różne takie

czwartek, 08 lipca 2010
Jeszcze tylko 17 dni... Dla tych, którzy nie oglądali wcześniejszych sezonów- streszczenie (ze mną w roli Joan).


Personalize funny videos and birthday eCards at JibJab!
piątek, 28 maja 2010
Lonegunman napisał kiedyś na swoim blogu, że z wiekiem poczucie obciachu się zmniejsza. Uważam, że mądrość ta zasługuje na jakiegoś Nobla, bo i u siebie zaobserwowałam podobną przypadłość.
Taki na przykład pociąg w Hermann Parku - kiedyś uważałam, że to totalny obciach, a teraz chętnie zabieram Franka na przejażdżkę (zdjęcia pokazujące Hermann Park do obejrzenia TU).



Albo na przykład zakładanie obciachowego kapelusza. Kiedyś wolałabym się smażyć w słońcu, ale nic obciachowego nie założyłabym na głowę. A wczoraj na przykład założyłam bardzo obciachowy (dla kobiety) kapelusz mojego męża, który zupełnie nie pasuje do moich okularów w stylu inżyniera Mamonia.
Albo jeszcze taki Park Jurajski, który to dzisiaj można zobaczyć w hjustońskim ZOO. Normalnie wydawałoby się, że porażka. Jakieś bzdetne dinozaury w centrum miasta? No ale jak tylko się tam wejdzie i zobaczy jak dzieciom śmieją się buzie jak tylko dinozaur zrobi łuuuuuu to już człowiekowi zaczyna się podobać.
Tak, z wiekiem (i przy dzieciach) poczucie obciachu zdecydowanie się zmniejsza...

Poniżej zdjęcia- przygotowanie do wyjścia na spacer  w upale (temperatura o 9.15 rano wynosiła już 30C); ruszające się i plujące wodą dinozaury w dżungli;  no, a po wycieczce oczywiście lody.













Specjalne podziękowania dla Matyldy, która poraz kolejny zaprosiła nas na darmową wycieczkę do zoo.
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Zaczęła się pora deszczowa i jak się można spodziewać - pada. Na deszczową pogodę najlepsze są lancze z koleżankami i chili na obiad. Tak więc robię chili według przepisu Jamie'go.
Uwielbiam to chili i nieskromnie przyznam, że jestem mistrzuniem. Lubi je także Franek, który to od małego przyzwyczajany jest do pikantnego. Smak chili poznał zapewne wraz ze smakiem mleka matki.
Składniki poniżej. Gdyby była piękna pogoda, to napisałabym w skrócie, że wszystko trzeba wymieszać i zagotować. No ale przecież jest deszczowo i mam czas.
Najpierw podsmażamy przyprawy i cebulę. Smażymy, aż cebula będzie miękka. Zaparzamy kawę i wrzucamy do niej papryczki ancho. Niech się parzą przez 10 minut.
Następnie do smażonej mikstury dodajemy czosnek, liście laurowe  i cynamon (wiem, to też przyprawy), posiekane i wypestkowane papryczki chili i posiekane papryczki ancho, które wyjęliśmy z kawy.
Dolewamy 1/4 kubka zaparzonej kawy o smaku papryczek ancho i mieszamy. Wrzucamy pomidory i dolewamy resztę kawy. Jeśli komuś zostanie trochę kawy to można ją wypić (albo wylać hehe). Kawa z cukrem i z mlekiem o smaku ancho jest taka sobie. Ma niezłego kopa, ale myślę że w Starbuksie kiepsko by się sprzedawała.
Do  mikstury dodajemy cukier i pokrojone mięso i zaczynamy gotować na malutkim ogniu.





Chili gotuje się przez jakieś 3 godziny. Teoretycznie jak pada to można sobie siedzieć w domu i mieszać co jakiś czas. No ale jeśli się trochę przejaśni to już to chili jest trochę nie na rękę. Wtedy z pomocą przychodzi slowcooker. Przerzucamy, nastawiamy i spadamy do parku.
Po 3 godzinach (ja zazwyczaj robię to po 2, ale przepis mówi że po 3) wyciągamy mięso i ugniatamy je tłuczkiem do ziemniaków. Rozerwane na strzępy mięso wrzucamy spowrotem do chili i dodajemy paprykę i fasolę. Gotujemy przez 30 minut. W międzyczasie można trochę posolić tu i tam. Ja w ogóle używam bardzo mało soli więc się tą solą tak nie podniecam.
Jeśli dla kogoś takie chili jest za pikantne czy jako to moja mama mówi 'very spejsi' - dodajemy łyżkę śmietany.
Serwuję z pieczonymi ziemniakami.
poniedziałek, 29 marca 2010
Księżyc widziany z naszego ogródka (pierwsze zdjęcie zrobione przez męża, a drugie przeze mnie). 




sobota, 27 marca 2010
Jeśli ktoś z czytających dostał dzisiaj dywidendę z REI to może otworzyć sobie katalog na przedostatniej stronie i zobaczyć moje zdjęcie. Dla ułatwienia znalezienia dodam, że mam pomarańczowego polara i czapkę, ale nie jestem czarnym facetem. A dla jeszcze większego ułatwienia dodam, że chodzi o TO zdjęcie, z tej wyprawy.

środa, 17 lutego 2010
Po 7 latach mieszkania bez kablówki kupiliśmy ją sobie. Mamy ją dopiero jeden dzień ale już zaczynamy żałować. Chociaż może nie żałować a obawiać się jak teraz zmieni się nasze życie.
Oficjalnie, kupiliśmy ją niby dlatego, że teraz rugby leci podobno na BBC America i mąż będzie mógł oglądać 'za darmo', a nie za $15 za mecz. A nieoficjalnie to chcieliśmy obniżyć zyski Apple poprzez niekupowanie The Office, Parks and Recreation, Lost i Top Gear na  iTunes i oglądaniu ich na Apple TV.
Od czasu kiedy ostatni raz miałam kablówkę wiele się zmieniło. Przede wszystkim wszyscy mają teraz DVR i nikt nie ogląda reklam, które są doslownie co 2 minuty. Normalnie załamałam się gdy wczoraj oglądaliśmy LOST. Te reklamy strasznie muszą niektórym pożerać czas.
Nie mamy podpisanej umowy więc teoretycznie za pół roku (gdy skończy się nam promocja) będziemy się mogli wypisać. Myślę, że do tego czasu będziemy już jednak uzależnieni od 1000 programów i od szybszego interku, który dostaliśmy w zestawie.
Poza tym nic ciekawego. Przyleciała teściowa i robię teraz za tłumacza, bo moja mama nie mówi po angielsku, a teściowa po polsku. No ale jest niby lżej, bo babcie chodzą razem na spacery i mogę sobie poleżeć na kanapie.
Niedługo lecimy także na 3 dniową wyprawę do NO i poraz pierwszy od 19 miesięcy spędzę noc i dzień bez Franka. Oczywiście trochę się obawiam, no ale prędzej czy później taki dzień musiał nastąpić. Lecimy na ślub Elvisa. Elvis, jak już kiedyś wspomniałam pochodzi z NO, więc ślub będzie w takowych klimatach*. Cała impreza będzie trwała trzy dni: rehearsal dinner w piątek, ślub w sobotę, crawfish boil w niedzielę. Myślę, że jeśli wytrzymam nerwowo rozłąkę z Frankiem to będzie bardzo ciekawie.
A poza tym był tłusty czwartek i Mardi Gras. Podobno w Port Bolivar była niezła impreza i jeździły tam takie oto pojazdy.



Jeśli chodzi o pączki, to owszem zjadłam kilka. Wybrałam się do polskiego sklepu w celu zakupienia 36 sztuk! Pani Krysia/Ala nie wiedziała czy może mi sprzedać aż tyle, no ale przecież nie kupowałam ich tyle dla siebie.
Poza tym jestem chora. Zaraziło mnie moje dziecko, które z kolei zaraziło się od innego. Wszyscy już zdrowi tylko ja jeszcze kaszlę jak stary dziad.




*The second line parade is a jazz band tradition in new orleans during mardi gras but has been adopted by locals to celebrate life, including weddings.  guests follow the bride and groom, who are generally carrying parasols, swinging to the jazz band waving handkerchiefs in the air.  the parade will be around the quarter from the cathedral and end at muriels.

sobota, 16 stycznia 2010
Ktoś wymienił mój blog w artykułach portalu Blog Roku w kategorii blogi emigracyjne, więc pomyślałam sobie że wezmę udział w tym konkursie.
Jeśli podoba wam się mój blog i chcielibyście na niego zagłosować to wyślijcie SMSa o treści D00146 na numer 7144. Koszt SMSa to 1,22 zł.  Dochód z SMSów zostanie przekazany na turnusy rehabilitacyjne dla osób niepełnosprawnych, a wygrany laptop zostałby  przeze mnie wysłany do Domu Dziecka w Małkowicach.
W kategorii tej jest wiele fajnych i ciekawych blogów (jak na przykład Hop around the Globe, który świetnie się czyta na iPhonie) no ale oczywiście nie wszystkim musie się podobać to samo, dlatego zapraszam was do głosowania na mój, który na pewno czytacie częściej niż inne.
Dziękuję ..
czwartek, 31 grudnia 2009
Święta, święta i po świętach. Minęły na spokojnie. Przyleciała moja mama (nie obyło się bez przygód w podróży) i nadrabiam zaległości w życiu.
Dziś na przykład poraz pierwszy udałam się do the Woodlands. Mieszkam tu już ponad 6 lat, a jakoś nigdy nie było okazji (czytaj: nie chciało mi się tak daleko jechać). Blogowa koleżanka Kasiah24 zaprosiła nas na ciasto i herbatkę, a później obwiozła po okolicy miejskim tramwajem na kółkach. Dla niewtajemniczonych dodam, że the Woodlands to sypialnia Houston. Mieszkają w niej rodziny, które pracują głównie w Houston, a które nie chcą mieszkać w mieście z powodów finansowych, albo ze względu na to, że w The Woodlands podobno są lepsze szkoły. The Woodlands, było dla mnie od zawsze idealnym miejscem, w którym możnaby nakręcić Revolutionary Road, albo the End of Suburbia. W The Woodlands ludzie jak to się mówi żyją sobie jak te pany. Za na przykład $375 tysięcy można kupić sobie TAKI dom. Za te pieniądze czegoś takiego nie kupi się w Inside the Loop (czyli w centrum Houston).
Mój poprzedni szef wyjeżdżał sobie czasem do the Woodlands na weekend. Nigdy nie mogłam zrozumieć dlaczego? Teraz już wiem. To miasto, to takie San Antonio bez Alamo tyle że położone 3 godziny bliżej od Houston. Mojej mamie podobało się bardzo (cytuję- dziecko, czemu wy się tutaj nie przeprowadziliście?), mi natomiast podobało się bardziej niż myślałam, że będzie mi się podobało - ale nadal nie przeprowadziłabym się tam. Ale myślę, że w jakiś weekend napewno się tam kiedyś wybiorę ponownie.
Nadrabiamy też zaległości w chodzeniu po znajomych. W Nowy Rok poraz pierwszy zobaczę na oczy naszą blogową koleżankę z Portland- Suvkę. Ci co czytają (czytali) to wiedzą o kogo chodzi.
Korzystają z okazji, że Babcia pilnuje Franka, wyciągnęłam też z garażu swoją Julcię. Po prawie dwóch latach nie wsiadania na rower górski spodziewałam się wypadków jakie zdarzały mi się w przeszłości.



Na szczęście jedynym wypadkiem, który mi się przydarzył był wjazd w psie gówno.
Byliśmy już kilka razy i mam nadzieję, że będziemy jeździć jak najczęściej- aż do końca lutego, kiedy to odlatuje Babcia.




No i chodzimy na randki. Dzisiaj na ten przykład byliśmy na Avator. Lonegunman twierdził, że jest to bezscenariuszowy zabójca dla pęcherza. Mnie się podobał, a w szczególności te latające meduzy. Oczywiście mało co się nie popłakałam.
Na randkach staram się wyglądać trendy. Pozwólcie państwo, że się przedstawię - Mamoniowa.



Planów na rok 2010 nie mam. Bardzo spodobało mi się określenie, które przeczytałam u Ewy777- planować, to rozśmieszać Pana Boga...
Wszystkim czytelnikom tego bloga życzę Szczęśliwego Nowego Roku. Oby był lepszy niż te poprzednie.
wtorek, 22 grudnia 2009
Dzisiaj w Houston było 19C, a ja kończę właśnie wypisywanie kartek na święta. Niezły mam refleks c'nie?
W tym roku dostaliśmy masę kartek zdjęciowych. Takich wiecie, zdjęcie szczęśliwej rodziny albo dziecka  (jak ktoś ma) i napis Wesołych Świąt. Wygląda na to, że są w modzie  te kartki i pewnie wysyłają je wszyscy ci, którzy wklejają zdjęcia swoich dzieci na naszej klasie. (Zaznaczę tu, że ja też wklejam, ale  już znacznie mniej, a stare zdjęcia kasuję).
Wracając do tych kartek to chyba dostałam tylko dwie kartki niedzieciowe, za które BTW jestem bardzo wdzięczna.
Z jednej strony nie ma się co dziwić, rodzice bardzo przeżywają, że urodziło im się dziecko więc produkują wszystko co możliwe z dziećmi. Wiem, bo sama też tak w tamtym roku robiłam. Ale z drugiej strony- ile można?
W związku z tym, że dostajemy też kartki od jakichś tam szefów z pracy starego, w sumie nie zdziwiła mnie kartka zdjęcie od nieznanej mi rodziny. Na kartce wydrukowane były życzenia dla naszej rodziny od tamtych ze zdjęcia. A na zdjęciu szczęśliwa rodzina w gaju oliwnym czy w innym raju. Zadzwonilłm więc do męża i mówię, że dostaliśmy kartkę od jakiśch jego znajomych z pracy, ale mąż stwierdził, że ich nie zna. Długo zastanawialiśmy się kim jest ta tajemnicza rodzina z kartki świątecznej. Dopiero po paru dniach olśniło mnie. Była to rodzina pani od rytmiki, tyle że na tym zdjęciu pani podobna była zupełnie do nikogo i miała inne nazwisko. Że też jej się tak chciało? Mnie tak bardzo z trudem przychodzi to wypisywanie kartek świątecznych...
Czy w Polsce kartki dzieciowe też są tak bardzo popularne?
W tym roku wysyłam zwykłe kartki i już. Do tego wysyłam je na 2 dni przed świętami. Na pewno nie dojdą.
piątek, 30 października 2009
Temat Halloween poruszałam ostatnio na moim drugim blogu, więc dzisiaj będzie krótko i tylko po trochu związane z Halloween. Czy słyszeliście o tym, że Walmart zaczął sprzedawać trumny?
No ale wracając do Halloween. Jednak nie przebiorę Franka za chrupka kukurydzianego, anie z świnie, bo zdecydowaliśmy że trochę bez sensu iść na te żebry cukierkowe z dzieckiem, które i tak tych cukierków nie zje.
środa, 16 września 2009
Dzisiaj musiałam podpisać takie cuś:

For good and valuable consideration, the receipt and sufficiency of which are hereby acknowledged, I hereby:


(1) grant Recreational Equipment, Inc., its affiliates, agents, representatives, licensees and assigns (“REI”), the absolute and irrevocable right and permission to copyright and use, re-use, publish, and republish at any time any images, photographic portraits or pictures of me or in which I may be included, in whole or in part, or composite or distorted in character or form in all media now known or hereafter devised (“Photographs”) throughout the universe an unlimited number of times in perpetuity for all purposes REI deems appropriate including, without limitation, for promotional and publicity purposes. 


Najbardziej rozwalło mnie to throughout the universe, ale to chyba standardowy tekst. 
No więc ten tego to jeszcze nic pewnego, ale być może już za jakieś 9 miesięcy (nie, nie jestem w ciąży) moja pyzata, czerwona i wymęczona buźka zawita do waszych domków. To znaczy nie do wszystkich, a tylko do tych którzy są członkami REI
Ale łocochodzi? No więc parę miesięcy temu zgłosiłam jedno takie zdjęcie (zrobione przez mojego męża) z tej wycieczki do konkursu organizowanego przez REI ). Zdjęcie dostało się do finału i ma być niby umieszczone w katalogu wiosna / lato 2010, albo w materiałach które przychodzą w marcu do członków wraz z ich dywidendą. 
Oczywiście uwierzę jak zobaczę, ale skoro musiałam dzisiaj podpisać ten papierek to chyba jesteśmy bliżej niż dalej. 
W sumie nie ma się niby czym podniecać, ale skoro niektórzy wklejają filmiki ze sobą w TV, to pomyślałam sobie, że czemu nie? Tym bardziej, że REI to mój ulubiony sklep ever.
czwartek, 14 maja 2009
Taka tam rada dnia ...
Ile razy zdarzyło się wam czekać Bóg wie ile aż łaskawy Customer Service raczy odebrać telefon? Ile razy słyszeliście, że 'all our representatives are currently busy, please remain on the line for the next available representative. Estimated waiting time is 30 minutes?'. 
Ja już nie słucham. Press 1 to read this post. Para Espanol, oprima dos. Jeśli zadzwonię gdzieś i muszę czekać dłużej niż minutę rozłączam się, dzwonię ponownie, naciskam 2 for Spanish i pytam się czy pan/pani mówią po angielsku. Nie zdarzyło mi się jeszcze aby nie mówili. Żałuję tylko, że nie wpadłam na to wcześniej, bo ci którzy pracują w sekcji dwujęzycznej jakoś odbierają szybciej, żeby nie powiedzieć- natychmiastowo.
wtorek, 05 maja 2009
Zapraszam wszystkich do przeczytania, a właściwie obejrzenia ostatniego wpisu na moim blogu o Nowej Zelandii. Nie mam zbytnio ani czasu, ani ochoty, aby go jakoś z klasą zakończyć, więc postanowiłam zakończyć go dzisiaj, w dniu naszej rocznicy ślubu (cała ta wycieczka była w sumie podróżą poślubną). 
piątek, 17 kwietnia 2009
Muszę przyznać, że fejsbuk szokuje mnie coraz bardziej. Oczywiście każdy już chyba zna historię, jak i wiele innych bardzo podobnych. 
Na fejsbuku nie mam raczej przypadkowych znajomych. Raczej, bo mam na przykład wśród znajomych burmistrza mojego miasta. Ale chyba niedługo będę musiała zrobić faceslam bo powoli zaczynają mnie wkurzać informacje na temat tego co robi. 
Dzisiaj także dostałam zaproszenie do listy znajomych mojego okulisty, którego widziałam raz w życiu. Zdjęcie na głównym profilu przedstawia okulistę w otoczeniu cheerleaderek Dynamo Houston. No ludzieeeeee.... Zaproszenia nie przyjęłam, ale dowiedziałam się, że moi dawni sąsiedzi także kolegują się z tym samym panem. Teoria sześciu uścisków dłoni i Facebook to wspaniałe pole do eksperymentów. Na przykład okazuje się, że od autora książki 'Mężczyźni sa z Marsa, kobiety z Wenus' teoretycznie dzieli mnie tylko jeden uścisk dłoni. JG, jak dowiedziałam się z Facebooka, jest wujkiem mojej sąsiadki.
No i tu dochodzę do sedna. Mam wśród znajomych swoich sąsiadów. Zarówno starych, jak i nowych. Znamy się mało, ale wiemy o sobie dość sporo. 
Jeden z sąsiadów nie pracuje (z wyboru) i informuje wszystkich znajomych o tym, że na przykład obtarł mu się mały palec u nogi i że pies zjadł mu ciastko. Drugi pracuje (szacował jakieś ryzyko finansowe i chyba coś źle oszacował bo mamy teraz kryzys) i lubi jeździć rowerem (tak bardziej wyczynowo). Wiem też sporo o ich żonach/narzeczonych bo też są moimi znajomymi. Generalnie są to takie znajomości wiecie jakie, no po sąsiedzku. Po sąsiedzku czyli takie trochę grzecznościowe, trochę z ciekawości, a trochę z braku cukru w domu. 
Gdy mieszkałam w Polsce mieliśmy bardzo ciekawe relacje z sąsiadami. Moja mama często spotykała się z sąsiadką w celu pogrania w kanastę, oglądania Klanu i picia herbatki. Mieszkaliśmy w bloku, więc i system informacyjny był blokowy. Jak tylko sąsiadka nastawiła wodę na herbatę zaraz leciała do kaloryfera i stukała łyżką. Oczywiście było słychać w całym bloku. Był to znak dla mojej mamy, że ma schodzić na dół. W dzisiejszych czasach sąsiad napisałby w swoim statusie coś takiego: XX is waiting for XX to play cards. XX, który siedziałby na Facebooku wiedziałby że może już przyjść. Albo jeszcze lepiej- w ogóle by się nie spotykali, tylko graliby online.
O sąsiadach w Polsce wiedziało się sporo. Wiedziało się, kto się rozwodzi, kto jest w szpitalu i z jakiego powodu. W Ameryce o tym, że sąsiad jest w szpitalu dowiedziałam się z Facebooka (thanks god for iphone i blackberry). W Polsce poszłoby się do szpitala w odwiedziny. Albo przynajmniej złożyłoby się na jakieś kwiaty dla rodzącej sąsiadki.  W Stanach życzenia powrotu do zdrowia wysyła się przez Facebook. Wysyłamy nie tylko my, ale także inni sąsiedzi, którzy akurat są w Luizjanie i też siedzą na Facebooku.
Ale okazuje się, że nie jest tak źle i ci amerykańscy sąsiedzi też chcą abyśmy znali się naprawdę BARDZO. Dzisiaj na przykład sąsiad umieścił zdjęcie swojego brzucha po operacji. WTF??? Sąsiad miał ostatnio dziurę w żołądku, którą mu jakoś zszywali. Nie pytajcie się o dziurę, bo on sam nie wie skąd się wzięła. Ciekawe natomiast jest to, że dziurę odkryto bo ... bolała go ręka.  No ale to mało ważne jeśli chodzi o dzisiejszą notkę. Ważne jest to, że brzuch po operacji nie wygląda za ciekawie i że niekoniecznie miałam ochotę do zobaczyć.  To ja już chyba wolę informację o tym, że pies zjadł ciastko.
Czuję teraz, że jestem bliższa sąsiadom (Boże, dzięki ci za Facebook). Może odwzajemnie się zdjęciem wywoskowanej pachy?
czwartek, 16 kwietnia 2009
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston