poniedziałek, 30 października 2006
Zdjęcie to zostało nadesłane przez czytelniczkę Brudzię. Należy podkreślić. że łopata ta używana do okopywania się ze śniegu wożona była na tym pikusiu latem. Wiadomo, nigdy nic nie wiadomo...


sobota, 28 października 2006
Kolejna bzdura z Japonii. Unazukin to szczególna przyjaciółka, która jest zawsze gotowa wysłuchać i doradzić. Kocha słuchać twoich opowieści. Jest bardzo mądra. Cyt: lubi podróżować w piórniku...
Kolejna bzdura z Japonii. Laleczka, której zadaje się pytanie, a ona odpowiada yes albo no. Należy zadawać jej pytania w ważnych momentach naszego życia.
Cena tylko karfa $14.
Podobno w Japonii sprzedano ich już ponad milion.  W krótce Unazukin zawita i do waszych drzwi i będzie piszczeć- kup mnie, kup mnie.
Wymyślił je twórca znanego wszystkim Tamagotchi.
Załamka.
Być może pisałam już kiedyś o tym, że chodzimy sobie w środy na wykłady do muzeum. Wykłady te organizowane są przez Rice Design Alliance.
Rice Design Alliance jest to organizacja, która między innymi prowadzi wykłady dotyczące architektury i zagospodarowania miasta Houston (ale nie tylko). Wykłady mają na celu uświadomienie mieszkańcom Houston, że to nasze miasto można zmienić. Przedstawia też pomysły jak to zrobić.
Nie jestem architektem, ani innym designerem, wiec zapytacie po co chodzę? Ano chodzę, bo dzięki tym wykładom bardziej rozumiem tego potwora Houston i przy okazji mogę się dowiedzieć parę innych ciekawostek dotyczących innych miast. Tak więc chodzę. Pomimo tego, że trzeba płacić.
Właśnie zakończyła się seria pod tytułem Resurfacing the City. Na spotkaniach tych dowiedziałam się o planie budowy naszego nowego parku w samym środku miasta, ale także o ciekawych pomysłach z innych miast.
Pierwsze wykłady dotyczyły projektów związanych bardziej z ochroną środowiska i z pomysłami na wykorzystanie nieużytków, czy też innych miejsc zniszczonych przez człowieka. Przyjechała jakaś kobieta z organizacji DIRT i opowiadała jak można zamienić tereny skażone w przyjazne parki i takie tam. No ciekawe to było nie powiem. Aczkolwiek mam taki problem osobisty, że zasypiam na filmach i wykładach (niedługo zacznę też przysypiać w pracy) i myślę, że jakieś 20 minut tego wykładu przespałam. Co jakiś czas budziło mnie szturchnięcie Mensza. Z tym spaniem to naprawdę może powinnam pójść do lekarza? Mam tak, że na przykład jak tylko wsiądę do samolotu to od razu odpadam. Samolot nawet nie musi wystartować. Myślę, że ciśnienie jakoś na mnie działa właśnie w taki sposób, że od razu zasypiam.  Ale bądźmy szczerzy- jest to pewnego rodzaju obciach.
Kiedyś spędzałam sporo czasu w samolocie (jakieś 8 godzin tygodniowo) i właściwie jak teraz o tym sobie myślę to ta moja poprzednia praca nie była w sumie taka zła, bo 25% czasu spałam... Podobnie mam też na filmach. Jak tylko zaczynamy oglądać film to Monsz podkręca klimę żeby było chłodniej i żebym nie przysnęła. Jakis czas temu mało co nie oblałam się gorącą herbatą bo przysnęłam z kubkiem w ręku. Obudziłam się jak Monsz mi ten kubek jakoś złapał. No mówię wam - obciach.
Czy wy też tak macie? Jeśli wiecie, że to jakaś choroba to może mi powiedzcie, żebym miała czas pójść do lekarza zanim zasnę na wieczność...
No ale wracam do tych wykładów. W zeszłą środę odbył się ostatni wykład. Na wykład przyjechał James Corner. Podobno znany gości, ale ja tam go nie znałam. Anglik, aczkolwiek robiący zarówno karierę jak i kasę w Stanach.
Corner opowiadał o projekcie znanym pod nazwą High Line. Być może niektórzy z was słyszeli, ja na przykład nie słyszałam. Chodzi o zachowanie i przywrócenie do używalności torowiska nadziemnego. Nie chodzi o to, aby znowu jeździły tam pociągi. Chodzi o to, aby zrobić z tym coś, czego będą mogli używać spacerowicze. Czyli parki na torowisku, kramiki i inne takie. Oczywiście nie za dużo tej roślinności i sklepiczków, żeby się ta cała, jakże już zardzewiała konstrukcja nie zawaliła. Podobny projekt został ponoć zrealizowany w Paryżu.
Do tej pory High Line było zamknięte (BigApple - popraw mnie jeśli coś zmyślam) i o tym co się tam znajduje wiedzieli tylko ci, którzy mogli sobie wszystko obejrzeć z okna mieszkania na wyższym piętrze. A znajdują się tam bardzo ciekawe rzeczy. Sam projekt jest niby zaplanowany na kilka lat, ale mam nadzieję że już niedługo będę mogła postawić tam swoją stopę.
Kolejna seria wykładów rozpocznie się już w styczniu. Tym razem będzie mowa o tym jak designerzy z firm takich jak Apple, Target, czy Ikea wkradli się do naszego codziennego życia... Być może uda mi się nie przysnąć.
czwartek, 26 października 2006
Jakość mojego życia w pracy się ostatnio trochę podniosła. Podniosła się dlatego, że w końcu zaczęłam robić użytek z mojego ipoda i przeprosiłam się z nielubianym przeze mnie itunes.
Zapisałam się bowiem do paru podcastów. Różnych. Economist, NPR, KEXP, Trójki i paru innych. No i słucham sobie w pracy na bieżąco. Słucham wywiadów z Lepperem, opowieści o psie który był uzależniony od ssasia ropuch (polecam, można także posłuchać online, naprawdę śmieszne) i inne takie.
Mam niby radio w pracy, ale radia w Stanach raczej słuchać się nie da (oprócz NPR i KEXP z Seattle). A teraz słucham sobie tylko perełek i czas leci o wiele szybciej.
Przeprosiłam się z Itunes, bo zaczęłam używać tego programu właśnie do kontrolowania tych podcastów. ITunes dokładnie wie, które podcasty już przesłuchałam i kasuje mi je z ipoda. Nie trzeba się wtedy zastanawiać, które się już przesłuchało, sprawdzać daty itp.
Jeśli ktoś z was zna jakieś fajne podcasty, to proszę o podesłanie.

wtorek, 24 października 2006
Zbliża się Halloween, więc i pościk musi być w temacie. W tym roku podobno dominować będą kostiumy prostytutek i ich "opiekunów". Ale podobno wolnymi krokami powraca tradycja... Podobno jest teraz bardzo trendy organizować tak zwane Spacerki Zombie. Jak sama nazwa wskazuje- spacerek zombie jest po po prostu spacerem po mieście w strojach zombie. Nie chodzi o przesiadywanie w pubach, ale o chodzenie po ulicach, sklepach, cmentarzach i innych miejscach publicznych. Zombie Walk odbył się już po raz drugi w NY. Odbył się także w Portland, Seattle, Phoenix.
Nasz, hjustoński Zombie Walk nie wiedzieć czemu zaplanowany jest dopiero na marzec. Zacznie się od wspólnej przejażdżki metrem, a zakończy pewnie w jakimś pubie.
Aby wczuć się bardziej w klimat, polecam wszystkim jeden z moich ulubionych filmów Shaun of the dead.
Wczoraj, we wczesnych godzinach porannych wybraliśmy się na wycieczkę krajoznawczo-turystyczną. Pogoda się trochę poprawiła, bo zrobiło się chłodniej (dzisiaj rano było 9 stopni) . Ubrałam się w dwie warstwy wiatroszczelnych koszulek, zrobiłam herbatkę do termosiku, Monsz załadował rowery i ruszyliśmy po kolegę Rysia. Rysiu to fajny chłopak, więc często z nami jeździ na rowery.
W Rocky Hill, do którego jeździmy dość często odbywały się akurat zawody. Trzeba więc było pojechać gdzie indziej. Padło na Bluff Creek Ranch, które to zostało nam wcześniej zarekomendowane przez znajomego.
Ranczo to znajduje się jakieś 1.5 godziny od Houston. Na tak zwanych wioskach. W przewodniku wyczytałam, że właściciel tego ranczo lubi jazdę na rowerze górskim i zbudował sobie ścieżki, które udostępnie innym. Oczywiście nie za darmo, bo w Ameryce to mało co jest za darmo.
Znaleźliśmy to miejsce bez problemu. Przy przejeździe przez bramę dotyka się jakiegoś czujnika, który powiadamia właściciela, że nadjeżdżają goście.
Ranczo, jak to ranczo. Nie powiem. Sporawe. Wszędzie krowy. Krowy w Teksasie kojarzą się bardziej z hamburgerami niż z mlekiem. Szczególnie te długorogie. Te to nawet wyglądają na takie co to dużo ryczą i mleka nie dają.
No więc krowy i konie. Trawa i las sosnowy. Oglądamy i idziemy się zarejestrować. Za zabawę należy wyłożyć $7 za używanie scieżek. W cenę wliczone jest także używanie toalet i pryszniców, grilla, miejsca do mycia rowerów itd. Płaci się w domu, gdzie jakiś 14 letni chopiec odbiera kasę, tłumaczy trasę i w między czasie ogląda Borata na DVD!!!
No to jedziemy. Trasa jest raczej łatwiejsza niż trudniejsza. To znaczy łatwiejsza nix to Rocky Hill, do którego zazwyczaj jeździmy. Łatwiejsza, ale za to bardziej interesująca. Jeździ się głównie po górkach w lesie, które oczywiście są częścią ranczo. Od czasu do czasu wjeżdża się na łąki, na których oczywiście pełno jest krowich placków. Małych, dużych, jasno brązowych i czarnych, suchych i mokrych. Zdążyłam się tylko podzielić z towarzyszami, że lubię zapach krowiej kupy, bo przypomina mi dzieciństwo nad Rospudą, i wjechałam właśnie w taki rzadki placek. Nie miałam błotników, więc cała prawa noga zrobiła się nagle brązowa... No cóż. Taki lajf.
Po jakiejś godzinnej jeździe wyjechaliśmy nagle na łąkę gdzie zobaczyliśmy prawdziwy majątek naszego ranczera. Otóż stała tam pompa i pompowała ropę. Taka pompa podobno produkuje jakieś 20 baryłek dziennie. $70x20=$1400. Nie wiem czy rzeczywiście ta ropa należała do ranczera. Czy też tylko dzierżawił ziemię jakiemuś tam szejkowi, ale tak czy siak kasę z tego z pewnoscią ma niezłą. Podobno te małe pompy są niedrogie w utrzymaniu. Poprosiłam Mensza, żeby na boku zaczął robić jakieś badania i znalazł nam jakiś kawałek ziemi gdzie jest ropa to też bysmy sobie walneli takie ranczo...
No więc tak sobie ludzie w Texasie żyją. Wątpię żeby ten ranczer w ogóle pracował. To znaczy ma niby te krowy. Ale wyglądały one bardziej na takie krowy dla fanu niż żeby był z nich jakiś sensowny biznes. W końcu facet śpi na forsie, więc nie będzie się pierdzielił z jakimiś długorogimi krowami...
No ale w domu u tego ranczera wisi na przykład bardzo naukowy plakat. Plakat ten tłumaczy jakie mięso pochodzi, której części krowy. Krowy pana ranczera nie są podobno karmione hormonami i wszystkich serdecznie zaprasza do kupna jego wołowiny. Trzeba tylko złożyć wcześniej zamówienie. Można kupić tylko trochę, a można i całą krowę jakby ktoś miał ją gdzie trzymać...
My nie mamy. Dlatego też za jakieś 2 tygodnie jedziemy tam na kemping. W dzień rowerek, wieczorem wołowinka z grila i winko. Jak będziemy mieli "szczęście" to być może pan ranczer zarżnie nam naszą krowę przy nas...
Tym razem nie miałam ze sobą aparatu, ale następnym razem na pewno wezmę.



poniedziałek, 23 października 2006
piątek, 20 października 2006
Zdjęcie nadesłane przez czytelniczkę Ewę, która bynajmniej nie wygrzewa się teraz na plaży, bo zdecydowała się na dwutygodniowe wakacje w Polsce. Szczęściara.


Mam dzisiaj tak zwany wieczór piękności. Stary poszedł z kolegami na pifko, a ja siedzę sobie i delektuję się samotnością. Lubię siedzieć sobie sama. Głównie dlatego, że nigdy się nie nudzę i potrafię się całkiem nieźle (uwaga Sławek) zreraksować. Jestem osobą, z którą nudzę się najmniej ze wszystkich osób jakie znam.
No więc uciekłam dzisiaj z pracy. Wiedziałam, że mam dzisiaj zaplanowany dzień piękności więc trzeba go było zacząć jak najwczęściej.
Na początek wizyta u fryzjera. W Houston mieszkam już 3 lata, a jakoś do tej pory nie miałam fryzjera, u którego byłam więcej niż trzy razy. Jakoś nie trafiłam jeszcze na takiego, który czegoś tam nie schrzanił. A to za krótko, a to za jasno, a to fruzura na świniaka. Właściwie to nawet przestałam się łudzić, że kiedyś ktoś będzie w stanie cokolwiek porządnie zrobić z tymi moimi włosami.
A jednak. Dałam szansę salonowi po sąsiedzku i zrobiłam tam sobie highlighty. No mówię wam, rewelka. Poraz pierwszy bardzo mi się podoba.
Po przyjściu do domu (starego już nie było) zjadłam lekką kolację, sprawdziłam mejle i inne takie i zaczęłam działać. Najpierw jacuzzi i maseczka. Mamy tu w tym domu, który wynajmujemy jacuzzi. Generalnie użyć to jacuzzi można tylko parę razy w roku, bo upał jest zazwyczaj taki że człowiek nie ma raczej ochoty na żadne takie wygrzewanie się. Z takich ekstremalnych urządzeń to mamy też kominek. No comments. Poporzednia lokatorka też nie używała tego jacuzzi. Wiem, bo jak użyliśmy to jacuzzi poraz pierwszy to nam zalało pokój pod spodem. Okazało się potem, że wszyscy sąsiedzi mieli podobny problem, ale 3 lata temu. Oznacza to, że właścicielka domu nie użyła tego jacuzzi przez 3 lata...

No ale dzisiaj temperatura spadła do 15 stopni i nawet zmarzłam, więc jacuzzi było jak najbardziej zasłużone.
Nie było zbyt romantycznie, bo musiałam się kąpać z kotami. To znaczy nie z takimi żywymi, tylko z takimi kurzowymi. Wanna jest okurzona, bo jak już napisałam raczej jej nie używamy. Niby ją umyłam przed kąpielą, ale takie tam mycie ślepej kury. Wydawało mi się, że ją umyłam. Pływało tam kilka kotów, które musiałam wycedzić. No i potem to już raczej w ekspresowym tempie ten wieczór piękności, bo od tego siedzenia w tej gorącej wodzie ledwo co nie wykitowałam. No więc nogi, paznokcie, kremiki sriki i jestem jak Kleopatra.

No ale co mają do tego wszystkie te orgazmy? No więc proszę państwa mój nowy fryzjer do usługi mycia głowy dołącza super masaż. I tak doszłam sobie dzisiaj do wniosku, że przy takim masażu głowy to orgazmy, podobnie jak i ta, jak jej tam inteligencja są naprawdę overrated. Życzę wam wszystkiem dobrego masażu głowy. Jak nie ma wam kto zrobić to zróbcie sobie sami. Warto.

czwartek, 19 października 2006

Dziś będzie o auto reklamie i o kobiecym eksponowaniu się w Internecie.

Jak niektórzy z was zapewne wiedzą mam konto na flickr. „Obsługuję” też konto Mensza. W związku z tym, na bieżąco śledzę wydarzenia na Flickr. To znaczy takie tam wydarzenia. Bardziej chodzi o informacje o różnego rodzaju bugach, nowych narzędziach itede itepe.

Dzięki Flickr poznałam też kilka osób. Osobiście i wirtualnie.

W ogóle to zachęcam was wszystkich do otworzenia sobie tam konta, bo Flickr to fajna sprawa. Nie chodzi mi BYNAJMNIEJ o całą tą społeczność wirtualną, ale o to że można tam przechowywać większość zdjęć. Takie zdjęcia łatwiej się później linkuje, nie trzeba znajomym zapychać skrzynek mejlowych itd.

No ale nie o Flickr miało być. Będzie o Rebece.

Powiedzmy sobie szczerze, na sztuce to ja raczej się nie znam. Ale gdy przypadkowo (nazwijmy to przypadkowo, bo chyba na Flickr nie trudno jest się na to nie natknąć) natrafiłam na zdjęcia Rebekki Guðleifsdóttir wiedziałam, że jest tam coś co bardzo mi się podoba.

Rebekka ma 28 lat. (Tyle co ja). Jest spod Bliźniąt (tak jak ja). I mieszka sobie w Islandii – no ja akurat mieszkam w Houston. Rebekka dorastała na Florydzie. Lubi fotografię. Twierdzi, że jest samoukiem i że kilka lat temu zaczęła robić zdjęcia. Głównie sobie. Jej słynne zdjęcie z jabłkiem (pt: "Ewa") wygrało konkurs na najlepszy Autoportret. W rezultacie czego Toyota zaoferowała jej pracę przy kolejnej kampanii reklamowej.

I tak sobie dziewczyna wypstrykała.  Jej zdjęcia moim zdaniem są nie tylko bardzo interesujące. Są również dziewczęce, Grimmowe, leśne i mają to coś w sobie. Chyba chodzi mi o jakiś taki element męskości, czy może bardziej niezależności? Czy może to, że tak do końca nie wiemy gdzie kończy się sen, a gdzie zaczyna się jawa?

Śledzę jej zdjęcia na bieżąco. Być może gdy będę bogata to nawet jakieś sobie kupię i wsadzę w ramkie (szczególnie podoba mi się TO).

Niektórzy pewnie powiedzą, że te zdjęcia są poprzerabiane i że to się nie liczy. Pewnie, że są poprzerabiane, ale dzięki temu udało jej się stworzyć niepowtarzalny styl, którego nigdzie i nigdy przedtem nie widziałam.

Sama się sobie dziwię, że reklamuję wam tu kogoś kogo zupełnie nie znam. No ale po prostu uważam, że warto tam zajrzeć.

Wiadomo, że Rebekka w bardzo nartystyczny sposób sprzedaje po trochu samą siebie. Nie oszukujmy się. Te blond włoski, grzyweczka i te iskry w oczach działają na wszystkich. Zarówno na facetów, jak i na inne dziewczyny. Ale mimo to, wydaje mi się że jest jakąś taką pionierką w eksponowaniu siebie w Internecie w bardzo oryginalny sposób.

Czy jakiemuś facetowi udałoby się odnieść podobny sukces?


04:08, hjuston , art
Link Komentarze (11) »
środa, 18 października 2006

Wczorajszy wieczór spędziliśmy na wkurzaniu się. No ale na szczęście potem się zrelaksowaliśmy. Otóż jak już wspominałam planujemy wycieczkę do Nowej Zelandii.

Miało być w grudniu, ale po przestudiowaniu Lonely Planet doszłam do wniosku, że w czasie przerwy letniej nie ma co się pchać. Nie będę się użerać z jakimiś bachorami. Teraz plan jest taki, że lecimy w styczniu. Dokładnie w drugiej połowie. Około 20-go. Jak wszystko pójdzie z planem.

Za punkt honoru postawiłam sobie abyśmy zrobili to jak najtaniej. To znaczy jak już tam będziemy to raczej nie będziemy sobie żałować, ale najpierw trzeba tam się znaleźć. A teleportera póki co nie mam. Bilety powiedzmy sobie szczerze, są w cenie bynajmniej zaporowej. Dwa tysiące dolarów za łepka. Trochę żal.

No ale główka pracuje. Nie na darmo w poprzedniej pracy nazywano mnie Rewards Advisor. Znałam się na wszystkim- zaczynając od sprzedawania biletów Southwest Airlines na ebayu, a kończąc na wszelkich double dippingach i innych promocjach. Zaplanowałam sobie, że do tej Nowej Zelandii polecimy conajmniej w połowie za darmo (nie mam tu na myśli podróży w stylu Monsz w samolocie, a ja ukryta w torbie). Będzie to co prawda przelot wyciułany, ale za to darmowy.

Musimy mieć 160 tysięcy mil Continental Airlines, abyśmy potem mogli zadzwonić do Qantasu i zakupić dwa bilety relacji LAX-WLG. Do tego należy dodać przelot do Los Angeles. Nasza obecna sytuacja milowa ma się dobrze. Na jednym koncie mamy 153 tysiaki. Na drugim 50k, które będzie można użyć na przelot do LAX. Jakoś tam uciułamy. Mam jeszcze konto na stare nazwisko i tam też mam jakies 15k, ale jak ten ostatni debil zamiast zmienić nazwisko, założyłam sobie nowe konto. W celu dostania dodatkowych 15 tysięcy mil złożyłam wczoraj podanie o kartę kredytową Continental Airlines.  Jakoś uzbieramy.

Mam tylko nadzieję, że nie będzie z tymi milami jakiejś ściemy i naprawdę będzie je można użyć. Trzymajcie za mnie kciuki. Podsumowując uważam kategorię Nowa Zelandia za otwartą.

wtorek, 17 października 2006





Czuję się dzisiaj fatalnie. Przez dwa dni lało. Wczoraj w nocy była taka burza, że naprawdę można było się osłabić. Wilgotność 150%, błyski, grzmoty i temperatura 28C. Rano wstałam tak obołała, jakby mnie ktoś w nocy zbił jakimś kijem. W garażu przez tę wilgoć strasznie waliło śmieciami. W pracy nei działała klima. No i do tego te burze co 15 minut. 4 osoby zmarły na skutek powodzi. W tym 2 dziewczyny, które znaleziono w zalanym aucie pod wodą na autostradzie. Próbowały się wydostać z samochodu, ale nie zdążyły... Muszę chyba poczytać Worst Case Scenario- rozdział pt: Jak się wydostać z zalanego pojazdu. Po pracy poszłam zrobić zdjęcie naszego kanału (proszę zwrócić uwagę na zalane lampy i drzewa) i teraz siedzę sobie w ciepełku i jem zrobione przez siebie ciasto śliwkowe. Mniam. Acha, nagrałam wam też kolejny filmik, do obejrzenia którego zapraszam.
niedziela, 15 października 2006
A wczorajszy dzień spędziliśmy na plaży polując na kraby...



Są firmy bogate i biedne. W tych biedniejszych, takich jak moja nikomu nie przychodzi do głowy aby martwić się o ergonomię stanowiska pracy. Co prawda mam ergonomiczne krzesło- prawie, że wyżebrane- ale na tym się kończy. A zaczynam oddczuwać skutki długotrwałej pracy z klawiaturą. Lewy nadgarstek robi się tak jakby trochę słabszy (jestem praworęczna). Od dzieciństwa strzyka mi w kolanach, a teraz zaczęlo mi też strzykać w nadgarstku.
A wszystko przez ten durny Ctrl+G (go to visible only, albo go to blanks) i Ctrl + shift + * ( do zaznaczenia całej tabelki bez używania myszki). Używam skrótów. Niby używanie skrótów polecane jest dla tych, którzy za dużo używają myszki, i którzy obawiają się nabawienia RSI, ale w moim przypadku jest chyba odwrotnie.
Mój Monsz na przykład ma w pracy ergonomistę, który dwa razy w miesiacu przychodzi, sprawdza, doradza i przyjmuje zamówienia na nowe myszki, krzesła biurka itd. Niektórzy ludzie mają jakieś taki myszki nożne (bo muszą dużo klikać), a jeszcze inni podobno pracują na dwóch lub trzech myszkach (także na lewą rękę – jeśli jest się leworęcznym). Mają też zainstalowany jakiś taki program, który co 15 minut włącza się i wyskakuje na ekranie ludzik przypominający, że czas zrobić sobie przerwę, poruszać nadgarstkami, albo się przejść.
Ja takiego programu nie mam, ale mogę sobie na przykład nastawić powiadamiacz, żeby przypominał mi o tym samym. Co prawda nie będę miała ludzika, ale za to mogę sobie napisać „O Pani moja, najwspanialsza i najpiękniejsza- czas poruszać nadgarstkiem“.
Czy ktoś z was ma też problemy z początkami RSI? I jak sobie radzicie?
środa, 11 października 2006


balony


Każdego roku w Albuquerque w Nowym Meksyku odbywa się Fiesta Balonowa. W tym roku International Balloon Fiesta odbyła się już poraz XXXV. Przyjeżdża na nią około 700 balonów. Fiesta trwa 10 dni i każdego dnia odbywają się różne imprezy. zaczynając na wyścigach, a kończąc na tak zwanych "świeczkach" czyli spalaniu gazu bez balona.
Zanim przeprowadziłam się do Houston mieszkałam w Albuquerque. Niby przez dwa lata. No ale jakoś tak wyszło, że zawsze podczas Balloon Fiesty nie było mnie w domu.
W tym roku zdecydowałam, że czas wrócić na dawne śmieci. Za gapowe trzeba oczywiście płacić. Mogło być za darmo, ale się zaspało i teraz trzeba było płacić. Za bilet, za auto, za hotel i za inne duperelki typu dżemik o smaku green chile, czy też kolczyki niby zrobione przez lokalnych Indian. No ale oczywiście nie żałuję. Nie żałuję, bo w życiu, podobnie jak Robbie Williams, generalnie posługuję się zasadą No Regrets.
Wylecieliśmy w piątek około południa. Wszystko przygotowane: aparaty, obiektywy, kurtki przeciw deszczowe, kremy przeciwsłoneczne, okulary, buty i buciory i inne takie. Samolot oczywiście był przeładowany. Jak to bywa w Continental, sprzedali więcej biletów niż było miejsc i musieli przekupić kilku pasażerów, aby za cenę $500 zgodzili się lecieć późniejszym lotem. Wiedzieliśmy więc, że w ABQ będzie niezła kaszana. Zresztą nie zaskoczyło mnie to zupełnie gdyż już 2 miesiące temu miałam problemy ze znalezieniem noclegu i zarezerwowaniem samochodu.
W samolocie same ważniaki i eksperci. Jeden mieszkał w ABQ przez 20 lat i zna Fiestę na wylot. Drugi ma kuzyna, który sam ma balon ale on nie lata bo się boi. Kolejna kobieta miała za to pieska, który ciągle darł ryja. Lot trwał 1.45h. Obejrzeliśmy na ipodzie 3 odcinki The Office.
Gdy już zalecieliśmy oczywiście nie mogliśmy uwierzyć jak to wspaniale być w mieście, w którym nie ma wilgoci. Temperatura około 17 stopni C. Normalnie luksus. Wynajeliśmy samochód. Taki tam ford. Zazwyczaj mam niby upgrade-y, bo niby w przeszłości się nawypożyczało tych samochodów, no ale tym razem na fordzie zostało. W Albuquerque, w październiku, samochodów po prostu nie ma.
Spaliśmy w La Quincie. Taką mam jakąś słabość do tego hotelu. Raz musiałam w nim mieszkać przez 2 tygodnie (w Portland) i nagle stałam się posiadaczem Diamentowej Karty. No ale nie ma się czym chwalić bo La Quinta to mniej więcej coś porównywalnego z Ryan Air czy innym tanim chłamem. Mam też niby złotą kartę w Hiltonie, ale tam jakoś te punkty tak szybko się nie rozmnażają, więc zostaję przy LQ. Zresztą, w drogich hotelach śpi się tylko wtedy gdy płaci za to firma, a jak z własnej kieszeni to i La Quinta dobra?
W piątek zbyt wiele się nie wydarzyło. Objechaliśmy ABQ. Pojedliśmy, popilismy, obejrzeliśmy fajerwerki, pojechaliśmy obadać teren (parking i miejsce gdzie kupuje się bilety) i poszliśmy spać. Bo w sobotę miał być wielki dzień?
Wstalismy o 3.45 rano. Impreza zaczynała się już o 6.00. Oczywiście aby nie wejść za późno należało przyjść wcześniej. Byliśmy więc na miejscu o godzinie 4.30. Organizacja całej imprezy była fantastyczna. Objazdy, parkingi, wolontariusze ? no po prostu pierwsza klasa. Sam Balloon Fiesta Park wyglądał imponująco. Olbrzymi placek z wydzielonymi kwadratami dla poszczególnych balonów. Przenośne toalety, stragany i straganiki, a także namioty sponsorów. Tak jak na jakimś jarmarku, tyle tylko, że zamiast oscypków sprzedawano tam: hamburgery z green chile, posole, wędzoną nogę indyka, pieczoną kukurydzę na kolbie i różne takie.
Mimo tego, że byliśmy tam tak wcześnie, na miejscu były już tłumy. Trudno uwierzyć, ale wydawało się, że tego dnia całe miasto wstało o 4 rano.
Zakosiliśmy gdzieś jakieś krzesełka (które potem zakoszona nam), siedzimy i czekamy. Zaczęło padać, a potem lać, a my cały czas siedzimy. Inni też siedzieli, nikt się nie poddawał. Wypiliśmy herbatkę, zjedliśmy cinamon roll i czekamy. Inni tak samo: kawusia, cinamonn roll (lub też wata cukrowa o 4 rano)- siedzą i czekają. Facet obok spał.
Około 5.30 zaczęły się zjeżdżać auta z balonami. Prawdę mówiąc nie wierzyłam, że cokolwiek tego dnia się wydarzy. Ciągle padało. Żadna z drużyn nie była na tyle głupia aby się zacząć rozwijać.
Słońce zaczęło wschodzić po 6.00. I nagle przestało padać. Zdążyłam się tylko obejrzeć i zachwycić górami Sandia (które jak zawsze przy wschodzie lub zachodzie słońca zmieniają kolor z brązowego na arbuzowy), a tu nagle wokoło mnie zupełnie z nikąd pojawiło się kilkadziesiąt balonów. Zaczęło się szaleństwo. Oczywiście każda z drużyn chciała byc tą, która znajdzie się w powietrzu jako pierwsza. Wyznaczone wcześniej kwadraty nie miały już jakiegokolwiek znaczenia. I nagle te kilkadziesiąt balonów znalazło się w powietrzu. Potem kolejne dziesięć i kolejne i kolejne. No co tu dużo mówić. Wrażenia powalające. Zdjęcia nie wyszły mi najlepsze, bo pogoda była naprawdę do bani i to niebo takie białe mi się zrobiło. No ale zawsze jeśli chcecie to możecie te zdjęcia obejrzeć TU.
O godzinie 9.30 było już po wszystkim. Wszyscy wystartowali i odlecieli. Trzeba było się zabrać do hotelu i odespać jak najwięcej, bo wieczorem powtórka. Wieczorem balony miały być podświetlane. Z powodu złej pogody było to słabsze niż zapowiadano, ale zawsze lepsze to niż nic.
Kolejnego ranka zajecia były odwołane z powodu deszczu i wiatru (przeczuwaliśmy, że może padać więc wstaliśmy o 5.00, a nie o 3.45). Kolejnego popołudnia też. Tak więc udało nam się z tą sobotą. Jakby kto pytał, za rok (jak Bozia da) też pojadę?

 
1 , 2
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston