poniedziałek, 25 stycznia 2010
Wczoraj, a także w zeszłym tygodniu pojechaliśmy nad Zatokę w celu wygrzewania się na słońcu - bo u nas już przecież lato (chociaż w piątek ma być znowu zima).
Franek w Galveston bawił się fantastycznie, co widać na obrazkach pod spodem. Polował na mewy i tarzał się w brudnym piachu.








Galveston, jak już wspomniałam w poprzednich komciach, za bardzo się nie zmieniło. Widać sporo nowych budowli. Niektóre z nich wyglądają jak papierowe domki dla lalek Barbie.



Ale za to Port Bolivar (miasto, w które uderzył huragan Ike) wygląda jak po wojnie. Kompletnie nic tam nie ma. Nic nie ma, a przy wjeździe na prom Homeland Security sprawdza jakby się wjeżdżało do Białego Domu. No ludzieee. Jakiemu terroryście chciałoby się podkładać bomby na polach, na których nie ma już nic? To security to chyba zostało stworzone tylko po to by czymś zająć mieszkańców, którzy postanowili tam nadal mieszkać.
W każdym bądź razie wycieczka do Port Bolivar z małym dzieckiem to pomyłka. Na plaży syf. Ptaków nie ma. A dziecko chce się tarzać i wrzeszczy jak mu mówisz - Franiu- nie ruszaj tej puszki. Franiu- uważaj- szkło. Franio- to nie zabawka, to stara opona. Aż się spocić można...
Tak więc nie ma już w Port Bolivar tych wszystkich pięknych ptaków, które kiedyś oglądaliśmy. (Te poniżej to zdjęcia z przeszłości).



















Hurricane Club, w którym kupowałam sobie M&Msy jak byłam w ciąży także zniknął z powierzchni ziemi.



Teraz, właściciel sprzedaje papierosy z przyczepy kempingowej, a dookoła jest masa śmieci, w których pływają szczudłonogie (to też zdjęcie z przeszlości).



Jedyne zdjęcie, które zrobiliśmy reprezentuje co pozostało, a mianowicie balkony bez domów. Było tam ich sporo. Niektóre miały nawet anteny satelitarne.



Co ciekawe, latarnia morska wydawała się nie naruszona.



Port Bolivar był dla mnie miejscem, w którym zawsze świetnie spędzałam czas. Był egzotyczny, ze względu na te różowe warząchwy i tłumy szczudłonogich, które godzinami obserwowałam przez lornetkę. Tam, przy Hurricane Club II kanapki przywiezione z domu smakowały najlepiej i tam świetnie mi się spało na krzesełku turystycznym gdy byłam w ciąży.
Gdyby ktoś kiedyś zapytał się o najbardziej interesujące miejsce w okolicach Houston, to zdecydowanie poleciłabym Port Bolivar i High Island. Teraz w sumie też można te miejsca polecić, ale jako zupełnie inną ciekawostkę. Wielka szkoda.
niedziela, 24 stycznia 2010
W zeszłą niedzielę wybraliśmy się o 5 rano na maraton. Mąż chciał nakręcić filmik i porobić kilka zdjęć, a ja jak wiadomo- wstałam, bo lubię się poświęcać dla czytelników tego bloga. Może kiedyś poświęcę się tak bardzo, że sama pobiegnę. Ale wątpię trochę.
Mąż chciał wykorzystać okazję, że jest w domu Babcia i możemy wyjść sobie na randkę o 6ej rano bez Franka. Bardzo się starał żebyśmy się nie spóźnili. Obudził mnie o 5ej rano. Kanapki przygotował wieczorem. Rano wystarczało je tylko upiec w tosterze. Nawet moje ubrania były przygotowane! Wszystkie mapki były już wydrukowane i wiedział gdzie parkujemy, żebyśmy szybko mogli wydostać się z downtown i zaliczyć maraton w innym miejscu. Zadziwiający są ci mężczyźni jak im na czymś zależy ...
W downtown - na starcie byliśmy przed 6 rano. Co za atmosfera! Normalnie, aż żal człowiekowi, że sam nie biegnie.
Mąż złożył podanie o tak zwany Bridge Access - czyli o możliwość fotografowania z miejsca gdzie fotografują tylko fotografowie z gazet itd. Swoją drogą niesamowite jak łatwo było taki access zdobyć. Wydawałoby się, że w czasach gdzie każdy widzi w każdym terrorystę może nie być lekko. Poraz kolejny okazało się, że kto się pyta ten ma. No ale kiepsko się zapytał, bo myślał że mu nie dadzą dwóch wejściówek i wziął tylko jedną, tak więc ja oglądałam finish zza krat. No cóż- za rok będziemy mądrzejsi.
Miałam kibicować koleżance, no ale  biegła z ipodem w uszach i nawet nie słyszała jak ją wołałam. Bardzo mnie interesowało czego słuchała. Spodziewałam się, że jakiegoś e-trenera, który wrzeszczy jej do ucha - you can do it. Później powiedziała mi, że słuchała ebooka. Byłam trochę rozczarowana.
Start oglądaliśmy z oddali- tak aby widać było jak te tłumy na nas pędzą. W pierwszej grupie biegli zawodowcy i ci tak zwani lepsi. W kolejnej reszta. Na nagranym filmiku widać różnicę w czasie w jakim jedna i druga grupa pokonuje odległość od startu do nas.
Biegli grubi i chudzi, kobiety i mężczyźni, czarni i biali, młodzi i starzy, w szortach i w czapkach, a także w workach na śmieci. Przeważały zdecydowanie buty ASICS.
Co na przykład rzuciło mi się w oczy to to, że bardzo wiele kobiet miało kiepsko podtrzymany biust. Myślę, że po tych kilometrach bolały je nie tylko nogi.

Chevron 2010 Houston Marathon Part One from Phototainable on Vimeo.

Atmosfera była oczywiście gorąca (pomimo tego, że było dość zimno). Po starcie trzeba było się zbierać żeby szybko dojechać na Main Street i zobaczyć zawodowców poraz kolejny. Postaliśmy, pooglądaliśmy i wróciliśmy do downtown gdzie wszyscy czekali już na zwycięzców. W tym samym czasie kończył się także 5k Fun Run. Czy ktoś z was kiedyś brał w nim udział? Wyglądało to na całkiem niezłą zabawę. Niektórzy byli poprzebierani, inni biegli z innymi pod rękę- normalnie fun. Oczywiście podczas finishu jak zwykle prawie się poryczałam ze wzruszenia. No cóż- taka już moja uroda.

Chevron Houston Marathon 2010 Part 2 from Phototainable on Vimeo.


Może w przyszłości też uda mi się pobiec. Póki co mam inne plany jeśli chodzi o ćwiczenia. Po tym jak przeczytałam, że Aneta Kręglicka robi 1000 brzuszków dziennie, a Fiona Apple 200, postanowiłam wziąść się za swój kaloryfer czy jak to się mówi. Robię te brzuszki już przez 3 dni i dzisiaj na przykład ledwo się ruszam.
Z lekkim opóźnieniem, ale jak to mówią lepiej późno niż wcale- gratulacje dla tych, którym udało się ukończyć tegoroczny maraton.


PS- Polecam oglądanie filmików w wersji full screen bo na małym ekranie kiepsko widać.

piątek, 22 stycznia 2010
Od mojego ostatniego wyjścia do pubu wiele się zmieniło. Okazuje się, że serwowanie piwa w dzbanku jest soo last decade.
Teraz  (choć może rok temu także tylko, że nie miałam okazji przyuważyć) piwo serwuje się w takiej armacie.
Czy ktoś wie jak się to coś fachowo nazywa?

środa, 20 stycznia 2010
Kilka dni temu postanowiłam, że gdy Franek skończy 2 latka wyślę go na 2 dni w tygodniu do przedszkola. Tak po 2-3 godziny. W związku z tym, że mam tu przedszkole dosłownie za rogiem, pomyślałam sobie, że swoje poszukiwania zacznę od tego właśnie miejsca.
Wybrałyśmy się tam z Mamą czyli Babcią w zeszły czwartek. Drzwi były zamknięte na zasuwkę. Otworzyła je pani opiekunka, która szybko zaprowadziła nas do pani administracyjnej, która z kolei zaprowadziła nas do grupy 2 latków. Pani na moje oko ważyła jakies 500 kg - i nie, nie była to lekka nadwaga, ale był to klasyczny przypadek I serduszko McDonald's, co zresztą zostało później udowodnione. Do tego chodziła w rozwiązanych butach.
Pani wychowawczyni zaczęła od oprowadzania nas po pokoju / norze. Pokój był wielkości 3 metry na 4 i przeznaczony był dla 10 dzieci plus 2 panie wychowawczynie (a jedna z nich sama zajmowała 1/4 tego pokoju).  Jaka syfnia! No ludzieeee. Nasze przedszkola, do których chodziło się za komuny to był naprawdę penthouse, w porównaniu do tej stodoły. Brudno i ciasno, a te dzieci wyglądały jak kurczaki ściśnięte w klatce. Oczywiście można było klatkę otworzyć i kurczaki wypuścić na podwórko, no ale większą część dnia kurczaki spędzają w klatce (wiem, bo przecież mieszkam za rogiem).
Zabawki popsute i brudne. Cytuję moją mamę- takie ogryzki. Wiadomo, że nie każdy musi mieć ładne zabaweczki, no ale za coś się chyba płaci w tych przedszkolach?
Pani wychowawczyni mówi mi, że dzieci telewizji nie oglądają, ale raz w tygodniu puszczają im jakiś program. Później coś powiedziała o McDonald'sie i pomyślałam sobie, że może jej dobrze nie zrozumiałam i chodziło o to, że dzieci oglądają jakiś program o farmie Old McDonald'sa. Ale nie- pani potwierdziła moje obawy- raz w tygodniu dzieciom serwuje się jedzenie z Makusia. McNuggets to be exact. Podobno dzieci uwielbiają. No ludzieeeeee (poraz drugi)! Myślę, że pani '500 funtów' wyjada dzieciom te McNuggets, podobnie jak i kawałki bananów, które dzieci przynoszą sobie na lancz.
A skoro o tym mowa - powiedzcie mi czy to jest normalne, że dzieci jedzą podwieczorek na ręczniku papierowym, a nie na talerzyku? Bo mnie to jakoś poraziło po oczach. Wiadomo, że łatwiej sprzątnąć, ale przecież dziecko powinno się uczyć jeść na talerzu.
Dzieci nie wyglądały na nieszczęśliwe, ale jak pani otworzyła im zasuwę i pozwoliła wyjść z nory to pchały się jeden przez drugiego.
Kolejną 'atrakcją' były łóżeczka. Jak to moja mama mówi- takie plastikowe łopaty wielkości amerykańskiej poduszki. Normalnie pani przedszkolanka była w stanie wszystkie 10 łóżeczek wyciągnąć  z szafki  za jednym machnięciem ręki. Powiedziała nam też, że kocyki trzeba co jakiś czas prać. Naprawdę?
Jeśli chodzi o czystość to pomimo tego, że środki czystości stały na wyciągnięcie Frankowej ręki (no comments), to za czysto tam nie było. Pani sama przyznała, że odkaża zabawki raz na 2 tygodnie. Wydawało jej się to normalne.
Po wyjściu widziałyśmy jak kurczaki siedziały przy stole i dziubały podwieczorek. Każdy przynosi swoje jedzenie. To podobno normalne więc się nie dziwię, ale ja miałam w swoim komunistycznym przedszkolu kuchnię i stołówkę i bardzo lubiłam te stołówkowe obiady (oprócz zupy warzywnej, przy której się kiedyś porzygałam). Było 5 stolików, przy każdym 6 dzieci. Pani kucharka kładła na stole talerz z 6 pączkami i zawsze znalazł się taki, który polizał swojego palca i dotknął nim wszystkie kanapki wrzeszczą - ZAMAWIAM. U was też tak było?
Dzieci z tego przedszkola nie będą miały takiego wspomnienia, bo pewnie jak tylko wyłożą swoje kanapki, pani wychowawczyni odrywa połowę i zamiast zamawiam, wrzeszczy MOJE.
Pianina nie było (a my mieliśmy rytmikę i pianino i specjalną salę do rytmiki). Szatni też nie było, tylko wszystko wpychało się w takie schowki w tym malutkim pokoju. Boże- jakie to moje komunistyczne przedszkole było luksusowe! Mieliśmy nawet domofon, przez który rodzice wołali swoje dzieci gdy po nie przyszli.
Frankowi pewnie i tak by się podobało w tym kurniku (zresztą dzieciaki biegające po podwórku przedszkola też sprawiają wrażenie zadowolonych), ale mi po wyjściu z tego przedszkola trząsły się ręce.
Moja mama (która jest generalnie mało wybredna) stwierdziła, że w Polsce takie przedszkole zostałoby zamknięte przez sanepid.
Po wyjściu zaczął wrzeszczeć do nas jakiś facet w czarnym płaszczu stojący na parkingu. Hello! Hellllllllooooo! Udawałyśmy, że go nie widzimy. Ale on zbliża się w naszym kierunku. Podszedł i mówi tak- nie myślcie sobie, że jestem jakiś dziwny. Ja tak zawsze krzyczę do wszystkich dzieci. I poszedł.
I to wszystko dzieje się u mnie za rogiem ...
Mam nadzieję, że inne przedszkola będą lepsze i nikt nie będzie tam serwował Makusia.


------
Ciocia Halo podesłałą mi ostatnio link do strony, na której można sprawdzić przedszkolne przewinienia. Jakby ktoś nie znał tej strony to zapraszam TU.
poniedziałek, 18 stycznia 2010
69, 74, 73, 73, 75. To nie wygrane w lotto, a temperatura jaką będziemy mieć w Houston w tym tygodniu.
Na pożegnanie zimy wklejam tu przypomnienie śniegu, który mieliśmy okazję zobaczyć miesiąc temu. Wieczorem być może wkleję w końcu filmik z Lights in the Heights, bo mąż w końcu posklejał.

Think:Snow from Chase Rees on Vimeo.

No to lecę- a właściwie jadę- do Galveston, pokazać mamie 'plażę'.
sobota, 16 stycznia 2010
Ktoś wymienił mój blog w artykułach portalu Blog Roku w kategorii blogi emigracyjne, więc pomyślałam sobie że wezmę udział w tym konkursie.
Jeśli podoba wam się mój blog i chcielibyście na niego zagłosować to wyślijcie SMSa o treści D00146 na numer 7144. Koszt SMSa to 1,22 zł.  Dochód z SMSów zostanie przekazany na turnusy rehabilitacyjne dla osób niepełnosprawnych, a wygrany laptop zostałby  przeze mnie wysłany do Domu Dziecka w Małkowicach.
W kategorii tej jest wiele fajnych i ciekawych blogów (jak na przykład Hop around the Globe, który świetnie się czyta na iPhonie) no ale oczywiście nie wszystkim musie się podobać to samo, dlatego zapraszam was do głosowania na mój, który na pewno czytacie częściej niż inne.
Dziękuję ..
piątek, 15 stycznia 2010
Jak wspomniałam w poprzednich notkach, jest u nas obecnie Babcia Mamut. W związku z tym możemy sobie niby chodzić tu i tam. Dawno temu obiecałam publicznie na tym blogu, że o interesujących wydarzeniach będę informowała przed faktem, zamiast jak to było dotychczas - chwalić się, że byłam - po fakcie.
Planowałam, że skoro jest tu moja mama, to może wybrałybyśmy się razem na: Warszawę mojej Mamy, ale sama już nie wiem czy chce mi się iść na to przedstawienie, tym bardziej że będę bardzo zmęczona po sobotnim maratonie. W tym roku jak zwykle nie biegnę, ale jak zwykle idę kibicować. Ostatnio kibicowałam koleżance, której maraton rozwalił kolano. Mam nadzieję, że koleżanka, która biegnie w tym roku nie rozwali sobie kolana, bo do swojego wesela będzie miała mało czasu i może się nie zagoić. Tak więc idę kibicować. W fajnych czasach żyjemy, bo można sobie stać w jednym miejscu, palić fajki (jak ktoś pali) i sprawdzać na telefonie jak daleko jest ten nasz biegnący znajomy. Jak już będzie blisko to wyskakujemy zza krzaków i zaczynamy kibicować. Jeśli widać, że znajomy wolno się przemieszcza to wiadomo, że pewnie rozwalił sobie kolano.
Idę na start o 7ej rano, bo i tak wcześnie wstanę.

Natomiast w następnym tygodniu w Rice University grają film, którego nie powinno się przegapić - Haynesville . Też idę. Seans jest już sold out - ale być może w lutym będzie kolejny. Więcej informacji TU. Polecam.


Haynesville Movie Trailer from Gregory Kallenberg on Vimeo.

piątek, 08 stycznia 2010
Na szczęście rury nam nie popękały i prąd też jest.
Nadejście 'zimy' zmusiło mnie do dokładniejszego opatulenia mojego synka co spowodowało, że przestał się wreszcie budzić w nocy. Śpi od 7ej do 6ej bez budzenia się w ogóle. WRESZCIE!
Dziś zimowa wyprzedaż w REI więc idę zakupić dziecięce zimowe ubrania na następną zimę. A wieczorem spotkanie Book Clubu i pożegnanie jednej koleżanki, która wyprowadza się do Szwecji.


poniedziałek, 04 stycznia 2010
No coż, stało się. Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek to nastąpi, ale nastąpiło. Kupiliśmy sobie Wii. Nie to, że nagle mam czas na takie pierdoły, ale chodziło głównie o to, abyśmy mogli robić coś z moją mamą wieczorami. Coś, przy czym niekonieczna jest znajomość języka angielskiego i przy czym można porozumiewać się na migi. Karty (kanasta), w które gra moja mama nie wydały się zbytnio interesujące dla mojego męża. A szachy, w które gramy wszyscy nie wydały się interesujące dla wszystkich pozostałych, bo wiadomo kto zawsze wygrywa. Ja (niech żyje skromność hehe). A Wii widzieliśmy kiedyś u znajomych i w sumie nawet nam się spodobało. Myślę, że Wii jest zdecydowanie lepsze od na przykład Guitar Hero , które także miałam okazję kiedyś wypróbować.
Wii moim zdaniem świetnie nadaje się na ratowanie umierających imprez. Jak już robi się nudnawo, to można podłączyć i zabawa zaczyna się od nowa. Jak będę kiedyś robiła imprezę naszego Boob (sorry Book) Clubu to możemy podłączyć Wii Fit i kręcić wspólnie hula hopem, albo ćwiczyć aerobik. Tego Fit jeszcze nie wypróbowałam, ale myślę że niedługo wypróbuję to dam wam znać czy będzie fajnie.
No więc w wieczory, w które moja mama nie uczy się angielskiego na Rosetta Stone, i w które wypijemy sobie troszeczkę tego czy tamtego, wyciągamy ukrytą za kolumną konsolę i gramy. Konsola jest ukryta, bo Franek nie ma pojęcia że ją mamy. Myślę, że gdyby wiedział to by pewnie oszalał. Gramy w kręgle, strzelanie, golfa i tenisa. Tenis moim zdaniem jest idealny do nabawienia się RSI, bez pracowania przy komputerze. Nieźle się trzeba namachać, a i tak nie wiele z tego wychodzi. Strzelanie nie podoba mi się za bardzo, bo mylą mi się kursory. Nigdy nie wiem czy jestem niebieski czy czerwony. Kręgle są spoko, ale piłka trochę mi zjeżdża na lewo. Za to golf podoba mi się bardzo. Szkoda tylko, że nie można posiedzieć w jakimś wirtualnym samochodziku byłoby zupełnie luksusowo. Nie głupia gra ten golf. Kiedyś wydawał mi się bardzo nudny, ale to pewnie dlatego, że nie znałam zasad itd. Oczywiście raczej nie wybiorę się na prawdziwe pole golfowe, ale tak na Wii mogę sobie pograć.
Graliśmy już parę razy. Jest bardzo fajnie, bo moja mama i mój mąż nie mają żadnych problemów z porozumiewaniem się. Generalnie przegrywam we wszystko, ale myślę że jak podłączymy to Fit to będę mistrzynią hula hop, bo przecież mam niezłą wprawę . Natomiast jeśli chodzi o kręgle to mistrzynią jest moja mama. Na początku nie bardzo wiedziała jak używać tego pilota, ale jak już załapała to miała strike za strike'm i bije swoje własne rekordy. Myślę, że znalazła w tym Wii jakiś glitch.
Panie i panowie, przedstawiam wam królową parkietu - Mamut.


czwartek, 31 grudnia 2009
Święta, święta i po świętach. Minęły na spokojnie. Przyleciała moja mama (nie obyło się bez przygód w podróży) i nadrabiam zaległości w życiu.
Dziś na przykład poraz pierwszy udałam się do the Woodlands. Mieszkam tu już ponad 6 lat, a jakoś nigdy nie było okazji (czytaj: nie chciało mi się tak daleko jechać). Blogowa koleżanka Kasiah24 zaprosiła nas na ciasto i herbatkę, a później obwiozła po okolicy miejskim tramwajem na kółkach. Dla niewtajemniczonych dodam, że the Woodlands to sypialnia Houston. Mieszkają w niej rodziny, które pracują głównie w Houston, a które nie chcą mieszkać w mieście z powodów finansowych, albo ze względu na to, że w The Woodlands podobno są lepsze szkoły. The Woodlands, było dla mnie od zawsze idealnym miejscem, w którym możnaby nakręcić Revolutionary Road, albo the End of Suburbia. W The Woodlands ludzie jak to się mówi żyją sobie jak te pany. Za na przykład $375 tysięcy można kupić sobie TAKI dom. Za te pieniądze czegoś takiego nie kupi się w Inside the Loop (czyli w centrum Houston).
Mój poprzedni szef wyjeżdżał sobie czasem do the Woodlands na weekend. Nigdy nie mogłam zrozumieć dlaczego? Teraz już wiem. To miasto, to takie San Antonio bez Alamo tyle że położone 3 godziny bliżej od Houston. Mojej mamie podobało się bardzo (cytuję- dziecko, czemu wy się tutaj nie przeprowadziliście?), mi natomiast podobało się bardziej niż myślałam, że będzie mi się podobało - ale nadal nie przeprowadziłabym się tam. Ale myślę, że w jakiś weekend napewno się tam kiedyś wybiorę ponownie.
Nadrabiamy też zaległości w chodzeniu po znajomych. W Nowy Rok poraz pierwszy zobaczę na oczy naszą blogową koleżankę z Portland- Suvkę. Ci co czytają (czytali) to wiedzą o kogo chodzi.
Korzystają z okazji, że Babcia pilnuje Franka, wyciągnęłam też z garażu swoją Julcię. Po prawie dwóch latach nie wsiadania na rower górski spodziewałam się wypadków jakie zdarzały mi się w przeszłości.



Na szczęście jedynym wypadkiem, który mi się przydarzył był wjazd w psie gówno.
Byliśmy już kilka razy i mam nadzieję, że będziemy jeździć jak najczęściej- aż do końca lutego, kiedy to odlatuje Babcia.




No i chodzimy na randki. Dzisiaj na ten przykład byliśmy na Avator. Lonegunman twierdził, że jest to bezscenariuszowy zabójca dla pęcherza. Mnie się podobał, a w szczególności te latające meduzy. Oczywiście mało co się nie popłakałam.
Na randkach staram się wyglądać trendy. Pozwólcie państwo, że się przedstawię - Mamoniowa.



Planów na rok 2010 nie mam. Bardzo spodobało mi się określenie, które przeczytałam u Ewy777- planować, to rozśmieszać Pana Boga...
Wszystkim czytelnikom tego bloga życzę Szczęśliwego Nowego Roku. Oby był lepszy niż te poprzednie.
wtorek, 22 grudnia 2009
Dzisiaj w Houston było 19C, a ja kończę właśnie wypisywanie kartek na święta. Niezły mam refleks c'nie?
W tym roku dostaliśmy masę kartek zdjęciowych. Takich wiecie, zdjęcie szczęśliwej rodziny albo dziecka  (jak ktoś ma) i napis Wesołych Świąt. Wygląda na to, że są w modzie  te kartki i pewnie wysyłają je wszyscy ci, którzy wklejają zdjęcia swoich dzieci na naszej klasie. (Zaznaczę tu, że ja też wklejam, ale  już znacznie mniej, a stare zdjęcia kasuję).
Wracając do tych kartek to chyba dostałam tylko dwie kartki niedzieciowe, za które BTW jestem bardzo wdzięczna.
Z jednej strony nie ma się co dziwić, rodzice bardzo przeżywają, że urodziło im się dziecko więc produkują wszystko co możliwe z dziećmi. Wiem, bo sama też tak w tamtym roku robiłam. Ale z drugiej strony- ile można?
W związku z tym, że dostajemy też kartki od jakichś tam szefów z pracy starego, w sumie nie zdziwiła mnie kartka zdjęcie od nieznanej mi rodziny. Na kartce wydrukowane były życzenia dla naszej rodziny od tamtych ze zdjęcia. A na zdjęciu szczęśliwa rodzina w gaju oliwnym czy w innym raju. Zadzwonilłm więc do męża i mówię, że dostaliśmy kartkę od jakiśch jego znajomych z pracy, ale mąż stwierdził, że ich nie zna. Długo zastanawialiśmy się kim jest ta tajemnicza rodzina z kartki świątecznej. Dopiero po paru dniach olśniło mnie. Była to rodzina pani od rytmiki, tyle że na tym zdjęciu pani podobna była zupełnie do nikogo i miała inne nazwisko. Że też jej się tak chciało? Mnie tak bardzo z trudem przychodzi to wypisywanie kartek świątecznych...
Czy w Polsce kartki dzieciowe też są tak bardzo popularne?
W tym roku wysyłam zwykłe kartki i już. Do tego wysyłam je na 2 dni przed świętami. Na pewno nie dojdą.
środa, 09 grudnia 2009
Byłam, widziałam, zjadłam i mam.
Nigella Lawson promuje swoją książkę Nigella Christmas i jest w Houston. Wczoraj można było się z nią 'spotkać' w Leibman's Wine and Fine Food Deli, a dzisiaj była w Williams-Sonoma w Town&Country Village.



Pojechałam w sumie głównie dlatego, że nie mam ostatnio o czym pisać na bloga. Kolejka była sporawa, a byłam z niewyspanym dzieckiem. Na szczęście Franek zachowywał się bardzo grzecznie, pomimo tego, że w sklepie było wiele rzeczy, które chciał dotknąć- jak na przykład jakaś piramida z talerzy czy innych takich.
Koleżanki Asia i Magda były bardzo cierpliwe i nie przeszkadzało im to, że pomagały mi nie tylko taszczyć wózek, a także pozwalały Frankowi bawić się ich iphonem (kasiah24 - masz konkurencję).
Sklep WS jaki jest każdy wie. Pełno jest w nim pierdułek, które każdy chciałby mieć, a na które nikt nie ma albo kasy, albo miejsca w kuchni. Mają tam też masę tak zwanych pierduł jak na przykład elegancko zapakowane pudełka do popcornu. Z rzeczy bardziej sensownych był tam na przykład syfon. Co prawda kosztował 2 stówki, ale był. Chętnie dostałabym taki w prezencie.
No ale wracając do tematu to Amerykanie są bardzo przeczuleni jeśli chodzi o ewentualne wpychanie się w kolejkę. Przyszłam wcześniej ('przyszłem wcześniej, bo nie miałem co robić') i chciałam sprawdzić czy przypadkim koleżanki nie stoją już gdzieś bliżej. Już jakiś facet wyskoczył na mnie z paszczą, że kolejka to w tamtą stronę. Przypomniały mi się czasy z podstawówki kiedy stało się w kolejce po obiad i znajomi potrafili wpuścić (zazwyczaj za siebie oczywiście) cała klasę. I nikt nie podskoczył ... Taki facet to by w Polsce nie przetrwał.
No więc stałyśmy, zjadłyśmy po cisteczku, wypiłyśmy jakiś napój, kupiłyśmy książkę, która IMHO była overpriced (jak wszystko w tym sklepie tak na marginesie) i posłyśmy na lancz.
Nigella jak widać poniżej pięknie się uśmiecha. Zapytała się czy jesteśmy ze Skandynawii i nawet książki nie oddała do rąk własnych. Miała od tego pomocnika. Pomocnicy robili także zdjęcia i robili za ochronę (ochronę z patelnią).
No więc mam tą książkę, fajnie było i mam nadzieję, że docenicie fakt, że się dla was poświęcam.



tu dziewczyny i Franek stoją w kolejce






tu Nigella z Rudolfem



a tu się pięknie uśmiecha do mojego aparatu (szkoda, że nie do mnie). (Info dla znajomych- zdjęcie ze mną, a nie z moją ręką na fejsbuku).

Acha, zapomniałam jeszcze napisać o wrażeniach po zobaczeniu Bogini na własne oczy. No ładna jest rzeczywiście. Trochę przy kości i trochę biuściasta. Charakter pisma ma taki sobie ;)

piątek, 04 grudnia 2009
Na Facebooku napisałam, że nie będę kolejną osobą, która w swoim status update pisze: Snow in Houston!, ale na swoim blogusiu nie mam konkurencji więc sobie napisze. No więc pada śnieg. Oczywiście nie ma go tyle ile widzieliśmy TU, ale lepsze to niż nic.
Zakłady pracy już zamykają wrota. Mój mąż na przykład za chwilę będzie w domu, a nie ma jeszcze 13ej. Safety first, bo Teksańczycy nie mają doświadczenia w jeździe po lodzie, a takowy ma się utworzyć dziś wieczorem.
Na szczęście w zeszłym roku kupiłam Frankowi kombinezon na zimę, więc jeśli będziemy lepić bałwana to dziecko mi nie zamarznie.



zdjęcie z chron.com





Z innych wieści- Bill White będzie ubiegał się o fotel gubernatora. Może w końcu będziemy mieli gubernatora, którym można się pochwalić, a nie kogoś takiego jak TEN pan.
środa, 25 listopada 2009
Dla tych, którzy nie mają jeszcze pomysłu na Święto Dziękczynienia proponuję przepis zaczerpnięty z Wired. Co prawda nie będzie to deep fried turkey, ale też równie niezdrowe. Wszystkie składniki można z pewnością zakupić w pobliskich restauracjach typu fast food.
Udka indyka można uzyskać z corn dogów. Corn doga należy trochę podpiec za pomocą ręcznego palnika gazowego. Następnie obskubujemy trochę 'mięsa' z dołu i zlepiamy tak, aby corn dog przypominał udko.
Mash potatoes można zrobić w kilka sekund. Wystarczy kupić frytki w Makusiu, dodać wodę (100 ml na porcję frytek*) i zmiksować.
Aby uzyskać sos żurawinowy gotujemy sok z żurawin przez 10 minut aż zrobi się z niego syrop. W celu uzyskania pożądanej konsystencji należy dodać dżem truskawkowy z pączków (jeden pączek na kubek soku).
Aby zrobić wrażenie na zaproszonych gościach, stawiamy na   prezentację. Wyciągamy w tym celu najpiękniejsze talerze, przystrajamy pickle relish (btw - czy ktoś wie jak się tłumaczy relish?) i gotowe.
Poniżej ilustracja - także z Wired.





Jeśli chodzi o nasze Święto Dziękczynienia to w tym roku nie będziemy robić deep fried turkey pomimo tego, że uważam iż byłaby to fantastyczna atrakcja dla naszych gości. Tak jakoś wyszło, że nie zebraliśmy się i do tej pory nie kupiliśmy 'frajera' hehe, więc będziemy piekli w piekarniku. Na święto przylecieli teściowie ze szwagierką i kilkoma butelkami ginu, które to opróżniamy każdego wieczoru.  Przyjdą także znajomi.
Wypadałoby za coś podziękować więc może w tym roku powiem tak: thanks for stopping by i ten tego.



*- niestety przepis nie podaje czy chodzi o frytki duże, małe czy też super size.
wtorek, 24 listopada 2009
Kilka zdjęć z niedzielnego wypadu do downtown gdzie miał miejsce festiwal podczas, którego lokalni artyści malowali kredą na asfalcie. Dochód z imprezy przeznaczony był na The Center for Hearing and Speech - jedyne miejsce w Houston gdzie uczy się głuche dzieci komunikowania się bez używanie języka migowego (TU można zobaczyć wideo o centrum, ale ostrzegam, że można się wzruszyć).















A ten gościu widoczny jest na wszystkich hjustońskich imprezach, a także na swoim skuterku w okolicach Montrose



I mój faworyt



A na zakończenie, a propos nie na temat, zdjęcie Franka, któremu włosy rosną jak na drożdżach


1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 43
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston