czwartek, 03 września 2009
Nie mam czasu na głębsze wywody bo pracuję. Tak więc dzisiaj będzie po krótce. O jedzeniu, bo o jedzeniu każdy lubi.
Oczywiście na pewno w czasach obecnych tapioka jest w Polsce popularna, ale jak wyjeżdzałam te ileś lat temu to jeszcze nie była. Tapiokę poraz pierwszy jadłam właśnie w Stanach i muszę przyznać, że jest to zdecydowanie jeden z moich ulubionych deserów. Oczywiście jak wszystko w kuchni, także i tapiokę możną łatwo schrzanić. Robi tak na przykład Whole Foods na Kirby, który dodaje chyba jakieś masło i 2 kg cukru. Jeśli ktoś jeszcze nie jadł deseru z tapioki to nie polecam stracenia tapiokowego dziewictwa właśnie tam.
Polecam w domu.  Jak za mało to można zawsze walnąć sobie dokładkę i takie tam. Przepisy są różne- ale ja (jeśli ktoś czyta uważnie to pewnie już wywnioskował), nie przepadam za tapioką zbyt słodką i taką, która smakuje jakby się jadło masło z cukrem. Mój ulubiony przepis goes like this:

Na sześć osób
przygotowanie 15 minut - z chłodzeniem 40 minut
2 szklanki wody
1/3 szklanki tapioki (tapioca pearls)
1 szklanka śmietany (czy ktoś wie co jest odpowiednikiem heavy cream w Polsce, bo taką śmietanę właśnie chodzi)
6 łyżek cukru
1 łyżeczką kopru włoskiego (zmielonego i przesianego)
1 litr truskawek

Zagotować wodę i wsypać tapiokę. Zmniejszyć ogień i mieszać co jakiś czas przez 10 minut, tak aby nie zrobiły się grudki. Dolać śmietanę, 4 łyżki cukru i szczyptę soli i gotować przez 3 minuty. Przelać do metalowej miski, którą zanurzamy w lodzie. Mieszamy przez 5 do 10 minut.
Truskawki miksujemy w mikserze i dodajemy starty koper włoski i pozostałe 2 łyżki cukru. Wszystko wlewamy do 6 szklanek. Na koniec, łyżeczką nakładamy tapiokę. Chłodzimy w lodówce przez 15 minut.
Pyszota.
PS- czy ktoś z was jadł wcześniej truskawki z koprem włoskim? Kto by pomyślał, że to może być takie smaczne.



Przepis (trochę zmodyfikowany) i zdjęcie pochodzą z Gourmet Magazine (nie myślcie, że kupuję- tak po prostu zaczął do mnie przychodzić, bo kiedyś kupiłam patelnię w jakiejś tam promocji.
niedziela, 30 sierpnia 2009
poniedziałek, 24 sierpnia 2009
Z reguły nie robię sobie quizów na Facebooku, ale temu nie mogłam się oprzeć. Quiz nosił tytuł: Kto jest twoim odpowiednikiem w Klanie. Wyszło mi, Rysio- motto życiowe 'Dobrze Grażynko'. Człowiek renesansu- taxówkarz, murarz, malarz ... ojciec trójki dzieci z których tylko jedno jest jego własne. Bo wszystkie Ryśki to fajne chłopaki!
Fajnemy nosorożcowi wyszło- ciocia Stasia ...
No i jak przystało na człowieka renesansu przedstawie wam dzisiaj moje kolejne (obok robienia dżemików i Objective C) zainteresowanie, czyli ważki. Właściwie, zainteresowanie to ogranicza się tylko do oglądania filmów o ważkach na BBC, a także do oglądania ważek w parku lub na zdjęciach robionych przez mojego męża.
Houston Arboretum miało ostatnio zajęcia dla publiki z rozpoznawania ważek. Mógł przyjść każdy. Przyszło sporo osób- byli państwo emeryci, którzy nie mają co robić to przyszli. Był pan Edward Wilson wannabe, który ponoć przerywał prowadzącemu. Była młoda para, która ma sporo ważek w ogrodzie i chcieli się dowiedzieć co to są te ważki i dlaczego aż tyle ich mają. I był mój mąż, którego to na te zajęcia wypchałam, bo kiedyś zrobił fajne zdjęcie ważki równoskrzydłej (wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, że była to ważka równoskrzydła i że coś takiego w ogóle istnieje) i chciałam żeby zrobił więcej. 
W tym roku w Houston ważek jest zdecydowanie więcej niż zwykle. Jest to dość interesujące zjawisko, zważywszy że była susza. No ale może właśnie dlatego tak teraz nimi sypnęło. No mówię wam, jak się pójdzie do parku to jest ich naprawdę masa. Jak na bagnie jakimś.
Zdjęcia z zajęć według męża są słabe (miał kilka fajnych zbliżeń ale nie chciał mi ich dać, bo niby nieostre), ale umówiliśmy się, że za 2 dni idziemy na ważkowe polowanie i zrobi ich więcej, więc może będzie coś lepszego. 






No to się zaczęło. Obstawiamy- chłopiec czy dziewczynka? 
sobota, 15 sierpnia 2009
Biorąc przykład z Tierralatiny postanowiłam zaznaczyć sobie gdzie już byłam. Wyszło mi jakieś niecałe 7%, więc w sumie nie ma co pokazywać (mogę wymienić znaczy się). Z bardziej egzotycznych miejsc byłam w Indiach, Nowej Zelandii, Egipcie, Norwegii, Nikaragui, Meksyku. Nie byłam we Włoszech, Grecji, Hiszpanii (lotnisko się nie liczy) czy też Francji. W Polsce nigdy nie byłam na południowym wschodzie, w Łodzi i innych miastach. Miejmy nadzieję, że tam jeszcze kiedyś zajadę.
Natomiast moja mapka odwiedzonych stanówy wygląda tak:

visited 19 states (38%)
Create your own visited map of The United States 

W sumie też myślałam, że będzie lepiej, a jest gorzej. Jeśłi chodzi o Stany to chciałabym pojechać do NC, na Hawaje i do Idaho. Nie ciągnie mnie do Dakoty, ani innych Kentucky. Na EC też mnie jakoś za bardzo nie ciągnie. Pomimo, że nie byłam, jakby była okazja to wolałabym chyba polecieć poraz kolejny do Oregonu.
Skoro jestem już ja i Tierralatina to może zacząć by kolejny łańcuszek? Może tym razem obie Anie zrobią wyjątek?
środa, 12 sierpnia 2009
Kontynuując temat fitness, dzisiaj będzie o zajęciach z wózkami, o których pisałam kiedyś na moim drugim, podupadłym blogu. Jak wiecie zajęcia nie odbywają się z powodu pogody. No za gorąco jest. No i prawdę mówiąc wątpię, żeby jeszcze kiedyś się odbyły bowiem pani trenerka zmieniła obiekt zainteresowań. 
Podobnych historii mogę opowiedzieć conajmniej dziesięć, a łączy je jedna myśl- Amerykanie są bardzo odważni, albo może lepiej ta- głupi ma zawsze szczęście ... Chociaż nie wiadomo jeszcze czy pani trenerka będzie miała szczęście.
Otóż pani od wf-u (z wykształcenia chemik) postanowiła zostać 'amwayowym diamentem'.  Nie jest to Amway, a coś nowego, o czym jak do tej pory nie słyszałam. Jest to biżuteria Silpada. Zasady są podobne. Najpierw zostaje się sprzedawcą, potem kupuje się za ileś tam dolarów walizkę biżuterii, a potem wyprawia się imprezy, na które zaprasza się koleżanki (znajome, mamy z zajeć wf-u i friendsów z Fejsbuka) z nadzieją, że przyjdą i coś im się wciśnie. A potem oczywiście zostaje się diamentem.
Luuuuuuudzie.... Niby wykształcona kobieta, a wierzy w takie brednie. I do tego nie ona jedna. Jak zobaczyłam zdjęcia z konferencji (sorry, ze nie zalinkuje, ale nie chcę odsyłać z tego bloga z wiadomych powodów) to padłam. Było tyle samo ludzi co na mszach Osteena. Czy naprawdę można zebrać aż tylu naiwnych? Teraz muszę się odpędzać od zaproszeń na te imprezy i muszę się zadeklarować czy YES, NO czy może kurde MAYBE.
Ale to nie wszystko. Pani od wf-u ni z gruszki ni z pietruszki została także fotografem. Robi zdjęcia dzieciom. Dodam, że kobieta w ogóle nie zna się na robieniu zdjęć. Ja tam sama dobrych zdjęć nie robię, ale już mnie mąż nauczył, żeby rozróżniać że tu nie ostre, tam obcięta głowa itd. No i ta pani takie zdjęcia właśnie robi. Złożyła podanie do znanej hjustońskiej firmy fotograficznej i przyjęli ją na stanowisko fotografa. Dostała najnowszego Canona, cyka zdjęcia, wkleja na FB i przesyła zaproszenia, żeby zostać fanem (FYI- nie zostałam). 
I ja wierzę, że to wszystko będzie się jakoś kręcić. Ludzie będą przychodzić i będą się cieszyć z tych zdjęć bez głowy. 
No i do czego zmierzam... Ta pani to jeden z przykładów, że Amerykanie nie mają poczucia wstydu. Walą chałę i robią przy tym taki hałas, że wszyscy są w stanie uwierzyć, że tak właśnie musi być. Miałam już kolegę w pracy, który bez jakiegokolwiek doświadczenia został VP (podwyżka z 60 tysiaków do prawie 200). Wykrzyczał sobie. Powiedział, że się zapyta- zapytał się i został. 
Znam też historię o gościu, który raz pojechał do Pragi i w życiorysie napisał sobie, że mówi po Czesku. 
Fascynują mnie tacy Bull shit-ciele. Jak to jest, że im tak wychodzi, a ja nie potrafię? Myślę, że my, Polacy jesteśmy jacyś tacy bardziej zahukani. Jeśli czegoś nie potrafimy to nie udajemy. A może się mylę?
Może i ja powinnam otworzyć studio fotograficzne? Sprzęt i software już mam. Mąż wszystko poustawia, pojedzie do pracy, a ja będę naciskała guzik. Zapraszam już dziś.
piątek, 07 sierpnia 2009
Kontynuując poprzednią notkę - może powinnam zapisać się na PoleLaTeaz zamiast pilates? Czym jest PoleLaTeaz? Jest to szkoła tańca na rurze, która właśnie otwiera swoje studio w Houston. 
Bożenku mój, ale ze mnie baba ze wsi, nie wiedziałam nawet że takie szkoły są w Houston tak bardzo popularne. Okazuje się, że jest ich kilka. Najpopularniejsze to: S Factor i Carmen's Boutique. 
Jak się wejdzie na stronę S Factor to w sumie wydawałoby się, że jest to strona właśnie jakiegoś klubu pilatesowego, czy też yogi. Panienki na zdjęciach wyglądają dość profesjonalnie- takie tam znudzone business women. Jest oczywiście sklep z gadżetami, ale te gadżety są raczej dość nieśmiałe. Bardziej odważne (i kiczowate) bajery sprzedają w Carmen's Boutique. Ta szkoła wydaje się jednak być bardziej 'dodgy'. Jak na mój gust, PoleLaTeaz jest na podobnym poziomie.
No ale ten S Factor jest intrygujący. Nie żebym się miała zapisywać, ale poszłabym z ciekawości. Tak jak z ciekawości poszłabym na show (mszę?) Osteena. Nie każdy jednak może sobie takie zajęcia wypróbować. S Factor ma swoje studio tylko w LA, Costa Mesa OC, SF, NY, Chicago i Houston. 
Podobno trenując taniec na rurze można nie tylko skołować swojego faceta, nauczyć się chodzić jak kot, ale (przede wszystkim) pięknie się rozciągnąć (tu i tam) i zrzucić to i owo. Taniec na rurze jest ponoć lepszy od yogi i pilates. Nie wspomnę nawet o moim hula hop. Moje hula hop przy tym tańcu na rurze to mały pikuś. 
S Factor sprzedaje nawet dvd do ćwiczeń w domu. Hmmm ... pozostaje mi teraz przekonać męża żeby zamontował w pokoju przed telewizorem rurę ...
środa, 05 sierpnia 2009
Wczoraj byłam w Motherhood Center na pierwszych zajęciach z rytmiki. Zajęcia jak zajęcia- pani śpiewa i gra na pianinie, mamy skaczą, a dzieci ryczą. Potem wszystkim dzieciom daje się instrumenty i walą w nie, albo gryzą kolegów obok (a mamy dalej skaczą). Na początku trochę byłam rozczarowana tymi zajęciami, bo jak pani zaczęła śpiewać titu titu i piku piku pomyślałam sobie, że sama też tak umiem i w sumie też mogłabym naciągnąć jakieś matki na takie zajęcia z rytmiki. Co prawda nie mam głosu jak pani prowadząca, ale skakać umiem lepiej od niej. 
No ale później się rozkręciło. Byłą nawet muzyka country ... Normalnie nie zapisałabym się na te zajęcia, ale że nie mamy już z koleżanką pomysłów na godne przetrwanie tego upalnego lata, postanowiłyśmy się zapisać. Zajęcia są 2 razy w tygodniu, po 45 minut. Przez cały miesiąc. Samo centrum jest dość wypasione. Wszystko nowe i czyste i w sumie jest dość relaksacyjnie.
W przeciwieństwie do muzeum, które odwiedziłam kilka tygodni temu.
Mamy w Houston Children's Museum, które ma 2 piętra. Parter dla dzieci starszych, i pięterko dla dzieci młodszych. Wjazd kosztuje 7$ i płaci się nawet za roczne dzieci. Plus 7$ za parking. Parter dla dzieci starszych jest całkiem niezły. Mają tam mini miasto gdzie dzieci mogą udawać, że pracują w restauracji i serwować rodzicom zabawkowe obiady. Jest też prawdziwy policyjny samochód, do którego można wejść i wszystko nacisnąć itd. Więcej nie widziałam, bo bałam się że zostanę stratowana przez tłumy wrzeszczących dzieci.
Drugie pięterko jest dla dzieci, które dopiero co zaczęły chodzić albo raczkują. Albo się czołgają, jak Franek. Rodzice muszą założyć szpitalne kapcie i dziecko bawi się na materacach, w tunelach itd. Jest parę fajnych gadżetów typu drzwi wejściowe do domu wielkości dziecka. Mają dzwonek, kołatkę, łańcuch więc dziecko może się wyszaleć przyciskając ten dzwonek poraz setny. Reszta jest taka sobie. Niby sprzątają, ale jak chciałam Franak wsadzić w taką miskę pełną piłek to zauważyłam, że były tam rzygi. Dobrze się maskowały, bo zakryły się tymi piłkami, ale było je widać.



Nie wiem czy warto się pchać do tego muzeum. Myślę, że ja już chyba nie prędko tam pójdę. Moim zdaniem jest trochę za drogo w stosunku do jakości placu zabaw. Natomiast z pewnością zapiszę się na yogę dla mam z dziećmi. I to już od września.
sobota, 01 sierpnia 2009
Od wczoraj na lotsniku IAH (i dwóch innych ale nie wiem których) TSA testuje nowe urządzenie, dzięki któremu możemy sie czuć bardziej bezpieczni (hehe). Za pomocą tego urządzenia wykonywane jest zdjęcie, które ukazuje nas prawie bez ubrań. Zapewne mój kolega z liceum, który marzył kiedyś o okularach dzięki którym może 'rozbierać' dziewczyny ostrzy sobie zęby na taką pracę... 
Cały proces wygląda następująco-  wyjmuje się WSZYSTKO z kieszeni i podchodzi się do tego skanera gdzie zrobione jest zdjęcie. Zdjęcie może być obejrzane tylko przez oficera, który znajduje się w osobnym (zamkniętym) pomieszczeniu. Jeśli oficer ten zauważy jakieś podejrzane przedmioty ukryte pod fałdą tłuszczu szybko donosi o tym oficerowi, który jest przy maszynie robiącej zdjęcie. Co dzieje się potem, możemy sobie wyobrazić. 
Wszystko ma trwać jakieś 40 sekund. 
Jak narazie testy są dobrowolne. Jest specjalna kolejka dla wolontariuszy / ekshibicjonistów. Jeśli jesteś podejrzany i grozi ci kontrola osobista to możesz sobie wybrać zrobienie zdjęcia zamiast obmacywania. Czy i kiedy to urządzenie zostanie wprowadzone na wszystkie lotniska- nie wiadomo.
Niezła bzdura i kolejny wymysł. Nie chodzi mi o to, że nie chcę aby ktoś mnie oglądał bez ubrań, bo tak naprawdę na tych zdjęciach niewiele widać, twarze są niby zamazane i w sumie trzeba być chorym, żeby kogoś takie akurat zdjęcia kręciły. Czy coś takiego jest naprawdę potrzebne? Moim zdaniem nie jest. 
Swoją drogą szkoda mi takiego oficera TSA. Cały dzień oglądać takie obrazki? Podobno do pokoju, w którym się te zdjęcia ogląda nie można ze sobą zabrać nawet telefonu. Nieźle się będą nudzić w pracy, bo jak często wykrywa się kogoś przemycającego noże czy inne bomby? 
A może byłoby łatwiej jakbyśmy wszyscy latali na golasa? Chociaż może nie, bo kto by chciał siadać na fotelu, na którym przed chwilą siedział inny gołodupiec?
Zdjęcie stąd, ale istnieją sprzeczne opinie czy TSA rzeczywiście widzi kobiety w stanikach, bo na zdjęciu poniżej (stąd) widać gołą panią (no ale może ona akurat nie nosi majtek pod spodniami).

środa, 29 lipca 2009
Brazos latem jest trochę zarośnięte, ale aligatory są. 


Zdjęcie z bloga męża.
TomTom przeprowadził ostatnio badania, których celem było rozpoznanie jak jeżdżą kierowcy siedmiu amerykańskich miast (Atlanta, Boston, Chicago, LA, Minneapolis i Nowy Jork). Wyniki są naprawdę zaskakujące:
  • 79% houstońskich kierowców ma w zwyczaju wyjeżdżać kilka minut wcześniej. Tak, na wszelki wypadek. Podobno nasi kierowcy mają 'passion for punctuality' and 'hankering for harmony of the road'.
Dalej jest jeszcze lepiej:
  • Aż 77% Houstończyków cierpliwie jedzie do następnego zjazdu jeśli zdarzy się, że nie zdążyli zjechać. Ja chyba mam pecha i codziennie widzę te pozostałe 23%. Zjazdy w ostatniej sekundzie (po ciągłej linii, a jakże) to moim zdaniem hjustońska specjalność .
  • 30% cierpliwie czeka i nie trąbi jeśli kierowca przed nimi nie zauważył zielonego światła. Nie bardzo rozumiem z czego tu się cieszyć? 30% to strasznie mało. 
  • Houstońscy kierowcy przestrzegają ograniczeń prędkości nawet jeśli nie ma w pobliżu policjanta. Co to w ogóle za kategoria?

Badane miasta mogły zdobyć jeden z trzech tytułów: Diligent Driver, Neutral Navigator i Courageous Commuter. My w Houston, możemy dumnie nosić tytuł Rzetelnych Kierowców (czy tam pilnych jak kto woli), bo jak się okazuje, ZAWSZE przestrzegamy zasad. 
Bo skisnę...
niedziela, 26 lipca 2009
Nie chce mi się już więcej pisać o tej Norwegii, więc kończę zdjęciem wodospadu i zapodaję link do innych zdjęć- równie ładnych.


piątek, 24 lipca 2009
W The Onion doczekaliśmy się artykułu o naszym, na własnej krwi wyhodowanym hjustońskim bohaterze- Yao.
cyt: "The entire world population confirmed Friday that Houston Rockets center Yao Ming is the greatest athlete in the history of sports and a glowing symbol of what hardworking citizens may become if they remain loyal to their government."

Całkiem zabawne.

czwartek, 23 lipca 2009
Dzisiaj nie będzie o Norwegii, ale tak właściwie to można ten temat trochę pod Norwegię podciągnąć, bo oni też mają 'krew na rękach' (czwarte zdjęcie z tej notki). Chodzi o wileloryby.
Na LOST-a trzeba czekać do następnego roku. Mad Men zaczyna się w następnym miesiącu. The Office też narazie ma przerwę. A Gordon Ramsay, do którego taki kiedyś wzdychałam znudził mi się. Coś trzeba oglądać.
Oglądamy więc Whale Wars. W związku z tym, że program wybrał mąż, na początku obawiałam się, że może to znowu być coś w rodzaju The Deadliest Catch, o którym pisałam TU
Po krótce- Whale Wars to taki reality show, w którym grupa ekologów (bynajmniej nie z Klubu Geja) zapobiega połowom wielorybów w okolicach Antarktydy. Cóż, sezon pierwszy bardzo mnie zniesmaczył. Niby słuszna sprawa itd., ale kapital statku Steve Irwin (btw- jaka wspaniała nazwa statku), Paul Watson, jest po prostu szurnięty. 
Paul Watson, jeden z założycieli Greenpeace, został z niego wyrzucony i założył własną organizację Sea Shepherd, która zajmuje się ochroną wielorybów. Sea Shepherd nie wysyłają listów i nie drukują ulotek. Oni po prostu płyną w teren i tak po piracku tropią i atakują japońskie statki. 
Jeśli chce się ratować wilory z P.W. to należy mieć świadomość, że ryzykuje się życiem. Dosłownie. Podobno załoga o tym wie jak się zapisują, ale oczywiście nie śpieszno im umierać, czego wydaje się nie rozumieć kapitan P.W. P.W. moim zdaniem nie ma zbyt wielkiego doświadczenia i Safety First z całą pewnością nie jest jego ulubionym sloganem. A szkoda. W pierwszym sezonie mamy kilka wypadków, których możnaby uniknąć jeśli tylko załoga przeszła odpowiednie szkolenia. Ale wiadomo, takie organizacje nie są jak pan prezes, który forsą sra. Dlatego bardzo się ucieszyłam gdy w drugim sezonie załoga miała nie tylko lepsze łodzie, ale w ogóle lepszy sprzęt. W końcu znaleźli się sponsorzy (na przykład RHCP). P.W. dalej jest szurnięty i dalej obraża się jeśli ktoś nie wykonuje rozkazów, ale drugi sezon jest po prostu świetny. Mogliby tylko darować sobie powtarzanie komentarzy i parokrotne tłumaczenie tego co się stało.
Super pomysł na reality show i świetny pomysł na zarabianie kasy dla takich właśnie organizacji ekologicznych. Polecam serdecznie.
No i oczywiście - nie jedzcie wielorybów.

Acha, tak jak nigdy wcześniej nie lubiłam dzwonków, które zrobione są z jakiś piosenek, tak poważnie zaczęłam się zastanawiać nad zakupem dzwonka The World is a vampire (tu piosenka z czołówką).
wtorek, 14 lipca 2009
Najbardziej w Norwegii podobały mi się przedszkola. Nie ważne czy deszcz czy śnieg, dzieci non stop są na powietrzu. Widziałam jak w deszczu skakały na skakance z panią przedszkolanką (ale nie z tą na zdjęciu, z inną- chudszą).
Dzieci w Norwegii są twarde jak ta rzeźba z Parku Vigeland w Oslo. Na szlakach często widać grupki małych dzieci, w malutkich kurtkach z gore-texu,  z malutkimi plecakami, które naprawdę nieźle zasuwają po tych lasach. 
Jak tak sobie na te dzieci i przedszkola popatrzyłam, to uświadomiłam sobie, że mogłabym tam mieszkać. Mogłabym żreć te hot dogi i użerać się z tym ich systemem. Zrobiłabym to dla Franka. Żeby Franek mógł chodzić do tak fajnego przedszkola. Może wyrósłby mi na Małysza? No ale raczej nie zanosi się żebym tam mieszkała, więc nie ma o czym gadać.
Natomiast, możnaby samemu takie przedszkole otworzyć. Niestety u nas tak się nie da. Jak każdy wie, ocieplić jest się łatwiej niż ochłodzić, tak więc takie przedszkole w Houston by nie przeszło, bo latem jest za gorąco. Myślę, że dzieciaki padłyby mi jak muchy, albo nabawiłabym je raka skóry. Poza tym u nas jak leje to jest od razu powódź.
No ale gdybym mieszkała w takim na przykład Oregonie to chyba otworzyłabym takie przedszkole i pewnie byliby chętni.







Lato w Houston jest do dupy, bo niestety zbyt wiele tym dzieciom nie można zaoferować. Bo niby co? Wyjście do muzeum czy do klimatyzowanego sklepu? Wydawało nam się, że wyjściem z letniej sytuacji będzie przyczepka na rower. Dzięki takiej przyczepce zarówno my się ruszamy, a Frankowi nie jest aż tak gorąco jak w wózku. Przyczepka jest bardzo fajna, bo można z niej zrobić wózek, albo dokręcić narty i pojechać z dzieckiem na narty (zdjęcia TU). No my w Houston raczej na narty nie pojedziemy, ale na rower to i owszem. W weekend byliśmy 2 razy dziennie.
Właściwie kupiliśmy ją bardziej sobie niż jemu, a tak w ogóle to chyba bardziej mi. Ostatnio na swoim rowerze jeździłam 21 miesięcy temu. 
Tak jak napisałam na fejsbuku (przy okazji przepraszam fejsbukowe koleżanki i kolegów, że muszą to samo czytać 2 razy) - zabawne, że po 21 miesiącach moje buty na rower nadal śmierdzą krowią kupą, w którą wlazłam prawie 2 lata temu... 




1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 43
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston