niedziela, 27 września 2009
Tydzień temu, wybrałam się wraz ze szwagierką na sprawdzenie czy Obama został już w końcu skończony. Ostatnim razem w warsztacie Adickesa byłam podczas wizyty blogowej koleżanki z Windy City
Pragnę zakomunikować, że Obama jest już skończony i miewa się dobrze. 
No cóż - moim zdaniem ten Obama z twarzy podobny jest zupełnie do nikogo. Trochę mu chyba nie wyszedł.



03:31, hjuston , art
Link Komentarze (16) »
sobota, 26 września 2009
Dawno już nie było pickupów- c'nie? No to proszę.
Dzisiaj będzie lokalnie - pikantne papryczki. A o papryczkach było kiedyś TU.



Jak zwykle polecam kliknięcie na kategorię Czego to Amerykanie nie wożą na pickupach i podziwianie całej kolekcji...
środa, 23 września 2009
Pisałam już chyba, że nie jestem kociarą. Nie lubię kotów bo mam na nie alergię. Od jakiegoś czasu przychodzi do sąsiadów jakiś kot. Sąsiedzi (ale nie Elvis i nie Brzuchatek tylko inni) mają taką grubą kocurę, która albo jest ekstremalnie gruba albo jest wiecznie w ciąży. No i ten kot chyba przychodzi do niej się wrześniować i nawet był chyba się sierpniować. Kot wkar... mnie na maksa, bo miauczy już od 6 wieczorem i czasem miauczy do 6 rano. Mąż niby nie słyszy, ale on dziecka też czasem w nocy nie słyszy, więc nie ma się co dziwić. Normalnie dostaje szału. Szałuuuuu. 
Kot jest biały i można nawet powiedzieć, że ładny. Tak. Myślę że ktoś kto lubi koty pewnie powiedziałby że jest ładny. Ja nie lubię kotów, bo mam na nie dość ekstremalną alergię, ale tak piszę, że jest ładny, żeby ktoś się skusił i go porwał. Bo ja już dłużej nie wyrobię. 
Pamiętam, że mój były chłopak, który pomimo tego, że uwielbia koty (na naszej klasie ma zdjęcie w otoczeniu siedmiu kotów i od patrzenia na to zdjęcie zaczyna mnie kręcić w nosie) i jest męskim odpowiednikiem Violetty Willas (chodzi o miłość do kotów, a nie o wygląd oczywiście) zmuszony był kiedyś takie miauczące koty odstraszać ziemniakami. Zaczynam się obawiać, że niedługo też będę musiała wtargać worek ziemniaków na balkon. 
Jak pozbyć się takiego natręta? 
Po opisaniu wszystkiego za czym nie będę tęskniła uświadomiłam sobie, że zatęsknię za szumem klimatyzacji. Przynajmniej zagłuszał miauczenie tego kocura.


wtorek, 22 września 2009
Jestem dumna z siebie, że to lato przechodziłam w jednej parze butów, a właściwie klapków za 10$ z VS. Tak, wiem jest to trochę żenadne, ale nie przejmuję się tym specjalnie. 
Nie będę spacjalnie tęskniła za tym latem. Właściwie to nie tęsknię za żadnym latem spędzonym w Houston. Lata w Texasie są moim zdaniem dość słabe, a te lato było tym bardziej słabe, że każdego dnia obmyślałam jakby się tu uchronić przed rekordowymi upałami. W sumie to całe szczęście, że Franek jeszcze nie chodzi, bo jakby chodził i co chwila chciał iść na plac zabaw to pewnie byśmy oszaleli. 
Nie będę w szczególności tęskniła za spacerami, które rozpoczynałam codziennie o 6.30 rano i obmyślaniem, którędy by tu wracać żeby się za bardzo nie spocić (droga powrotna to droga pod słońce, że się tak wyrażę). 
Nie będę tęskniła za galonami wody, które dziennie wypijałam, ani za przepoconymi koszulkami i mokrymi plecami. Nie będę tęskniła za trzema prysznicami dziennie (bo czasem taka była konieczność). Nie będę się więcej przylepiała do tapicerki w samochodzie i to także mnie cieszy. 
Nie będę tęskniła za wypaloną od słońca trawą, siedzeniu w domu ze ściągniętymi żaluzjami i za wysokimi rachunkami za prąd. I za tym, że zanim wsadzę Franka do samochodu to muszę włączyć klimę na ujemnego maksa i odczekać kilka minut żeby mi się dziecko nie skisiło. 
Nie będę tęskniła za mgłą, która pojawia się na moich okularach za każdym razem kiedy wyjdę na ten upał. 
Nie będę tęskniła za obawami, że klima nam znowu wysiądzie w weekend, albo że coś nam się tam w tej klimie zapcha i nas zaleje (wiedzieliście, że klima może zalać? moich sąsiadów ostatnio zalało bo nie przepchali jakiegoś tam odpływu). 
Nie będę tęskniła za marzeniami o wyjeździe do zimnych krajów i o patrzeniu z żalem na te wszystkie moje polary, Icebreakery i SmartWoole ... 
Zawsze się zastanawiałam czy istnieje taka możliwość, że jak się stąd wyprowadzę to zatęsknię za tymi upałami? 
No ale nie było tego złego co by na dobre nie wyszło. W związku z tym, że siedziałam w domu, udało mi się w końcu ustawić ten mój sklep internetowy (reklama sklepu będzie w następnym wpisie). Wczoraj założyli mi w końcu SSL i nawet miałam już kilka zamówień. Tak więc są pewne plusy tych minusów. Jestem gotowa na jesień i zimę czyli na najlepszą pogodę i masę czasu spędzonego na powietrzu. 
Chciałabym napisać, że było to moje ostatnie lato w Houston, ale chyba się na to nie zanosi, więc za rok znowu będę narzekać.
środa, 16 września 2009
Dzisiaj musiałam podpisać takie cuś:

For good and valuable consideration, the receipt and sufficiency of which are hereby acknowledged, I hereby:


(1) grant Recreational Equipment, Inc., its affiliates, agents, representatives, licensees and assigns (“REI”), the absolute and irrevocable right and permission to copyright and use, re-use, publish, and republish at any time any images, photographic portraits or pictures of me or in which I may be included, in whole or in part, or composite or distorted in character or form in all media now known or hereafter devised (“Photographs”) throughout the universe an unlimited number of times in perpetuity for all purposes REI deems appropriate including, without limitation, for promotional and publicity purposes. 


Najbardziej rozwalło mnie to throughout the universe, ale to chyba standardowy tekst. 
No więc ten tego to jeszcze nic pewnego, ale być może już za jakieś 9 miesięcy (nie, nie jestem w ciąży) moja pyzata, czerwona i wymęczona buźka zawita do waszych domków. To znaczy nie do wszystkich, a tylko do tych którzy są członkami REI
Ale łocochodzi? No więc parę miesięcy temu zgłosiłam jedno takie zdjęcie (zrobione przez mojego męża) z tej wycieczki do konkursu organizowanego przez REI ). Zdjęcie dostało się do finału i ma być niby umieszczone w katalogu wiosna / lato 2010, albo w materiałach które przychodzą w marcu do członków wraz z ich dywidendą. 
Oczywiście uwierzę jak zobaczę, ale skoro musiałam dzisiaj podpisać ten papierek to chyba jesteśmy bliżej niż dalej. 
W sumie nie ma się niby czym podniecać, ale skoro niektórzy wklejają filmiki ze sobą w TV, to pomyślałam sobie, że czemu nie? Tym bardziej, że REI to mój ulubiony sklep ever.
piątek, 11 września 2009
Elvi being the plural of Elvis, as everyone knows...

W niedzielę zaprosiliśmy sąsiadów (nie tych od brzucha) na barbakiu. Dawno się tak nie uśmiałam. 
Brzuchatka już poznaliście. Dzisiaj czas na tego drugiego. 



Sąsiad (niezły kolo tak w ogóle) pochodzi z LA (z Luizjany, a nie z Los Angeles) i jest fanem wszystkiego co z tym stanem jest związane. Patriota po prostu. 
Ostatnio zaprosił nas na paradę Elvisów, która odbywa się w okolicach Mardi Gras. Był ktoś może kiedyś? Sąsiad ma oczywiście nie tylko kostium, a także 2 skutery i bierze udział co roku czyli dwa razy.
Po obejrzeniu kilku klipów i po poczytaniu tego i owego stwierdzam, że tylko takie parady mają jakikolwiek sens.
czwartek, 03 września 2009
Nie mam czasu na głębsze wywody bo pracuję. Tak więc dzisiaj będzie po krótce. O jedzeniu, bo o jedzeniu każdy lubi.
Oczywiście na pewno w czasach obecnych tapioka jest w Polsce popularna, ale jak wyjeżdzałam te ileś lat temu to jeszcze nie była. Tapiokę poraz pierwszy jadłam właśnie w Stanach i muszę przyznać, że jest to zdecydowanie jeden z moich ulubionych deserów. Oczywiście jak wszystko w kuchni, także i tapiokę możną łatwo schrzanić. Robi tak na przykład Whole Foods na Kirby, który dodaje chyba jakieś masło i 2 kg cukru. Jeśli ktoś jeszcze nie jadł deseru z tapioki to nie polecam stracenia tapiokowego dziewictwa właśnie tam.
Polecam w domu.  Jak za mało to można zawsze walnąć sobie dokładkę i takie tam. Przepisy są różne- ale ja (jeśli ktoś czyta uważnie to pewnie już wywnioskował), nie przepadam za tapioką zbyt słodką i taką, która smakuje jakby się jadło masło z cukrem. Mój ulubiony przepis goes like this:

Na sześć osób
przygotowanie 15 minut - z chłodzeniem 40 minut
2 szklanki wody
1/3 szklanki tapioki (tapioca pearls)
1 szklanka śmietany (czy ktoś wie co jest odpowiednikiem heavy cream w Polsce, bo taką śmietanę właśnie chodzi)
6 łyżek cukru
1 łyżeczką kopru włoskiego (zmielonego i przesianego)
1 litr truskawek

Zagotować wodę i wsypać tapiokę. Zmniejszyć ogień i mieszać co jakiś czas przez 10 minut, tak aby nie zrobiły się grudki. Dolać śmietanę, 4 łyżki cukru i szczyptę soli i gotować przez 3 minuty. Przelać do metalowej miski, którą zanurzamy w lodzie. Mieszamy przez 5 do 10 minut.
Truskawki miksujemy w mikserze i dodajemy starty koper włoski i pozostałe 2 łyżki cukru. Wszystko wlewamy do 6 szklanek. Na koniec, łyżeczką nakładamy tapiokę. Chłodzimy w lodówce przez 15 minut.
Pyszota.
PS- czy ktoś z was jadł wcześniej truskawki z koprem włoskim? Kto by pomyślał, że to może być takie smaczne.



Przepis (trochę zmodyfikowany) i zdjęcie pochodzą z Gourmet Magazine (nie myślcie, że kupuję- tak po prostu zaczął do mnie przychodzić, bo kiedyś kupiłam patelnię w jakiejś tam promocji.
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston