czwartek, 09 lipca 2009
You've got to love Texas...
W najnowszym numerze The Economist jest bardzo ciekawy artykuł porównujący Texas i Kalifornię. Teksas i Kalifornia to dwa największe stany w Lower 48
O tym, że Kalifornia nie jest już krainą miodem płynącą wiedzą już chyba wszyscy. O tym, że po wczorajszym pogrzebie the King of Pop policja z LA musiała żebrać o darowizny może jeszcze nie wszyscy słyszeli. (To tak jako ciekawostka) ... Swoją drogą jak to jest z tymi stanami bankrutami? Kto im teraz pomoże? 
Kalifornia, w artykule przedstawiona jest jako stan, który w chwili obecnej mógłby wiele się od Teksasu nauczyć. Bo okazuje się, że nam tu w Teksasie (krainie ropą płynącej) żyje się jak pączkom w maśle. No może nie zupełnie tak to było napisane, ale generalnie żyje się nam lepiej niż tym w Kalifornii.
Fakt, żaden z moich znajomych z Houston nie stracił pracy. Jedyne osoby jakie znam, które straciły pracę mieszkają w Kalifornii. Bezrobocie jest niższe niż średnia krajowa.  Znajomi nadal zmieniają pracę nie dlatego, że muszą, ale dlatego że chcą. Nie mamy problemu na rynku nieruchomości  (domy w mojej okolicy sprzedawały się i sprzedają się przez cały czas). 
Jak to jest, że stan, w którym nie ma stanowego podatku od dochodu jakoś radzi sobie lepiej, niż ten w którym taki podatek jest? Corporate taxes też są niskie i pewnie dlatego Teksas jest główną siedzibą aż 64 firm z listy Fortune 500. 
Podobno jesteśmy bardziej przyjaźnie nastawieni do ludzi z inicjatywą gospodarczą. W Kalifornii inicjatywa często zostaje zniszczoną przez stanową biurokrację.  Podobno jesteśmy bardziej przyjaźnie nastwieni do pań i panów zza południowej granicy. W ogóle to jesteśmy przyjaźnie nastawieni do wszystkich (ciekawe czy do tych z Iraku też?). I do Afro-Amerykaninów i gejów też (bo to u nas w Houston, być może następnym burmistrzem będzie albo lesbijka, albo  Czarny facet). A tacy ci Teksańczycy niby konserwatywni...
Podobno wiele zaczynających firm IT zaczyna przeprowadzać się z Kalifornii do Austin. Oczywiście kolosy takie jak Google w Austin mają tylko swoje siedziby i raczej się nie przeprowadzą, ale i Google przecież nie zawsze było kolosem.
No ale żeby plusy nie przysłaniały nam minusów i żebyście tak od razu nie zaczęli pakować walizek, nie zapominajmy, że tak naprawdę to nie da się tu żyć. Już od miesiąca mamy tu powyżej 40C i taka temperatura będzie tu jeszcze pewnie przez kolejne 60 dni. Przez 1/4 roku siedzimy w tych swoich zamczyskach i chłodzimy się erkondyszynem. Jakość powietrza też jest dość słaba (choć w LA też pewnie nie lepsza).
Podobno szkoły w Teksasie są dość kiepskie i podobno przestępczość jest wysoka (ale trudno mi uwierzyć, że mogłaby być wyższa niż ta w LA). No i to u nas są skaczące pająki, żmije i latające karaluchy.
Ale przede wszystkim nie mamy oceanu, a przecież o ocean w życiu chodzi...
Ciekawy artykuł i cały numer jest w tym klimacie. Polecam zarówno tym z Teksasu jak i tym z Kalifornii.
Jakby ktoś chciał przeczytać, a nie ma dostępu to chętnie prześlę na email, bo mam elektroniczną wersję (wkleiłam też link na fejsbuku).




rysunek z The Economist
poniedziałek, 06 lipca 2009
Ania pisała ostatnio o tarasie na Searsie, więc i ja pomyślałam że zmałpuję i pokażę zdjęcia tarasu, na którym byliśmy w Norwegii.
Proszę bardzo- oto platforma widokowa nad fjordem Aurland. Też, podobnie jak na Searsie pewnie można się oprzeć o szklaną ścianę, zrobić zdjęcie i udawać, że się stoi w powietrzu. Ja się oczywiście nie odważyłam.










Pierwsze dwa zdjęcia pochodzą z Guardian, a reszta jest moja.
niedziela, 05 lipca 2009
BBC pisze o rzeczach, dzięki którym Ameryka ma prawo świętować Dzień Niepodległości.  Jedną z wymienionych rzeczy jest klimatyzacja czyli erkondyszon. No cóż, my dzisiaj nie świętowaliśmy z tego samego powodu. Erkondyszon przestał dyszeć wczoraj we wczesnych godzinach wieczornych. Przez noc temperatura na środkowym piętrze wzrosła do 83F, a po godzinie 15ej było już 88F czyli 31C. 
Na szczęście mamy tak zwane dwa unit-y [hjustońskie 2 (czyli 3) piętrowe townhome-y z reguły mają po 2 bestie]. Pierwsze pudło 'obsługuje' parter i pierwsze piętro, a drugie pudło piętro powyżej. 
Franek musiał zabrać swoje zabawki i przenieść się do innej piaskownicy. Dzisiaj sypialnia służyła nam jako bawialnia / chłodnia. Tam chodziliśmy się chłodzić jak już na dole robiło się za gorąco (czyli po jakiś 10-15 minutach). 
Oczywiście klimatyzacja złośliwie zepsuła się w święto i na majstra musieliśmy czekać cały dzień (oczywiście nie wiedząc o której w końcu przyjdzie). Był to jeden z nudniejszych dni w tym roku. Gorąco i nudno (przypomniała mi się reklama Bryzy czy tam Wiziru - gorąco. i drogo. i facet ze spoconymi pachami - pamięta ktoś?). 
Jedynym plusem takiego dnia jest to, że przynajmniej z czystym sumieniem można się opchać lodami. Chociaż tak naprawdę to nie wiem czy można to rzeczywiście nazwać plusem.
$500 później słychać już było wyczekiwane bzyczenie i temperatura zaczęła spadać...
Takie dni przypominają mi o tym, że jednak wolę orzeźwiający chłodek niż ciepły smrodek.

Zbliżają się pierwsze urodziny Franka. Franek miał dostać Chariota (tak, wiem że to bardziej prezent dla nas niż dla niego). Niestety, z powodu niespodziewanego wydatku wychodzi na to, że zamiast Chariota dostanie lizaka.
czwartek, 02 lipca 2009
Norwegia w niektórych momentach wydawała się dość zacofana. Jeśli zaś chodzi o transport to jednak są bardziej do przodu. 
W Oslo podobał mi się szybki pociąg z lotniska do centrum. Nigdy nie jechałam tak szybkim pociągiem (210 km/h), więc oczywiście trzeba było spróbować. 
Drogo (jak wszystko w Norwegii), ale warto (jak nie wszystko w Norwegii).



Oczywiście są osobne przedziały dla matek z wózkami, ale jak je zobaczyłam to trochę mną zatrzęsło. Taki normalny pusty korytarz z krzesełkami jak w polskich pociągach na korytarzu (wiecie, takimi otwieranymi w ścianie). Czyli, płaci sie tyle samo, ale jedzie się w baraku.  Na szczęście mieliśmy wózek składany, więc go złożyliśmy i usiedliśmy sobie w normalnych siedzeniach. Nie będą nam (matkom z dziećmi) pluli w twarz . 
W Oslo widać już auta na prąd. Widać je naprawdę często i gęsto.







Ale najbardziej podobało mi się Oslo Citybike czyli sieć rowerów, które można wypożyczać z jednego miejsca i odstawiać w drugim. Wystarczy wykupić tylko kartę sieciową i już można odpiąć rowerek i pojechać do biblioteki, albo do kina. Odstawiamy rowerek, oglądamy film i wracamy. Jedyny minus jest taki, że czasem stojak może być zapełniony i trzeba rower odstawić w innym miejscu.
Rowery są zadbane i gustowne. Jeżdżą na nich i panowie w gajerkach i panie w kaloszach. Sama bym się chętnie przejechała, ale niestety nie było mi dane.




Metro i tramwaje wydawały się działać sprawnie. Na stacji metra słychać znajome głosy rodaków. Co jedzie? Piątka? No dobra, to wsiadamy ...
wtorek, 30 czerwca 2009
Radarek chciał żebym napisała o tej Norwegii coś miłego. Podobało mi się w jaki sposób norweskie firmy dbają o swoich pracowników.
Otóż podobno większość dużych firm oferuje swoim pracownikom domki wypoczynkowe. Ale nie są to takie domki kempingowe jakie mieliśmy w dzieciństwie na wczasach w Dąbkach. Domki są konkretne. Z ogrzewaną podłogą, kilkoma pokojami, play station na pięterku, porąbanym drewienkiem, zmywarką, zabawkami dla dzieci, łódką, sauną i nawet z prosze ja was gofrownicą. Wszystko jest. Trzeba tylko zabrać pościel i jedzenie. 
Zasady wynajmu domków (które są położone w różnych częściach Norwegii) są proste. Kto pierwszy ten lepszy, przy czym kolega twierdzi, że zawsze jest pierwszy. I lepszy przy okazji też. Domki te firmy często wynajmują od ludu. Wspomagają tym samym pana i panią, społeczeństwo znaczy się. Właściciel takiej chałupy musi spełnić jakieś tam warunki (zapewnić drzewo na grilla itd.), a pracownik płaci symboliczne 20$ za dzień. 
Domek wyglądał tak:



Widok z domku



pokój na pięterku



część łazienki i sauna



living room (kurde, po ataku u Anety aż boję się, że zaraz jakiś wieśniak mi napisze, że po polsku to nie pisze się living room, a duży pokój)



kuchnia




Były jeszcze 3 sypialnie, ale nie będę was już zanudzać zdjęciami. Wszystko już niedługo będzie do obejrzenia na flickrze.


My pojechaliśmy na 4 dni. Dawno już nie delektowałam się takim nic nie robieniem.  Do południa zwiedzaliśmy Lofoty i robiliśmy pikniki w plenerze



(Nora- jeśli czytasz- to na zdjęciu jest ten ser, który tak bardzo mi smakowa ł)


a wieczorem robiliśmy grilla i piliśmy alkohol (wino) z bezcłowego. 
Chłopaki byli na rybach i udało im się złowić z 15 kg dorsza w 30 minut.







Zrobiliśmy także lokalny przysmak- łosia w sosie jagodowym (sos wg mojego przepisu). Smakowało tak jak wyglądało, czyli nie za bardzo (to znaczy sos był dobry hehe, ale mięso jakieś takie nie za bardzo). Myślę, że był to pierwszy i ostatni raz kiedy jadłam łosia.




Ania pytała kiedyś o zdjęcie zrobione nocą. Proszę bardzo. Na zakończenie. Zaznaczam jednak, że bywały noce, kiedy było o wiele jaśniej i jak się szło zrobić Frankowi coś do picia o 2ej w nocy to warto było mieć na nosie okulary przeciwsłoneczne.
To zdjęcie męża z rybami też było zrobione o 1ej w nocy.


poniedziałek, 29 czerwca 2009
Podobno leginsy są teraz modne wszędzie. Nawet te takie świecące, które nosiłyśmy w podstawówce w latach 80-tych. Szwagierka, która zawsze wie co jest modne, a co nie twierdzi, że w Anglii też panują leginsy. U was też?
No i w Oslo też prawie każda panna i pani miała na sobie leginsy. 
O tym, że leginsy są rzeczywiście modne, przekonałam się po powrocie. Okazuje się, że i w Houston, pomimo 40C panie też naszą leginsy.
Ja nie mam. To znaczy mam, ale nie odważyłabym się ich na ten upał założyć.

-------
Wracając jeszcze do Norwegii i mody. Zauważyłam, że w Norwegii króluje solarium. Masa dziewczyn jest żółta. Pomimo tego, że większość to blondynki, spora część płci żeńskiej utelnia się na kolor mleczny. 
Jeśli chodzi o linie lotnicze i podróż dzieckiem to wypróbowaliśmy już trzy: Continental, Lufthansa i SAS. Najgorzej wypada Continental, bo jak już kiedyś opisywałam łóżeczko było brudne i panie stewardessy robiły problemy z podgrzewaniem wody (bo wiadomo, że w Stanach o wszystko można się sądzić, a o poparzenie łatwo). 
SAS był taki sobie. Ale głównie z powodu pasażerów. Irytowało mnie, że brakowało tam jakiejś organizacji ruchu i wszyscy się pchali w każdą stronę. Normalnie jak w Egipcie na rynku. No ale jak już opisałam pod poprzednim wpisie- pan kapitan osobiście poszedł na poszukiwanie wózka i 2 razy udało nam się wziąć wózek na pokład, więc nie narzekam.
Na lotniskach w Norwegii są też wysokie krzesełka dla dzieci, czego nie widziałam na żadnym innym lotnisku. O dzieciach w Norwegii będzie kolejny wpis.
Lufthansa natomiast jest po prostu fantastyczna. Łóżeczko czyste, z prześcieradłem i innymi poduszkami. Dzieci dostają jakieś tam maskotki i jedzenie w słoiczkach (do wyboru dwa smaki) i przede wszystkim nikt nie robi problemu z wodą do mleka. Wodę albo ci pani podgrzeje, albo pokaże gdzie jest gorąca i zimna i można sobie samemu wymieszać. Poza tym są miłe dla dziecka i nie udają, że go nie widzą (co miało miejsce w Continental).
W ogóle po tej podróży to muszę przyznać, że Niemcy są bardzo zorganizowani i mają głowę na karku. Mąż podróżował z nieważną zieloną kartą. To znaczy karta była nieważna, ale miał do niej list z immigration, w którym było napisane, że karta jest przez rok ważna. Taki list oczywiście można łatwo podrobić, zrobić jakąś pieczątkę z ziemniaka itepe. Spodziewaliśmy się więc problemów. W Oslo pan prawie, że dostał gorączki jak zobaczył ten list. Natomiast w Niemczech nie było problemu, pani szybko dodała sobie rok do daty ważności i nie robiła problemów. Lubię ten niemiecki porządek. Lotnisko we Franfurcie też zawsze lubiłam i lubię nadal.
Nie wiem jak jest w innych liniach lotniczych. Podejrzewam, że BA też jest OK (chociaż może już nie, bo może za darmo to nikt się nie uśmiecha), i KLM pewnie też. Polecam jednakże Lufthansę.
piątek, 26 czerwca 2009
Wstęp- Generalnie poniższe historie by mnie nie ruszały gdyby nie to, że za usługi hotelowe i restauracyjne płaci się w Norwegii dość sporo. Być może jestem już bardzo zamerykanizowana (to znaczy nie być może, bo pewnie jestem), ale jeśli już za coś płacę to lubię wiedzieć dokładnie za co i płacić dokładnie za to, co zamawiałam.

Historia pierwsza:
Teściowa (65 lat) przyjeżdża do hotelu z 2 cieżkimi walizami. Dostaje pokój na 3 piętrze. Nie ma windy. Pyta się czy ktoś może jej pomóc wnieść bagaże. Panienka patrzy jej w oczy i mówi po prostu - nie. Prawdę mówiąc zatkałoby mnie jakbym była na jej miejscu. Co można odpowiedzieć na takie 'nie'?
Norwegia nie jest dla cieniasów. Tu wszystkie dziadki i babcie sami noszą sobie walizy. Tu nawet ludzik na światłach dla pieszych wygląda na takiego bardziej fit. 



Historia druga:
Wypożyczyliśmy samochód. Było nas 4 plus Franek plus masa walizek. Zdecydowaliśmy się na duże auto klasy '7 osób plus 5 walizek'. Dostaliśmy jakieś Renault Megane Scenic na 5 osób plus 2 rozkładane siedzenia w bagażniku (klasa '7 osób plus zero walizek'). A gdzie walizki ja się pytam? Facet długo nam tłumaczył, że i ten i ten jest na 7 osób i nie ma się co targować. A nam potrzebna była kobyła na 4 plus fotelik dla Franka, jeden rząd na toboły i pusty bagażnik. Facet mówi: 'jest tylko taki. Bierzecie albo nie, ale uprzedzę że innych samochodów nie ma'. No to kurde wzięliśmy, bo avis i hertz też już nic nie miał. Skasowali nas za droższe auto, bo w Norwegii za wszystko się płaci up front, a pan/pani zza lady nie wie jak zwrócić różnicę. Wszędzie mają cytuję 'nowy system' i nie umieją go jeszcze obsługiwać. A takie ponoć dobre szkoły mają w tej Norwegii...

Samochód był jako taki. Było oczywiście cholernie ciasno i ci co siedzieli z tyłu mieli też jakieś tam bagaże na kolanach przez kilka godzin.  Na szczęście Franek miał wygodny fotelik i nie marudził więc jakoś przeżyliśmy. 
Pod koniec podróży wysiadł nam ABS. GPS miał nie miał aktualnych map, a za wszystko się przecież płaci. I to do tego up front.

Historia trzecia:
W jednym hotelu zapłaciliśmy (oczywiście up front) za family room- żebyśmy mieli jeden większy pokój, w którym można przepakowywać te walizy żeby się wszystko ładnie upchnęło do samochodu hehehe. Pokój wydawał się nam mały, więc mąż poszedł się dowiedzieć. Pani mówi, że rzeczywiście dostaliśmy mniejszy chociaż chcieliśmy większy, ale większych już nie ma więc albo bierzemy albo nie i że jutro możemy wymienić i że się z nami skontaktują jeśli będzie coś wolnego. Do godziny 18 dnia następnego nikt się z nami nie skontakotwał, więc wieczorem poszliśmy po zwrot kasy. Kobieta nam mówi, że pokój jest- dla palących, ale jest. My na to, że teraz to sobie może go wsadzić, bo następnego dnia rano wyjeżdżamy i nie opłaca się nam przenosić. Ona na to, że nie może zwrócić kasy, bo musi czekać na kierownika tej szatni. Kierownik starał się nam wmówić, że może nam zwrócić tylko za jedną noc, bo w przypadku drugiej to była nasza wina, bo nie chcieliśmy tego pokoju dla palących. Mąż się wkarwił i walnął mu jakąś wiązankę. Okazało się, że kierownik tej szatni też nie mógł nam zwroćić tej różnicy, bo musiał zapytać się kogoś w Oslo. Zwrócili nam następnego dnia.

Historia czwarta:
W pewnym znanym hotelu na lotnisku w Oslo dostaliśmy w końcu duży pokój z czajnikiem. Niestety czajnik walił jakimś kalafiorem- podejrzewam, że ktoś zrobił w nim sobie kupę.  To znaczy zupę. Poszłam go wymienić. Panienka mi mówi: sprawdzę czy mamy zapasowe. Sprawdzała przez 4 godziny i jak się można było domyśleć nic nie znalazła. Mówi mi - nie mamy- trudno. Albo bierzesz pokój z kalafiorem albo nie. Musiałam jej grzecznie zasugerować, że jeśli nie ma zapasowego to może przecież iść do jakiegoś innego pokoju i podmienić. Aaaaa...


Generalnie codziennie mieliśmy jakieś takie historie, a ja nie lubię gdy muszę ludziom non stop patrzeć na ręce, bo jeśli nie patrzę to mnie naciągną.  

Norwegowie chyba nie lubią turystów, bo są upierdliwi i trzeba się przy nich napracować. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Lubią natomiast ich pieniądze. Myślę, że najlepiej by było gdybyśmy (my, turyści) przestali tam przyjeżdżać i zaczęli im wysyłać pieniądze pocztą.

Zakończenie- a jakie to wszystko ma znaczenie w obliczu śmierci? I to do tego śmierci Króla ... 
Świat bez Majkela Dżeksona jest światem, którego nie znam.
środa, 24 czerwca 2009
Jeszcze nigdy Houston nie wydawało mi się tak paskudnie brzydkie. Rzeczywiście jest susza. w całym Houston trawa i drzewa mają kolor lekko brązowy.

This Afternoon: Sunny and hot, with a high near 101. Heat index values as high as 106. East wind between 5 and 10 mph.

A w Oslo przedwczoraj było 20C i tak sobie myślałam, że 20C to idealna temperatura dla ducha i ciała.

ps- o Norwegii jeszcze będzie. Muszę się tylko ogarnąć i wyleczyć z tej 'świńskiej grypy', która mam już od 2 tygodni.
niedziela, 21 czerwca 2009
Dzień polarny jest bardzo męczący. Cieszę się, że już niedługo znowu będę widziała ciemność...
Pozdrowienia z Lofotów, więcej już niedługo.






środa, 17 czerwca 2009
Jeśli chodzi ośniadania i o norweskie bufety to jest różnie. W jednych hotelach jest wszystko ładnie pięknie, a w innych podają bufetowe resztki z wczorajszego obiadu, albo jajka OE, które wyglądają jakby kucharz je smażył pod pachą. Generalnie w bufecie można zjeść: jogurt z płatkami, owocami czy jak kto tam lubi, jajecznicę nie za bardzo, jajka OE nie za bardzo, bekon bardzo tłusty, ogórki, pomidory, papryka, śledzie w pomidorach lub w cebuli, w jednym nawet jakieś sardynki czy coś w tym stylu, łosoś jest rzadko i tylko w jednym miejscu był rewelacyjny (w ogóle o łososiu norweskim to dużo można gadać), 3 rodzaje szynek, jakieś salami i bardzo dobre żółte sery. No i chleb jest też rewelacyjny.
Jeśli chodzi o te żółte sery to niektórzy być może pamiętają, że miałam teorie iż jedzenie nabiału źle wpływa na moją cerę i mam jakieś tam wypryski. Dlatego też w Houston ograniczyłam jedzenie nabiału. I rzeczywiście pomogło. Tu jem te sery ile wlezie, jogurty itepe też i nic. Nie mam żadnych trądzikopodobnych problemów. Co przynosi następujące pytanie- czy w amerykańskich serach jest coś czego nie ma w tutejszych? Pewnie tak.
Na obiady podobno w Norwegii jada się najczęściej mrożoną pizzę. Podobno takie są statystyki. Nie łosoś, nie dorsz a pizza. WTF? W ogóle to łosoś jest bardzo drogi, a nie wszędzie można sobie pójść i złowić. 
Generalnie nie jedliśmy tutaj nic co by nas powaliło na kolana. Lubię ryby i generalnie sea food i spodziewałam się zjeść jakąś lokalną perełkę. Niestety nic takiego nie znaleźliśmy. Najlepszym daniem była zupa rybna w Oslo i kanapki z wędzonym łososiem na fish market w Bergen. Ale to przecież nic takiego, nie wspominając już że za cenę jednej kanapki w Stanach można sobie zjeść podobnych trzy.
Na takiej Alasce dla porównania, halibuta i łososia można zjeść właściwie wszędzie i w przystępnej cenie. Dlatego dziwię się, że tego łososia norweskiego tak naprawdę tu nie widać. Czyżby wszystko szło na eksport?
Pozostaje więc postawić sobie pytanie, czy lepiej jest wpierniczać hot dogi przez 50 lat, ale nie martwić się o emeryturę? Czy może jednak cieszyć się lepszym jedzeniem i pić dobre wino, ale martwić się o 401k i takie tam? No więc ja chyba wolę tą drugą opcję. I dzisiaj wiem, że jedzenie i brak jego różnorodności byłoby jednym z poważniejszych powodów aby w Norwegii nie mieszkać.


Poniżej - zdjęcia z fish market w Bergen.












poniedziałek, 15 czerwca 2009
Tunele w Norwegii to świetna sprawa, przez góry, 130m p.p.m, albo tak po prostu przez jakąś ścianę. Wjeżdżasz, włączasz klimę na obieg powietrza i jedziesz przez 500 m, albo 10 km. Albo przez 24 km ... Bożeeee jaka nuda.
Żeby nie było zbyt nudno, w tym najdłuższym tunelu drogowym na świecie, co 6 km jedzie się przez kawałek z niebieskim światłem. Niezły kosmos.










A tutaj filmik z tunelu. Jak słychać Franek tunelów nie lubi.
Nie zdarzyło mi się wiele razy spać w pokoju hotelowym ze wspaniałym widokiem. Raz kiedyś w Aleksandrii spałam w pokoju z widokiem na morze. Widok był mówiąc krótko zajebisty, ale w pokoju śmierdziało trochę szczyną. Kiedyś spałam też w hotelu z widokiem na Bryant Park, no ale to w sumie nie to samo co morze czy góry.
W związku z tym, że zaopatrzyliśmy się w FjordPass (yes, I love discounts) postanowiliśmy, że zaszalejemy i spędzimy 2 nocki w Stalheim Hotel. Hotel znany jest przede wszystkim z tak zwanego killer view i nawet zwycieżył kiedyś w jakimś tak konkursie na pokój z widokiem. Niestety za pokoje bez widoku płaci się tyle samo. 
Nam udało się ubiec autobusy z niemieckimi turystami i dostaliśmy 2 pokoje z widokiem. 





No cóż, pomimo tego że widok jest taki, że rzeczywiście trudno jest oderwać się od okna, hotel jest raczej słaby. Oprócz tego, że jak zwykle nie było czajniczka z gorącą wodą żeby Franiowi zrobić mleko, to żarcie było dość kiepskie (a do innych jadłodajni daleko, nie mówiąc już o jechaniu tam wieczorem ze śpiącym dzieckiem). Codziennie jadło się resztki z dnia poprzedniego (bufetowe) i nikt nie odkurzał podłogi (wiem, bo Franek nakruszył zielonym groszkiem i następnego dnia widać było te okruchy przy naszym poprzednim stole). W ogóle te resztki to je się wszędzie. W tym hotelu, w którym byliśmy na ślubie też przez 3 dni jedliśmy to samo. Krzesełek dla dzieci też nikt nie wycierał. Taka trochę syfnia. No ale ten widok ... Na ten widok skusili się też niemieccy turyści. Jedni przyjeżdzali autokarami i zostawali na noc (ci strasznie się pchali przy bufecie), a drudzy przyjeżdzali do hotelu na ciastko i herbatę. I na zdjęcie. Autokarem oczywiście. Nawet kurtek nie zdjemowali. Jedli te ciastka w kurtkach, cyknęli po zdjęciu i spadali.
Generalnie autokarów pełnych niemieckich emerytów pod tym hotelem było codziennie chyba z 15. Totalna załamka. No ale właściciel pewnie robi na nich niezła kasę, bo głupia herbata kosztuje tam 30 koron (wszędzie indziej 25 czyli też drogo). 
W okolicach hotelu jest masa różnego rodzaju szlaków turystycznych (wodospady itepe), więc jest co robić.  
Teraz, po szkodzie, zrobilibyśmy inaczej. Zamiast w tym hotelu, spalibyśmy dłużej na kwaterze we Flam (jakby kto był zainteresowany mogę podać namiary, bo niedrogo - w porównaniu z innymi cenami w Norwegii - i bardzo fajnie), a do Stalheim wybralibyśmy się na ... herbatę i ciastko. I na zdjęcie oczywiście. Być może nawet kurtek byśmy nie zdjęli. No, ale wtedy nie mogłabym powiedzieć, że spałam w pokoju z killer view. 
sobota, 13 czerwca 2009
Po kilku dniach spędzonych w okolicach Flam i Nærøyfjord powróciliśmy do Bergen, aby odprawić szwagierkę. Ona wraca do Anglii, a my jedziemy (samochodem niewypałem z Sixt'a) do Stavanger.
O Bergen coś tam jeszcze napiszę. Dzisiaj chciałam tylko umieścić kilka zdjęć z dzielnicy Bryggen, która to znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO.
Domki są rzeczywiście malownicze. Przetrwały wiele pożarów i wybuch statku, którego siła je trochę 'przekrzywiła'. Spacerując bo Bryggen jest co podziwiać i jak ktoś lubi kupować tandetę, jest co kupować. Osobiście kupiłam tylko magnesik z trolem dla mamy (bo jak wiecie mama kolekcjonuje magnesy). Generalnie drożyzna, ale przyznam że nie ma aż tak wielu pamiątek które są Made in China.













No ale nie o tym miało być. Miało być o 'naszych'. Kurde jaki wstyd. Światowe dziedzictwo UNESCO, a z tyłu napis po polsku RYCHU GRYFINO. Na szczęście nie każdy umie czytać po polsku i może są tacy, którzy myślą, że wandalami byli na przykład Chińczycy.

I jeszcze kilka zimowych zdjęć. Więcej już chyba nie będzie, no chyba że na kole podbiegunowym jeszcze jest śnieg to może będą.





Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston