czwartek, 08 kwietnia 2010
Ogólnie wiadomo jest, że w Ameryce policja bardzo rzadko zatrzymuje za przekroczenie prędkości i że co druga osoba tą prędkość przekracza. Wieczorami większość (przynajmniej w Houston) jest po drinku czy dwóch (bo w Houston do baru bez samochodu niby się nie da). Często widzi się tych, którzy przejeżdżają na czerwonym świetle, albo nie zatrzymują się na STOPie, albo robią Californian rolling stop.
Jakiś czas temu wydzwaniał do mnie jakiś policjant, który prosił o datek na houstońską policję. Dzwonił średnio raz na miesiąc. Wydzwaniali chyba do wszystkich, którzy mieli zarejestrowaną działalność gospodarczą. Zawsze mówiłam NIE NIE NIE aż w końcu powiedziałam mu- panie- to jest żałosne, że tak wydzwaniacie i się prosicie bo pieniądze leżą w tym kraju na ulicy. Wystarczy wyjść z radarkiem (ale nie z radarkiem123) na ulicę i pieniądze  znajdą się w 5 minut. Dzisiaj właśnie pan policjant odebrał ode mnie to, czego wcześniej nie chciałam mu dać. Wlepiono mi bowiem mandacik.
W sumie to niby jestem nie w humorze, ale tak trochę się cieszę, że w końcu policja ruszyła mózgownicą i zaczęła zatrzymywać piratów drogowych (mnie?).
Policji na ulicach jest teraz sporo. Czają się nie tylko na Durham i Allen Parkway. Są wszędzie. Podobnie jest w innych miastach. Na zachodzie kraju mówi się o tym, że Kalifornia próbuje mandacikami załatać dziurę w budżecie. Na wschodzie, jak donosi Wujek Zdzisiek- kierowcy zaczęli używać świateł, aby ostrzec innych,  że za rogiem czai się radarek...
A wszystko to dzięki mnie ... Gdybym wtedy temu policjantowi nie wygarnęła to pewnie do tej pory siedzieliby w biurach i wydzwaniali po prośbie.
To by było na tyle. Idę poczytać o DSC, bo wolę zapłacić mniej i nie mieć punktów karnych.
poniedziałek, 05 kwietnia 2010
Święta, święta i po świętach. Przynajmniej w Ameryce. Chociaż u mnie w domu na przykład święta trwają cały rok. UWAGA, niektórzy mogą się załamać... Otóż  u mnie w domu nadal stoi choinka. Co prawda nie ubrana, ale stoi. Stwierdziliśmy, że nie chce się nam jej rozkręcać i niech stoi w kącie i udaje Pinus ponderosa. Sąsiedzi, którzy ostatni przyszli do nas na granie w kręgle połączone z piciem ginu z tonikiem do prawie, że północy powiedzieli, że i tak nie wygraliśmy zawodów, bo w okolicy jest jakiś kolo, który ma jeszcze choinkę nierozebraną. Oni sami, swoją rozebrali także zupełnie niedawno.
Trochę mi wstyd, ale z drugiej strony choineczka naprawdę wygląda jak zgrabna roślina doniczkowa. Do tego służy jako narzędzie komunikacyjne pomiędzy mną i moim synem. (Chodzi o to, że jak tylko Franek wlezie za choinkę to znaczy, że mama musi lecieć po nocnik bo będzie #2).
Tak więc proszę- wyspowiadałam się i już mi lżej...
Święta (czyli weekend) spędziliśmy bardzo nieświątecznie i mało religijnie, a mianowicie na piknikowaniu i chodzeniu po parkach. Pogodę mamy tu w Houston prawdziwie letnią (dziecko mi się nieźle dzisiaj spociło na wybiegu) i szkoda było nam siedzieć w domu i jeść długie śniadanie.
Dzisiaj byliśmy w Washington on the Brazos podziwiać Texas wildflowers czyli jak to się mówi po naszemu - kwiaty polne.


















Kwiatów było bardzo dużo, a komarów mało więc warto się wybrać.

Jeśli chodzi o wydarzenia weekendowe, to należy także wspomnieć o tym, że umarł Blake Carrington i że sprzedają już ipady.
Ja ipada narazie nie kupuję, bo mam inne wydatki (dywan / wykładzina  jakieś kurna puzzle z flor.com i  stolik dla Małego, żeby miał gdzie rysować i ciastolinować), ale taki radarek123 już ma i był na tyle miły, że pokazał mi jak wygląda mój bloguś na ipadzie. Wygląda oczywiście bardzo seksi. Wklejam też Wojciecha Manna na ipadzie, który mi za bardzo tutaj nie pasuje, ale radarek chciał.





środa, 31 marca 2010
Nie chce mi się tłumaczyć więc wklejam tak jak dostałam. Myślę, że może być ciekawe.

dateline - Austin, March 2010; source: Juice Consulting LLC) - Houston's PBS Station Channel 8 and Austin-based production company Hogaboom Road, Inc. will premiere a new travel show on Saturday, May 1 called "The Daytripper" which will air Saturday afternoons at 3:30 p.m. on HoustonPBS Channel 8.
 
Originally, "The Daytripper" debuted to an Austin-based audience as "The Austin Daytripper," but as viewer interest grew incrementally, Host and Creator Chet Garner decided to take the message to Texans everywhere and expand into six new markets including Houston.  From well-known Texas landmarks to the completely obscure dives and hideaways, "The Daytripper" is a fresh, adventurous, and informative look at all the great things there are to do within one day's reach.  From hill country mountain biking and serene State Parks, to gritty Texas Bar-B-Q joints and classy Texas vineyards, viewers join Chet as he takes them on an adventure throughout Central Texas and then gets them back home before dark (or at least close enough). "The Daytripper" appeals to anyone who loves Texas and has an itch to explore, whether on a road trip, a family expedition, or just for fun.
 
Dale Roe, TV critic for The Austin American-Statesman states: "Garner is a charming and humorous host... the segments have the quick-cut look and feel of shows you might see on the Travel Channel or the Food Network, and incorporating elements of both.... I can't wait to see where Garner goes next."
 
In the premiere episode, Chet travels to the home of Dr. Pepper and Baylor University.  That's right - Waco, TX.  From a 60-year-old greasy burger joint called "Health Camp" to some of Central Texas's best mountain biking, Waco has lots to offer any Daytripper as do other Texas cities showcased by the show including Bastrop, Burnet, Luling, Shiner and Fredericksburg.  More adventures will come as Chet's passion for Texas will carry forth the Daytripper Mission to "highlight all the natural and man-made wonders that lie throughout the state and to enrich the lives of viewers by inspiring them to venture out on day trip excursions of their own to explore the great wonder that is TEXAS!"
 
"The Daytripper" will air on Saturday afternoons at 3:30 p.m. beginning May 1 on HoustonPBS Channel 8.  Complete episodes are also available online, details at www.thedaytripper.com.
 
The Daytripper is sponsored by REI Houston, Saint Arnold Brewing, and Rudy's Country Store and Bar-B-Q.
 
For more information visit www.thedaytripper.com.
22:58, hjuston , texas
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 29 marca 2010
Księżyc widziany z naszego ogródka (pierwsze zdjęcie zrobione przez męża, a drugie przeze mnie). 




sobota, 27 marca 2010
Jeśli ktoś z czytających dostał dzisiaj dywidendę z REI to może otworzyć sobie katalog na przedostatniej stronie i zobaczyć moje zdjęcie. Dla ułatwienia znalezienia dodam, że mam pomarańczowego polara i czapkę, ale nie jestem czarnym facetem. A dla jeszcze większego ułatwienia dodam, że chodzi o TO zdjęcie, z tej wyprawy.

Przychodzi taki dzień gdy dzieciak w sklepie rowerowym robi ci taką scenę, że co druga osoba patrzy się na ciebie i myśli- Boże- co za rodzice- nie umieją dziecka uspokoić, i trzeba mu kupić rower (czy też jak to Franek mówi bajcycek).
Miał być ten z tego filmiku. Bo wzrusza mnie on do łez i  gdy oglądam go średnio 3 razy w tygodniu  myślę sobie, że nie chcę aby mój syn był lekarzem czy prawnikiem- chcę tylko żeby skakał sobie tak na rowerze (no ale zaraz potem zastanawiam się czy to aby zdrowe jest dla takiego małego chłopca tak obijać sobie wiecie co).

 




No ale że bajcycek był potrzebny już teraz, a nasz superancki sklep BikeBarn, ani żaden sklep w Houston ich nie ma (widzę tutaj pewne business oportunity) to kupiliśmy ten. Nie, nie różowy- granatowy. Teraz tylko muszę mieć nadzieję, że Franek nie pogubi mleczaków wcześniej niż powinien.








piątek, 26 marca 2010
Okazuje się, że tegoroczna zima stulecia (która w Meksyku była podobno chłodna i mokra), a także nielegalne wycinanie lasów (i związane z tym powodzie błotne) w tamtejszych okolicach , przyczyniły się do zmniejszenia się populacji monarchów wędrujących na północ. Populacja ta zmniejszyła się podobno aż o 50-60%.
Niskie temperatury w naszych okolicach spowodowały opóźnienie w wzroście roślin, które potrzebne są tym motylom do składania jaj, a także tych, z których pobierany jest nektar.
Znany i trochę przeze mnie nielubiany Eric Berger, nawołuje w swym artykule w Houston Chronicle abyśmy pomogli w tym roku motylom i posadzili trochę roślinek, które pomogą monarchom, bo jak przypomina- dopiero 3 lub 4 pokolenie doleci do Kanady.
Jeśli chodzi o roślinki w 'ogrodzie' to mam tylko lawendę, zioła i pomidory. Pochwalę się, że moje pomidory mają już pierwsze malutkie owoce.
Mam tylko jedne zdjęcie monarcha na postoju w Teksasie, więc je wklejam poniżej. Reszta to jakieś inne gady, ale też sympatyczne.









niedziela, 14 marca 2010
Chyba już wszyscy to widzieli, ale pomyślałam sobie, że skoro i my tu mamy zarówno aligatory jak i Polaków to może być tak trochę na temat ...



Podesłane przez Gumiaka i przez kuzyna z Czikago.

środa, 10 marca 2010
Po 2 latach odnowiłam swoje członkostwo w YMCA (teraz zawsze kiedy myślę o YMCA przypomina mi się ten klip), bo w przeciwieństwie do niegrzecznych mamusiek narzekających na brak płaskiego brzucha wierzę, że po urodzeniu dziecka można znowu mieć płaski brzuch i nie mieć cycków jak to ktoś tam ujął- jak jamniki czy jakoś tak. Wystarczy tylko się uprzeć, bo wiadomo że samo się przecież nie zrobi. Myślę, że mój brzuch, któremu do płaskiej deski jaką miałam kiedyś niestety brakuje, jest tylko i wyłącznie moją winą i moim lenistwem. Taka prawda.
Pomimo tego, że na nic nie mam czasu, za namową Matyldy, postanowiłam odnowić swoje członkostwo w YMCA. Oczywiście nie liczę na to, że za miesiąc będę miała rozmiar 36 i pewnie znając moje 'szczęście' jak już schudnę to pewnie znowu szybko zgrubnę, bo czas zacząć myśleć o drugim skrzacie.
W każdym bądź razie YMCA ma sporo zajęć dla tych, którzy nie potrafią się spiąć i zapierniczać na siłowni i potrzebują kogoś kto im będzie dyrygował co i jak. Tak więc postanowiłyśmy się zapisać na Zumbę.
Świetna ta zumba i muzyka, przy której się ćwiczy. No i dawno się tak nie spociłam. Niezły wycisk. Pani instruktorka jest we wczesniej ciąży (mam nadzieję, że jak urodzi to nie pójdzie na długi urlop macierzynski hehehe). W grupie była także jakaś 80 letnia babcia ubrana w czarne leginsy, a na nie różowe getry z lat 80-tych. Klasyk!
YMCA ma nowe child care, w którym można zostawić dziecko i iść się pocić, a potem nawet brać 30 minutowy prysznic. Problem jest tylko taki, że moje dziecko strasznie płakało i po 30 minutach ćwiczeń wyciągnięto mnie z sali bo dziecko nie dało się uspokoić. Nie wiem o co poszło. Może było zbyt tłoczno? Może starsze dziecko nie dało wejść do samochodzika? Nie wiem. Córka koleżanki płakała 5 razy, aż w końcu teraz płacze jak ma iść do domu.
Jutro idziemy znowu, licząc się z tym że być może będę musiała po 5 minutach wrócić, bo Franek nie będzie chciał tam zostać. Będę próbować - w imię płaskiego brzucha hehe.
piątek, 05 marca 2010
Wybrałyśmy się  z Matyldą na rodeo. Przyszedł czas aby mój Niuniuś zobaczył krowę z bliska. Matylda była wcześniej więc wiedziała, że aby przepchać się przez tłumy dzieciaków ze szkół i przedszkoli należy być pod stadionem już o 9 rano. Ryzykując kłótnię z mężem, który kazał mi siedzieć w domu i czekać, bo królowa angielska wysłała naszemu Niuniusiowi paszport, który miał być dzisiaj dostarczony - poszłam bo uważałam, że krowy i kowbojki są równie ważne.
Założyłyśmy na nogi kowbojki (moje te szare) i wybrałyśmy się na rodeo.


Dużo się dzieje na takim rodeo. My byłyśmy tylko na pokazie bydła, ale po samym parkingu widać, że impreza jest Texas size.
Zawsze żal mi było miejskich dzieci, które to krowy widzą tylko w zoo. A teraz sama poleciałam z Frankim aby pokazać mu krowy, owce i świnie i zapłaciłam za to siedem dolarków plus parking. A u babci mógłby zobaczyć za darmo ... I nawet krowę mógłby wydoić u cioci Janinki jakby bardzo chciał.
Oj dzieje się na tym pokazie bydła. Aż nie wiem od czego by tu zacząć ...
Zacznę może od jajka, bo na początku było jajko.
Tak więc można sobie zobaczyć jak wykluwają się kurczaki.








Większe zwierzaki też rodzą się publicznie. Był nawet grafik, na którym było napisane że o tej i o tej poród owcy, a o tamtej świni.
Te tu akurat urodziły się dzisiaj rano. Udało im się rodzić bez widzów (BTW- uwaga spojler - Pam z the Office się to wczoraj nie udało).



Krowy, które są brudne jak świnie można było podglądać pod prysznicami. Swoją drogą ciekawe czy są te same prysznice, w których się w przeszłości kąpali zawodnicy z houstońskiej drużyny footballowej?



Żeby tych krów później nie przewiało trzeba je oczywiście wysuszyć.



Wyczesane i wyperfumowane wyglądają jak te poniżej.



No i później takie lale idą na wybieg. A potem wiadomo gdzie - na hamburgery.



Oprócz krów, można też było podziwiać indyki. Teksańczycy nie owijają w bawełnę, ale jeśli ktoś by nie wiedział po co się hoduje indyki to wystarczyło popatrzeć na zdjęcie, które znajdowało się w zagrodzie indora (btw- biedny indyk musiał się nieźle stresować widząc co go czeka).



Po wyjściu z hali można było od razu zatrzymać się przy jednaj z budek, w których sprzedawali Texas size turkey leg.







Z kurami było podobnie.



Oprócz zwierząt można też było kupić wiele rzeczy. Grille, różowe torby kamuflarzowe na kowbojki, materace, paski, kapelusze, przedpotopowe ubrania kowbojskie, skóry, koszulki z Indianinem, kalosze kowbojki i oczywiście pickupy.



















No i na koniec skusiłyśmy się na zdjęcie z longhornem. W Egipcie się robi kiczowate zdjęcia na wielbłądzie, a u nas na krowie.



BTW- cholernie podobał mi się pasek pani cowgirl.



No coż- po Frankowej minie wiadomo, że raczej prawdziwym kowbojem to on nie jest...




Fajnie się bawiłyśmy. W następnym tygodniu pójdziemy pewnie jeszcze raz.

PS- Oczywiście podczas mojej nieobecności facio był tu z tym paszportem i teraz muszę po niego jechać na jakieś zadupie.
środa, 03 marca 2010
czwartek, 25 lutego 2010
Jak już wspomniałam, byliśmy na weselu Elvisa. Wesele trwało 3 dni- w piątek odbył się rehearsal dinner (czyli obiad, po próbie ślubu, na którym wszyscy bliscy mają się poznać), w sobotę o 11 ślub w katedrze, o 13ej party, które trwało do 16ej. Potem wszyscy szli do pubu. Potem zapewne do kibelka (patrz wpis niżej). Następnego dnia miał się odbyć crawfish boil, ale nie wiem czy ktokolwiek się tam zjawił z powodu sraki.
Na wesele polecieliśmy niby jako goście, ale także jako nie goście. Mąż miał swój pierwszy gig - czyli robił zdjęcia. Był też profesjonalny fotograf, ale panna młoda chciała zdjęcia w kolorze B&W i mąż właśnie  takie robił (pokaże gdy już je upubliczni- moim zdaniem wyszło mu całkiem nieźle).
Wesele- zupełnie nie podobne do polskiego. Nie wspominam już nawet o tych wszystkich bridesmaids czy też tradycji dawania  malutkich prezentów gościom. 
Ślub odbył się w St. Louis Cathedral znajdującej się w najstarszej i najbardziej znanej dzielnicy Nowego Orleanu - French Quarter. Podobno St. Louis Cathedral jest najstarszą katedrą  amerykańską.



Ceremonia nie różniła się zbytnio od ślubu w polskim kościele. Za to po wyjściu z kościoła- na państwa młodych i wszystkich gości czekała orkiestra jazzowa. Orkiestra prowadziła nas dookoła Jackson Square (widoczny na zdjęciu park z pomnikiem) i do restauracji, w której odbyło się wesele.
Taka procesja z orkiestrą jazzową to moim zdaniem jest jednak lepsza niż nasze polskie 'bramy'.











Bardzo podobała mi się nie tylko muzyka i podrygujący państwo młodzi, ale także ta atmosfera bycia przez chwilę gwiazdą. Gwiazdami byli nie tylko państwo młodzi, ale my także. Nie spodziewałam się, że procesja jest aż taką atrakcją turystyczną. Już pod kościołem czekała na nas masa ludzi. Wszyscy robili zdjęcia i nagrywali pamiątkowe filmik. Ja też nagrałam jeden telefonem- ale powiedzmy sobie szczerze jest dość słaby. No ale przynajmniej możecie sobie wyobrazić jaką muzyką grała ta orkiestra.







Koledzy pana młodego szli w okularach słonecznych Elvisa. Pan młody zakupił pudełko tych okularów, przywiozłam jedną parę takich okularów- dla Franka.



Nie wiem czy wspomniałam, ale pan młody pochodzi z Nowego Orleanu. Jego rodzina to Nowo Orleańczycy z krwi i kości- babcia pochodzi z Francji. Sam pan młody nie mówi po francusku, ale podobno świetnie rozumie i pije dużo wina. Mama i siostra pana młodego rozmawia z babcią po francusku. Babcia oczywiście mówi po angielsku, ale czasem jej się nie chce. Komu by się chciało, w ogóle rozmawiać jeśli po 45 latach mieszkania  w Nowym Orleanie jej dom został kompletnie zniszczony przez Katrinę, a sama babcia mieszka teraz w Kalifornii- jak twierdzi- na wygnaniu. Babcia już nie chodzi, więc wszędzi jeździła na skuterku.
Pomimo tego, że w sumie znamy się z sąsiadem nie za dużo (oglądamy razem LOST, kosi nam trawę za butelkę piwa i od czasu do czasu robimy wspólne barbakiu na zapleczu), zostaliśmy bardzo mile przyjęci przez jego rodzinę. Jednak ta południowa gościnność to ja wam powiem prawdziwa jest. Pomimo tego, że znaliśmy tam może 2 osoby- co chwila ktoś do nas przychodził- opowiadał jakieś historie i upewniał się, że się dobrze bawimy. I rzeczywiście bawiliśmy się świetnie. Tyle historii z czasów Katriny to jeszcze nigdy wcześniej nie słyszałam. W sumie nie ma się co dziwić, ale mimo wszystko bardzo mnie to poruszyło.
Jeśli chodzi o moje wrażenia dotyczące Katriny i zniszczeń, to oczywiście French Quarter wygląda tak jakby został nietknięty (bo i prawie tak było). Natomiast wszystko poza FQ to już inna historia. Zniszczenia widać do tej pory. Ludzie, którzy nie bardzo wiedzą co ze sobą zrobić snują się po ulicach. Przykre.
Nowo orleańczycy mają teraz nowy temat do rozmowy i stwierdzili, że zwycięstwo w Super Bowl to znak od Boga i teraz można już tylko rozmawiać o pozytywach. Koniec użalania się nad zniszczeniami, które pozostawiła Katrina.

Z rodziną panny młodej zamieniłam może 2 zdania. O pierogach- bo oni z Pittsburgha pochodzą. Różnice pomiędzy rodzinami z pólnocy i południa były naprawdę widoczne. Jedni na luzie, na wszystko mają czas- podczas gdy ci z północy jak w zegareczku i z lekkim dystansem. Sama panna młoda bardzo te różnice podkreślała w swoim przemówieniu.
No ale wracając do orkiestry- to zaprowadziła nas ona do restauracji. Impreza trwała do 16ej. Orkiestra grała, ale w sumie tańczyli tylko państwo młodzi. Nie wiem za bardzo czy taki zwyczaj, czy innym już było słabo z powodu tajemniczego 'wirusa'.
Jedliśmy głównie krewetki. Była wołowina, kurczak i torty w amerykańskim stylu. Były także karczochy, bo pan młody jest od nich uzależniony i kazał je powplatać w bukiety kwiatów, które stały na stołach.



Oprócz orkiestry, podobało mi się także siedzenie na tych nowo orleańskich balkonach. Trochę obawiałam się, że się urwą od ciężaru tych wszystkich gości, którzy chcieli tam siedzieć. Te balkoniki mają niepowtarzalny klimat.

Generalnie, gdyby nie tajemniczy 'wirus' byłoby super. Ale i 'wirus' poszedł już trochę w niepamięć, bo dzisiaj dowiedziałam się, że Franek ma anginę i mam inne problemy na głowie.
Państwo młodzi polecieli na Jamajkę, a my zastanawiamy się gdzie upchać te wszystkie prezenty, które codziennie przynosi nam UPS...
poniedziałek, 22 lutego 2010
Wróciliśmy. Teraz jest już trochę lepiej, ale było znacznie gorzej. Po powrocie do Houston zostaliśmy zaatakowanie przez jakiś wirus, albo po prostu zatruliśmy się czymś na weselu (bigos?). Moje zatrucie, którego miałam okazję doświadczyć gdy byłam  kiedyś w Indiach to pikuś w porównaniu z tym co przeszliśmy wczoraj w nocy. Nie będę się wdawała w szczegóły, ale z pewnością przez tą noc schudłam kilka kilo.
Podobne objawy (E K S T R E M A L N E  rozwolnienie i wymioty) miało więcej osób - w tym panna młoda, więc może czymś (krewetki itp.) się ztruliśmy? Ale z drugiej strony może to jednak wirus?
Pozostaje mi być wdzięczną za to, że lecieliśmy, a nie jechaliśmy , bo gdybyśmy zostali zaatakowani przez kibelek w czasie podróży autem przez bagna, byłoby nie za ciekawie...
No i teraz mam nadzieję, że wirusek nie dopadnie Franka i obu babć, które już w środę wracają za ocean.
A o samym weselu napiszę jak już dojdę do siebie.
środa, 17 lutego 2010
Po 7 latach mieszkania bez kablówki kupiliśmy ją sobie. Mamy ją dopiero jeden dzień ale już zaczynamy żałować. Chociaż może nie żałować a obawiać się jak teraz zmieni się nasze życie.
Oficjalnie, kupiliśmy ją niby dlatego, że teraz rugby leci podobno na BBC America i mąż będzie mógł oglądać 'za darmo', a nie za $15 za mecz. A nieoficjalnie to chcieliśmy obniżyć zyski Apple poprzez niekupowanie The Office, Parks and Recreation, Lost i Top Gear na  iTunes i oglądaniu ich na Apple TV.
Od czasu kiedy ostatni raz miałam kablówkę wiele się zmieniło. Przede wszystkim wszyscy mają teraz DVR i nikt nie ogląda reklam, które są doslownie co 2 minuty. Normalnie załamałam się gdy wczoraj oglądaliśmy LOST. Te reklamy strasznie muszą niektórym pożerać czas.
Nie mamy podpisanej umowy więc teoretycznie za pół roku (gdy skończy się nam promocja) będziemy się mogli wypisać. Myślę, że do tego czasu będziemy już jednak uzależnieni od 1000 programów i od szybszego interku, który dostaliśmy w zestawie.
Poza tym nic ciekawego. Przyleciała teściowa i robię teraz za tłumacza, bo moja mama nie mówi po angielsku, a teściowa po polsku. No ale jest niby lżej, bo babcie chodzą razem na spacery i mogę sobie poleżeć na kanapie.
Niedługo lecimy także na 3 dniową wyprawę do NO i poraz pierwszy od 19 miesięcy spędzę noc i dzień bez Franka. Oczywiście trochę się obawiam, no ale prędzej czy później taki dzień musiał nastąpić. Lecimy na ślub Elvisa. Elvis, jak już kiedyś wspomniałam pochodzi z NO, więc ślub będzie w takowych klimatach*. Cała impreza będzie trwała trzy dni: rehearsal dinner w piątek, ślub w sobotę, crawfish boil w niedzielę. Myślę, że jeśli wytrzymam nerwowo rozłąkę z Frankiem to będzie bardzo ciekawie.
A poza tym był tłusty czwartek i Mardi Gras. Podobno w Port Bolivar była niezła impreza i jeździły tam takie oto pojazdy.



Jeśli chodzi o pączki, to owszem zjadłam kilka. Wybrałam się do polskiego sklepu w celu zakupienia 36 sztuk! Pani Krysia/Ala nie wiedziała czy może mi sprzedać aż tyle, no ale przecież nie kupowałam ich tyle dla siebie.
Poza tym jestem chora. Zaraziło mnie moje dziecko, które z kolei zaraziło się od innego. Wszyscy już zdrowi tylko ja jeszcze kaszlę jak stary dziad.




*The second line parade is a jazz band tradition in new orleans during mardi gras but has been adopted by locals to celebrate life, including weddings.  guests follow the bride and groom, who are generally carrying parasols, swinging to the jazz band waving handkerchiefs in the air.  the parade will be around the quarter from the cathedral and end at muriels.

czwartek, 28 stycznia 2010
Ogląda ktoś 'Parks and recreation'? Pierwszy sezon był dość słaby, ale śmiem stwierdzić, że drugi sezon jest śmieszniejszy niż The Office. O parkach podobnych z tego serialu myślę właściwie codziennie gdy trzeba się wybrać na spacerek. Na szczęście parków (tych normalnych i  placów zabaw z drzewami) mam w okolicy dość sporo. Są tu także  SPARKi. Odkąd Franek zaczął chodzić, mamy gdzie chodzić.
Gdy czuję, że dziecko rozpiera energia i musi się po prostu natychmiast wyszaleć- idę do parku, który mam praktycznie za rogiem. Niestety w parku tym czasem czyhają na nas pułapki (czytaj dzieci z problemowymi zabawkami, do których dosłownie przykleja się mój syn). Ostatnio jeden chłopak przyjechał do piaskownicy taką bryką:



Możecie sobie wyobrazić jakie sceny odstawiał ten mój Franek i jak bardzo musiałam go przekupywać chrupkami żebyśmy już sobie poszli. Takich łez jakie miał tego dnia wcześniej nie widziałam. Normalnie perły.
Dzieci, które przychodzą na plac zabaw z takimi zabawkami są trochę problemami, bo wiadomo że każdy by chciał sobie pojezdzić takim wozem (nawet ja), ale nie każdy lubi się dzielić (i w sumie nie każdy musi). Jak wytłumaczyć dziecku, że nie może stać przy tym samochodzie i trzaskać drzwiami i że lepiej jest się bawić piłeczką sreczką, którą ze sobą przynieśliśmy?
Na szczęście odkryłam plac zabaw, na którym wszyscy mają po równo.  Na tym placu zabaw dzieci bawią się nie tylko na zjeżdżalni i huśtawkach. Można tam także bawić się porozrzucanymi po placu zabawkami, które zostały podarowane albo przez dzieci, które już się nimi nie bawią, albo przez lokalnego sponsora. Zabawki te są w lepszym stanie niż te, które widzieliśmy w opisywanym przeze mnie kurniku.
Świetny pomysł, nieprawdaż? Dodam, że nikt tych zabawek nie kradnie.



Plac zabaw jest także ogrodzony więc nie wejdą tam na przykład psy i nie trzeba się martwić, że dziecko wybiegnie na ulicę.
W parku tym można między innymi pojeździć 'państwowym' samochodem. Co prawda nie jest to cadillac, ale  też fajny.



Plac zabaw nazywa się Breaswood Park i znajduje się w okolicach Holcombe i Morningside. Polecam.
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 43
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston