podróże

czwartek, 25 lutego 2010
Jak już wspomniałam, byliśmy na weselu Elvisa. Wesele trwało 3 dni- w piątek odbył się rehearsal dinner (czyli obiad, po próbie ślubu, na którym wszyscy bliscy mają się poznać), w sobotę o 11 ślub w katedrze, o 13ej party, które trwało do 16ej. Potem wszyscy szli do pubu. Potem zapewne do kibelka (patrz wpis niżej). Następnego dnia miał się odbyć crawfish boil, ale nie wiem czy ktokolwiek się tam zjawił z powodu sraki.
Na wesele polecieliśmy niby jako goście, ale także jako nie goście. Mąż miał swój pierwszy gig - czyli robił zdjęcia. Był też profesjonalny fotograf, ale panna młoda chciała zdjęcia w kolorze B&W i mąż właśnie  takie robił (pokaże gdy już je upubliczni- moim zdaniem wyszło mu całkiem nieźle).
Wesele- zupełnie nie podobne do polskiego. Nie wspominam już nawet o tych wszystkich bridesmaids czy też tradycji dawania  malutkich prezentów gościom. 
Ślub odbył się w St. Louis Cathedral znajdującej się w najstarszej i najbardziej znanej dzielnicy Nowego Orleanu - French Quarter. Podobno St. Louis Cathedral jest najstarszą katedrą  amerykańską.



Ceremonia nie różniła się zbytnio od ślubu w polskim kościele. Za to po wyjściu z kościoła- na państwa młodych i wszystkich gości czekała orkiestra jazzowa. Orkiestra prowadziła nas dookoła Jackson Square (widoczny na zdjęciu park z pomnikiem) i do restauracji, w której odbyło się wesele.
Taka procesja z orkiestrą jazzową to moim zdaniem jest jednak lepsza niż nasze polskie 'bramy'.











Bardzo podobała mi się nie tylko muzyka i podrygujący państwo młodzi, ale także ta atmosfera bycia przez chwilę gwiazdą. Gwiazdami byli nie tylko państwo młodzi, ale my także. Nie spodziewałam się, że procesja jest aż taką atrakcją turystyczną. Już pod kościołem czekała na nas masa ludzi. Wszyscy robili zdjęcia i nagrywali pamiątkowe filmik. Ja też nagrałam jeden telefonem- ale powiedzmy sobie szczerze jest dość słaby. No ale przynajmniej możecie sobie wyobrazić jaką muzyką grała ta orkiestra.







Koledzy pana młodego szli w okularach słonecznych Elvisa. Pan młody zakupił pudełko tych okularów, przywiozłam jedną parę takich okularów- dla Franka.



Nie wiem czy wspomniałam, ale pan młody pochodzi z Nowego Orleanu. Jego rodzina to Nowo Orleańczycy z krwi i kości- babcia pochodzi z Francji. Sam pan młody nie mówi po francusku, ale podobno świetnie rozumie i pije dużo wina. Mama i siostra pana młodego rozmawia z babcią po francusku. Babcia oczywiście mówi po angielsku, ale czasem jej się nie chce. Komu by się chciało, w ogóle rozmawiać jeśli po 45 latach mieszkania  w Nowym Orleanie jej dom został kompletnie zniszczony przez Katrinę, a sama babcia mieszka teraz w Kalifornii- jak twierdzi- na wygnaniu. Babcia już nie chodzi, więc wszędzi jeździła na skuterku.
Pomimo tego, że w sumie znamy się z sąsiadem nie za dużo (oglądamy razem LOST, kosi nam trawę za butelkę piwa i od czasu do czasu robimy wspólne barbakiu na zapleczu), zostaliśmy bardzo mile przyjęci przez jego rodzinę. Jednak ta południowa gościnność to ja wam powiem prawdziwa jest. Pomimo tego, że znaliśmy tam może 2 osoby- co chwila ktoś do nas przychodził- opowiadał jakieś historie i upewniał się, że się dobrze bawimy. I rzeczywiście bawiliśmy się świetnie. Tyle historii z czasów Katriny to jeszcze nigdy wcześniej nie słyszałam. W sumie nie ma się co dziwić, ale mimo wszystko bardzo mnie to poruszyło.
Jeśli chodzi o moje wrażenia dotyczące Katriny i zniszczeń, to oczywiście French Quarter wygląda tak jakby został nietknięty (bo i prawie tak było). Natomiast wszystko poza FQ to już inna historia. Zniszczenia widać do tej pory. Ludzie, którzy nie bardzo wiedzą co ze sobą zrobić snują się po ulicach. Przykre.
Nowo orleańczycy mają teraz nowy temat do rozmowy i stwierdzili, że zwycięstwo w Super Bowl to znak od Boga i teraz można już tylko rozmawiać o pozytywach. Koniec użalania się nad zniszczeniami, które pozostawiła Katrina.

Z rodziną panny młodej zamieniłam może 2 zdania. O pierogach- bo oni z Pittsburgha pochodzą. Różnice pomiędzy rodzinami z pólnocy i południa były naprawdę widoczne. Jedni na luzie, na wszystko mają czas- podczas gdy ci z północy jak w zegareczku i z lekkim dystansem. Sama panna młoda bardzo te różnice podkreślała w swoim przemówieniu.
No ale wracając do orkiestry- to zaprowadziła nas ona do restauracji. Impreza trwała do 16ej. Orkiestra grała, ale w sumie tańczyli tylko państwo młodzi. Nie wiem za bardzo czy taki zwyczaj, czy innym już było słabo z powodu tajemniczego 'wirusa'.
Jedliśmy głównie krewetki. Była wołowina, kurczak i torty w amerykańskim stylu. Były także karczochy, bo pan młody jest od nich uzależniony i kazał je powplatać w bukiety kwiatów, które stały na stołach.



Oprócz orkiestry, podobało mi się także siedzenie na tych nowo orleańskich balkonach. Trochę obawiałam się, że się urwą od ciężaru tych wszystkich gości, którzy chcieli tam siedzieć. Te balkoniki mają niepowtarzalny klimat.

Generalnie, gdyby nie tajemniczy 'wirus' byłoby super. Ale i 'wirus' poszedł już trochę w niepamięć, bo dzisiaj dowiedziałam się, że Franek ma anginę i mam inne problemy na głowie.
Państwo młodzi polecieli na Jamajkę, a my zastanawiamy się gdzie upchać te wszystkie prezenty, które codziennie przynosi nam UPS...
sobota, 15 sierpnia 2009
Biorąc przykład z Tierralatiny postanowiłam zaznaczyć sobie gdzie już byłam. Wyszło mi jakieś niecałe 7%, więc w sumie nie ma co pokazywać (mogę wymienić znaczy się). Z bardziej egzotycznych miejsc byłam w Indiach, Nowej Zelandii, Egipcie, Norwegii, Nikaragui, Meksyku. Nie byłam we Włoszech, Grecji, Hiszpanii (lotnisko się nie liczy) czy też Francji. W Polsce nigdy nie byłam na południowym wschodzie, w Łodzi i innych miastach. Miejmy nadzieję, że tam jeszcze kiedyś zajadę.
Natomiast moja mapka odwiedzonych stanówy wygląda tak:

visited 19 states (38%)
Create your own visited map of The United States 

W sumie też myślałam, że będzie lepiej, a jest gorzej. Jeśłi chodzi o Stany to chciałabym pojechać do NC, na Hawaje i do Idaho. Nie ciągnie mnie do Dakoty, ani innych Kentucky. Na EC też mnie jakoś za bardzo nie ciągnie. Pomimo, że nie byłam, jakby była okazja to wolałabym chyba polecieć poraz kolejny do Oregonu.
Skoro jestem już ja i Tierralatina to może zacząć by kolejny łańcuszek? Może tym razem obie Anie zrobią wyjątek?
wtorek, 02 czerwca 2009
Dzisiejsze wiadomości pisały o historii prawie, że jak z LOST-u tylko, że bez happy endu, a my właśnie siedzimy na walizkach przed podróżą... Strach się bać. Przeczytałam sobie 'na pocieszenie' starą notkę Inżyniera. W sumie, nie pocieszyła mnie ona za bardzo, no ale i jakoś też szczególnie nie zdołowała.
Pozmienialiśmy trochę nasze plany. Trochę, że tak powiem na ostatnią chwilę, ale tak jakoś wyszło. Lecimy Lufthansą, a nie Continental, przez Frankfurt a nie przez Nowy Jork. Nie pytajcie o szczegóły, bo nie chce mi się opisywać.
Nie pytajcie się też o ilość bagażu, bo tym akurat jestem załamana. Co prawda mam kilka nowych, świetnie się zwijających Icebreakerów i sama akurat jadę z małą kosteczką ciuchów, ale te klamoty Franka zajmują całą jedną walizę. Plus łóżeczko turystyczne i inne takie.
Cieszę się trochę na ten lot Lufthansą, bo lubię ten niemiecki porządek, ale przyznam szczerze, że wolałabym mieć teleporter i w ogóle nigdzie nie lecieć. Ale, przynajmniej nie musimy się już tłuc po lotnisku z fotelikiem. 
A skoro jestem przy fotelikach to dodam, że Banio urósł mi potwornie. Mierzy już 30 cali czyli 76 cm i trzeba mu zakupić nowy tron do samochodu. To tak trochę nie na temat, ale bardzo mnie to dzisiaj zafascynowało. 
No to tego- jutro lecimy. Za trzy tygodnie będziecie mieli do czynienia z inną mną. Starszą, bledszą i przede wszystkim chudszą, bo przewodnik Lonely Planet pisze tak:
The prices of food and drink in Norway may inspire newly arrived visitors to finally begin that diet program they've been planning. 
Natomiast w paragrafie o mięsie jest napisane tak:
While many Norwegians eat meat only in form of hot dogs and reconstituted patties, those who can afford it ...
Co dalej nie jest ważne, chodzi o tą część 'those who can afford it'.
Tak więc lecę do tego kraju sprawdzić czy rzeczywiście standard życia mają tam wysoki. Jak narazie LP straszy niedożywionymi wikingami. Zobaczymy.
niedziela, 05 kwietnia 2009
Teksańskich B&B ciąg dalszy.
Pamiętacie mój wpis o Trois Estate i teksańskich guest (ghost) housach? Postanowiliśmy wybrać się na romantyczny weekend we czworo. Babcia, wnusio i my. Chodzi o Texas Wildflowers i pokazanie babci krów z długimi rogami.
Udało nam się znaleźć nawet sympatyczne B&Bs w okolicy Brenham gdzie się wybieramy (TO i TO), ale okazało się, że children are not accepted. Dopiero od 12 roku życia. Albo jak się zarezerwuje wszystkie pokoje.
Przykro trochę jak się pomyśli, że kolejną noc w wybranym przez siebie B&B mogę spędzić dopiero za 11 lat.
Jedyne, które są family friendly wyglądają mniej więcej tak:




I to ma być romantyczny weekend z wnusiem? Ludzie trzymajcie mnie.
Zaczynam rozumieć dlaczego kolega, który ma 2 córki kupił sobie ostatnio przyczepę kempingową. Myślę, że my niedługo też kupimy.
Postanowiliśmy więc, że jedziemy i wracamy tego samego dnia. W sumie nie jest aż tak bardzo daleko- 70 mil w jedną stronę. Przeżyjemy. W dłuższe trasy już Franek jeździł.
Brat sąsiada, którego dzisiaj poznałam, powiedział mi że umie jedno zdanie po polsku. Zdanie brzmi: pocałujcie mnie w dupę. Dedykuję dzisiaj to zdanie państwu Murskim i Brazos Bed and Breakfast. Nie chcecie naszych dolarków? To nie. Wydamy je gdzie indziej.
piątek, 06 marca 2009
Właśnie mąż pojechał na lotnisko po państwo Windy City
Pani Ania przyjechała na poszukiwanie wiosny, ale jak widać poniżej, u nas już lato. W planach nie mamy nic powalającego, ale i tak będzie fajnie ...


piątek, 09 stycznia 2009
Właściwie to wpis ten pewnie powinien znajdować się na głodnej małpie, no ale w związku z tym, że ten blog jest bardziej popularny umieszczam go tutaj.
Wszyscy zapewne wiedzą o jednej z durniejszych zasad podróżowania aeroplanem, czyli o płynach na pokładzie. Zasady są proste.  Na pokład samolotu nie można wziąć żadnego płynu, którego objętość przekracza 100 ml. Wyjątek od reguły stanowi między innymi mleko dla dziecka. 
Oczywiście wzięliśmy ze sobą za dużo rzeczy  (kto ze sobą nosi ten się nie prosi), ale na mleko i butelki mieliśmy taki oto patent. Kupiliśmy butelki z jednorazowymi wkładami. Tym samym zaoszczędziliśmy na miejscu w torbie. Mały Franek podczas 10 godzinnego lotu może zjeść 3 razy po 160 ml. No i zawsze trzeba mieć trochę na zapas, bo nigdy nie wiadomo czy nie będzie się stało 5 godzin na pasie startowym. Dlatego na wszelki wypadek wzięliśmy ze sobą litrową butelkę Similacu
Gdy opuszczaliśmy Houston nie było problemów. Butelkę zabrali i czymś tam zeskanowali i oddali.  Nawet nie trzeba było próbować. Za to w Anglii,  w kraju gdzie Customer Service sucks, zaczęły się niezłe schody. Najpierw nikt z security nawet nie zwrócił uwagi, że jest tam jakaś butelka, ale nagle ni stąd ni z owąd pojawiła się jakaś wiedźma i zaczęła się wypytywać co to jest. My, że mleko, a ona że czemu w takiej dziwnej butelce. My że to z Ameryki. A ona, że musi się zapytać supervisora. I przyszedł jakiś cieć i mówi do nas tak, że musimy wszystko poprzelewać w 100 ml butelki. My na to, że nie mamy, bo mamy jedną butelkę z wkładami. On na to, że albo chcemy to nasze mleko albo on je zabiera. No to ja panika, bo bałam się że Franek nie będzie miał co jeść. Mąż wkarwiony, bo sprawdzał na stronie BAA i był pewien, że 100 ml nie dotyczy mleka. Supervisor uparcie walczy. Wiedźma, która nas podkapowała zaczęła mieć wyrzuty sumienia i naciągać, że pewnie to nasze mleko jest na receptę i że powinniśmy już iść. Po fakcie pomyślałam, że pewnie sama jest matką i zrobiło jej się nas żal. Ale skurczysynek nadal nie popuszczał. Wiadomo, że na lotnisku nie można się za bardzo rzucać, ale mało brakowało a byśmy się pobili.
Pan cieć zaczyna rzucać takimi tekstami: to nie dlatego, że was nie lubię, ale dlatego że takie są przepisy. No to my znaną już metodą- proszę nam pokazać na piśmi i zawołać swego szefa. On że sam jest szefem. Mąż zaczął go spisywać.  Potem poszedł do apteki kupić te butelki. Następnie przelaliśmy wszystko do UWAGA 250 ml (a nie 100 ml)  butelek. Facet nic nie powiedział, tylko kazał nam się napić i mówi, że możemy iść. Cóż za bezsens! Dosłownie przelaliśmy litr do czterech 250 ml butelek. 
Wkurzeni na maxa, szybko podłączyliśmy interek i sprawdziliśmy kto miał rację. Oczywiście my. Wróciliśmy więc do ciecia i pokazaliśmy co znaleźliśmy. Pobladł i zaczął coś bełkotać, że wszyscy jesteśmy tylko ludźmi ale że i tak uważa, że powinniśmy byli poprzelewać do mniejszych butelek. 
W takiej sytuacji wypadałoby powiedzieć, że właściwie to i lepiej, bo skoro to mleko jest wybuchowe, to można teraz rozstawić je w 4 miejscach w samolocie, a nie w jednym. Oczywiście, za taki tekst pewnie by nas zamknęli i oglądalibyście nas w telewizji. Otrzymałabym pewnie przezwisko- Milky Mummy albo krowa, która dużo ryczy, a mało mleka daje. Ale powiedzcie, jaki sens jest marnować cudze pieniądze (Ania K- chętnie policzę stawki na godzine razy dni w roku) na takie pierdoły? Zamiast zająć się szukaniem prawdziwych terrorystów, zatrzymuje się rodziców z mlekiem. Normalnie aż się gotuję, a to przecież jeszcze nie menopauza. 
No i sam fakt, że ktoś tak niedouczony jak ten cieć, ma taką władzę. Tu dobijam do kolejnego wątka, w którym krytykuję to, że generalnie ludzie, którzy mają jakąś tam władzę, są niedouczeni i nikt ich nie sprawdza. Dodam jeszcze, że na pytania: co by było gdyby tych butelek nie było w aptece,  albo co będzie z następnymi rodzicami, którym to ostatnią paczkę butelek wykupiliśmy przed nosem, nie uzyskaliśmy odpowiedzi. Nie obchodzi ich kompletnie nic. To, że dziecko może nie chcieć jeść przez nowy smoczek, to że za szybko może z niego lecieć, to że butelka może być nie sterylna itd. 
Mąż stwierdził, że w ramach mojego postanowienia noworocznego (i nie tylko) doniesie na tego ciecia i na jego szefa. Na szefa za to, że nie sprawdza swoich pracowników i pozwala im na wydurnianie się na lotnisku i przelewanie mleka z butelki do butelki.
No i tak sobie myślę, że w sumie skoro mieszkam w Ameryce, wypadałoby kogoś chociaż raz posądzić. Ten cieć nadaje się jak najbardziej. Problemów z dowodami pewnie nie będzie, bo całe lotnisko jest pod kamerami. A jeśli się wygra, to z pewnością sprawa trafi do mediów i raz na zawsze będzie wiadomo jak to z tym mlekiem jest. A jeśli przyznaliby jakieś odszkodowanie, to zawsze można przeznaczyć je na mleko dla tych dzieci, które go nie mają.

Na zakończenie dla przypomnienia - Ja jestem kierownikiem tej szatni. Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobisz? 
Idę napić się whiskey. Przywieźliśmy dobrą z Anglii. Jakoś nam nie zabrali.
środa, 07 stycznia 2009
Jakby jeszcze ktoś nie wiedział- continental ma niezłą wyprzedaż biletów. Do Anglii można polecieć już za 420 dolarów. Jakby ktoś chciał lecieć do Polski, to może pewnie zarezerwować jakiś tam lot tanimi liniami z Lądka do Polszy. Aby uzyskać cenę $420 należy zarezerwować lot z wylotem w Pon, Wt, Śr lub Czw, i wracać w te same dni za tydzień, dwa, trzy itd. (wielokrotność 7 dni- albo tak żeby powrót wypadł na ww dni tygodnia). 
Zazwyczaj bilety kupuję na ostatnio chwilę i rzadko udaje mi się coś tam zaoszczędzić. Raz kiedyś zarezerwowaliśmy bilety na kilka miesięcy do przodu. Mieliśmy lecieć na własny ślub, ale tak się jakoś zdarzyło, że zarezerwowaliśmy powrót do domu na kilka dni przed ślubem. Musieliśmy sporo dopłacać i w sumie nic nie zaoszczędziliśmy. 
W tym roku mam zamiar zaoszczędzić, choć nie bardzo jeszcze wiem dokąd pojadę hehe. Postanowiliśmy, że tegoroczne wakacje zaplanujemy i zarezerwujemy w styczniu.
Jako że nie jestem ograniczona  2 tygodniowym limitem wakacyjnym, mam zamiar wybrać się gdzieś na dłużej. Na dzien dzisiejszy w czerwcu lecimy do Norwegii na wesele. 
Póki co ropa tanieje, więc teoretycznie bilety mogą być tańsze. Ciekawe jednak jak cenowo odbije się latanie na bio paliwie?
niedziela, 04 stycznia 2009
Do kraju tego gdzie na stole guacamole, a nie mushy peas
Tęskno mi Panie




piątek, 02 stycznia 2009
Do kraju tego gdzie green chillies sprzedają w większych torbach
 przez uszanowanie,
tęskno mi Panie.




wtorek, 30 grudnia 2008
Dziś wybraliśmy się do Southampton po samochód. Nie będę opisywała tego porażkowego przedsięwzięcia, bo normalnie szkoda słów. Napiszę tylko, że jutrzejszy dzień zaczynam od wykłócania się o forsę i że hertz.co.uk     S U C K S. I że kiepski mają customer service w tej Anglii. Oj kiepski.
Przyzwyczaiłam się już do tego, że w Ameryce na Customer Service raczej nie ma co narzekać. Owszem, bardzo często zdarza się, że jest się obsługiwanym przez jakiegoś kretyna, albo 10 osób i żadna nie wie jak rozwiązać dany problem. Ale generalnie, jeśli człowiek żyje według zasady: proszę mi podać swój identification number, podać imię i nazwisko i połączyć z menadżerem to szybko można rozwiązać wiele problemów i jeszcze zyskać coś na przyszłość. Np. darmowy nocleg w hotelu lub inne duperele. Nie wspominam nawet o sklepach, w których też zawsze bez problemu można coś wymienić, oddać itd. Pewnie dlatego właśnie amerykańska gospodarka upadła hehe.
Otóż oczekiwanie podobnego Customer Service w Anglii jest równoważne z chorobą psychiczną oczekującego. Czyli moją. Chodziło generalnie, o to, że z powodu 'temporary error' na ww stronie hertz.co.uk ( dla przypomnienia dodam, że ta strona S U C K S) zrobiły nam się dwie rezerwacje. Z tym, że ta pierwsza, która jak mi się wydawało nie przeszła, była o XXX funciaków droższa. Rożnica, to głównie CDW, które to niby można pominąć jak się ma amerykańską visę (nie chce mi się rozpisywać dlaczego- większość pewnie i tak wie). W każdym bądź razie walczę o zwrot tych XXX funciaków, ale jak już wspomniałam nie jest lekko. Jeden pan w Customer Sercie powiedział, że to nie jego problem. Druga pani, że już wychodzi i że pracuje tylko do 18-ej i żebym zadzwoniła rano. A trzeci pan zaczął stękać i zaczął mnie łączyć z panią, która nie wiedziała jak mi pomóc. Prośba o supervisora nie pomogła, bo supervisor sam nie wiedział co zrobić. Rozwiązanie na zwrot nadpłaty bez wracania się do Southampton wymyśliłam sama. Uważam, że jest genialne, ale wątpię czy zadziała. Jutro się dowiem. 
Dochodzę tu do sedna sprawy, a mianowicie do postanowień noworocznych. Macie już jakieś? Ja dzisiaj postanowiłam, że zacznę zmieniać swiat. Na małą skalę. Postanowiłam, że w 2009 roku zacznę walczyć ze złym Customer Service. Raz na miesiąc (bo na częściej nie mam czasu) napiszę list ze skargą do szefostwa, albo do instytucji. Pierwsza na liście jest Baylor Clinic w Houston. Napiszę do nich ze skargą, że nie sugerują nowym mamom badań krwi, o które ostatnio musiałam się prosić, a które to wykryły parę przypadłości. Ale żeby nie było, że minusy przysłonią mi plusy i że się tylko burzę, w liście ze skargą musi być także pochwała dla innego pracownika. Jeśli się nie uda takowego znaleźć, to należy znaleźć inne miejsce gdzie kogoś można za coś pochwalić (na przykład restaurację albo sklep, a może nawet kogoś kto pracuje dla hertz.co.uk). Wiem, że to działa bo pamiętam, że kiedyś gdy pracowałam jako kelnerka i ktoś specjalnie zadzwonił do mojego szefa, aby mnie pochwalić było mi bardzo miło i zaczęłam się bardziej starać. 
Pewnie moja akcja zakończy się jak wszystkie inne postanowienia, czyli w lutym, ale przynajmniej spróbuję. Co polecam i wam.

Poza tym szaro jest w tej Anglii. Szybko robi się ciemno i straszne chamstwo tu panuje. No ale żeby minusy nie przysłoniły mi plusów to napiszę, że mają rewelacyjny chleb i dobre, francuskie wina, które to właśnie skończyłam sączyć.

ps- w normalnych okolicznościach przyrody (czyli podczas podróży służbowych, których już nie odbywam) korzystam z usług avisa. To tak dla jasności. 
czwartek, 25 grudnia 2008
Dowodem na to, że siedzi się w Houston zbyt długo jest to, że krakanie europejskiej wrony brzmi egzotycznie. 


piątek, 26 października 2007
niedziela, 14 października 2007
Wstałam z lekkim bólem w głowie. Podejrzewam, że złapałam wirusa z Filipin. Wczorajszy wieczór spędziłam z koleżanką w nowo otwartej California Pizza popijając California Martini*. Kelner poprosił mnie o ID, a koleżance powiedział 'a pani nie musi'... Coż za brak taktu. California Pizza Kitchen wcześniej nie znałam. Nie jestem zachwycona, znam lepsze miejsca, i ten kelner był taki jakiś na auto pilocie. I tak jakoś straszne mnie tam światło raziło po oczach. No ale może to ta choroba z Filipin...
Skoro o Kalifornii mowa dopowiem kilka słów o San Diego, a właściwie o tym co mi się tam podobało. Numer jeden to oczywiście bez dyskusyjnie Ocean Beach. Lubię takie miejsca gdzie na ulicy można sobie walnąć tatuaż, kupić jakieś pseudo antyki, muzykę, deski surfingowe i pójść do restauracji bez butów. Sama właściwie mieszkam w takiej dzielnicy miasta. Tyle tylko, że nie mam tu oceanu po drugiej stronie ulicy (ale deski surfingowe można kupić)...
Pomimo generalnej życiowej zasady 'no regrets', mam czasem taki jakiś żal do świata, że nie dane mi było pomieszkać w Kalifornii w wieku lat dwudziestu kilku. Że nie umiem jeździć na deskorolce, pływać na desce, ani nawet na aqua skipperze. Czasami (bo generalnie zapominam o tym) mam właśnie taki żal. I miejsca typu Ocean Beach mi o tym przypominają.






Kolejnym miejscem godnym uwagi jest niewątpliwie kampus Uniwersytetu San Diego (UCSD). Uniwersytet ten ma ponoć świetną reputację w dziedzinie nauk ścisłych (głównie matma). Zatrzymaliśmy się tam zaciekawieni budynkiem należącym do Geisel Library (biblioteka imienia jak się można domyśleć Geisel'a - twórcy the Cat in the Hat).
Co tu dużo mówić, jeśli ktoś będzie miał kiedyś okazję studiować w Stanach (ja osobiście pomimo tego, że nadal przy zakupie alkoholu musze pokazywać ID- jestem już raczej za stara) to ten kampus wydaje się po prostu idealny. Nigdy w życiu nie byłam jeszcze w miejscu, które tak ładnie pachnie! Kampus położony jest bowiem w parku, w którym rośnie masa drzew eukaliptusowych. Tak więc pochodziliśmy trochę po tym kampusie. Masa górek i pagórków, no po prostu rewelacja.






W następnym odcinku będzie o La Jolla, a na dzisiaj to tyle, bo muszę iść do sklepu w celu zapełnienia lodówki.
Za kilka godzin Monsz wraca z Vegas. Nic nie wygrał, ale też nic nie przegrał. Przynajmniej tak twierdzi.

--------------------------------------------------
* 6 parts vodka
1 part red wine
1 tablespoon dark rum
3 to 5 dashes orange bitters
Orange twist
Combine liquid ingredients in a cocktail shaker with cracked ice and shake well. Strain into a chilled cocktail glass and garnish with orange twist.

zdjęcie pani z pupą by gijz (kimkolwiek on jest)
sobota, 29 września 2007
W San Diego wylądowałam o zachodzie słońca. Przyjemna temperatura, jakieś 20 stopni. W Houston ciągle wilgoć i 35 stopni. Cieszyłam się na tą normalną pogodę.
Na pierwszy rzut oka San Diego wydawało mi się bardzo ciasne. Autostrada przypominała jakiś tunel, albo bardziej koryto. Ludzie nie jeźdźili aż tak po wariacku jak na przykład w SF. Pojechaliśmy do La Jolla gdzie nocowaliśmy.
Zdjęć nie będzie, bo są słabe i nudne. Może później zalinkuje coś od Mensza, ale nie obiecuję.
Z wycieczki przywiozłam sobie jakieś 15 ugryzień przez pająka (albo inną pchłę- ale raczej pająka). Na ramionach i szyi mam jakieś takie ślady nazwijmy to po zębach. Na prawym ramieniu 7 plus jedno ugryzienie przy paznokciu. Nie wiem kiedy zostałam pogryziona. W samolocie? W Parku? Czy może już po powrocie na własnej ziemi?
Jadę więc przez cały tydzień na benedrylu.
To tyle z cyklu- co u mnie. Teraz dochodzę do sedna sprawy.
W związku z tym, że poprzednio wypożyczyliśmy sobie samochód krowę (można o niej poczytać w komiksie), tym razem postanowiliśmy wypróbować coś bardziej earth friendly. Priusów i innych hybryd jest w San Diego masa. Texański wieśniaczek cwaniaczek był bardzo zaskoczony ilością tych pojazdów. Wydawało się, że co trzecie auto to właśnie hybryda.



'Problemy' zaczęły sie na samym początku. Jak takie auto zapalić? Nie ma kluczyka. Są jakieś sloty. Boże, ile czasu zajęło rozszyfrowanie tego procesu. Domyśliłam się, że trzeba nacisnąć start i że trzeba wsadzić ten kartridż do slota, ale nie przyszło mi do głowy że robiąc to wszystko trzeba trzymać nogę na hamulcu. Tak więc trzeba było poprosić o pomoc helpdesk Avisa.
Po krótkim objaśnieniu auto ruszyło. No rzeczywiście cichutkia ta toyota jest. Jak to ktoś kiedyś zapytał - jak się ludzie odzwyczają od hałasu jak będziemy mieli tylko takie ciche auta? Biegi (to znaczy wsteczny) zmienia się w jakiś chory sposób. Wciska się i bieg odbija na luz. Jak się jest na wstecznym to samochód zaczyna piszczeć, żeby się nic nikomu nie pomyliło. Piszczy nie na zewnątrz, jak niektóre większe samochody, a w środku. Po pewnym czasie można się przyzwyczaić. Nam w domu piszczy teraz jakiś świerszcz. Mieszka w rurach. (Może to on mnie pogryzł?). Też się już przyzwyczaiłam.
Na tablicy znajduje się monitorek z różnymi informacjami. Najważniejsza jest oczywiście ta, dotycząca zużycia paliwa. Jak już kupuje się takie auto, to każdy przecież chce wiedzieć jakie ma zużycie, no nie?
Można też na tym ekraniku zmienić ustawienia klimy i takie tam. Osobiście nie podoba mi sie to rozwiązanie, bo po jednej wyprawie zostaja tam odciski palców. A odciski palców na wszelkiego rodzaju monitorach są jedną z rzeczy, które doprowadzaja mnie do białej gorączki. Jeśli przyjdzie ktoś do mnie do biura i zaczyna mi pokazywać na moim monitorze jakieś tam rzeczy i dotyka swoimi obleśnymi, tłustymi palcami mojego czyściutkiego monitorka, mam ochotę zdzielić go książką po głowie. Ale nie mogę, bo czasem jest to na przykład mój szef.
Tak więc jeździliśmy sobie tą toyotą po wzgórzach San Diego i generalnie muszę przyznać, że nie jestem zachwycona. Wygodne to to nie jest. To znaczy jest, ale żaden tam luksus. Moja mazda jest 2 razy tańsza i standard jazdy jest podobny. Średnie zużycie paliwa wyszło nam na 30 mil na galon. Owszem, lepiej niż moja mazda, ale spodziewałam się lepszego wyniku. Nie wiem czy wynik był słaby ze względu na to, że jeździliśmy po mieście, czy też że głównie pod górkę? Owszem, chwilami monitorek pokazywał 90 mil na galon, ale pewnie coś mu się pomyliło. Europejskie dizelki mają pewnie podobne zużycie i są o połowę tańsze.
Tak więc osobiscie, nie zrobiłabym świetnego interesu na zakupie takiego auta (nie że planuję taki zakup). W Houston nie mam do pokonania zbyt wielkich odległości (średnio 8-10 km dziennie) i nie zużywam zbyt dużo paliwa. Jest mi bez różnicy czy miesięcznie wydam 25$ na paliwo czy też 20$. Zważywszy na to, że cena takiego auta z bajerami jest prawie dwukrotnie wyższa, stwierdzam że nie warto.
Poczekam na lepszy model.






------------------------------------------------------------------------
Więcej o hybrydach można poczytać w Zielonych Migdałach


poniedziałek, 24 września 2007
Do kupienia w San Diego za jedyne $35.


 
1 , 2 , 3
Blog emigracyjny- krótkie historie z życia w Houston