wtorek, 02 maja 2006

Dzisiaj strasznie chce mi się spać. I to tak bardzo, że bałam się iż usnę w pracy. A wszystko przez lody. Koleżanka zaprosiła nas wczoraj na kolację. Nie powiem, było to naprawdę niezłe danie, które zmobilizowało mnie do zakupu książki kucharskiej Forever summer. Niby taka potrawka z kurczaka, tyle że w sosie z białego wina i sporą ilością cebuli i kolendry. Do tego kuskus z pomidorami, miętą, bazylią i migdałami. Pycha. No a na deser lody. Lody domowej roboty. Lody o smaku białej czekolady z ciepłym sosem z jeżyn i octu balsamicznego. P Y C H A. No ale takie lody to się robi z surowych jajek. No i chyba musiało coś w nich być, albo  w tym kurczaku albo w czymś innym bo o godzinie 2ej w nocy stwierdziłam, że muszę iść do łazienki. To samo stwierdziłam o 4 rano i potem jeszcze o 9-ej. Taaa, te lody pyszne były, ale cena chyba trochę za wysoka.
Mimo wszystko jak dostanę już tą książkę to zamieszczę przepis, żebyście sobie mogli sami takie lody zrobić. Tylko kupcie swieże jajka. Bo nie ma nic gorszego niż zatruć się starymi jajami.


Właściwie cały ten post piszę tylko po to aby obrobić komuś tak zwaną d... A właściwie czemuś a nie komuś. E-blogger ma całkiem niezły system tagowy czy tagowania czy jak się to nazywa. Mam nadzieję, że ktoś kto będzie się wybierał do tego lodga znajdzie mój post i pomyśli 2 razy. A może nawet zmieni zdanie i zamiast na stek przy kominku, wybierze się na hot doga ze stacji benzynowej.

Wybraliśmy się na 8 godzinną wycieczkę nad wodospady. Główną atrakcją był wodospad Multnomah. Wleźliśmy na szczyt, porobiliśmy kilka zdjęć i zeszliśmy. Potem weszliśmy jeszcze na wycieczkę w głąb lasu.

Po wycieczce w brzuchu burczy, więc postanowiliśmy zajrzeć do nieźle zapowiadającego się lokalu. Lokal nazywa się Multnomah Falls Lodge i jak sama nazwa wskazuje, znajduje się przy wodospadzie Multnomah. Proszę sobie tam wejść na tą ich strone i zobaczyć, że naprawdę wszystko wygląda nieźle. Ale niech was nie myli to co widzicie, bo pamiętajcie, że zgodnie z teorią góry lodowej najbardziej niebezpieczne jest to czego nie widać... No więc wchodzimy, nie powiem wygladaliśmy trochę jak żurki, ale wszyscy tak wyglądali. Pani oferuje albo poczekanie 15 minut na stół w salonie, albo od ręki w barze. Tak więc idziemy do baru. Tam nieuprzejma kelnerka podchodzi do nas i pyta się co zamówimy do picia. Ja oczywiście wodę z cytryną, przyjaciel lemoniadę o wyglądzie nie wiadomo czego. To znaczy wiadomo, ale jak napiszę to moja mama znowu wstawi komantarz, że mam się wyrażać.

W każdym bądź razie kelnerka byłą na nas bardzo zła. Być może dlatego, że mieliśmy czarne kurtki i okulary słoneczne, być może dlatego, że nie zamówiliśmy piwa, a być moze dlatego że usiedliśmy obok chłopaków, z którymi chciała flirtować.

Popatrzyliśmy w menu i stwierdziliśmy, że zjemy coś lekkiego a kolacja będzie w stylu Texas size.

Zamówiliśmy tortilla soup i chleb x 2. Czekaliśmy na tą kelnerkę z jakieś 15 minut. Dodam, że jak się zamawia zupę w restauracji to wystarczy tylko po nią pójść i przynieść, bo jest już gotowa. Przylazła i stwierdziła, że zupy już nie ma, ale że jest za to zupa z czarnej fasoli. No więc myślę sobie – jeszcze lepiej bo to moja ulubiona zupa (oprócz owocowej). Zamówiliśmy black bean soup x2. Czekamy i czekamy. Zdążyliśmy obejrzeć wszystkie zdjęcia z aparatu, przysłuchać się rozmowie tych pedków przy stoliku obok i porozmawiać na pięć innych tematów. Po 15 minutach przyniosła. Normalnie jak z kawału o kelnerze. Tylko, że chleba pod pachą nie trzymała. Na talerzyku była miska z zupą, a obok powinien być chleb i łyżka. No więc ja miałam tylko pół zupy, bo druga połowa pływała na tym talerzu. Cały chleb zamoczony w tej zupie, a do tego masło wsadzone było do tego chleba i włożone do mikrofalówki. Tak więc oczywiście roztopiło się. ſyżka oczywiście mokra, plywa w tej zupie na talerzu. Jak to przede mną postawiła to myślałam, iż żartuje. To znaczy, ja nie mam nic przeciwko jedzeniu w szmatławych restauracjach, ale jeśli już to spodziewam się także szmatławej ceny. A tu cena była wyborowa bo $8 (bez podatku bo w Portland nie mają sales taxu).

No ale nic. Polałam sobie masło na chleb. Wyłowiłam łyżkę i próbuję tej zupy. Zupa smakowała dokładnie tak jak wyglądała. W kolorze brązowego moczu. O smaku wody. Właściwe to można było podejrzewać, że zostały nam zgarnięte resztki do tej miski, zalano je wodą i dodano puszkę fasoli. Do tego można było odnaleźć jakieś takie kawały (a właściwie kule) ryżu. Kolega miał nawet kawałek wołowiny. Ale tylko jeden i to wielkości mojego paznokcia na małym palcu. Jednym słowem, nawet jakbym chciała ugotować tak syfiastą zupę to raczej by mi nie wyszło. Na zakończenie dodam, że poraz pierwszy w życiu nie zostawiłam napiwku. Zapłaciliśmy równy rachunek $17.95 i wyszliśmy zastanawiając się czy nie powinniśmy zaopatrzyć się w papier toaletowy.

Morał z tego taki: nie wszystko złoto co się świeci.

Dzisiaj będzie o różnicach kulturowych.
Pojechałam dzisiaj na jak to się mówi paznokcie. Paznokcie w Hjuston maluje na bieżąco gdyż w Hjuston dużo chodzi się w sandałopodobnych butach. Tym razem zrobiłam sobie wersję clear, bo w weekend będę jeździć rowerem, a od rowerowych butów złazi mi lakier. Poza tym we wtorek lecę do PDX i tam będę chodzić w butach zakrytych.
Lokal ten prowadzony jest przez Wietnamki. Bardzo słabo mówiące po polsku.
Mają tam różne usługi: mani – pedi, woskowanie brwi, nóg, pach i bikini i takie tam. Ja chodzę tam na pedi i brwi. Jest to trochę taka spelunka.
W każdym bądź razie chodzę tam co jakieś 2 tygodnie. Czasem dłużej, bo nawet jeśli paznokcie trochę urosną to i tak się tego nie czuje bo się chodzi w sandałopodobnych butach jak wspomniałam trochę wyżej. No i zależy też czy byłam na rowerze, bo jak tak to szybciej mi się lakier zdziera.
W przeszłości chodziłam tam po pracy, więc czasem zdarzało mi się czekać 10 minut, czy coś w tym stylu. Teraz wpadłam na genialny pomysł i chodzę sobie w porze lanczu. Zajmuje mi to pół godziny więc gicio.
Panie już mnie znają. Wiedzą, że zawsze przynoszę swój lakier w kolorze vava plum. No więc jest ich tam chyba 5. To znaczy pewnie jest ich więcej, ale zawsze jest 5 na jednej zmianie. W porze lanczu nie ma w ogóle klientów, więc panie nie mają w ogóle pracy. W miejscu, w którym szefem jest Amerykanin coś takiego w ogóle nie wchodzi w grę. Pamiętam, że jak pracowała w tej restauracji i nie było klientów to musieliśmy trawę na zielono malować i udawać, że coś się robi. A tutaj – luzik. Ostatnio byłam tylko na pedi. Miałam coś tam na jednej brwi i wolałam nie ryzkować, żeby mi nie zaczeło coś się tam robić. Pani mi mówi- brwi też robimy. Ja mówię, że nie, że następnym razem i pokazuje jej czemu. A ona na to- no ale musisz już. Taki tekst gdzie indziej by nie przeszedł, bo jak można klientowi powiedzieć, że źle wygląda? A one w ogóle się nie czają. Ja nadal przy swoim, że nie, że następnym razem, na to ona, że trzeba pensetą i że ona zrobi tak, że moge przetrwać kilka dni i potem muszę przyjść. No więc jedna szoruje mi stopy a druga przychodzi z pensetą i mnie, że tak powiem poprawia. Następnie stwierdza, że jej się nudzi i że spiłuje mi też paznokcie u rąk pomimo tego, że ja tylko na pedi... Oczywiście nie skasowały mnie za dodatkowe usługi. Ot tak, miały gest...
Dlatego stwierdziłam, że pora lanczu jest najlepszą porą do odwiedzania tego typu lokali. Tak więc dzisiaj poszłam tam sobie około 12. I to co dzisiaj zobaczyłam przechodziło ludzie pojęcie. Otóż oczywiście nie było żadnych klientów, a pań znowu 5. Jedna kręci się w kółko, druga ogląda telewizję, trzecia będzie mi robić paznokcie, a dwie pozostałe siedzą sobie w fotelach do masażu pleców i czytają gazety. Nikt ich nie goni do sprzątania, nikt się niczego nie czepia. I tak przez jakieś 15 minut. Po 15 minutach przyszła jakaś siostra, więc trzeba było zrobić losowanie kto się nią zajmie i uwaga – należy to zrobić cicho, aby nie OBUDZIĆ tej, która na tym fotelu do masażu po prostu zasnęła...
gadu-gadu

Mama (14:54)
gram czasami w kasyno
Ja (14:54)
w jakie kasyno?
Mama (14:55)
wgral mi Kamil w Suwalkach, ten Edyty chlopak
Mama (14:55)
normalne kasyno
Mama (14:55)
mam tam automaty
Ja (14:55)
ale gra sie w oczko czy jak?
Mama (14:56)
wygralam juz 300mln $ na niby
Mama (14:56)
gram we wszystkie gry jakie sa w kasynie
Mama (14:56)
ruletka, poker
Mama (14:56)
itp
Mama (14:57)
no i automaty, takie jak w prawdziwych kasynach
Ciekawy film ostatnio widziałam. Film pod tytułem Grizzly Man. Historia faceta, ktory przez 12 lat żył z niedźwiedziami na wyspie Kodiak na Alasce. Mówiąc lat- mam na myśli lato.
Facet był byłym alkoholikiem i twierdził, że niedźwiedzie najprawdopodbniej przywróciły sens jego życiu.
Timothy Treadwell – bo tak się nazywał, nakręcił blisko ponad 100 godzin filmu z niedźwiedziami (i nim samym). Łamał wszelkie zasady związane z bezpieczeństwem. Kąpał się z nimi w jeziorze, dotykał, filmował walki... Fecet był naprawdę świrnięty. Uważał się za niedźwiedziego opiekuna, wybawiciela. Może i rzeczywiście jakoś tam im pomógł (założył w końcu fundację Grizzly People).
Zimą jeździł po szkołach i pokazywał swoje nagrania dzieciom. Opowiadał im o tych zwierzętach i ponoć nie brał za to żadnego wynagrodzenia. Piękna sprawa...
Genralnie cały ten film buduje historię o tym co go zgubiło. I jak łamał zasady ustalane przez samego siebie, aby ostatecznie zostać zagryzionym przez swojego „przyjaciela". Zapomniał, że syty niedźwiedź to martwy niedźwiedź.
Właście to nie wątpie w to, że pewnie taką śmierć sobie wymarzył, ale tragedią w tym wszystkim było to, że pociągnał ze sobą dziewczynę.
Został po nich tylko zegarek. Resztę ich zwłok wyciągnięto później z tego niedźwiedzia.


 
03:12, hjuston , filmy
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 01 maja 2006
Dostałam dzisiaj nową klawiaturę w pracy. Jest pewien problem. Wyłażą mi z niej mrówki...
19:51, hjuston , praca
Link Komentarze (2) »
Zakupiłam nowy rower. Po kilkukodzinnej jeździe w terenie wyglądałam mniej więcej tak, jak na załączonym zdjęciu, z tym że obie nogi wyglądają podbnie jak ta ręka.
Rower jest dokładnie taki.



Zamówiłam gacie. Z Patagonii. Bawełniane, z tak zwanej organic cotton.
Zamówiłam je miesiąc temu. Po złożeniu zamówienia dostałam taki oto email potwierdzający:
Hi,
Thanks for ordering online at Patagonia.com
Pending credit card approval, in stock items from order XXX
will ship in 2-3 business days via UPS GROUND
to XXX
Shopping Bag Total $49.00
Tax $4.69
Shipping $7.95
-----------
Ship-to
Total $61.64
We will send another email when your order ships.
It will include a shipping tracking number unless you have chosen USPS Priority Mail as your shipping option.
If you have any questions regarding your order, please email us directly at orderreply@patagonia.com or call us at 1-800-638-6464 between the hours of 6am-6pm Monday through Friday and 8am-4pm Saturday and Sunday (Pacific Time).
Please include your order number in all correspondence.
Thank you for shopping with Patagonia.
No więc tak sobie czekałam na te gatki tydzień, a potem drugi. Po tym drugim stwierdziłam, że czas sprawdzić ten traking namber. Sprawdziłam i czegóż to się dowiedziałam. Podobno pan z UPSu był u mnie już z 10 razy, ale z jakiegoś powodu nie mógł tych gaci zostawić przed drzwiami. Zazwyczaj zostawia.
W związku z tym, że pracuję w transporcie, znam się już trochę na tych trasach czy też innych routach, więc wykalkulowałam sobie, że około 7.30 PM tego i tego dnia ten pan z UPSa powinien się znajdować w okolicy Montrose, więc dobrze by było siedzieć w domu i na niego czekać.
I tak sobie czekałam... Czekałabym pewnie do śmierci, a pan się nie pokazał.
Już myślałam, że przywłaszczył sobie te gacie.
Któregoś tam dnia, zapomniałam, że mam czekać i o tej 7.30 poszliśmy biegać. To znaczy pojechaliśmy bo w Houston to się jeździ biegać. Najpierw trzeba podjechać, żeby poźniej pobiegać. Nie jest to najlepsze rozwiązanie, no ale lepsze takie niż chodzić w koło pokoju. Nie lubię tego rozwiązania gdyż strasznie się pocę jak biegam i ten pot potem mi wsiąka w siedzenia. Narazie jeszcze nic nie śmierdzi, ale stresuje mnie to trochię...
W każdym bądź razie jedziemy biegać. Patrzę, a tu samochód UPS. Pędzi jak szalony. No to ja rura za nim, bo myślę sobie że jeśli jest on właśnie w tym miejscu, to na pewno jest to ten który ma tą trasę właśnie przy Montrose. Zatrzymał się. BTW przy sklepie z artykułami tak zwanymi erotycznymi. Długo nie wychodził z tego sklepu. Naprawdę długo. Myślę, że przez ten przystanek zawalił sobie route performance i pewnie musiał później nieźle przygazować aby na niego w pracy nikt nie nakrzyczał...Dopadliśmy go i pytamy się o te gacie. Podałam nazwisko. Wklepał do komputerka i mówi MAM na pokładzie! (Facet w ogóle sięga mi do pasa). Miał tam z tyłu niezły bajzel, więc od razu wiedziałam, ze nie ma szans aby cokolwiek tam znalazł. Po pary minutach skakania po tych kartonach przyszedł i powiedział: nie ma szans abym to znalazł. Podajcie kod do bramy to przywiozę pod koniec trasy.
Oczywiście nie przywiózł. Bo pewnie nie miał juz czasu bo przy każdym przystanku musiał spędzić 20 minut na znalezienie przesyłki... Ślamazara jedna.
Następnego dnia o 7.30 siedzimy w domu. Nie pojechaliśmy biegać bo... nie wiem czemu, pewnie była brzydka pogoda. No więc siedzimy i jemy coś tam, a tu nagle dzwonek do drzwi. Schodzę, otwieram a tu nikogo nie ma. Myślę sobie, dowcipniś żarty sobie ktoś robi. No ale patrzę na ziemię a tam stoi przesyłka z Patagonii via UPS order number XXX. Wyglądała jak psu z gardła. Była to naprawdę najbardziej zmaltretowana przesyłka jaką w życiu widziałam. Na szczęscie gacie były tam w tym pudełku. Chociaż wyglądało jakby ktoś włożył tam rękę aby sprawdzić co sobie ludzie kupują...
Teraz widzę czasem tego gościa jak pędzi jak szalony po Westheimer. Wczoraj na przykład ledwo wyrobił na zakręcie bo gadał przez telefon podczas jazdy. Pewnie dzwonił do dziewczyny aby powiedzieć jej, że będzie w domu późno bo nic nie może znaleźć w tym aucie i ma obsuwę...



Obejrzałam dzisiaj United-93. Zgadzam się z opinią iż był to brdzo dobry sposób do pokazania historii 11-go września...Bezpretensjonalny, bez jakichkolwiek efektów specjalnych... Zostawia nas sam na sam z naszymi myślami.
niedziela, 30 kwietnia 2006
Moja koleżanka kupiła sobie świnie do okruchów. Myślę, że też sobie kupię.


Dostałam w prezencie ipoda. 30GB z możliwością oglądania zdjęć i filmików. Podeszłam do niego z pewną nieśmiałością gdyż prawdę mówiać nie bardzo wierzyłam, że na tym ekraniku można cokolwiek zobaczyć. Ale jednak można. Jakość jest naprawdę zdumiewająco dobra. Tak więc polecam.
Póki co downloaduję sobie zasoby wszystkich mp3 jakie mam. Myślę, że może być tego z jakieś 20 GB.
Ostatnio słucham też róznych podcastów (które też mozna sobie zapisać na tym ipodzie i słuchać w samochodzie), a ostatnio uczyłam się: How To Video Podcast - by French Maid. Serdecznie polecam.


sobota, 29 kwietnia 2006
Chorować w ogóle nie jest przyjemnie, ale ostatnio tak jakoś myśl o chorowaniu w Hjuston wydaje mi się bardzo optymistyczna. Bowiem mamy tutaj TMC, czyli Texas Medical Center. TMC to takie miasteczko w mieście. Znajduje się tam 13 szpitali, w większości są to wysokie budynki na dachach których lądują codziennie helikoptery z organami gotowymi do różnych przeszczepów. Codziennie rano przejeżdżam tamtędy w drodze do pracy. Lubię tamtędy jeździć pomimo korków. Zawsze jest tam sporo ludzi, którzy do pracy idą na piechotę albo rowerem. Generalnie widzi się na ulicy masy ludzi co w Hjuston jest raczej rzadkością. Bedąc w TMC ma się wrażenie, że jest się w jakiejś grze komputerowej typu Doom. Budynki, otwierane drzwi, kolejka (tzn nasz tramwaj).
TMC oczywiście nie jest instytucją charytatywną, a wręcz przeciwnie- jest niezłym biznesem. Ma swoją misję, w której między innymi mówi  się o najwyższych standardach oferowanych usług zarówno dla pacjentów lokalnych jak i zagranicznych.
Może przytoczę tutaj trochę faktów.
TMC w liczbach:
-    13 szpitali (100 budynków),
-    5.2 miliony pacjentów w roku 2004,
-    10,456 pacjentów zagranicznych,
-    6,344 łóżek,
-    65,300 pracowników,
-    12,000 wolontariuszy (których praca generuje wpływy wielkości $15 milionów rocznie!),
-    11 szkół,
-    22,000 studentów,
-    TMC zajmuje 800 akrów,
-    18 mil dróg,
-    44,188 miejsc parkingowych
Robi wrażenie, co?
Oczywiście ktoś powiedziałby – e szpital jak szpital i tak nikt się tobą nie interesuje. A ja nadal będę przystawać przy swoim, że jak chorować to tylko tutaj.
Kilka miesięcy temu miałam okazję przekonać się o jakości serwisu w jednym ze szpitali (szpitalu Św. Łukasza, btw znajdującego się w pierwszej 20 miejsc w których najlepiej pracować w Stanach). Spędziliśmy tam jeden dzień. Nie będę za bardzo wchodzić w detale, powiem tylko że byłam tam jako osoba towarzysząca, nie członek rodziny. Najpierw emorgency – potem oddział kardiologiczny. Tak więc poważna sprawa, nie jakiś tam dermatolog czy coś w tym stylu. Nie będę tu opisywać historii, bo nie o tym miało być. Chcę tylko powiedzieć, że takiego serwisu to ja w życiu nie widziałam. Na parkingu walet parkuje ci samochód (co coprawda kosztuje $15, więcej niż wszędzie indziej). W pokoju własny telewizor, którego nam nie chciało się oglądać bo raczej nie byliśmy w radosnym nastroju. Pielęgniarz przychodzi co 15 minut sprawdzić czy nic ci nie potrzeba i inne takie. Zabieg przeprowadzał pan doktor z Włoch – Serano czy jakoś tak, który miał bardzo silny akcent, czerwone skarpetki i brązowe spodnie. Była godzina 20 był bardzo zmęczony, ale przyszedł przywitał się ze mną, zrobił co miał do zrobienia, pożegnał się i dał wszystkie instrukcje co zrobić jutro na wypadek gdyby pacjent nie wiele pamiętał. Potem poszedł do następnego pacjenta. I oczywiście te wszystkie bzdury o tym, że nie rodzinie nie podaje się żadnych informacji... Nikt tam nie traktował mnie jak obcego. Wszędzie mogłam wejść. Siedzieć, słuchać...
Oboje byliśmy pod wrażeniem usług, na tyle że mysleliśmy o wysłaniu jakichś tam kartek do tych 2 pielęgniarzy i pani doktor, którzy byli do nas przypisani.
Potem przyszedł rachunek. Mając ubezpieczenie można oczywiście przeżyć i zapłacić, bo płaci się jakąś tam część.  Ale bez ubezpieczenia byłoby cięzko. Moja mama nawet nie zarobi na pokrycie takiego rachunku przez rok.
A szpital podliczy cię za wszystko. Za każdą igłę, za każdy wacik, za każdą interpretację wyników... Jest to naprawdę biznes. I może jak ma się do zapłacenia jakąś tam sumę, której wolałoby się nie płacić i wydać np na nowy komputer to przeklina się ten cały system. Ale jak pomyślę sobie, że mogłabym mieć do wyboru szpital za darmo, ale w którym każdy pracownik miałby mnie gdzieś i na koniec zaraziliby mnie hivem to chyba wolę jednak zapłacić, i  mieć pewność że nikt tam na moją skórkę nie czeka...
Ostatnio przeglądałam swoje rachunki i stwierdziłam, że na ubezpieczenie zdrowotne wydałam w tym roku prawie 2 tysiaki. Ale z drugiej strony u lekarza była w tym roku kilka razy. Głównie u dermatologa na wycięciu Benego Kuleczki z szyi i paru innych. Też traktowano mnie nieźle.
Co mnie skłoniło do napisania tego wszystkiego? W sobotę byliśmy na kolacji u znajomych Francuzów. Przemili ludzie. On pracuje tu nad nadwagą Amerykanów hehehe- ma dużo pracy jak mawia jego żona. Mieszkają na jednym z osiedli właśnie koło TMC. No i zapytałam się ich kto głownie mieszka na tym osiedlu. Czy lekarze i pielęgniarki. Otóż tak, ale większość mieszkańców to pacjenci. Ludzie chorzy na raka, którzy powiedzmy raz na tydzień muszą iść na jakiś tam zabieg. Przyjeżdżają do Hjuston, wprowadzają się do tych apartamentów i liczą na pomoc... Niesamowite.
23:31, sylwia-houston , różne takie
Link Komentarze (2) »
1 ... 41 , 42 , 43
 
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston