest Rasberry Fire Salsa (czy jakoś tak)- do nabycia w Central Market w dziale z salsami.
A jak jest bardziej na północ?

piątek, 10 sierpnia 2007

Zapraszam TU . Aż się wzruszyłam. Ciekawe czy po mnie też by się taka gromada wróciła? Niestety wątpię.
O Battle at Kruger można poczytać także na Wikipedii i na BBC .Teraz tylko czekać aż pojawi się odpowiedź na ten filmik: Battle At Kroger's. Może sama powinnam taki nagrać? W końcu pończochę na głowę na battle już mam. Jest u was Kroger ? U nas jest. Chodzę tam po lody. Moje ulubione- Cherry Garcia.
środa, 08 sierpnia 2007
Oj kochani tak mnie korci żeby pokazać wam gdzie dokładnie mieszkam, no ale nie pokażę. (Ci którzy mają mój adres mogą sobie sami sprawdzić). Zapraszam wszystkich do wirtualnej wycieczki po naszym mieście.
Na blogu mashable.com można zobaczyć ciekawe rzeczy / sytuacje znalezione na Google Street View. Mnie osobiście najbardziej podobał się człowiek bez głowy, ale inne też są niczego sobie.
Może ktoś znajdzie coś równie ciekawego w Houston?
Poruszaliśmy tu kiedyś na tym lub innym blogu temat kolekcjonowania. Obecnie nie kolekcjonuję nic oprócz pickupów. Ale z tymi też coś ostatnio się trochę obijam. W przeszłosci kolekcjonowałam wyżute gumy do żucia, temperówki, papierki po czekoladkach i inne śmieci.
Kim Enloe. artysta którego spotkalismy na opisanej pod spodem imprezie też ma dość nietypową kolekcję. 'Kolekcjonuje' on bowiem rzeczy zatopione w asfalt. To znaczy robi im zdjęcia.
Kupiłam od tego pana zestaw pod nazwą 'Box of heart' - 10 kartek z serduszkami z rzeczy namalowanych, rozlanych czy tez wtopionych w asfalt.
Zapraszam do obejrzenia kolekcji tego pana TU.
 
White Linen Night jest nową imprezą, która przybyła do Houston wraz z ofiarami Katriny. White Linen Night to festiwal, który ma za zadanie między innymi tchnąć 'trochę' życia w śpiącą dzielnicę Heights. Tyle tylko, że to 'trochę' okazało się raczej w skali makro.
Mielismy nie iść, bo w sumie mi się nie chciało. Miałam dość przerabany tydzień i wolałam oglądać filmy na dvd, popijać Pimm's i wzdychać. No poszliśmy, bo obiecaliśmy z kimś tam się spotkać.
Nie spodziewałam się niczego nadzwyczajnego. Spodziewałam się kilku straganów, jakiegoś grającego dziadka i kilka osób ubranych na biało.



Okazało się jednak, że poraz kolejny mieszkańcy dzielnicy Heights pokazali, że umieją organizować imprezy lepiej niż inni. Sultry, steaming, exotic and artfully provocative- to hasła imprezy. Normalnie, gdybym cos takiego usłyszała to pewnie zaśmiałabym się pod nosem i wywaliła zaproszenie do kosza. Szczególnie to 'artfully provocative' jakoś mnie tak zniechęcało. No ale proszę ja państwa poczułam się tam jakbym była nawet nie w Nowym Orleanie, a bardziej na południe- na Kubie. Panowie w białych gajerkach w kapeluszach palący cygaro, panie w białych sukienkach bez ramiączek, grające dziadki- no normalnie miodzio.
Nie wspomniałam, że jak nazwa imprezy wskazuje, wszyscy uczestnicy i gapie muszą ubrać się w coś białego. Może być garnitur, a może to byc biała koszulka, czy nawet białe prześwitujące spodnie z niekoniecznie invisible underwear prosto ze sklepu Victoria's Secret. Oczywiscie imprezę trzeba było zaprezentować w texańskim stylu, czyli kowbojki i inne paski czy też kapelusze były dozwolone.
19th Street w dzielnicy Heights jest tą, na której znajduje się sporo galerii i innych oryginalnych, a czasem bardzo dziwacznych sklepów. Mamy tu sklepy z gadżetami z Meksyku, sklepy ze starociami, sklepy z koszulkami z Guantanamo Bay i skelpy z innym, trudnym do określenia chłamem.
Wszystkie te sklepy wyprzedały w ten wieczór chyba wszystko co miały, bo ruch był nieziemski. Organizatorzy dowozili darmowymi busami coraz to więcej uczestników tego festiwalu.
Na każdym rogu grał jakiś zespół. Metal, country, czy też jakieś kubańskie dźwięki. Na każdym rogu sprzedawali jakieś popcorny czy inne równie nie zdrowe bzdury. A dookoła te panie w białych sukienkach, panowie w klapkach i białych spodniach, jednym słowem wakacyjna atmosfera. Czułam się jakbym była na festiwalu Art Deco w Napier, tyle tylko że u nas wszyscy na biało, a tam na Art Deco.
Impreza trwała tylko do 22-ej. Pogoda dopisała, komary nie pogryzły (aczkolwiek Mensza w niedziele użądliła osa i ugryzł pająk). Tym, którzy nie byli a mieszkają w Houston, polecam White Linen Night już za rok.








Więcej zdjęć TU.
W następnym odcinku opowiem o panu, którego spotkaliśmy tego wieczoru.
niedziela, 05 sierpnia 2007

Zawsze mnie ci panowie fascynowali...
sobota, 04 sierpnia 2007
Coś ostatnio bardzo dużo jest dobrych filmów w kinie. Właśnie wróciłam z kolejnego seansu. Który z agentów jest waszym zdaniem bardziej 'super'?





Po zagłosowaniu zapraszam do lektury .
 
1 , 2
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston