sobota, 29 września 2007
W San Diego wylądowałam o zachodzie słońca. Przyjemna temperatura, jakieś 20 stopni. W Houston ciągle wilgoć i 35 stopni. Cieszyłam się na tą normalną pogodę.
Na pierwszy rzut oka San Diego wydawało mi się bardzo ciasne. Autostrada przypominała jakiś tunel, albo bardziej koryto. Ludzie nie jeźdźili aż tak po wariacku jak na przykład w SF. Pojechaliśmy do La Jolla gdzie nocowaliśmy.
Zdjęć nie będzie, bo są słabe i nudne. Może później zalinkuje coś od Mensza, ale nie obiecuję.
Z wycieczki przywiozłam sobie jakieś 15 ugryzień przez pająka (albo inną pchłę- ale raczej pająka). Na ramionach i szyi mam jakieś takie ślady nazwijmy to po zębach. Na prawym ramieniu 7 plus jedno ugryzienie przy paznokciu. Nie wiem kiedy zostałam pogryziona. W samolocie? W Parku? Czy może już po powrocie na własnej ziemi?
Jadę więc przez cały tydzień na benedrylu.
To tyle z cyklu- co u mnie. Teraz dochodzę do sedna sprawy.
W związku z tym, że poprzednio wypożyczyliśmy sobie samochód krowę (można o niej poczytać w komiksie), tym razem postanowiliśmy wypróbować coś bardziej earth friendly. Priusów i innych hybryd jest w San Diego masa. Texański wieśniaczek cwaniaczek był bardzo zaskoczony ilością tych pojazdów. Wydawało się, że co trzecie auto to właśnie hybryda.



'Problemy' zaczęły sie na samym początku. Jak takie auto zapalić? Nie ma kluczyka. Są jakieś sloty. Boże, ile czasu zajęło rozszyfrowanie tego procesu. Domyśliłam się, że trzeba nacisnąć start i że trzeba wsadzić ten kartridż do slota, ale nie przyszło mi do głowy że robiąc to wszystko trzeba trzymać nogę na hamulcu. Tak więc trzeba było poprosić o pomoc helpdesk Avisa.
Po krótkim objaśnieniu auto ruszyło. No rzeczywiście cichutkia ta toyota jest. Jak to ktoś kiedyś zapytał - jak się ludzie odzwyczają od hałasu jak będziemy mieli tylko takie ciche auta? Biegi (to znaczy wsteczny) zmienia się w jakiś chory sposób. Wciska się i bieg odbija na luz. Jak się jest na wstecznym to samochód zaczyna piszczeć, żeby się nic nikomu nie pomyliło. Piszczy nie na zewnątrz, jak niektóre większe samochody, a w środku. Po pewnym czasie można się przyzwyczaić. Nam w domu piszczy teraz jakiś świerszcz. Mieszka w rurach. (Może to on mnie pogryzł?). Też się już przyzwyczaiłam.
Na tablicy znajduje się monitorek z różnymi informacjami. Najważniejsza jest oczywiście ta, dotycząca zużycia paliwa. Jak już kupuje się takie auto, to każdy przecież chce wiedzieć jakie ma zużycie, no nie?
Można też na tym ekraniku zmienić ustawienia klimy i takie tam. Osobiście nie podoba mi sie to rozwiązanie, bo po jednej wyprawie zostaja tam odciski palców. A odciski palców na wszelkiego rodzaju monitorach są jedną z rzeczy, które doprowadzaja mnie do białej gorączki. Jeśli przyjdzie ktoś do mnie do biura i zaczyna mi pokazywać na moim monitorze jakieś tam rzeczy i dotyka swoimi obleśnymi, tłustymi palcami mojego czyściutkiego monitorka, mam ochotę zdzielić go książką po głowie. Ale nie mogę, bo czasem jest to na przykład mój szef.
Tak więc jeździliśmy sobie tą toyotą po wzgórzach San Diego i generalnie muszę przyznać, że nie jestem zachwycona. Wygodne to to nie jest. To znaczy jest, ale żaden tam luksus. Moja mazda jest 2 razy tańsza i standard jazdy jest podobny. Średnie zużycie paliwa wyszło nam na 30 mil na galon. Owszem, lepiej niż moja mazda, ale spodziewałam się lepszego wyniku. Nie wiem czy wynik był słaby ze względu na to, że jeździliśmy po mieście, czy też że głównie pod górkę? Owszem, chwilami monitorek pokazywał 90 mil na galon, ale pewnie coś mu się pomyliło. Europejskie dizelki mają pewnie podobne zużycie i są o połowę tańsze.
Tak więc osobiscie, nie zrobiłabym świetnego interesu na zakupie takiego auta (nie że planuję taki zakup). W Houston nie mam do pokonania zbyt wielkich odległości (średnio 8-10 km dziennie) i nie zużywam zbyt dużo paliwa. Jest mi bez różnicy czy miesięcznie wydam 25$ na paliwo czy też 20$. Zważywszy na to, że cena takiego auta z bajerami jest prawie dwukrotnie wyższa, stwierdzam że nie warto.
Poczekam na lepszy model.






------------------------------------------------------------------------
Więcej o hybrydach można poczytać w Zielonych Migdałach


poniedziałek, 24 września 2007
Do kupienia w San Diego za jedyne $35.


poniedziałek, 17 września 2007

W piątek lecę do La Jolla. (Morza szum, ptaków śpiew, cicha plaża pośród palm...). Lecę na operację plastyczną hehe, dobre nie?
W związku z tym wypożyczyłam sobie z Netflixa odcinek mojego ulubionego programu podróżniczego Globe Trekker, o Kalifornii właśnie.
Uwielbiam Kalifornię, choć właściwie z tą południową nie za wiele miałam w życiu do czynienia. Owszem, było się na Baja i owszem jechało się tam na pickupie. No ale to był Meksyk więc się nie liczy, bo rozmawiamy tu o amerykańskiej części.
Tak więc na dobranoc obejrzałam sobie odcinek o Kalifornii. I czego się dowiedziałam? Dowiedziałam się, że moje zbieranie wyżutych gum do żucia to pikuś w porównaniu do tego co się dzieje w Kalifornii. Jest tam bowiem takie miasto gdzie nikt nie uważa zbierania wyżutych gum do żucia za chorobę psychiczną. Takim miejscem jest Bubblegum Alley w San Luis Obispo.
Narazie się tam nie wybieram, ale te jakże apetyczne zdjęcia zawsze można sobie pooglądać.
piątek, 14 września 2007
Przyszedł dzisiaj do mnie list. Mam uiścić opłatę roczną w wysokości $64. Opłata ma być za auto. To znaczy roczna rejestracja.
Dodatkowo dostała ofertę nie do odrzucenia. Za dopłatą mogę sobie walnąć tablicę tematyczną. Może rzeczywiście powinnam sobie jakąś zakupić, zważywszy na to, że przecież Erin poodginała mi moją obecną tabicę. Nie wiem tylko na którą sie zdecydować. Wszystkie są takie kurcze piękne. Do wyboru mam na przykład takie:

Dla miłośników zwierząt:



Dla miłośników broni palnej:



Dla zwolenników odizolowania Texasu od reszty kraju:




Dla uczczenia pamięci ofiar promu Columbia ('świetne' miejsce na upamiętnienie):



Ucz się ucz czyli chwalę się, że umiem czytać:



Dla tych co kochają zwierzęta inaczej:





Ludzie trzymajcie mnie, ta jest niezła:



Dla tych, którzy nie zgadzają się z podejrzeniami, że Lance Armstrong się dopingował:




Nie śmieć!



Tutaj trochę obciachowy obrazek:



Dla miłośników plantacji bawełny:



Bez komentarza:



Boziu bożenku, normalnie nie wiem, na którą się zdecydować. Może na żadną.

Czy w waszych stanach ludzie też sobie takie kupują?



środa, 12 września 2007
Szef już nam zapowiedział, żebyśmy nie zapomnieli dzisiaj laptoków (jak to mowiała moja ŚP Babcia). A ja na jutrzejsze Czwartki u sąsiada w blogu obok proponuję lokalny blog Eryka . Blog Eryka cieszy się popularnością tylko i wyłacznie w czasie takiej właśnie pogody. Nie szkoda, bo moim zdaniem Eryk (który sam siebie na jakiejś tam podstawie nazywa - SciGuy) jest dobry tylko i wyłącznie ze zdawania relacji pogodowych. No to zaleje nas czy nie?
środa, 05 września 2007
Z powodu letnistwa kolejny komiks. Nie chce mi się zbyt długo nad nim siedzieć dlatego jest jaki jest. Jesteśmy spowrotem cali i zdrowi. Mieliśmy kłopoty ze spaniem, bo odzwyczailiśmy się od spania bez buczącego klimatyzatora. Hitem wycieczki oprócz zobaczenia misia była możliwość oglądania gwiazd. W Houston gwiazd nie widać.
No to tego, zapraszam do lektury, a ja idę spać.




Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston