środa, 24 września 2008
Tak mnie jakoś poruszyły te dzisiejsze zdjęcia ...

Zdjęcia z Houston Chronicle (kliknij na zdjęcie)


niedziela, 21 września 2008
Sorry, ze bez polskich liter, ale pisze z kompa meza, bo moj jeszcze nie jest rozpakowany.
Zastanawialiscie sie kiedys jak bedzie wygladal dzien, w ktorym znowu bedziemy miec prad? No wiec wlasnie wyglada tak jak dzisiaj. Mamy w koncu prad!!!
Przyjechalismy do chalupy po meza koszule do pracy, lezymy sobie na lozku i mazymy o pradzie, a tu nagle wszystko zaczyna pipczec i slychac wrzaski na ulicy. Wlaczyli nam prad. Az sie poplakalam ze wzruszenia.
Teraz tylko jedziemy do znajomych na pozegnalny obiad i po klamoty i wprowadzamy sie na nowo. A, no i jeszcze byc moze bedziemy musieli przyjac do siebie innego kolege, ktory nadal pradu nie ma ... Trzeba splacic dlug.
Jestem tak zmeczona, ze marzy mi sie tylko spanie we wlasnym lozku...

Jedynym plusem tego bezprądcia jest to, że rachunek za prąd będzie pewnie o jakieś $150- $180 niższy.  Według najnowszej mapki CPE mamy mieć prąd by Thursday. Czyli może jutro, ale pewnie w czwartek.
Zaczyna się znowu robić gorąco. Pewnie niedługo Houston Chronicle zacznie pisać o padających od upałów starszych ludziach. 
My póki co nadal koczujemy u znajomych i zaczynamy zwozić tu coraz to więcej tak zwanego staffu. Mamy tu swój pokój i praktykujemy życie z dzieckiem w kawalerce. Franio jest pewnie przekonany, że jest u siebie w domu. Chociaż jak ostatnio poszliśmy do siebie na zwiad i puściłam mu pozytywkę z Kubusiem Puchatkiem to ją chyba rozpoznał. 
Tak więc druga siostra męża poleciała wczoraj. Niezły miała pobyt. Nie dość, że poraz pierwszy w życiu się ewakuowała, to jeszcze nauczyła się np. podłączać generator prądu.
Szacujemy straty. Jak narazie mąż jeszcze nie żałuje, że kupiliśmy tą chałupę z papieru. Cały czas łudzimy się, że gdy przyjdzie czas to jakiś kolejny naiwny ją od nas odkupi. Póki co zniszczenia poajkowe rosną. Przedwczoraj załatali nam dach jakimś ortalionem (bo odpadły w kilku miejscach dachówki), a wczoraj położyli te brakujące dachówki. Co ciekawe, ten ortalion był 3 razy droższy niż te dachówki. Teraz okazuje się, że wyrosło kolejne pęknięcie w living roomie, tak więc mamy już 2. Jedno małe, a drugie (to w living roomie) trochę większe. Co ciekawe, to w livingu powstało na wskutek podmycia wody pod dachówki, bo dachówek akurat w tamtym miejscu nie zmiotło. 
Jak już wspomniałam zaczyna się robić gorąco. Gorąc jest problemem nie tylko dla starych ludzi. w Houston gorąc i wilgoć równa się pleśń. Tak więc jeśli jeszcze przez parę tygodni nie podłączą nam prądu to może nam ten domek spleśnieć hehe (śmiech przez łzy). Generalnie syfnia, ale pocieszam się, że inni mają jeszcze gorzej. Na przykład nowi sąsiedzi znajomych, którzy wprowadzili się tu parę dni temu, po tym jak na ich dom spadło drzewo. Teraz muszą tu mieszkać przez pół roku. Też mają synka i też mu pewnie puszczają pozytywkę z Kubusiem Puchatkiem. A żeby było śmieszniej, to wczoraj w tym nowym domu pękła im rura. 
Gorzej mają też ci, którym pomaga FEMA. Znajomi, u których koczujemy pomagają bowiem nie tylko nam. Chodzą także rozdawać fimowskie posiłki biednym. Byli załamani tym żarciem, które rozdaje FEMA i ogólną biedotą w amerykańskim mieście. 
Tak więc inni mają jeszcze gorzej.
Póki co nasze straty (dach, sufit i wymiana paru płytek parkietowych) zostały oszacowane na dość sporo. Na szczęście nasza ubezpieczalnia jest równa. God bless Amica. Nie dość, że nie chciało im się przyjeżdżać na zwiad, to na słowo uwierzyli nam jakie mamy zniszczenia. Sporządzili szacunek i już przysłali czek na parę tysiaków. Zaznaczyli także, że jeśli okaże się, że starty są większe to oczywiście dopłacą. Normalnie zbyt piękne, aby było prawdziwe więc węszę tu jakąś zasadzkę.
Póki co obudził się synek i idę mu zmienić pieluchę, bo pewnie zrobił kupę.
czwartek, 18 września 2008
Pamiętacie jak pisałam o Beatlesach? Otóż, okazuje się, że IKE najprawdopodobniej uśmiercił Paula. 



zdjęcie z kolekcji baldheretica (kimkolwiek on jest)
środa, 17 września 2008
Na dzień dzisiejszy 1.43 miliona mieszkańców Houston nadal nie ma prądu. CenterPoint- główny dostawca ściągnął 8,500 pracowników, którzy naprawiają szkody. Dzisiaj ma przybyć dodatkowych 1,500. W naszej okolicy raczej nie widać aby ktokolwiek cokolwiek naprawiał.
Przewiduje się, że do następnego wtorku prąd będzie o 50-75% mieszkańców Houston i okolicy. Byłam przekonana, że prąd zacznie znowu płynąć w przeciągu 3 dni. Trochę się przeliczyłam. Jesteśmy w komfortowej sytuacji, bo mogliśmy wprowadzić się do znajomych. Inni też mają znajomych, ale także bez prądu. Ludzie zaczynają być sfrustrowani. Jak przechowywać jedzenie? Jak żyć bez sprzętu, który pomaga tym którzy są chorzy? Jak długo można pociągnąć na generatorze prądu gdy w okolicach nie ma benzyny?
Męża biuro będzie otwarte od dzisiaj. Zbyt wiele osób nie przyjdzie, bo nie będą mieli z kim zostawić dzieci, bo przecież szkoły są zamknięte. Nie przyjdą także dlatego, że dojazd do pracy zajmuje 30 minut, a z benzyną nie za lekko. Dla przykładu powiem, że na przykład stacja benzynowa przy lotnisku jest otoczona przez policję i korzystać z niej mogą tylko pracownicy lotniska. Na szczęście te męża przymusowe wakacje są płatne.
Godzina policyjna obowiązuje teraz od północy do 6ej rano. Głównie ze względu na brak świateł na ulicach i zagrożenie wypadkami. 
Podsumowując, to co się dzieje teraz w Houston (energetycznej hehe stolicy świata), uświadamia jak niedoskonale to miasto zostało zaprojektowane. Nie, że o tym nie wiedziałam, ale teraz mam dowód. Wszyscy mają dowód. 
Szczęście w nieszczęściu, że temperatura spadła do dwudziestu paru, bo inaczej byłoby o wiele gorzej...
poniedziałek, 15 września 2008
Jesteśmy już w Houston. Owszem, miasto nie wygląda za ciekawie. Wszędzie widać pstryków elektryków stawiających nowe słupy. Nie ma świateł na skrzyżowaniach, co tłumaczy godzinę policyjną. Czy mówiłam już, że do piątku mamy godzinę policyjną? Nie można być na ulicach pomiędzy 21 i 6 rano. Kolejki na stacjach benzynowych...
Mąż jest właśnie w domu na zwiadzie, a ja siedzę u znajomych. Tak więc prądu nie mamy (u nas, bo u znajomych jest prąd, woda i nawet internet), ale też nie mamy zniszczeń. Wszystko stoi intacto. Wszystko, oprócz jedzenia w lodówce, bo to akurat niestety trzeba wywalić. Szkoda...
Plany na wieczorne zabicie czasu to gra w monopol i oglądanie pierwszego sezonu Hell's Kitchen...
niedziela, 14 września 2008
Dzisiaj w cyklu Czego to Amerykanie nie wożą na pickupach- uratowany piesek.




sobota, 13 września 2008
Zdjęcia z Galveston z Houston Chronicle (kliknij na zdjęcie).




piątek, 12 września 2008
No więc oglądam właśnie 'transmisję z huraganu' na Weather Channel (btw mój ulubiony program amerykański), ale na szczęście nie z domu. Wygląda na to, że tym razem Galveston naprawdę oberwie. Oberwie też najprawdopodobniej Houston. 
Wstaliśmy o 5 rano i po trochu ze względu na to, że Franio jest jednak chory (zaraził się od wyrodnej matki) i całą noc piszczał i płakał, postanowiliśmy że jednak spadamy. Szybko sprawdziliśmy sytuację na drogach (dzięki Bogu za te wszystkie 'live cameras') i wypad. Zero korków. Po drodze mijaliśmy Cost Guardów z Florydy i generatory AT&T, tak więc ktoś tam czuwa nad tym wszystkim. Do Bastrop dojechaliśmy (w 5 osób, bo są z nami siorki męża) w przeciągu 2.5h. No i tu zostajemy, bo znowu mamy jakieś tam punkty do Hyattu. Takich jak my jest tu sporo. Z dziećmi, z psami i z kotami. Są też baby w ciąży w strojach kąpielowych. 
Oglądam więc tą transmisję z huraganu i jakoś tak do końca nie mogę uwierzyć, że te wszystkie miejsca w których robiliśmy zdjęcia ptakom zostaną zalane i znikną, bo ptaki pewnie tam już nie wrócą. 
Pozostaje nam tylko mieć nadzieję, że nie będzie za dużo zniszczeń i że nie rozpirzy nam domu (bo nie zabiliśmy deskami okien), albo że nas nie okradną, albo że nas nie podpalą bo w garażu mamy ten przeklęty generator prądu z paliwem. 
Kończę, bo idę robić kanapki. Bo oczywiście wzieliśmy ze sobą szynkę i ser z lodówki. Szkoda tylko, że Franio jest chory, bo jakby był zdrowy to kazałabym mężowi zabrać też kiełbasę z wiśniami i rybę  i zrobilibyśmy grilla przed tym Hyattem...
czwartek, 11 września 2008
Wczoraj mąż poszedł do sklepu po baterie, a wrócił z generatorem prądu... Teoretycznie przygotowaliśmy się do tego huraganu i nawet pomimo tego, że jestem trochę chora i ma nie być prądu postanowiliśmy, że zostajemy.
No ale po dzisiejszej rozmowie z sąsiadem, który pochodzi z Luizjany i ma doświadczenie z huraganami, i który uświadomił nas, że z małym dzieckiem może być nie za ciekawie, postanowiliśmy, że jednak jedziemy. Jest nas 5- bo przyjechały siorki męża (btw jedna miała wracać w tą sobotę i raczej nie wyleci). 
Jedziemy więc pod Austin do hotelu.
Mam nadzieję, że nie będziemy w korku zbyt długo...

update- jednak zostajemy. sprawdzilismy sytuacje na autostradach i wyszlo nam, ze juz jest troche za pozno zeby gdziekolwiek jechac. podjelismy wiec decyzje, ze zostajemy. jak nie bedzie pradu to bedziemy sie martwic pozniej. poki co, jeszcze sie nie rozpakowujemy, bo byc moze znowu zmienimy zdanie.
środa, 10 września 2008
Boszzzz, ale jestem monotematyczna...
Zbliża się Ike. Na dzień dzisiejszy może walnąć gdzieś pomiędzy Corpus Christi i Galveston, co oznacza, że jutro możemy usłyszeć pobękiwania dotyczące ewentualnej ewakuacji miasta Houston.
Czy wiecie, że podczas ewakuacji w 2005 roku zginęło ponad 100 osób? O wiele więcej niż z powodu samego huraganu Rita.
My jeszcze nie wiemy jakie mamy plany na wypadek ewakuacji. Teoretycznie nie mieszkamy w strefie zagrożonej powodzią, no ale w wypadku Ike może trzeba będzie martwić się nie tylko o deszcz, ale także o wiatr. Brak elektryczności w 35-38 stopniowym upale z 2 miesięcznym dzieckiem nie uśmiecha mi się. Zobaczymy ...

Póki co- Ike z lotu ptaka by captcosmic:



Piękny? Nieprawdaż?

niedziela, 07 września 2008
Chleb dla Polaka w Ameryce to jeden z poważniejszych problemów. Generalnie, jeśli nie mieszka się w Chicago to z dobrym chlebem można mieć problemy. I ja takie problemy miałam bowiem chleb zawsze okazywał się albo za gąbczasty, za słodki, za suchy albo zbytnio wydziwiony. Dobry chleb można zjeść w dobrych włoskich restauracjach, no ale to tylko kawałek albo dwa, albo pięć jak jest się akurat na chlebowym głodzie.
Przez jakiś czas smakował mi chleb seeduction z Whole Foods, ale teraz nie mogę już na niego patrzeć, bo jest słodki. Sytuację amerykańskiego pieczywa ratują bułki z jalapenio, albo z green chile, no ale to akurat nie jest chleb.
Na szczęście, jakiś rok temu odkryłam piekarnię Picnic. No cóż, może strona nie jest zbyt imponująca (wygląda trochę jakby zrobił ją Borat), ale za to wiedzą jak robić chleb. Mają tam najlepszy chleb z ziarnami, najlepszy chleb sourdough i tak zwany signature bread - żurawinowo- orzechowy. 
Picnic to także jedno z lepszych miejsc na lancz. Mają tam najalepsze chicken salad sandwiches, a także pork tenderloin sandwich z pikantnym majonezem i czerwoną cebulą. Pyszota. Ciastka także są niczego sobie. Generalnie osłabiają mnie te wszystkie amerykańskie scony (szczególnie te ze Starbucksa), ale scony z Picnic-a to niebo w gębie. Szczególnie ten z jeżynami, albo z białą czekoladą i brzoskwiniami. Uhmmmm...
W okresie ciążowym chodziłam tam bardzo często na lancz. Głównie dlatego, że tam niby było zdrowiej. Teraz chodzę tam po chleb i raz w tygodniu na lancz/ randkę z mężem. Miejsce jest jednak mało romantyczne. Na skali od 1-10 powiedziałabym, że zero. No ale chodzimy, bo uzależniliśmy się od tego chleba i kanapek, a sconach już nie wspomnę.
Piekarnia jest wiecznie pełna. Po raz kolejny okazuje się, że prosty pomysł, na skromne miejsce z dobrym jedzeniem to recepta na sukces.
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston