środa, 18 listopada 2009
Jak już gdzieś kiedyś pisałam jestem fanką woskowania wszystkiego i wszędzie. Brwi także miałam regulowane woskiem i zawsze bardzo sobie tą metodę chwaliłam. Oczywiście nie robiłam tego sama, bo mam do tego dwie lewe ręce- chodziłam albo do Wietnamek, albo do innego zakładu. No ale myślę, że moja przygoda z woskiem i brwiami niedługo się zakończy... 'Odkryłam' bowiem depilację nitką. Odkryłam, chociaż metoda ta jest już ponoć znana od 800 lat. Niezły refleks...
Metodę tą poleciła mi szwagierka. Podobno w Anglii woskowanie brwi nie jest tak bardzo popularne jak threading właśnie. Szwagierka twierdzi, że chodziła przez jakieś 2 lata i teraz chodzi kilka razy w roku. No więc znalazłam miejsce w Houston gdzie mogę sobie to zrobić i spróbowałam. Oczywiście kobieta, która się tym zajmuje twierdzi, że woskowanie jest be bo od tego robią się zmarszczki wokół oczu. A od usuwania brwi pensetą ma się pryszcze czy coś w tym stylu. Coś musiała powiedzieć aby zareklamować swój serwis, nie wiem czy to prawda.
Muszę przyznać, że byłam pod wrażeniem całej tej techniki i końcowego efektu. Threading można sobie zafundować między innymi w The Upper Hand.

Poza tym jestem znowu chora. Nie wiem, który to już raz w tym roku. Nie liczę już. Mówię wam ludzie, jeśli chcecie mieć dzieci to liczcie się z tym, że będziecie chorować. Franek poszedł na imprezę urodzinową i coś tam załapał. A my od niego.
Osobiście, twierdzę że świńską grypę już miałam jak byłam w Norwegii (sama sobie zdiagnozowałam), więc nie sądzę żebym teraz była chorą na świńską. Być może zeszłej nocy miałam jakąś tam gorączkę, bo złapały mnie niezłe dreszcze, ale z drugiej strony było dość zimno w nocy, więc może po prostu było mi zimno. 
Mam  już dość tego chorowania, ale nie wiem co robić. Piję ten wyciąg z bzu, a także codziennie robie całej rodzinie soczki z jarmużem, cytryną i innymi owocami i warzywami. I nic. Teraz chyba zacznę jeść czosnek, co zmniejszy moją atrakcyjność fizyczno - towarzyską, chociaż z drugiej strony mam teraz fajnie zrobione brwi i  jak ktoś będzie mi się patrzył głęboko w oczy to może nie poczuje tego czosnku.
piątek, 06 listopada 2009
Wczoraj obejrzałam film pt: Noise, czyli po polsku Hałas. Może już widzieliście bo film jest nie pierwszej młodości. Film opowiada o facecie, który w Nowym Jorku (po angielsku New York hehe) wypowiada wojnę wyjącym alarmom samochodowym, a właściwie ich właścicielom. Świetny film. Polecam.
Na szczeście mnie aż tak bardzo wyjące alarmy nie denerwują, ale może to tylko dlatego, że nie mieszkam przy parkingu. W poprzednim mieszkaniu mieliśmy starszne problemy z hałasem, bo mieszkaliśmy obok baru, do którego każdej nocy przyjeżdżała policja na sygnale. Było słychać policję i wrzeszczących pijaków. Teraz jedyny hałas, który słyszymy to płacz Franka no i pociąg. Nie chodzi o pociągowe dudnienie tylko, o trąbienie. Nie wiem dlaczego, ale pociągi w Houston strasznie trąbią i nieźle się ten hałas niesie. Szczególnie gdy przychodzi jesień i robi się trochę chłodniej (czyli około 25C) i nie używamy już tak często klimatyzacji.
To by było na tyle. Film jest oczywiście na Netflixie.

środa, 04 listopada 2009
Ostatnio czytałam gdzieś o tym jak dużo miasto zaoszczędziło na wymianie świateł na skrzyżowaniach z normalnych na takie z didami LED. Niestety nie pamiętam dokładnie tej sumy, ale mówimy tu o milionach dolarów. Podobno cała inwestycja ma się zwrócić już w 5 lat.
No ale co ma pierkni do burrito? Otóż mój ulubiony fast food (który BTW nie jest już własnością McDonald'sa) Chipotle instaluje baterie słoneczne w 75 lokalach w Texasie. Cóż za piękna inicjatywa.  Aż chyba pójdę kupić sobie burrito bol to go i w jakiś tam sposób dołoże się do tych paneli.
Ale chwileczkę... Okazuje się, że żaden z lokali w Houston paneli nie dostanie. Podobno u nas się nie opłaca, bo u nas nie ma rabatów. Czyli jak zwykle, niby chodzi o niedźwiedzie polarne, ale tak naprawdę chodzi tylko o forsę.
Wypadałoby jakoś skomentować wczorajsze wyniki wyborów na burmistrza, no ale w sumie nie wiele mam do powiedzenia. Nie głosowałam. Chyba z lenistwa, bo w sumie nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. ALE mój głos chyba nie zmieniły historii, bo głosowałabym pewnie jak większość mniejszości albo na panią lesbijkę, albo na pana Afroamerykanina, ale chyba bardziej na tą panią.
Tak czy siak uważam, że poprzedniego burmistrza ciężko będzie zastąpić. Miejmy jednak nadzieję, że dotrze on w końcu do Waszyngtonu i Texas znowu będzie niebieski. Amen.
piątek, 30 października 2009
Temat Halloween poruszałam ostatnio na moim drugim blogu, więc dzisiaj będzie krótko i tylko po trochu związane z Halloween. Czy słyszeliście o tym, że Walmart zaczął sprzedawać trumny?
No ale wracając do Halloween. Jednak nie przebiorę Franka za chrupka kukurydzianego, anie z świnie, bo zdecydowaliśmy że trochę bez sensu iść na te żebry cukierkowe z dzieckiem, które i tak tych cukierków nie zje.
niedziela, 25 października 2009
Tytuł notki wyszedł mi prawie jak tytuł książki J. Diamonda. Może też dostanę za nią jakiegoś Pulitzera?
Jakiś czas temu u Ani dyskutowaliśmy na temat naszych ulubionych drive thru. Dla przypomnienia napiszę, że moje ulubione to bankomaty i skrzynki pocztowe, a i do apteki ostatnio zajechałam. W Houston jest nawet kościół gdzie bez wysiadania z samochodu można dostać błogosławieństwo.
Dziś natomiast dowiedziałam się o drive thru swine flu shot gdzie jak sama nazwa wskazuje można zaszczepić się bez wysiadania z samochodu. Bardzo na czasie. Podobno ludzie stali w korku po parę godzin.








W Austin jest nawet drive thru swine flu tent, czyli namiot izolatka, do której przywozi się chorego z  objawami grypowymi.  Chodzi o to, aby ci co kaszlą nie zarazili tych, którzy przyszli do szpitala po to aby na przykład urodzić czy wsadzić sobie nogę w gips.
Jeśli chodzi o świńską grypę to ja nadal trzymam się zdrowo, aczkolwiek gdzie nie pójdziesz to wszędzie się słyszy, że ten i ten jest chory, albo tego dzieci też zachorowały. Mam nadzieję, że u was wszyscy zdrowi.



Zdjęcia z Houston Chronicle i z MSNBC.
piątek, 16 października 2009
Jako, że połowa moich hjustońskich znajomych pracuje w sektorze energetycznym przez ostatni tydzień słyszy się tylko o TYM. 'OOO - ty jesteś z Polski. Co o tym myślisz?'  Do wczoraj ten temat kojarzył mi się głównie z tym filmikiem.

CAN YOU DO THIS WITH YOUR TAP WATER? from JOSHFOX on Vimeo.



Poprosiłam więc męża (geologa czy też Nintendo geologa jak kto woli) żeby zrobił mi wykład na ten temat. No i taką właśnie mieliśmy wczoraj wieczorem randkę.
Pomyślałam sobie, że pewnie wielu z was, podobnie jak i ja, niewiele wie na ten temat. Zapraszam więc do poklikania w poniższe linki, żebyśmy wszyscy wiedzieli co może Podlasie czekać (zakładając, że znajdą tam to czego szukają).
Temat trudny, bo z jednej strony dewastacja środowiska, potencjalne zagrożenie zatrucia wody itd.  Ale z drugiej strony jakaś tam niezależność od Rosji i silniejsza pozycja na europejskim rynku energetycznym, co jak wiadomo Polsce by się przydało.
TU można obejrzeć ciekawy filmik, który przedstawia jak wszystko wygląda w teorii.


TU - prezentacja Simmonsa, który BTW jest bardziej przeciwko wydobywania gazu tą właśnie metodą. A TU Kanada zachwala swoje osiągnięcia. Zapraszam do wygłoszenia swoich opinii. Zaznaczę może tylko, że też jak większość 'ekologów' wolałabym żebyśmy wszyscy zamiast gazu i ropy używali własnych pierdzin, no ale wiadomo, że tak się nie da.

18:50, hjuston , texas
Link Komentarze (7) »
niedziela, 04 października 2009
Sąsiedzi (ci od Elvisa) zaprosili nas dzisiaj na kolejne party w garażu. Tym razem byliśmy tylko my i oni, bo Brzuchatek nie mógł przyjść.
Sąsiedzi mają ostatnio u siebie góry jedzenia. Ostatnio sąsiad pojechał do Costco i kupił kilka galonów keczupu i wiadro szparagów. Keczup to wiadomo, może się przydać. Zadecydowaliśmy, że  nakręcimy jakiś filmik z keczupem, kosiarką i kotem w roli głównej.
No ale te szparagi to zarówno oni, jak i my będziemy pewnie jeść przez rok. Mamy też dostać jakieś brzoskwinie, bo też za dużo kupili...
A na dzisiejszej imprezie też była góra żarcia. Tym razem znajomi z Luizjany przywieźli im dwa coolery żywych krabów.




Jezu ile roboty jest przy tych krabach. Choć z drugiej  strony  IMHO lepiej już paćkać się z tymi krabami niż z rakami. No i są rzeczywiście wyśmienite.




Te kraby nazywają się blue crab i jak sama nazwa wskazuje są rzeczywiście niebieskie.



Na Wikipedii jest napisane, że podobno są nawet w Bałtyku, ale nie wiem czy to prawda bo ja tam ich nigdy nie widziałam. Podobno na Zachodnim Wybrzeżu gardzi się nimi, bo za dużo roboty przy obieraniu. Na Wschodnim natomiast są dość popularne.
Ledwo się ruszam, bo zjadłam 2 kukurydze, kiełbasę z jalapenio no i te kraby. Czas na serniczek i kolejny odcinek Deadliest Catch.

PS- Czy wiedzieliście, że 8 dag mięsa krabowego zawiera dzienną dawkę witaminy B12? No, ale pewnie takie kraby z Zatoki Meksykańskiej zawierają też roczną dawkę różnego syfu, którego normalnie byśmy nie jedli.
sobota, 03 października 2009
Jakiś czas temu pokazałam wam okolicę, w której kiedyś mieszkałam. Dzisiaj ta sama okolica w wykonaniu mojej dawnej sąsiadki Wendy Wagner. Obraz idze na aukcję, z której dochód przeznaczony jest na Art Leagues Out Reach Program and Lawndale Art Center. Gdybym miała na zbyciu tysiące dolarów to chętnie bym go nabyła, no ale że nie mam to pozostaje mi to małe zdjęcie. Też dobrze.


13:57, hjuston , art
Link Komentarze (9) »
niedziela, 27 września 2009
Tydzień temu, wybrałam się wraz ze szwagierką na sprawdzenie czy Obama został już w końcu skończony. Ostatnim razem w warsztacie Adickesa byłam podczas wizyty blogowej koleżanki z Windy City
Pragnę zakomunikować, że Obama jest już skończony i miewa się dobrze. 
No cóż - moim zdaniem ten Obama z twarzy podobny jest zupełnie do nikogo. Trochę mu chyba nie wyszedł.



03:31, hjuston , art
Link Komentarze (16) »
sobota, 26 września 2009
Dawno już nie było pickupów- c'nie? No to proszę.
Dzisiaj będzie lokalnie - pikantne papryczki. A o papryczkach było kiedyś TU.



Jak zwykle polecam kliknięcie na kategorię Czego to Amerykanie nie wożą na pickupach i podziwianie całej kolekcji...
środa, 23 września 2009
Pisałam już chyba, że nie jestem kociarą. Nie lubię kotów bo mam na nie alergię. Od jakiegoś czasu przychodzi do sąsiadów jakiś kot. Sąsiedzi (ale nie Elvis i nie Brzuchatek tylko inni) mają taką grubą kocurę, która albo jest ekstremalnie gruba albo jest wiecznie w ciąży. No i ten kot chyba przychodzi do niej się wrześniować i nawet był chyba się sierpniować. Kot wkar... mnie na maksa, bo miauczy już od 6 wieczorem i czasem miauczy do 6 rano. Mąż niby nie słyszy, ale on dziecka też czasem w nocy nie słyszy, więc nie ma się co dziwić. Normalnie dostaje szału. Szałuuuuu. 
Kot jest biały i można nawet powiedzieć, że ładny. Tak. Myślę że ktoś kto lubi koty pewnie powiedziałby że jest ładny. Ja nie lubię kotów, bo mam na nie dość ekstremalną alergię, ale tak piszę, że jest ładny, żeby ktoś się skusił i go porwał. Bo ja już dłużej nie wyrobię. 
Pamiętam, że mój były chłopak, który pomimo tego, że uwielbia koty (na naszej klasie ma zdjęcie w otoczeniu siedmiu kotów i od patrzenia na to zdjęcie zaczyna mnie kręcić w nosie) i jest męskim odpowiednikiem Violetty Willas (chodzi o miłość do kotów, a nie o wygląd oczywiście) zmuszony był kiedyś takie miauczące koty odstraszać ziemniakami. Zaczynam się obawiać, że niedługo też będę musiała wtargać worek ziemniaków na balkon. 
Jak pozbyć się takiego natręta? 
Po opisaniu wszystkiego za czym nie będę tęskniła uświadomiłam sobie, że zatęsknię za szumem klimatyzacji. Przynajmniej zagłuszał miauczenie tego kocura.


wtorek, 22 września 2009
Jestem dumna z siebie, że to lato przechodziłam w jednej parze butów, a właściwie klapków za 10$ z VS. Tak, wiem jest to trochę żenadne, ale nie przejmuję się tym specjalnie. 
Nie będę spacjalnie tęskniła za tym latem. Właściwie to nie tęsknię za żadnym latem spędzonym w Houston. Lata w Texasie są moim zdaniem dość słabe, a te lato było tym bardziej słabe, że każdego dnia obmyślałam jakby się tu uchronić przed rekordowymi upałami. W sumie to całe szczęście, że Franek jeszcze nie chodzi, bo jakby chodził i co chwila chciał iść na plac zabaw to pewnie byśmy oszaleli. 
Nie będę w szczególności tęskniła za spacerami, które rozpoczynałam codziennie o 6.30 rano i obmyślaniem, którędy by tu wracać żeby się za bardzo nie spocić (droga powrotna to droga pod słońce, że się tak wyrażę). 
Nie będę tęskniła za galonami wody, które dziennie wypijałam, ani za przepoconymi koszulkami i mokrymi plecami. Nie będę tęskniła za trzema prysznicami dziennie (bo czasem taka była konieczność). Nie będę się więcej przylepiała do tapicerki w samochodzie i to także mnie cieszy. 
Nie będę tęskniła za wypaloną od słońca trawą, siedzeniu w domu ze ściągniętymi żaluzjami i za wysokimi rachunkami za prąd. I za tym, że zanim wsadzę Franka do samochodu to muszę włączyć klimę na ujemnego maksa i odczekać kilka minut żeby mi się dziecko nie skisiło. 
Nie będę tęskniła za mgłą, która pojawia się na moich okularach za każdym razem kiedy wyjdę na ten upał. 
Nie będę tęskniła za obawami, że klima nam znowu wysiądzie w weekend, albo że coś nam się tam w tej klimie zapcha i nas zaleje (wiedzieliście, że klima może zalać? moich sąsiadów ostatnio zalało bo nie przepchali jakiegoś tam odpływu). 
Nie będę tęskniła za marzeniami o wyjeździe do zimnych krajów i o patrzeniu z żalem na te wszystkie moje polary, Icebreakery i SmartWoole ... 
Zawsze się zastanawiałam czy istnieje taka możliwość, że jak się stąd wyprowadzę to zatęsknię za tymi upałami? 
No ale nie było tego złego co by na dobre nie wyszło. W związku z tym, że siedziałam w domu, udało mi się w końcu ustawić ten mój sklep internetowy (reklama sklepu będzie w następnym wpisie). Wczoraj założyli mi w końcu SSL i nawet miałam już kilka zamówień. Tak więc są pewne plusy tych minusów. Jestem gotowa na jesień i zimę czyli na najlepszą pogodę i masę czasu spędzonego na powietrzu. 
Chciałabym napisać, że było to moje ostatnie lato w Houston, ale chyba się na to nie zanosi, więc za rok znowu będę narzekać.
środa, 16 września 2009
Dzisiaj musiałam podpisać takie cuś:

For good and valuable consideration, the receipt and sufficiency of which are hereby acknowledged, I hereby:


(1) grant Recreational Equipment, Inc., its affiliates, agents, representatives, licensees and assigns (“REI”), the absolute and irrevocable right and permission to copyright and use, re-use, publish, and republish at any time any images, photographic portraits or pictures of me or in which I may be included, in whole or in part, or composite or distorted in character or form in all media now known or hereafter devised (“Photographs”) throughout the universe an unlimited number of times in perpetuity for all purposes REI deems appropriate including, without limitation, for promotional and publicity purposes. 


Najbardziej rozwalło mnie to throughout the universe, ale to chyba standardowy tekst. 
No więc ten tego to jeszcze nic pewnego, ale być może już za jakieś 9 miesięcy (nie, nie jestem w ciąży) moja pyzata, czerwona i wymęczona buźka zawita do waszych domków. To znaczy nie do wszystkich, a tylko do tych którzy są członkami REI
Ale łocochodzi? No więc parę miesięcy temu zgłosiłam jedno takie zdjęcie (zrobione przez mojego męża) z tej wycieczki do konkursu organizowanego przez REI ). Zdjęcie dostało się do finału i ma być niby umieszczone w katalogu wiosna / lato 2010, albo w materiałach które przychodzą w marcu do członków wraz z ich dywidendą. 
Oczywiście uwierzę jak zobaczę, ale skoro musiałam dzisiaj podpisać ten papierek to chyba jesteśmy bliżej niż dalej. 
W sumie nie ma się niby czym podniecać, ale skoro niektórzy wklejają filmiki ze sobą w TV, to pomyślałam sobie, że czemu nie? Tym bardziej, że REI to mój ulubiony sklep ever.
piątek, 11 września 2009
Elvi being the plural of Elvis, as everyone knows...

W niedzielę zaprosiliśmy sąsiadów (nie tych od brzucha) na barbakiu. Dawno się tak nie uśmiałam. 
Brzuchatka już poznaliście. Dzisiaj czas na tego drugiego. 



Sąsiad (niezły kolo tak w ogóle) pochodzi z LA (z Luizjany, a nie z Los Angeles) i jest fanem wszystkiego co z tym stanem jest związane. Patriota po prostu. 
Ostatnio zaprosił nas na paradę Elvisów, która odbywa się w okolicach Mardi Gras. Był ktoś może kiedyś? Sąsiad ma oczywiście nie tylko kostium, a także 2 skutery i bierze udział co roku czyli dwa razy.
Po obejrzeniu kilku klipów i po poczytaniu tego i owego stwierdzam, że tylko takie parady mają jakikolwiek sens.
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 43
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston