sobota, 30 września 2006
Wiem, że obiecałam wpis o czymś innym, ale zmieniłam zdanie. Dziś dam wam, że się tak wyrażę trochę siebie. Dzisiaj będzie o snach. Sny są bardzo ważną częścią mojego życia. Bywają gorsze i lepsze, ale  zazwyczaj zawsze je pamiętam.
O snach rozmawiałam z wieloma osobami. Większość z nich twierdziła, że albo nic im się nie śni, albo nic nie pamiętają. Jak to jest, że ja pamiętam wszystko? Postanowiłam je zacząć spisywać. Być może kiedyś ktoś je rozszyfruje. Może jakiś psycholog, albo lepiej- psychiatra hehe.
Dzisiejszy sen pochodzi sprzed jakiegoś miesiąca.
Wraz z Menszem z jakiegoś nieznanego mi powodu mieszkamy w jakiejś szopie. Właściwie nie jest to taka szopa, a bardziej coś jak gdyby hotel, tyle że z desek. Mamy tam swój pokój. Niby jest bezpiecznie, ale wiem, że czasy są cieżkie i być może będziemy musieli tą szopę opuścić. Właścicielem szopy jest znany fanom serialu Lost - Sawyer. Saweyr (ten w filmie) jest facetem, który tak naprawdę ma wszystko głęboko gdzieś. Myśli tylko i wyłącznie o sobie. Ma powodzenie u kobiet, które wykorzystuje z premedytacją (chodzi o wykorzystanie finansowe, a nie fizyczne). Jest niebezpiecznym oszustem. Dowcipny i chamski, lubiący wyrafinowane, politycznie niepoprawne żarty. A jednak jest coś w tym Sawyerze takiego, że niejedna z nas chciałaby zatonąć w jego ramionach i marzyć o tym, że być może będziemy tą jedną jedyną, która go odmieni. Że będziemy tymi, które będzie bronił i takie tam pierdoły. Prawda jest niestety taka, że Sawer nie lubi się wiązać gdyż wie, że nie warto bo i tak się wszystko rozpadnie. Zresztą Sawyer po prostu nie umie. Typ takich facetów nazywam Piratami. W ogóle to ja dziele facetów na: nudziarzy, rycerzy, piratów, luzerów i fajnych Ryśków. Może jest jeszcze kilka innych kategorii, ale ich narazie nie pamiętam. Sawyer jest 100% Piratem. Znam takiego jednego Pirata. Myślę, że świetnie by się z Sawyerem dogadał.
W każdym bądź razie Sawyer wywalił nas z tej szopy. Powiedział, że mamy 2 godziny aby się wynieść i wracać do naszych krajów.
Tak się jednak jakoś zdarzyło, że była z nami moja teściowa, która postanowiła Sawyera przekupić. Postanowiła go przekupic - U W A G A - magicznym koszyczkiem. Koszyczek ten był czymś w stylu stoliczka z bajki "Stoliczku nakryj się". Koszyczek był wiklinowy, bez jakichś tam rączek . Po prostu takie małe pudełko 8 cm x 8 cm. W koszyczku był kawałek materiału spod którego wystawały dwa krzaczki. Coś jakby miniaturki. Jeden był krzakiem porzeczkowym (czerwona porzeczka), a drugi jagodowym. Na każdym z nich było kilka jagód. Magia tego koszyczka polegała na tym, że gdy tylko zjadło się to co na nim było to natychmiast wyrastały następne. Nie mam pojęcia skąd teściowa to wynalazła. Jest to nieistotne. Istotne jest natomiast to, że Sawyer dał się przekupić i mogliśmy wrócić do szopy.


No dobra. To idę na margaritę, a wy tu interpretujcie.

01:53, hjuston , sny
Link Komentarze (8) »
czwartek, 28 września 2006

Byliśmy wczoraj na kolejnym wykładzie organizowanym przez Progressive Forum Houston (o poprzednich można poczytać sobie tutaj i tutaj). Wczorjaszym gościem był Edward O. Wilson. Biolog. Entomolog. Prowadzi badania w zakresie ewolucji i socjobiologii.

Tutaj należy nadmienić, że moje zainteresowania biologiczne są raczej minimalne. Powiedzmy sobie szczerze, nawet fotosyntezy do końca nie rozumiem. Moja edukacja z biologii zakończyła się w ogólniaku gdzie przysługiwała nam jedna godzina tygodniowo przez 3 lata. (Byłam w mat-fizie). Jeśli zaś chodzi o te owady to lubię je. Szczególnie wtedy gdy chodzimy robić im zdjęcia.

W ogóle jeśli chodzi o biologię to jakoś tak nie bardzo wiem jak mam się zachować, bo w przeszłości byłam, ze tak powiem nagabywana do zainteresowania się tymi wszystkim genami i genomami, a tak to zazwyczaj jest, że jak ktoś cię przymusza i wmawia, że to jest okrutnie interesujące i musisz przeczytać, to raczej zbyt wiele dobrego z tego nie wychodzi. Nie będę się tutaj spierać, czy jest to rzeczywiście interesujące czy też nie jest- powiem krótko- dla jednego jest, a dla drugiego nie, albo jeszcze nie.

No ale mimo wszystko poszliśmy na ten wykład. Poszliśmy głównie dlatego, że Wilson jest osobą znaną, szanowaną i uznaną za jednego z większych naukowców naszych czasów. Jeden z 25-ciu najbardziej wpływowych ludzi Amerki. Zresztą, chodzi też o to, że te wykłady organizowane przez Progressive Forum są jakimś takim wydarzeniem, którego być może nie będziemy mieli szansy nigdy więcej doświadczyć. Tak więc poszliśmy. Do opery, bo w operze był ten wykład. Przed wykładem kieliszek wina, żeby sie lepiej słuchało i trzeba było iść.

Sala była prawie pełna. Przyszło sporo naukowców z Rice University i University of Houston. Przyszło też sporo starszych, bogatych ludzi, którzy na te wykłady organizowane przez Forum przychodzą chyba z nudów (bo na przykład dziadek obok nas cały czas spał). Tak więc publiczność można było podzielić na naukowców i studentów, kobiety pachnące drogimi perfumami, śpiących dziadków, i takich jak my – ciekawskich.

Przed wykładem poszłam do łazienki i przypomniały mi się studenckie czasy. Te panienki z biologii nic, a nic się nie różnia. Bez względu na to, na którym jest się kontynencie. Na wydziale ekonomii zazwyczaj panowało przekonanie, że panienki z biologii są takie szare i smutne. Zapewne łebskie (chociaż nie zawsze), ale takie jakieś nie bardzo, takie nazwe je- odgrzewane. Domyślam się, że o nas mówiły podobnie- pindy na szpilkach, pustaki, blondynki itd. Muszę tu bronić koleżanek po fachu i dodać, że większość z nich radzi sobie w życiu całkiem nieźle (cokolwiek to znaczy). Nie można być może z nimi pogadać o fotosyntezie, ale akurat mnie to nie przeszkadza.

Natomiast mój Monsz miał inne doświadczenia z wydziałem biologii. On twierdził, że na biologii panienki były zawsze o niebo lepsze, niż te z geologii. Pamięta też, że panowała na tym wydziale biologii moda na robienie na drutach, bo wszystkie chodziły w dzierganych ciuchach. Co wydział to obyczaj...

Przed wykładem śpiewaczka operowa zaśpiewała jakąś 15 minutową pisenkę składającą się z jednej, czterowersowej zwrotki. Ktoś nie wytrzymał i parsknął śmiechem. Nie byłam to ja.

No ale wracają do Wilsona. Na dziadka, który ma 75 lat trzymał się naprawdę świetnie. Energiczny, mało mamrotał. Mówił naprawdę z sensem. Jest dowodem na to, że trzeba te nasze mózgi gimnastykować, żeby na tą sklerozę zachorować jak najpóźniej. No ale sama prezentacja była, że tak powiem- pożal się Boże. Fakt, że Wilson sprawnie obsługiwał komputer i nie miał żadnych pomocników do przerzucania slajdów (co zdarza się na większości innych prezentacji, które widziałam). Ale te ryskunki, i slajdy były naprawdę przedpotopowe. Wyglądały bardziej jak jakieś ryciny, niż slajdy z prezentacji z roku 2006.

Sam wykład miał być o jego nowej książce „The Creation”, którą zakupiłam na wyprzedaży na Amazonie kilka tygodni temu. Książka napisana jest w formie listów do pewnego pastora z południa Stanów. Udowadnia w nich, że naukowcy i ludzie religii muszą połączyć siły w celu uratowania otaczającej nas przyrody. Wykład raczej był trochę nie na temat. Mówił bardziej o tym co jest niezbadane. O bioróżnorodności. O tym ile gatunków owadów, wirusów i bakterii jest jeszcze nienazwanych i takie tam. I te miliony bakterii siedzą gdzieś sobie i coś tam robią. A my nawet nie wiemy co. To akurat zaintrygowało mnie najbardziej z całego tego wykładu. Kusi mnie, żeby w tym miejscu wstawić emotikon, ale mam zasadę, że nie wstawiam.

Potem były pytania, ale musiałam wyjść wcześniej żeby ustawić się w kolejkę do podpisu książki. No i dzięki temu mam książkę z autografem, aczkolwiek mrówki mi nie narysował.

Co wyniosłam z tego wykładu? Chęć aby moje dziecko zajęło się makro fotografią. Tak sobie wymysliłam siedząc tam i wdychając te drogie perfumy zmieszane z zapachem tłustych włosów.

Po wykładzie o dziwo nic mi się nie przyśniło, a przecież ostatnio śnią mi się tak niesamowite rzeczy, że właściwie to możnaby o tym książkę napisać. Kto wie, może Wilson by ją kiedyś przeczytał? hehe


środa, 27 września 2006
Jak dawno nie było zdjęcia pikupka. NIe myślcie sobie, że mi ich zabrakło. NO cóż, tego nie będzie łatwo skomentować. Po prostu wracał sobie facet z kempingu. Widać tam bowiem namiot, plastikowe krzesło i inne, jakże potrzebne przedmioty.


wtorek, 26 września 2006
Zaintrygowało mnie jedno z forum Gazety. A mianowicie - Co wozicie w bagażniku? Przypomniano mi bowiem, że wożę sobie w tym bagażniku ubrania, które mam zamiar zawieźć do Armii Zbawienia. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to że mam je tam w tym bagażniku już od roku. Mam tam dwie torby. Jedna z ciuchami, a druga z butami. Buty zaczęły mi się ostatnio wysypywać i zaczęłam je już nawet zagarniać w kąt bagażnika. Wydaje mi się także iż jedna z koszulek, którą miałam zamiar oddać, strasznie wypłowiała. Gdybym mieszkała w Polsce, pewnie zalęgłyby mi się mole.
Czy wy też tak macie?
poniedziałek, 25 września 2006

Całe dzieciństwo oglądałam Z kamerą wśród zwierząt, dlatego też poruszyła mnie dzisiaj wiadomość o Gucwińskim. Tymbardziej, że był on takim naszym polskim Crocodile Hunter.

Komu ufać w dzisiejszych czasach? Papież zły, Andrzej Samson zły. I może jeszcze powiecie, że Adam Słodowy też jest zły?

piątek, 22 września 2006
Robię przysługę przyjaciółce z Nowego Meksyku i bawię się ostatnio w kuriera. Koleżanka wyjeżdża sobie na jakiś czas do Wenezueli. Wyjeżdża dokładnie 10-go października. Wysłała paszport do ambasady i czekała na wizę. Zamiast wizy dostała zwrot paszportu i dowiedziała się, że nie ma miejsca na wizę i że musi zamówić nowe strony do paszportu. Po ocenieni sytuacji wyszło na to, że zamiast załatwiać paszport przez pocztę, lepiej będzie przysłać go do Houston i załatwić to osbiście w 2 dni. Oczywiście z upoważnieniem potwierdzonym notarialnie i tak dalej.
Musiałam się wybrać do biura federalnego, gdzie oczywiście na bramce stało czterech znudzonych strażników, których pracą jest obszukiwanie różnych typów.
Spotkanie miałam w samo południe. Zaczęło się fantastycznie, bo zapomniałam ze sobą zabrać ID w związku z czym właściwie moja wycieczka była na marne. Mieszkam blisko tego urzędu więc podskoczyłam do domu, zabrałam prawko i wróciłam. Na dole strażnicy, winda na 14 piętro i smutne twarze urzędników państwowych. Boże, a jeszcze niedawno chciałam złożyć podanie o pracę w fedzie. Też bym chodziła taka skwaszona...
Jak to w Ameryce bywa, wszelkie urzędy pełne są pracowników, którzy wykonują bezsensowną pracę. Ale oczywiście dzięki temu nie ma bezrobocia i wszyscy są szczęśliwi. Szczególnie jeśli pracują dla rządu...Przy wejściu do biura paszportowego siedzi sobie pan, którego zadaniem jest chyba powiedzenie dzień dobry, bo nic więcej on nie robił. Przypominał mi trochę dziadków z Wal Mart-u, którzy stoją przy drzwiach i mówią good morning, albo afternoon. Ten pan skierował mnie do kolejki do kolejnego okienka, w którym to przeglądano moje dokumenty w celu stwierdzenia czy wszystko mam. Następnie dano mi numer z qumatica (numer A0011) i kazano usiąść. Czas oczekiwania 8 minut. Numer A0011 musi się udać do okienka numer trzy gdzie siedzi strasza Roszanda. Roszanda otworzyła mój paszport i powiedziała mi że nie będzie ze mną rozmawiać bo paszport jest zbyt zniszczony i żadnych stron dodawać nie będą. Koleżanka musi złożyć podanie o nowy paszport. I żadnej dyskusji.
No to poszłam. Z kwitkiem. Odesłali też kilku Meksyków, którzy nie wypełnili podania tak jak trzeba, i kilku innych. Paszport moim skromnym zdaniem zniszczony nie był. Owszem, była tam plama z pleśni, którą z pewnością Amanda zdobyła w Nikaragui, ale widziałam gorsze. Bardziej rozlatujące się, bardziej zgniłe... No ale z urzędasem nie podyskutujesz. Szczególnie jak się na ciebie obrazi.
POstanowiłyśmy, że Amanda przyśle mi kolejne upoważnienie i kolejny czek i ustawi kolejne spotkanie i pojadę raz jeszcze. Tym razem w poniedziałek o 8 rano przed pracą. Byłam pod urzędem już o 7.45, ale byli tam tacy, którzy chyba byli tam już o 6 rano.  Gruby strażnik nie pozwolił nam wjechać na góre, tylko kazał się ustawić pod ścianą i grzecznie czekać. I tak se staliśmy. Brakowało tylko kogoś, kto mógłby nas rozstrzelać... Pan bardzo się rządził. Coś krzyczał, nie pozwalał się rozchodzić itd. Po chwili pozwolił nam łaskawie wsiąść w windę i wysłał nas na 14 piętro. Niezła praca. No ale jak już wspomniałam wcześniej, lepsza taka niż żadna. Chociaż czasem mam spore wątpliwości czy tak naprawdę jest...
Na górze już na nas czekali. Pan, który mówił dzień dobry i pan który mówił dobranoc. Ludzie, trzymajcie mnie. Na co tam tyle ludzi?
Podchodzę do okienka i pani mi mówi, że skoro nie pamiętam numeru appointment, to muszę iść do domu i sobie przypomnieć. Jak jej mówię, że na 100% mam umówione spotkanie to ona, że bez numeru to tak jakbym nie miała. Na nic prośby, żeby sprawdziła po nazwisku. Twierdziła, że się tak nie da. Praca tej pani polegała na skreślaniu numerków na manifeście. Kto przyszedł, a kto nie- taka praca. Mojego pewnie nigdy nie wykreśliła, bo właściwie wg jej kryterium to mnie tak jakby tam nigdy nie było. I ja się pytam, dlaczego tej pracy nie mógł wykonywać pan dzień dobry, albo pan pocałuj mnie w d... ?
Sprawę załatwiłam pomyślnie.
Ale do czego zmierzam kochani. Otóż o paszport trzeba dbać. Zawsze mi się wydawało, że paszport to bardziej kulowy im bardziej zniszczony. Taki zawsze chciałam mieć. Ale już nie chcę. Był tam bowiem facet, któremu też się chyba podobnie wydawało. Leciał sobie z Minesoty do Kanady, z przesiadką w Houston. Było to w piątek. Powiedziano mu tam, że jego paszport jest za bardzo zniszczony i że go nie puszczą. I że świetnie się składa, bo w Houston jest biuro paszportowe i może sobie pójść i załatwić. Bilet chyba mu przebukowali, ale za hotel i samochód musiał sobie zapłacić sam (2 dni w Houston to jakieś $200- jak się nie ma znajomych i trzeba podróżować pomiędzy downtown i lotniskiem IAH). Do tego trzeba zapłacić za nowy paszport w trybie ekspresowym - $125.  I nie ma dyskusji, że wcale nie jest aż tak bardzo zniszczony... Tak więc podobna sytuacja może spotkać każdego z nas, więc dbajcie dzieci o paszporty.
Minęły dwa dni i paszport dzisiaj właśnie przyszedł. Wysłałam go już do Ambasady Wenezuelskiej i z nadzieją, że być może Amanda zdąży wylecieć tego drugiego października.
Jest tylko jeden problem. Właśnie tak sobie pomyślałam, że mogą się znowu przyczepić, bo nowy paszport jest przecież nie podpisany...
Dzień dobry - dobranoc.


Usłyszałam dzisiaj  o  ciekawej akcji, która miała miejsce w San Francisco  (podobno także w Londynie i innych miastach też, ale o innych miastach nie słyszałam). Otóż istnieje sobie grupa  REBAR , która składa się z projektantów i aktywistów mieszkających w SF. O grupie można przeczytać TUTAJ. Przetłumaczyłabym, ale prawdę mówiąc trochę się dzisiaj nie za bardzo czuję.
Tak więc dzisiaj został zorganizowany ten PARK(ing) Day, w którym to chodziło o to aby zająć parkingi przy parkomatach i urządzić w nich mini parki. Niektórzy rozkładali sztuczną trawę, inni rozstawiali namioty, a jeszcze inni poustawiali ławki. Na oczątku wrzuca się własne monety, a potem trzeba prosić przechodniów aby dali kilka centów. I tak można sobie posiedzieć w parku i poczytać książkę...
Pomysł może brzmi trochę nie za bardzo, ale jak zobaczycie zdjęcia to sami przyznanie, że pomysł nei taki głupi jakby się na początku wydawało. Zdjęcia można zobaczyć TU (trzeba tylko zjechać do photos).
No to miłego oglądania. Ja idę spać, bo coś mnie bolą dzisiaj uszy od środka...
czwartek, 21 września 2006
Jestem fanką serii podręczników "The worst-case scenario". Mam już pięć: pierwszą, która byłą właściwie o wszystkim, drugą o podróżowaniu, o pracy w biurze, o randkach i seksie, i ostatnio zakupiłam o rodzicielstwie. Nie kupiłam sobie tylko częsci o golfie gdyż w golfa nie gram (aczkolwiek mam kolegę, który namawia na spróbowanie wiec moze dam się skusić). Dla niewtajemniczonych dodam, że są to podręczniki humorystyczne, ale napisane przez specjalistów i można się z nich dowiedzieć wiele interesujących rzeczy (na przykład: jak skoczyć z dachu do śmietnika, albo jak wyciągnąć batonika z maszyny bez płacenia). Do każdej historii jest rysuneczek przypominający trochę rysunki z podręcznika do PO. Zresztą możecie sobie większość zobaczyć TU.
No więc czytam teraz ten podręcznik o rodzicielstwie i można się z niego dowiedzieć. Między innymi:
  • jak się zachowywać gdy dziecko płacze w samolocie,
  • jak zrobić pieluchy,
  • jak wykąpać dziecko bez wanny,
  • jak się włamać do samochodu jeśli przez pomyłkę zatrzaśniemy w nim dziecko,
  • jak usunąć gumę do żucia z włosów.
Oczywiście dzieci rosną jak na drożdżach i w związku z tym pojawiają się bardziej dorosłe problemy:
  • jak przeżyć party pidżamowe,
  • jak nie dać się ponieść gdy córeczka ubiera prowokacyjne ciuszki,
  • jak przeżyć pierwszą randkę,
  • jak poznać, o której godzinie dziecko wróciło z imprezy,
  • jak powiedzieć dziecku, że zostało podmienione po porodzie.
No i w końcu dochodzimy do momentu kiedy to dziecko wyfruwa z gniazdka. Oczywiście to nie koniec, bo może zechcieć wrócić. Tak więc jest też rada jak wymienić zamki i udawać, że nie mieszkamy pod tym samym adresem.
Jednym słowem książka jest warta posiadania.

Mnie osobiście zainteresowała część jezykowa. Ściągawka dla rodziców, których dziecko siedzi ciągle na czacie.
Zdarza mi się czasem, że jacyć anglojezyczni przysyłają mi jakieś xoxoxo i zdarza się czasem, że nie rozumiem skrótów.
Dla tych, którzy mają podobne problemy zamieszczam poniższą ściągę:
ASL - age, sex, location
BF - boyfriend,
BYOB - bring your own booze (bardzo popularne),
CIBM - could it be magic?
4YEO - for your eyes only,
H&K - hughs and kisses - znane też jako xoxoxo,
ILU - I love you,
LTR - long-term relationship,
POS - ten jest niezły - parent over shoulder,
PRL - parents are listening,
SPST - same place same time,
W8FME - wait for me.

No to tego- SPST tomorrow.

środa, 20 września 2006

No nie będę już teraz aż tak często pisać gdyż niestety mój szef przeprowadził się do  pokoju obok i co chwila tu do mnie przyłazi. Będę więc pisać z domu. W związku z tym moje posty będą miały więcej sensu, bo nie będą pisane z  tak zwanych nudów. Świetnie się dzisiaj czuję gdyż rano temperatura poraz pierwszy spadła poniżej 20 stopni (było 19).

Wczoraj po pracy pojechaliśmy kruzerami ze starym na margaritę i tamalesy i czułam się jakby był pierwszy dzień wiosny. Słonecznie, ale trochę chłodno. Więc z przewietrzonym mózgiem mogę zabrać się za sensowne pisanie, a nie jakieś tam pierdu pierdu...

SPST

wtorek, 19 września 2006
W związku z tematem na czasie proponuję wszystkim sałatkę szpinakową bez bakterii e coli. Potrzebujemy:

Szpinak, wędzony łosoś, czerwony grejpfrut, suszone żurawiny, orzechy włoskie, pieprz, dressing do sałatek - najlepiej malinowy.

Właściwie to należy tylko nadmienić, że kawałki grejpfruta trzeba powyciągać z tej błony. Reszta jest chyba jasna- wszystko wymieszać i popieprzyć.

Smacznego.

niedziela, 17 września 2006
Dzisiaj będzie o fast foodach.
W fast foodach raczej się nie stołuję, chociaż gdy mieszkałam w Nowym Meksyku miałam lekką skrętkę na Pandę Express gdzie uzależniłam się od mandarin chicken. Za jakieś 2 tygodnie lecę właśnie do Nowego Meksyku i myślę sobie, że powinnam tam zajść. Tak z sentymentu.
No ale nie o chińszczyźnie miało być. Otóż w Houston doszło do czegoś co podobno nie zdarza się w Stanach często. A mianowicie otwarto walk in Sonic. Nie wiem ilu z was zna Sonic, ale uważam że fast food ten jest godny nadmienienia.
Mamy tu w Stanach najbardziej kuriozalne drive through. Nie tylko McDonald's, ale także banki, apteki, sklepy monopolowe, a także kaplice gdzie można wziąć slub (w Vegas). Jeśli o mnie chodzi to z instytucji drive through używam tylko bankomatów. Przyznam szczerze, że lubię tą usługę. Innych nie używam. Głównie ze strachu, że mnie ktoś może nie zrozumieć przez ten domofon. To znaczy używałam go już parę razy i jakoś mi się udało, ale zawsze mam jakiegoś takiego stracha, że mnie nie zrozumieją. No i tam nie chodzę ( do tych instytucji znaczy się), to znaczy nie jeżdżę.
Sonic nie jest takim typowym drive through fast food. To znaczy jedzenie i owszem jest z całą pewnością tak samo niezdrowe. Chodzi głównie o lokal i usługę. Otóż Sonic to nie jest drive through - chociaż usługę drive through także mają. Sonic to tak zwane drive in. Zajeżdżasz, parkujesz przy jednym z 20 domofonów, zamawiasz, płacisz i czekasz. Po kilku minutach tak zwany carhop przynosi pokarm. Carhop to po prostu kelnerka, tyle że często na rolkach czy innych wrotkach i jej zadaniem jest dostarczenie posiłku do auta. Carhopy były popularne w latach 50-tych kiedy to w Stanach królowały instytucje drive in.
Jak już dostaniesz to swoje jedzenie możesz po prostu zamknąć okno i zacząć jeść. Okno zamyka się po to żeby nie wdychać spalin, bo oczywiście nikt nie wyłącza silnika. Żałosne, wiem.
Sonic kojarzy mi się tak trochę z kowbojami, tyle tylko że zamiast karmidła jest ten domofon, a zamiast na koniu siedzi się w aucie.
Z Sonic-iem zapoznała mnie koleżanka z pracy, z którą to dość często jeździłam w partnerskie delegacje. Ona była od Sonic-a uzależniona. A ja uzależniłam się w Sonic-owej lemoniadzie z limonki i czereśni.
Sonic wygląda tak, a ich niezdrowe menu tak.
A o co tyle hałasu? No bo na University of Houston otwierają właśnie Sonic, który będzie w 100% walk in. Tak więc będę mogła sobie pójść bez starchu, że mnie ktoś przez ten domofon nie zrozumie i zamówić sobie Cherry Limeade.

piątek, 15 września 2006
Przybył EL NIÑO . A więc zima w tym roku będzie dla nas, mieszkańców Zatoki, że tak się wyrażę moksiejsza... Ale nie ma się czym przejmować, oznacza to mniej wiecej tyle, że będzie można polecieć do Portland i odwiedzić Suvkę, bo tam akurat będzie padac mniej...
To zdjęcie jest rzeczywiście dość słabe, no ale coż, po prostu takie wyszło. Można za to wspomnieć kilka słów o amerykańskich pralkach. Przede wszystkim warto zainwestować w nową pralkę, bo pralki stare niszczą ubrania. Nie wspomnę już o suszarkach. Ja suszarkę używam tylko do ręczników i tym podobnym, resztę suszę na tak zwanym powietrzu- czyli na klimatyzacji. Może ktoś inny ma coś do powiedzenia na temat amerykańskich pralek?


środa, 13 września 2006

Kilka tygodni temu spotkaliśmy się ze znajomymi na wieczorku przy pifku i komarach, i rozmawialiśmy o języku. Była tam z nami jedna dziewczyna, która jak każdy biały Amerykanin twierdzi, że ma pochodzenie europejskie.

Koleżanka jest bardzo sympatyczna, pomimo tego że ponoć ma psa, który wszędzie leje.

Otóż wytłumaczyła nam jak być elegancką świnią i jak obgadywać w dobrym stylu. Otóż często słyszymy wyrażenie „Bless his / her heart”, ale nie wiemy jak powinno się tego wyrażenia używać prawidłowo. A więc załóżmy, że chcemy powiedzieć o kimś coś wstrętnego, ale nie chcemy aby inny ktoś myślał, że obgadujemy. Wystarczy więc powiedzieć: Robert, ten to dopiero śmierdzi, bless his heart. Albo: Agnieszka, ta to dopiero przytyła, bless her heart.

Jest to niezła broń, bo można na kogoś nagadać, a potem że tak powiem odwrócić kota ogonem i dać mylne wrażenie, że tak naprawdę to tej osoby jest nam szkoda... Takie to skurczysynki mieszkają na południu, bless their heart...

Już mi przeszła ta jesienna radość i teraz mam chyba jesienną deprechę. Przesoliłam rybę na obiad, kupiłam sobie nowe spodnie, ale wolałam tą zieloną spódnicę, obejrzałam kolejny odcinek Zagubionych, ale właściwie tak trochę z łaski. No jak nic jesienna deprecha. Ale to wszystko to jeszcze nic. Otóż mamy tutaj takiego sąsiada, który ma może z 13 lat. Taki tam typowy nastolatek. Głowa większa niż klata, a do tego zęby większe niż głowa. Grzeczny z niego chłopczyk, ale taki jakiś przestraszony. Nie wiem czy o tym pisałam, bo mam sklerozę i ostatnio nic nie pamiętam, ale wkurzył nas ostatnio ten Wiewióra. (Właśnie zapytałam się Mensza czy też wydaje mu się, że ten nasz sąsiad wygląda trochę jak przerośnięta wiewióra i zgodził się ze mną). No więc wkurzył nas. Wkurzył nas bo do godziny 9.30 szorował chodnik. Miał jakieś takie głośne urządzenie i po prostu szorował chodnik. Wyszorował właściwie wszystkie chodniki. Nasz, ich i innych sąsiadów. Trochę nam było głupio bo my tak naprawdę nie uczestniczym w żadnych z sąsiedzkich czynów społecznych, no ale bez przesady, nie będziemy przecież szorować chodnika...
Na drugi dzień i tak nie było nic widać, ale za to było widać za miesiąc jak dostaliśmy rachunek za wodę. Chyba ten chodnik szorował na nasz koszt. Być może była to właśnie kara za nieprzyłączanie się do czynów społecznych.
Wiewióra znany jest z tego, że lubi zarabiać. Już nam jego tatuś powiedział ,że jakbyśmy chcieli żeby nam wymył samochód, to on jest bardzo chętny. Rozumiem, że trzeba wspierać te biedne amerykańskie dzieci, ale samochód to ja wolę żeby mi kto inny umył. Ale jakby na przykład Wiewióra chciał poprasować to ja bardzo chętnie bym mu zapłaciła, ale chyba takich prac się nie podejmuje.
Podejmuje się za to akwizycji. Wyobraźcie sobie, że siedzę sobie w domu i przesalam ten mój obiad i przeżywam jesienną deprechę, a tu nagle dzwonek do drzwi. Lecę jak szalona bo byłam przekonana, że to UPS przyniósł prezencik jaki zamówiłam Menszowi na urodziny, które ma za dwa dni. (Istnieją plusy zadawania się z fotografem- zawsze można mu kupić coś do aparatów hehe). Nie był to jednak UPS. Była to Wiewióra. Zaczął się trochę jąkać, bo jak już wcześniej napisałam Wiewióra jest trochę nieśmiały. Trzymał w ręku magazyn i od razu mi się przypomniało... W zeszłym roku przyszedł do nas i chciał żebyśmy się zapisali na prenumeratę jakiegoś magazynu i tym samym wsparli jego szkołę. Wzielismy katalog i chyba go zgubiliśmy, albo wyrzuciliśmy- coś w tym stylu (wiem, wiem- jesteśmy świnie, a nie sąsiedzi). A potem oczywiście udawaliśmy, że go nie znamy. Zadał pytanie- czy chcemy się zapisać i tym samym wesprzeć jego szkołę. O Jezu, nie będziemy się zapisywać na jakieś bzdury... Ale mówię mu tak- wiesz mały, no nie mogę teraz sama podjąć decyzji, bo być może Monsz też by coś chciał, a go teraz nie ma. CZY MOŻESZ NAM ZOSTAWIĆ KATALOG??? Więc proszę ja was, Wiewióra zmądrzał przez ten rok, bo powiedział, że on w takim razie przyjdzie później, jak już obejdzie resztę sąsiadów.
No i rzeczywiście przyszedł. O 9.30 wieczorem. Kazałam Menszowi lecieć na dół i otworzyć drzwi, bo wiedziałam że to pewnie on. No i rzeczywiście był to on. Monsz próbował tej samej sztuczki co rok temu, ale Wiewióra za nic nie chciał nam dać tego katalogu na więcej niż 10 minut.
No cóż, przyszła kryska na matyska, trzeba było podjąć męską decyzję i na coś się zapisać. Biedna Wiewióra odwarzył się przyjść do nas poraz drugi, więc trzeba było się na coś zapisać. Z tych 300 czasopism wybralismy Dwell, który i tak kupujemy. Ledwo zdąrzyłam zapisać numerek czasopisma, a tu dzwonek do drzwi. Wiewióra przylazł po katalog. Dał nam nawet pokwitowanie...Ach te nastolatki.
No dobra. Chyba trochę mi przeszło. Czas na jeszcze jeden odcinek Zagubionych...
 
1 , 2
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston